Koniec tajnego śledztwa ws. kasjerki CBA. Miała sprzeniewierzyć kilka milionów złotych

Kasjerka CBA miała sprzeniewierzyć kilka milionów złotych. Jak dowiedziało się RMF FM, prokuratura zakończyła śledztwo w tej sprawie i wysłała do sądu akt oskarżenia. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zabezpieczenie wynosi 10 milionów złotych – podaje RMF FM. Zabezpieczenie – nieznacznie przekracza kwotę, którą kasjerka miała od 2016 roku wyprowadzić z firmy. Z ustaleń śledczych wynika, że z kasy CBA zniknęło blisko 9 milionów 300 tysięcy złotych.

Kobieta – razem ze swoim partnerem – miała wydawać pieniądze m.in. na zakłady bukmacherskie. Poza zabezpieczeniem na kontach firmy, prokuratura zajęła też konta podejrzanych oraz ich nieruchomości.

Jak podała w lutym „Rzeczpospolita”, Katarzyna G., cywilna pracownica wydziału finansów w CBA, i jej mąż Dariusz G. zostali aresztowani 31 stycznia 2019 roku pod zarzutem przywłaszczenia znacznych środków. Śledztwo objęte jest całkowitą tajemnicą, a prowadząca je Prokuratura Regionalna w Warszawie nie chciała ujawnić nawet, o jaką sumę chodzi i w jakim okresie kasjerka miała okradać CBA.

Jak dowiedziało się RMF FM – śledztwo skończyło się, ale tylko w wątku, dotyczącym tego małżeństwa.

Kasjerka wpadła, bo jak donosił „Puls Biznesu” – pod koniec roku delegatury rozliczają fundusze operacyjne. Wtedy okazało się, że w kasie jest pusto. Dziś trwa intensywne śledztwo, mające wykazać nie tylko, ile pieniędzy zginęło (mówi się o 5 mln zł), ale i jak to było możliwe, że Dariusz G. bez wiedzy służb finansowych miesiącami bezkarnie grał kradzionymi pieniędzmi, obstawiając zakłady sportowe. „Przychodził regularnie i obstawiał kwoty sięgające od kilkunastu do 20 tys. zł” – twierdzą nasze źródła – czytamy w gazecie.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, CBA zabezpieczyło wszystkie środki na koncie Dariusza G. w firmie bukmacherskiej, a teraz śledczy będą musieli wykazać, że te pieniądze pochodzą z przestępstwa i że jest to gotówka wyniesiona właśnie przez kasjerkę.

Z ustaleń „Rz” wynika też, że prokuratura zażądała od generalnego inspektora informacji finansowej przeanalizowania przepływów na rachunku, który miał u bukmachera Dariusz G., pod kątem prania pieniędzy, a także sprawdzenia, czy bukmacher wypełnił wymogi ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu, w tym czy zgłaszał wpłaty od męża kasjerki.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Wyprowadzenie gotówki z funduszu operacyjnego CBA. Podejrzani boją się o swoje życie

Podejrzani w głośnej sprawie wyprowadzenia gotówki z funduszu operacyjnego Centralnego Biura Antykorupcyjnego mogą zostać zwolnienie z aresztu. Powodem ma być zagrożenie koronawirusem – donosi „Rzeczpospolita”. Afera z funduszem operacyjnym CBA wybuchła w styczniu. Wyszło wówczas na jaw, że cywilna pracownica CBA i jej mąż trafili do aresztu pod zarzutami przywłaszczenia mienia znacznej wartości – czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Katarzyna G. miała regularnie wyprowadzać gotówkę m.in. chowając ją w reklamówce. Jej mąż Dariusz G. wydawał pieniądze u bukmachera, obstawiając kwoty sięgające od kilkunastu do 20 tysięcy złotych.

Z funduszu miało zniknąć w sumie pięć milionów złotych. Są to jednak szacunki, a nie kwota ustalona na podstawie dowodów z CBA.

Jak pisze „Rzeczpospolita”, podejrzane w sprawie małżeństwo może wyjść z aresztu. Choć pod koniec marca sąd przedłużył Katarzynie i Dariuszowi G. areszt o trzy miesiące, to podejrzani już złożyli zażalenia. W jednym wniosków pojawił się argument zagrożenia koronawirusem – dowiedziała się gazeta.

Więcej w „Rzeczpospolitej”.
Źródło info i foto: interia.pl

Mąż kasjerki z CBA miesiącami obstawiał zakłady sportowe pieniędzmi skradzionymi ze służb

Niejasne wytyczne dla bukmacherów pozwoliły mężowi kasjerki z CBA miesiącami obstawiać zakłady sportowe kradzionymi pieniędzmi – informuje „Rzeczpospolita”. Pracownica Centralnego Biura Antykorupcyjnego miała wyprowadzać z kasy biura blisko pięć mln złotych – o swoich ustaleniach w połowie stycznia pisał Onet.

Katarzyna G., cywilna pracownica wydziału finansów w CBA, i jej mąż Dariusz G. zostali aresztowani 31 stycznia 2019 roku pod zarzutem przywłaszczenia znacznych środków. Śledztwo objęte jest całkowitą tajemnicą, a prowadząca je Prokuratura Regionalna w Warszawie nie chce ujawnić nawet, o jaką sumę chodzi i w jakim okresie kasjerka miała okradać CBA.

„Kasjerka wpadła, bo jak donosił „Puls Biznesu”, pod koniec roku delegatury rozliczają fundusze operacyjne. Wtedy okazało się, że w kasie jest pusto. Dziś trwa intensywne śledztwo, mające wykazać nie tylko, ile pieniędzy zginęło, ale i jak to było możliwe, że Dariusz G. bez wiedzy służb finansowych miesiącami bezkarnie grał kradzionymi pieniędzmi, obstawiając zakłady sportowe. Przychodził regularnie i obstawiał kwoty sięgające od kilkunastu do 20 tys. zł” – twierdzą źródła „Rzeczpospolitej”.

CBA zabezpieczyło pieniądze na koncie Dariusza G. w firmie bukmacherskiej. Teraz śledczy muszą wykazać, że te pieniądze pochodzą z przestępstwa i że jest to gotówka wyniesiona właśnie przez kasjerkę CBA. „Rzeczpospolita” pisała wcześniej, że kobieta miała wynosić pieniądze w reklamówkach.

Wojtunik dla Onetu: Nie pamiętam takiego skandalu w polskich służbach

Były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Paweł Wojtunik, pytany o sprawę wyniesienia z instytucji kilku mln zł przez pracownicę działu finansowego stwierdził, że takie skandalu w polskich służbach nie pamięta. Gdyby taka sytuacja miała miejsce w jednostce policji, zostałaby ona natychmiast rozwiązana – mówił w rozmowie z Onetem.

Ta afera świadczy przede wszystkim o niskim poziomie kadry kierowniczej, braku profesjonalizmu oraz o skorumpowaniu mechanizmów kontrolnych. Mam wrażenie, że chyba wszyscy fachowcy już zostali wyrzuceni albo sami odeszli, a nastały czasy partyjnego kolesiostwa i promowania miernot – oceniał Paweł Wojtunik w portalu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Duże pieniądze wypływały z kasy CBA od lat?

Pani Kasia, była pracownica CBA, która miała ukraść z instytucji 5 mln zł, cieszyła się bezgranicznym zaufaniem przełożonych i nikt jej nie kontrolował – wynika z ustaleń „Pulsu Biznesu”. Dziennik dodaje, że przekręt mógł mieć związek z nałogiem hazardowym męża kasjerki. Wyprać pieniądze miała pomóc firma bukmacherska.

Piątkowy „Puls Biznesu” rzuca nowe światło na aferę ujawnioną w połowie stycznia. Wówczas ten sam dziennik ujawnił, że jedna z pracownic Centralnego Biura Antykorupcyjnego jest odpowiedzialna za manko w kasie instytucji na ponad 5 mln zł. Katarzyna G. miała wręcz wynosić pieniądze w reklamówce. CBA zaprzecza, jakoby straciło jakiekolwiek środki, ale kasjerka została natychmiast zwolniona. Ona i jej mąż zostali rownież aresztowani.

Jak wynika z najnowszych ustaleń „Pulsu Biznesu”, gotówka z funduszu operacyjnego w CBA mogła wypływać od dawna. Pani Kasia – jak była określana kasjerka w centralni instytucji – miała cieszyć się bezgranicznym zaufaniem szefostwa i właściwie nikt jej nie kontrolował. Kobieta miała nie tylko pobierać gotówkę bezpośrednio z kasy CBA, ale także księgować fikcyjne rozchody. Przełożeni nie mieli wątpliwości i podpisywali podsunięte im przez panią Kasię dokumenty.

Gazeta informuje także, że możliwym motywem przestępstwa mogło być uzależnienie od hazardu męża Katarzyny G. O motywie hazardowym kilka dni temu pisał też „Super Express”.

CBA miało zabezpieczyć część brakujących środków na kontach jednego z bukmacherów, która mógł pomagać w wypraniu pieniędzy. Chodzi o wartość transakcji, które wbrew prawu nie zostały zaraportowane Głównemu Inspektorowi Informacji Finansowej (czyli transakcje na ponad 15 tys. euro).

Ile pieniędzy zniknęło z CBA?

W mediach przewijają się różne kwoty, które mogły zostać wyprowadzone z CBA. Może chodzić nie o 5 mln zł, ale nawet 10 albo i 15 mln zł. Jak tłumaczy „Puls Biznesu”, CBA bada obecnie rozliczenia z poprzednich lat sprawdzając, czy zgadzają się ze stanem kasy. W związku z wybuchem afery do dymisji miał się podać szef CBA Ernest Bejda, ale nie została ona przyjęta. Opozycja oczekuje wyjaśnień od Bejdy i ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego przed sejmową komisją ds. służb specjalnych.

W CBA miało dochodzić także do innych nadużyć. W maju 2019 r. „Wyborcza” pisała, że w trakcie operacji specjalnej wymierzonej w skorumpowanego urzędnika zniknął milion złotych.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

W jaki sposób pieniądze zniknęły z CBA?

Gotówka z kasy centrali służby antykorupcyjnej mogła być wyprowadzana od dawna. Idąc jej śladem, CBA nakryła bukmachera na nieprawidłowościach – informuje piątkowy „Puls Biznesu”.

„Kasjerki, pracującej w biurze od lat, nikt nie kontrolował – tak w kasie CBA, którym kieruje Ernest Bejda, powstało manko na minimum 5 mln zł. Motywem działania malwersantki mógł być nałóg męża. Służby trafiły na trop bukmachera, który pozwolił wyprać pieniądze” – informuje na pierwszej stronie gazeta.

„Puls Biznesu” podaje, że manka udałoby się uniknąć, gdyby pracownica kasy była właściwie nadzorowana. Źródła gazety twierdzą, że niemal jednoosobowo rozliczała pieniądze z funduszu operacyjnego.

„Brak krzyżowej kontroli stanu rachunków otwierał pole do nadużyć. Według naszych ustaleń istniały co najmniej dwie metody wyprowadzania pieniędzy z CBA” – podaje gazeta. Pierwszy – jak informuje „PB” miał polegać na księgowaniu rozchodów, których nie było; zaś drugi – na pobieraniu gotówki wprost z kasy.

„Jak CBA może twierdzić, że nie utraciła żadnych pieniędzy? Wyjaśnienia mogą być dwa. Po pierwsze, manko dotyczy pieniędzy z funduszu operacyjnego, który na rok 2019 został rozdysponowany i zwroty, który zniknęły z kasy, to nadwyżka, z różnych względów niewydatkowana” – podaje gazeta.

„Po drugie, CBA twierdzi, że możliwym motywem dopuszczenia się malwersacji finansowych przez byłą kasjerkę jest uzależnienie od hazardu jej małżonka. Według medialnych informacji biuro zabezpieczyło pieniądze na kontach jednego z bukmacherów, u którego mąż podejrzanej miał obstawić zakłady” – wskazuje gazeta.

„Puls Biznesu” informuje, iż sytuacja jest bardziej złożona. „Otóż na zakład nie została przeznaczona cała suma brakująca w kasie CBA” – wskazano w artykule.

Gazeta zauważa, że wykrycie ścieżek wypływu gotówki w centrali daje odpowiedź co do mechanizmu przekrętu, ale wciąż nie jest jasne, ile pieniędzy w ten sposób wyciekło.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

CBA zapewnia, że nie straciło tylu pieniędzy. Jednak podejrzana w sprawie kasjerka została natychmiast zwolniona

CBA zapewnia, że nie straciło pieniędzy, ale Katarzyna G., kasjerka, podejrzana o przywłaszczenie milionów złotych, została zwolniona – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Afera wybuchła w połowie stycznia, gdy media opisywały, że Centralne Biuro Antykorupcyjne mogło stracić od pięciu do dziesięciu milionów złotych w wyniku malwersacji finansowych. Pieniądze miała wyprowadzić pracownica CBA, jak później się okazało Katarzyna G., kasjerka Biura.

Mimo tych doniesień CBA przekazało jedynie lakonicznie, że nie będzie informować o decyzjach kadrowych wobec pracowników. „Nie jest prawdą, jakoby CBA utraciło jakiekolwiek środki finansowe” – padło w krótkim komunikacie służby.

Spora liczba wątpliwości doprowadziła do tego, że szef CBA Ernest Bejda ma stawić się przed sejmową komisją ds. specsłużb, by przekazać „stosowne informacje” na temat sprawy. Z kolei parlamentarna opozycja chce uzyskać wyjaśnienia także od Mariusza Kamińskiego, szefa MSWiA i ministra koordynatora ds. służb specjalnych, nadzorującego m.in. właśnie CBA.

Pracownica CBA zwolniona po aresztowaniu. Biuro nie komentuje

Nowe światło na sprawę rzuca wtorkowa publikacja „Rzeczpospolitej”, w której wskazano, że Katarzyna G. od miesiąca jest tymczasowo aresztowana razem z mężem pod zarzutem przywłaszczenia mienia znacznej wartości – pieniędzy należących do CBA. Według informacji dziennika gdy tylko kasjerka trafiła do aresztu, CBA zwolniło ją z pracy. Pytany o te doniesienia Temistokles Brodowski, rzecznik CBA, powtórzył to, co już wcześniej padało w komunikatach Biura: – Nie informujemy o decyzjach kadrowych wobec funkcjonariuszy i pracowników Biura.

„Rzeczpospolita” konkluduje, że ponieważ G. była cywilnym pracownikiem CBA, to najprawdopodobniej „pozbycie się jej uzasadniono utratą zaufania w związku postawieniem jej prokuratorskich zarzutów i tymczasowym aresztowaniem”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Kasjerka wyniosła z kasy CBA 5 mln złotych. Ogromna kompromitacja służb

Wyszkoleni do łapania złodziei i łapowników agenci sami dali się okraść! I to przez kasjerkę, która w sklepowej reklamówce miała wynieść po kawałku 5 mln zł z kasy CBA. Po tej kompromitacji służb pracę straciło dwóch ważnych dyrektorów, ale afera obnażyła słabość fundamentów, na których stoi nasze państwo.

Według nieoficjalnych informacji kasjerka CBA Katarzyna G. najpewniej przez lata wynosiła pieniądze przeznaczone na fundusz operacyjny CBA. Pieniądze miała upychać w zwykłej reklamówce z marketu. Według osoby powiązanej z biurem, która udzieliła wywiadu Onetowi, kasjerka mogła ukraść w ten sposób nawet 5 mln zł! Jak to możliwe, że służby tego nie widziały?

Według informacji „Rzeczpospolitej”, Katarzyna G. była zaufaną dyrektora pionu finansów w CBA. Dzięki temu zarządzała gotówką z funduszu operacyjnego biura. Teraz kasjerka odpowie za kradzież i trafiła na trzy miesiące za kratki. Pracę w CBA stracili dyrektorzy pionu finansowego i pionu bezpieczeństwa wewnętrznego.

A jak na aferę we własnych szeregach zareagowało CBA? Zaprzeczeniem i wyparciem… – Nie jest prawdą, jakoby CBA utraciło jakiekolwiek środki finansowe – powtarza rzecznik Temistokles Brodowski.

Jednak minister Zbigniew Ziobro (50 l.) oświadczył, że sprawa jest i jest wyjaśniania.

W środę na komisji ds. służb specjalnych z afery miał się tłumaczyć szef CBA Ernest Bejda (47 l.), ale… nie przyszedł. Jak dowiedział się Fakt, przysłał tylko oszczędny w słowach list. – Sprawa jest bardzo poważna. Domagamy się wyjaśnień – mówi Faktowi poseł Adam Szłapka (36 l.) z Nowoczesnej.

To nie wszystkie wpadki w ważnych państwowych instytucjach.

Miał kontrolować przepływy finansowe, a trafił na ławę oskarżonych i grozi mu nawet 10 lat więzienia! Byłemu szefowi Komisji Nadzoru Finansowego, Markowi Chrzanowskiego (39 l.) prokuratura zarzuca próbę wymuszenia łapówki od milionera Leszka Czarneckiego (58 l.), właściciela Getin Noble Banku. W zamian za 40 mln zł Komisja miałaby być przychylna bankowi Czarneckiego.

Jakby tego było mało, NIK w najnowszym raporcie ostro krytykuje działania KNF wobec spółki GetBack. Kupcy jej obligacji stracili w aferze 2,5 mld zł! KNF nie wykryła żadnych zagrożeń i przez pierwsze 5 lat działalności GetBacku nie przeprowadziła w spółce ani jednej kontroli. A kiedy w końcu to zrobiła, to nierzetelnie.

Trzeba zmienić ten system

– To jest państwo z tektury i z dykty i mówię o tym od lat – komentuje Paweł Kukiz (57 l.), klub Kukiz-PSL.– Zaskakuje mnie tylko przyzwolenie społeczne na takie działania. Nie krytykuję programu 500+, ale czy nie jest tak, że w cieniu tych 500 zł kradnie i marnuje się miliony? Do tego cokolwiek władza zrobi, naród nie może jej odwołać. Dlatego trzeba zmienić system i dać ludziom więcej władzy.

W NIK rządzi skompromitowany prezes

Tekturowe fundamenty naszej administracji widać doskonale na przykładzie Najwyższej Izby Kontroli i rządzącego nią skompromitowanego Mariana Banasia (65 l.). Wychwalany początkowo przez PiS za swą rzekomą uczciwość miał stać na straży państwowych pieniędzy. Szybko jednak okazało się, że problemem jest jego własny majątek. W jego krakowskiej kamienicy – którą miał dostać w prezencie od ubogiego emeryta – gangsterzy prowadzili dom schadzek. Prokuratura na wniosek CBA prowadzi też śledztwo w sprawie błędów w jego oświadczeniach majątkowych. Według śledczych na kontach Banasia miały pojawić się też tajemnicze przelewy. Od kogo i za co? To ma ustalić prokuratura, bo sam Banaś odmawia odpowiedzi na te pytania.

Mimo tych wszystkich podejrzeń Banasia z funkcji prezesa NIK nie można usunąć, bo zabraniają tego przepisy. A on sam gra wszystkim na nosie i sam ustąpić nie zamierza.

Tak źle jeszcze nie było

– Państwo upadło tak nisko jak nigdy w ciągu ostatnich 30 lat – mówi Tomasz Siemoniak (53 l.), PO. – Afera goni aferę i nikt nie wyciąga z tego wniosków. To, co się dzieje obecnie w CBA, to kropla, która przelewa czarę goryczy. Służby odpowiedzialne za walkę z korupcją są bezradne. Do odpowiedzialności nie poczuwają się ani szef CBA, ani minister koordynator służb Mariusz Kamiński. Szewc bez butów chodzi.

– Nasze państwo jest niestety dziurawe jak durszlak, albo sito – mówi Krzysztof Śmiszek (41 l.) Lewica. – Jeśli znajdzie się tylko ktoś, kto ma trochę sprytu, to potrafi wyciągać państwowe pieniądze jak chce i ile chce. Jak widać na przykładzie CBA, pieniądze można wyciągnąć nawet z samych służb specjalnych. Takich afer jest dużo. Tak dalej być nie może!
Źródło info i foto: Fakt.pl

Pracownica CBA usłyszała zarzuty przywłaszczenia mienia znacznej wartości

Zarzuty przywłaszczenia mienia znacznej wartości ma pracownica Centralnego Biura Antykorupcyjnego i jej mąż – informuje „Rzeczpospolita”. Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, śledztwo dotyczące podejrzenia wyprowadzania pieniędzy z CBA przez kasjerkę prowadzi jednostka wysokiego szczebla – Prokuratura Regionalna w Warszawie.

Gazeta informuje, że o trzymiesięcznym areszcie dla Katarzyny G. (tak nazywa się cywilna pracownica CBA) i jej męża Dariusza zdecydował już 1 stycznia Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa.

Sąd uznał, że zebrane w sprawie dowody wskazują na duże prawdopodobieństwo, że ww. podejrzani dopuścili się popełnienia zarzucanych im czynów – odpowiedziała „Rz” sekcja prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie, dodając, że izolacyjny środek zapobiegawczy był konieczny ze względu na „obawę matactwa ze strony podejrzanych” i grożącą im surową karę.

CBA twierdzi, że nie straciło żadnych pieniędzy, ale zarzuty temu przeczą

Gazeta wskazuje, że odpowiedź z sądu potwierdza coś jeszcze: zarówno Katarzyna G., jak i jej mąż są podejrzani o przywłaszczenie mienia znacznej wartości. Pod tym pojęciem (mienia znacznej wartości) – jak wyjaśnia „Rz” – kryje się obecnie kwota powyżej 200 tys. zł. Jak podaje dziennik, z zarzutu wynika także, że chodzi o „wielość zachowań”, czyli tak zwany czyn ciągły.

„Rzeczpospolita” zaznacza, że kwota przywłaszczenia, jaką zawarto w zarzutach dla małżeństwa G., pozostaje tajemnicą. Pytany o to przez „Rz” sąd odsyła do prokuratury, ta milczy, a CBA zaprzecza, by straciło jakieś pieniądze.

Według gazety, zarzuty przywłaszczenia dla G. wydają się wersji CBA przeczyć (chyba że biuro opiera się na tym, że kobieta np. zwróciła gotówkę – dodaje „Rz”).

Ktoś więcej niż tylko kasjerka

Jak twierdzą rozmówcy „Rzeczpospolitej” ze służb, Katarzyna G. była kimś więcej niż kasjerką. Wskazują, że była na tyle zaufaną osobą dyrektora Daniela A. (szefa pionu finansów), że powierzono jej jednoosobowo prowadzenie funduszu operacyjnego CBA (na potrzeby operacji specjalnych, np. kontrolowanego wręczenia łapówki).

Mechanizm nadużyć ze strony „kasjerki” – jak informuje „Rz” – miał polegać m.in. na tym, że zwroty z delegatur CBA nie były „wciągane” do ewidencji, czyli w niej wykazywane. Inny schemat, jaki wskazują rozmówcy gazety, miał sprowadzać się go tego, że np. określona suma była wysyłana w teren do danej delegatury, tyle że jedynie „na papierze”.

Jak pisze „Rz”, mający zaufanie do Katarzyny G. jej zwierzchnicy, prawdopodobnie zatwierdzali operacje finansowe, ufając, że podwładna robi to rzetelnie. Tymczasem, jak wskazuje zarzut, kobieta miała przywłaszczać pieniądze. Według informacji „Rzeczpospolitej” po wybuchu afery w CBA przeprowadzono wewnętrzny audyt i sprawdzono monitoring z ostatniego czasu. Na jednym z nagrań widać, jak G. wychodzi z firmy z reklamówką popularnej sieci handlowej. Wchodząc, nie miała jej – sugeruje jeden z rozmówców gazety.

W poniedziałek „Gazeta Wyborcza” napisała, że Centralne Biuro Antykorupcyjne od miesięcy ukrywa informacje o gigantycznych nadużyciach w kasie funduszu operacyjnego. Mówi się – według „GW” – o kwotach od 6,5 do nawet 15 mln zł. Pierwsze doniesienia na temat nieprawidłowości w Biurze pojawiły się w mediach w zeszłym tygodniu. „Puls Biznesu” napisał na swych stronach internetowych, że w związku z nadużyciami w CBA dymisję miał złożyć jej szef Ernest Bejda, jednak po rozmowie z koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim pozostał na stanowisku.

Były szef CBA Paweł Wojtunik w rozmowie z Onetem mówił, że nie pamięta podobnego skandalu w polskich służbach. Gdyby taka sytuacja miała miejsce w jednostce policji, zostałaby ona natychmiast rozwiązana – mówił.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Lubaczów: Pracownica banku ukradła klientom 300 tys. zł

40-letnia pracownica banku w Lubaczowie na Podkarpaciu postanowiła sobie dorobić do pensji. Przez cztery lata okradała swoich klientów. Wzbogaciła się aż o 300 tys. zł!

Okazało się, że złodziejka posługując się danymi klientów fałszowała ich podpisy i podrabiała dokumentację bankową. Dzięki temu, regularnie przelewając sobie na konto pieniądze z rachunków innych osób zgarnęła prawdziwą fortunę. Kobieta dość umiejętnie tuszowała swoje operacje bankowe i przez lata była bezkarna. Dopiero wewnętrzna kontrola banku ujawniła jej machlojki. Przełożeni powiadomili o śledczych.

Kiedy wszystko się wydało, 40-latka przeraziła się więzienia. Podczas przesłuchania przyznała się do winy i oddała już 200 tys. zł. Obiecała zwrócić resztę. Niebawem jej sprawą zajmie się sąd.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Kraków: Rodzinny gang okradał supermarkety

Policja zatrzymała matkę i syna oraz kasjerkę, którzy wspólnie okradali jeden z hipermarketów w Krakowie. Udało się ich złapać dzięki nagraniom z monitoringu.

Zatrzymani członkowie rodziny to 44-letnia kobieta i jej 22-letni syn. Kamery zarejestrowały, jak na początku marca oboje zabrali z półki w sklepie konsolę do gier. Kiedy udali się do kasy samoobsługowej, zapłacili tylko za drobne przedmioty. Pracownica odpowiedzialna za kasy nie zdjęła z konsoli zabezpieczenia, a gdy bramki zasygnalizowały kradzież – wyłączyła dźwięk i nie wezwała ochrony. Później okazało się, że klienci nie zeskanowali towaru (sprzętu elektronicznego i AGD) o łącznej wartości prawie 8 tysięcy złotych.

Policjanci wytypowali sprawców właśnie na podstawie nagrań. Wcześniej przesłuchali 35-letnią kasjerkę, która przyznała się do współpracy z zatrzymaną dwójką. Matkę i syna ujęto w jednym z mieszkań na krakowskim Prądniku. Zabezpieczono liczny asortyment pochodzący z tej i innych kradzieży: konsolę do gier, sokowirówki, klocki, zabawki, ubrania jedzenie, słuchawki, telefony i tablety. Ich łączna wartość to kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kobieta tłumaczyła, że do takiego zachowania zmusiła ją ciężka sytuacja materialna.

Matce i synowi przedstawiono zarzut kradzieży, a kasjerce – zarzut pomocnictwa. Teraz wszystkim grozi do 5 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Gazeta.pl