Groził policjantom śmiercią. Usłyszał zarzuty

40-letni mieszkaniec gminy Wielopole Skrzyńskie, który w czasie interwencji miał znieważać policjantów i grozić im śmiercią jest zagrożony karą do 3 lat więzienia. Mężczyzna usłyszał już w tej sprawie zarzuty. Z relacji policji wynika, że w niedzielę po godz. 19, dyżurny ropczyckiej komendy otrzymał zgłoszenie o mężczyźnie, który zaczepia osoby przebywające na stadionie w Wielopolu Skrzyńskim. Funkcjonariusze skierowani na interwencje zauważyli mężczyznę na Rynku w Wielopolu Skrzyńskim. Był on wulgarny i ubliżał znajdującym się na rynku osobom.

– „W trakcie interwencji 40-latek nie wykonywał poleceń wydawanych przez funkcjonariuszy, wielokrotnie ich znieważył oraz groził im śmiercią. Mężczyzna był pijany, badanie stanu trzeźwości wykazało blisko 2 promile alkoholu w jego organizmie. Agresor został przewieziony do izby wytrzeźwień” – informuje policja.

Po wytrzeźwieniu mieszkaniec gminy Wielopole Skrzyńskie usłyszał zarzuty znieważenia i kierowania gróźb wobec funkcjonariuszy.
Źródło info i foto: se.pl

16-latka ugodzona nożem podczas domowej awantury. Interwencja antyterrorystów

Do awantury, która wymknęła się spod kontroli, doszło w Mirosławcu Górnym (Zachodniopomorskie). Efekt: 16-latka ugodzona nożem i interwencja antyterrorystów.

Do dramatycznej sytuacji doszło wieczorem 21 lipca w Mirosławcu Górnym w powiecie wałeckim. Nie wiadomo o co poszło i kto zaczął. To bada teraz policja. Wiadomo, że doszło do przepychanki i szarpaniny przed blokiem. Brali w niej udział dwaj mężczyźni i dwie dziewczyny. Noża po dłuższej kłótni miał użyć 37-latek. Ranni zostali: 16-letnia dziewczyna i młodszy mężczyzna. 37-latek wrócił do swojego mieszkania w bloku, przed którym doszło do awantury.

– Gdy na miejsce przyjechała policja, odmówił wpuszczenia funkcjonariuszy i groził wysadzeniem budynku. Negocjacje trwały pięć godzin. Wreszcie na miejsce przyjechali antyterroryści ze Szczecina. Podjęta została decyzja o siłowym wejściu do mieszkania – przekazała podinsp. Alicja Śledziona, rzecznik prasowa Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie.

Po wejściu antyterrorystów okazało się, że mężczyzna sam okaleczył się nożem. Obecnie przebywa w szpitalu.

„Śledztwo na wczesnym etapie”

Obecni na miejscu strażacy sprawdzili mieszkanie. – Nie było tam żadnych substancji niebezpiecznych – informuje mł. kpt. Marcin Kulczyk z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Wałczu.

Teraz policjanci sprawdzają, co było przyczyną zajścia. – Śledztwo w tej sprawie jest na wczesnym etapie i nie mogę udzielić zbyt wielu informacji, ponieważ są one nadal weryfikowane – zaznacza podinsp. Alicja Śledziona. Przekazała jednak, że dwie ugodzone nożem osoby odniosły tylko lekkie obrażenia i po opatrzeniu ran opuściły szpital.

Beata Marcinkowska, zastępca prokuratora rejonowego w Wałczu, poinformowała, że postępowanie prowadzone jest pod kątem zarzutu uszkodzenia ciała. Nikt nie został zatrzymany, a czynności trwają.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wydanie małoletniej dziewczynki do Rosji. Interwencja Ministra Sprawiedliwości

Kasację od wyroku sądu apelacyjnego, który nakazał wydanie małoletniej dziewczynki ojcu przebywającemu na terenie Rosji, skierował do Sądu Najwyższego Prokurator Generalny.

W kasacji podkreślono, że ojciec nigdy nie opiekował się samodzielnie dzieckiem, a w 2016 r. zupełnie je opuścił. Zdaniem prokuratury, powrót dziewczynki pod opiekę mężczyzny bez bliskości matki może narazić dziecko na szkodę fizyczną lub psychiczną. Prokuratura wskazała też w skardze, że w Rosji dziewczynka nie będzie miała zapewnionej odpowiedniej ochrony prawnej z uwagi na brak jurysdykcji sądów rosyjskich do rozstrzygania spraw tej rodziny.

Sąd nakazał powrót dziewczynki do Rosji

Chodzi o sprawę urodzonej w Polsce dziewczynki, której rodzice Holender i Polka – przenieśli się następnie z Holandii do Rosji w związku z obowiązkami zawodowymi ojca. Para rozstała się, a we wrześniu 2018 r. matka z córką wróciły na stałe do Polski.

Wcześniej od 2017 r. w rosyjskich sądach toczyły się sprawy o alimenty i kontakty córki z ojcem. Sądy te uznały jednak, że nie mają uprawnień do orzekania w sprawie tej rodziny, ponieważ rodzice nie są obywatelami Rosji i nie mieli też na jej terytorium stałej rezydencji. W konsekwencji ojciec wystąpił o wydanie dziecka w trybie konwencji haskiej.

Warszawski sąd okręgowy rozpoznając tę sprawę w I instancji oddalił ten wniosek i uznał, że zamieszkanie dziewczynki z ojcem w Rosji pozbawiałoby możliwości ochrony praw tego dziecka.

Ojciec odwołał się od tego orzeczenia. W konsekwencji Sąd Apelacyjny w Warszawie nakazał matce zapewnienie powrotu małoletniej do Rosji, w terminie 14 dni od uprawomocnienia się orzeczenia. Sąd odmówił przy tym wiarygodności zeznaniom kobiety z uwagi na stopień skonfliktowania stron.

Zastępca Prokuratora Generalnego Robert Hernand wniósł do Sądu Najwyższego skargę kasacyjną od tego wyroku, w której zwrócił się o uchylenie wyroku i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania. Zdaniem prokuratury, dziewczynka nie ma zapewnionej odpowiedniej ochrony swych praw na terytorium Rosji. Przypomniano przy tym, że sądy rosyjskie nie mają właściwości do rozpoznawania spraw osób, które nie są obywatelami tego kraju.

Mężczyzna nie sprawował opieki nad dzieckiem

Według prokuratury, odmowa udzielenia ochrony prawnej dziecku przez sądy rosyjskie stanowi naruszenie jego dobra także w kontekście praw człowieka i podstawowych wolności.

W skardze wskazano też, że sąd apelacyjny zupełnie nie wziął pod uwagę, iż ojciec jest korespondentem wojennym i ze względu na specyfikę swojego zawodu nie będzie w sposób prawidłowy sprawować opieki nad córką. Według prokuratury, sąd pominął także, że mężczyzna nigdy samodzielnie nie sprawował opieki nad małoletnią, a w 2016 roku zupełnie ją opuścił.

W opinii prokuratury, w Polsce – u boku matki – dziecko ma zapewnione wszelkie warunki konieczne do dalszego prawidłowego rozwoju, poczucie bezpieczeństwa i możliwość dochodzenia swoich praw przed sądami.

W kasacji wskazano też, że opinia biegłych, na której oparł się sąd apelacyjny jest nierzetelna i pomija całokształt materiału dowodowego. Według prokuratury, z zebranych dowodów wynika, że dziecko pozostające pod opieką ojca w Rosji znajdzie się w sytuacji wybitnie stresowej, nie zapewniającej poczucia bezpieczeństwa.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zamieszki w Goeteborgu po antyrasistowskiej manifestacji

30 samochodów podpalono w nocy w Goeteborgu na zachodzie Szwecji po manifestacji przeciw rasizmowi. Została ona zorganizowana w związku ze śmiercią Afroamerykanina George’a Floyda, który zmarł w Minneapolis w USA po brutalnej policyjnej interwencji. Niespokojnie było też w niedzielę podczas samego protestu w Goeteborgu. Zatrzymano co najmniej 10 osób.

Według policji grupy młodych ludzi na skuterach wybijały szyby w autach zaparkowanych w dzielnicy Hisingen i podpalały je.

– W ciągu pół godziny otrzymaliśmy zgłoszenia o pożarach samochodu i kontenera na śmieci w sześciu różnych miejscach. Naszym celem była ochrona straży pożarnej – oświadczył Magnus Nordqvist z lokalnej policji.

W niedzielę w centrum Goeteborga w wyniku manifestacji, w której uczestniczyło kilka tysięcy osób, zamiast dozwolonych w związku z epidemią 50 osób, doszło do zamieszek. Demonstranci w kierunku policji rzucali kamieniami oraz butelkami. Zniszczeniu uległy witryny kilku sklepów.

Podobna demonstracja odbyła się w środę w Sztokholmie, ale nie spowodowała większych szkód.
Źródło info i foto: TVP.info

10 tys. zł kary za happening artystów przed Sejmem. Sanepid odpuści ukaranym?

Rzecznik Praw Obywatelskich interweniuje ws. dwóch uczestników happeningu przed Sejmem ws. wyborów 10 maja, którzy dostali po 10 tys. zł kary. Zdaniem RPO jest ona „rażąco surowa i niesprawiedliwa”. Jak dowiedział się polsatnews.pl, wniosków o ukaranie aktywistów było więcej. Inspektor sanitarna wstrzymała wydanie decyzji w ich sprawie i analizuje decyzje o już nałożonych karach. 6 maja, gdy Sejm zajmował się projektem ustawy ws. wyborów korespondencyjnych, ulicami Warszawy przeszła grupa artystów, która protestowała przeciwko głosowaniu 10 maja.

Ich działanie nawiązywało do akcji „List” Tadeusza Kantora z 1967 roku. Grupa dziesięciorga artystów sprzed gmachu Poczty Głównej przy ul. Świętokrzyskiej w Warszawie przeszła przed Sejm. Siedmioro z nich niosło 14-metrowy transparent wyglądający jak list. Był on opatrzony napisem „Żyć nie, umierać”.

– Starannie przygotowaliśmy się do tej akcji. Zachowywaliśmy wszelkie środki bezpieczeństwa i dwumetrowe odstępy – powiedziała polsatnews.pl Marta Czyż, jedna z artystek.

„W notatce policyjnej było 2,36 m”

– Nam chciano dać mandaty po 100 zł za nielegalne zgromadzenie. Nie przyjęliśmy ich, bo byliśmy w pracy. Sprawa najpewniej wyląduje w sądzie – dodała.

Druga sprawa, to zachowanie odległości. Jak podkreśliła Czyż, w czasie happeningu policjanci zmierzyli odstępy pomiędzy uczestnikami zgromadzenia. Według jej relacji, w policyjnej notatce zapisano odległość 2,36 m.

Jednak w sobotę dwóch uczestników happeningu zostało ukaranych karą administracyjną w wysokości 10 tys. zł za „nieprzestrzeganie nakazu przemieszczania się w odległości nie mniejszej niż dwa metry od siebie”. Decyzję wydał sanepid na wniosek policji.

– W sobotę rano, przed godz. 10 usłyszałem dzwonienie i walenie policjantów do moich drzwi. Było dwóch funkcjonariuszy, przekazali mi pismo i poinformowali, że wszystko jest nagrywane – powiedział polsatnews.pl Paweł Żukowski. Jak dodał, z dokumentu dowiedział się, że został ukarany za nieprzestrzeganie dwumetrowego odstępu.

„Kara może zostać uznana za niezgodną z konstytucją”

Sprawą zajął się Rzecznik Praw Obywatelskich. Jak zauważył, „z wszystkich relacji wynika, że uczestnicy akcji stosowali się do przepisów sanitarnych (obowiązek zachowania 2 metrów odstępu, obowiązek zasłaniania twarzy)”.

„Widać to też na opublikowanym przez dziennikarzy nagraniu. Tym bardziej sposób potraktowania tych obywateli przez przedstawicieli państwa musi budzić wątpliwości” – dodał.

RPO podkreślił, że „ma świadomość znaczenia wprowadzonego zakazu organizacji zgromadzeń oraz ograniczeń w przemieszczaniu się w związku z obowiązującym stanem epidemii”. Niemniej – zauważył – całkowity zakaz budzi wątpliwości, ponieważ może prowadzić w praktyce do naruszenia istoty konstytucyjnego prawa do zgromadzeń.

„Kara nałożona przez Sanepid wydaje się w opisanej sytuacji rażąco surowa i niesprawiedliwa, a tym samym może zostać uznana za niezgodną z konstytucyjnym standardem określonym w art. 31 ust. 3 Konstytucji w związku z jej nieproporcjonalnością” – podkreślił Rzecznik.

Interwencje zapowiadają także politycy Lewicy. – Złożymy interpelację, pismo do Głównego Inspektoratu Sanitarnego z prośbą o wyjaśnienie. Z filmów dostępnych w mediach społecznościowych widać, że uczestnicy zgromadzenia zachowywali odstęp – przekazała Magdalena Biejat z Partii Razem.

„Może je uchylić”

Jak dowiedział się polsatnews.pl, policjanci wystąpili o ukaranie nie dwóch, a kilku aktywistów protestujących z 6 maja. Powiatowa inspektor, Jadwiga Mędelewska, wstrzymała jednak decyzje ws. pozostałych wniosków – usłyszeliśmy od rzeczniczki Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Warszawie Joanny Narożniak.

– Pani inspektor zajęła się osobiście wnioskami ws. ukaranych już osób. Może kary podtrzymać lub je uchylić – dodała Narożniak.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Łomianki: 33-latek znęcał się nad konkubiną i zaatakował policjantów

Agresywny 33-latek rzucał donicami w radiowóz policjantów, którzy przyjechali na interwencję związaną z domową awanturą. Mężczyzna nie chciał wpuścić ich do domu, a gdy funkcjonariuszom udało się wejść do środka, zabarykadował się w łazience.

Usłyszał zarzut znęcania się fizycznego i psychicznego nad swoją konkubiną, znieważenia funkcjonariuszy publicznych oraz uszkodzenia radiowozu – poinformowała we wtorek podinsp. Ewelina Gromek-Oćwieja z komendy dla powiatu warszawskiego-zachodniego.

Dyżurny komisariatu w Łomiankach otrzymał zgłoszenie dotyczące interwencji domowej. Według informacji 33-latek miał znęcać się fizycznie i psychicznie nad swoją konkubiną, która w obawie o swoje zdrowie i życie wraz z dziećmi uciekła do sąsiadki. Na miejsce natychmiast pojechali policjanci.

Przed ich przyjazdem mężczyzna zamknął się w mieszkaniu i nie chciał wpuścić mundurowych. Nie reagował na ich wezwania i cały czas wulgarnie znieważał funkcjonariuszy oraz groźbą wywierał na nich wpływ w celu zaniechania czynności służbowej. W pewnym momencie przez otwarte okno wyrzucił w kierunku radiowozu donice z kwiatami. Uszkodzeniu uległa przednia szyba oraz dach pojazdu – podała podinsp. Ewelina Gromek-Oćwieja.

Na miejsce wezwano straż pożarną. W tym czasie pojawił się również właściciel posesji, który zapasowym kompletem kluczy otworzył drzwi mieszkania. Jednak 33-latek zamknął się w łazience. Po wyważeniu przez strażaków drzwi, funkcjonariusze weszli do środka. Policjanci zakończyli interwencję zatrzymaniem i osadzeniem mieszkańca łomiankowskiej gminy w policyjnej celi – podała policjantka.

Dodała, że w chwili zatrzymania był nietrzeźwy. Miał 1,6 promila alkoholu w organizmie.

Mężczyzna usłyszał zarzut znęcania się psychicznego i fizycznego nad swoją konkubiną, a także znieważenia funkcjonariuszy publicznych, stosowania wobec nich groźby w celu zaniechania czynności służbowej oraz uszkodzenia radiowozu. Prokurator zdecydował o zastosowaniu wobec niego dozoru policji oraz zakazał zbliżania się do pokrzywdzonej i nakazał opuszczenie wspólnego miejsca zamieszkania.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Warszawa: Pijana kobieta zaczęła pluć i kasłać na policjanta

Nietrzeźwa i agresywna mieszkanka Pragi-Północ znieważyła funkcjonariuszy i naruszyła ich nietykalność cielesną. O interwencji przy ulicy Stalowej policjanci poinformowali na Twitterze. Policjanci z warszawskiej Pragi Północ zatrzymali nietrzeźwą kobietę, która znieważyła funkcjonariuszy i naruszyła ich nietykalność cielesną – powiedziała we wtorek PAP sierż.szt. Irmina Sulich z Komendy Rejonowej Policji VI w Warszawie.

Do przykrego incydentu doszło kilka dni temu na ul. Stalowej. Policjanci interweniowali wobec osób w związku ze zgłoszeniem grupowania się. 

„Interwencje na Stalowej bywają różne. „Bohaterką” tej przy numerze 25 była 42-latka, która pluła na policjanta, zrywała mu z twarzy maseczkę ochronną, kopała i szarpała za mundur” – napisali stołeczni funkcjonariusze na Twitterze.

„Zaczęła pluć na policjanta i kasłać”

Jak poinformowała sierż. szt. Irmina Sulich, „czynności były prowadzone wobec mężczyzny, który był arogancki w stosunku do policjantów”.

„W pewnym momencie jedna z kobiet podeszła do policjanta, zaczęła na niego krzyczeć, żeby zostawił jej kolegę w spokoju, była pobudzona i agresywna. Kiedy funkcjonariusz zwrócił 42-latce uwagę, ta zaczęła na niego pluć i kasłać mu w twarz” – powiedziała.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Kłobuck: Po pijanemu groził klientom sklepu, że zarazi ich koronawirusem

Mieszkaniec Kłobucka (woj. śląskie), który po pijanemu straszył w sklepie innych klientów, że jest zakażony koronawirusem, może odpowiadać za fałszywe zawiadomienie o zagrożeniu lub bezprawne wywołanie alarmu. Policja zapowiada, że tego typu nieodpowiedzialne żarty nie będą bagatelizowane. O incydencie sprzed kilku dni, który niepotrzebnie zaangażował kłobuckich policjantów na ponad 10 godzin i naraził ich na kwarantannę, poinformowała w niedzielę śląska policja.

O swoim rzekomym zarażeniu koronawirusem mężczyzna rozpowiadał w sklepie samoobsługowym. Wezwanym na miejsce policjantom powiedział, że „ma misję, która nakazuje mu zakazić jak największą liczbę ludzi”. Było widać, że jest nietrzeźwy.

Ponad 10-godzinna interwencja

W asyście funkcjonariuszy mężczyznę przewieziono karetką do szpitala w Częstochowie. Badania potwierdziły, że nie ma żadnych objawów zakażenia, skierowano go natomiast do psychiatry. Ten nie widział przeciwwskazań, by rzekomego chorego umieścić do wytrzeźwienia w policyjnym areszcie.

Następnego dnia zatrzymany został zwolniony, jednak – decyzją sanepidu – do czasu otrzymania wyniku testu miał przebywać w izolacji, podobnie jak biorący udział w interwencji policjanci i ratownicy medyczni. W piątek kłobucka komenda otrzymała informację o negatywnym wyniku testu.

Swoim zachowaniem mężczyzna wywołał niepotrzebną czynność zarówno policji, jak i ratowników medycznych. Interweniujący stróże prawa wykonali bardzo dużo niezbędnych w takiej sytuacji czynności służbowych, a ich interwencja trwała ponad 10 godzin – poinformowała kłobucka policja.

Do 1,5 tys. złotych grzywny

O karze, jaką poniesie mężczyzna, zadecyduje sąd. Może odpowiadać za bezprawne wywołanie alarmu, za co kodeks wykroczeń przewiduje karę do 1,5 tys. zł grzywny, areszt lub ograniczenie wolności, a także możliwość zasądzenia nawiązki do 1 tys. zł, jeżeli wykroczenie spowodowało niepotrzebne czynności służb.

Wykroczenie takie popełnia osoba, która „chcąc wywołać niepotrzebną czynność, fałszywą informacją lub w inny sposób wprowadza w błąd instytucję użyteczności publicznej albo organ ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia”.

Mężczyzna może też odpowiadać za fałszywe zawiadomienie o zagrożeniu, za co kodeks karny przewiduje karę od 6 miesięcy do nawet 8 lat więzienia.

„Kto wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, zawiadamia o zdarzeniu, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach lub stwarza sytuację, mającą wywołać przekonanie o istnieniu takiego zagrożenia, czym wywołuje czynność instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającą na celu uchylenie zagrożenia, podlega karze” – stanowi Kodeks karny.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Gorzów Wielkopolski: Ustawka pseudokibiców. Interwencja policji

Do regularnej bitwy około 30 pseudokibiców doszło na ulicach Gorzowa Wielkopolskiego. W ręce policjantów wpadło dziewięć młodych osób, biorących w niej udział. – Kolejne zatrzymania są tylko kwestią czasu – zapewnia Marcin Maludy, rzecznik prasowy lubuskiej policji.

Gorzowscy policjanci wspólnie z Prokuraturą Rejonową ustalają okoliczności i osoby uczestniczące w bójce. Wszystko to działo się w sobotę po godzinie 18.00 przy skrzyżowaniu ulicy Warszawskiej i Parkowej.

– To była regularna bitwa. Grupa zakapturzonych i ubranych w kominiarki napastników, okładała się pięściami i kopała nawzajem. Jako arenę walki osoby te wybrały jedną z gorzowskich ulic – opisuje Marcin Maludy, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wielkopolskim.

Policję o ulicznej bójce poinformował jeden ze świadków. – Do dyspozycji oficera dyżurnego były właściwie wszystkie gorzowskie patrole. Na miejsce szybko zostały skierowane dostępne siły. Wśród nich policjanci z ogniwa patrolowo-interwencyjnego, wywiadowcy, policjanci ruchu drogowego oraz dzielnicowi. Funkcjonariusze dotarli na miejsce, kiedy w powietrzu unosił się jeszcze kurz po stoczonej walce – relacjonuje Maludy.

Zabezpieczono nagrania

Zebrany przez policję materiał dowodowy wstępnie potwierdza, że była to „ustawka” grup pseudokibiców. Na miejscu „bitwy” zabezpieczono kominiarki z emblematami klubów sportowych oraz ochraniacze na szczękę. Policjanci zatrzymali – jak dotąd – dziewięć osób, które miały uczestniczyć w bójce. – Kolejne zatrzymania są tylko kwestią czasu – zapewnia Maludy, dodając, że nad sprawą pracują śledczy, kryminalni i gorzowska prokuratura.

W ustaleniu kolejnych pseudokibiców biorących udział w tej bójce ma pomóc zabezpieczony monitoring, nagrania i informacje od świadków.

Wobec zatrzymanych osób prowadzone są już czynności procesowe. Wszyscy odmawiają składania wyjaśnień.

– Wszyscy usłyszą zarzuty związane z udziałem w bójce lub pobiciu, podczas której narazili współuczestników na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia. Wszystko to procesowo powiązane będzie z czynem o charakterze chuligańskim, bowiem doszło do rażącego zlekceważenia porządku prawnego. Zatrzymani to młode osoby w wieku od 19 do 31 lat – tłumaczy Maludy.

Prokuratura Rejonowa w Gorzowie wystąpi z wnioskiem do sądu o tymczasowe aresztowanie wszystkich zatrzymanych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Mimo zakazu impreza w Rudzie Śląskiej. Jest interwencja policji

W jednym z lokali w Bielszowicach w Rudzie Śląskiej właścicielka zlekceważyła zakaz ministra zdrowia dotyczący organizacji imprez. Policja interweniowała czterokrotnie, sprawą ma zająć się prokuratura.

„Mamy pierwszy przypadek złamania rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie zakazu organizowania imprez” – poinformował na Facebooku w niedzielę wiceprezydent Rudy Śląskiej Krzysztof Mejer.

Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, właścicielka otworzyła dyskotekę mieszczącą się w dzielnicy Bielszowice, nie przejmując się jednocześnie zagrożeniem spowodowanym rosnącą liczbą zakażeń koronawirusem. Na miejscu miało bawić się 25 osób. Policja interweniowała czterokrotnie.

– Kobieta twierdziła, że prowadzi legalną działalność gospodarczą, i nie zastosowała się do nakazów policjantów – mówił w rozmowie z „GW” Arkadiusz Ciozak, rzecznik miejskiej policji.

„Lokal jest już zamknięty. Policja z prokuraturą prowadzą stosowne postępowanie” – poinformował na Facebooku Krzysztof Mejer.
Źródło info i foto: Gazeta.pl