Christian Brückner, podejrzany o zabicie Madeleine McCann powiązany z zaginięciami dzieci w Polsce?

Niemieccy śledczy są niemal w stu procentach przekonani, że 43-letni Christian Brückner porwał, a potem zabił Madeleine McCann. Jego nazwisko pojawia się także w kontekście kilku spraw, gdzie ofiarami były inne dzieci, m.in. zaginięcia 16-latki z Belgii. Ponieważ podejrzany prowadził koczowniczy tryb życia i mieszkał w kilku krajach, wiele osób zaczęło zastanawiać się, czy mógł grasować także w Polsce. O to, czy badane są ewentualne związki Brücknera z zaginięciami dzieci na terenie naszego kraju, zapytaliśmy Komendę Główną Policji.

Informacja o zidentyfikowaniu podejrzanego ws. zaginięcia Madeleine McCann wstrząsnęła opinią publiczną na całym świecie. Na początku czerwca prokuratura z Brunszwiku poinformowała, że o winie Christiana Brücknera świadczy wiele dowodów, nadal jednak poszukują tych „ostatecznych”, które pozwoliłby na oskarżenie 43-latka nie tylko o porwanie, ale także zabicie dziewczynki. W tej chwili śledczy zajmują się analizowaniem setek informacji, które do nich napłynęły po ujawnieniu, że Brückner mógł skrzywdzić 3-latkę.

Zniknięcie Maddie to jedna z najgłośniejszych zagadek kryminalnych ostatnich lat. Koszmar rozegrał się wieczorem 3 maja 2007 roku w portugalskim kurorcie Praia da Luz, gdzie rodzina McCannów spędzała wakacje. Kiedy rodzice dziewczynki jedli kolację z przyjaciółmi w restauracji na terenie ośrodku wakacyjnego, Madeleine i jej rodzeństwo spali w pokoju wynajętego apartamentu. Około godziny 22.00 Kate McCann poszła sprawdzić, czy z dziećmi wszystko w porządku i odkryła, że Maddie nie ma.

Policja obwiniała rodziców Madeleine

Zaalarmowano policję i rozpoczęto poszukiwania, które nie przyniosły żadnego skutku. Prowadzący śledztwo Paulo Pereira Cristovao i jego szef Gonçalo Amaral bardzo szybko przyjęli, że dziecko zabili rodzice i skupił się na tej hipotezie. To z kolei – zdaniem ekspertów z Wielkiej Brytanii – sprawiło, że wiele dowodów, śladów i tropów, które należało zebrać, zbadać czy zweryfikować, przepadło bezpowrotnie. Zarówno Amaral, jak i jego podwładny, zostali potem zmuszeni do odejścia z policji. Stało się to po ujawnieniu licznych skandali z ich udziałem. Jeden dotyczył zaginięcia innego dziecka.

W 2004 roku Leonora Cipriano zostaje oskarżono o zamordowanie córki Joany i ukrycie ciała dziecka. Policja twierdziła, że Leonora i jej brat João postanowili zabić Joanę po tym, jak 8-latka przyłapała ich na kazirodczym seksie. Oboje przyznali się do winy podczas przesłuchania na komisariacie. Problem w tym, że po „rozmowie” z policjantami Leonora miała zmasakrowaną twarz. Przed sądem twierdziła, że jest niewinna, a zeznania wymuszono na niej bicie. Od momentu wyjaśnia na wolność w 2019 roku, prowadzi kampanię na rzecz odnalezienia Joany.

Podejrzewają go o zabicie Maddie, skrzywdził też Joanę?

Teraz rodzina dziewczynki naciska, by portugalska policja sprawdziła, czy w sprawę mógł być zamieszany Brückner. Wiele ekspertów uważa, że osoba, która porwała Maddie, zabiła też Joanę. Takiego zdania jest dziennikarz śledczy i były policjant Mark Williams-Thomas, który już wiele lat temu stwierdził, że zaginięcie dwóch dziewczynek, które mieszkały tak blisko siebie i to w przeciągu kilku lat „byłoby ogromnym zbiegiem okoliczności”. Wioska Figueira w pobliżu Portimão, gdzie mieszkała 8-latka, znajduje się zaledwie 30 km od Praia da Luz.

Christian Brückner urodził się w Wurzburgu w Niemczech. Do Portugalii przeprowadził się w 1995 roku. Zamieszkał w regionie Algarve i zaczął pracować w gastronomii. 43-latek ma pokaźną kartotekę. Był skazywany zarówno w Portugalii, jak i Niemczech. Wyroki dotyczyły m.in. molestowania dzieci i handlu narkotykami. Obecnie Brückner odsiaduje wyrok za zgwałcenie 73-letniej turystki z USA.

Carola, Inga i Peggy

Nazwisko Brücknera pojawia się teraz w kontekście kilku innych nierozwiązanych spraw. Prokura z Belgii sprawdza, czy zabił 16-letnią Carolę Titze. Młoda Niemka została zamordowana w belgijskim De Haan w 1996 roku. Policja ustaliła wówczas, że sprawcą był „młody mężczyzna z Niemiec”, którego Titze poznała kilka dni wcześniej. Wspólnie bawili się na dyskotece, a nowy znajomy miał się przechwalać swoją „bogatą przeszłością kryminalną”. Zdaniem śledczych opis pasuje do Brücknera.

Niemiec mógł być też zamieszany w zaginięcie Ingi Gehricke. Dziewczynka zniknęła 2 maja 2015 r. niedaleko Stendal. Ustalono, że Brückner mieszkał w tym czasie około 90 km od miejsca, w którym zniknęło dziecko, a dwa dni wcześniej miał wypadek w okolicy. Kolejną sprawą, w którą mógł być zamieszany, jest zaginięcie 9-letniej Peggy Knobloch z Lichtenbergu w Niemczech, do którego doszło w 2007 roku.

Portugalia, Niemcy, Holandia, Włochy. Czy Christian Brückner polował na dzieci w Polsce?

Śledczy ustalili, że Brückner prowadził koczowniczy styl życia, często się przemieszczał i podróżował. Po zaginięciu Maddie wyjechał z Portugalii do Niemiec. Potem był w Holandii i przez jakiś czas mieszkał we Włoszech. W międzyczasie wielokrotnie trafiał do więzienia. Z relacji jego sąsiadów w Portugalii wynika, że zajmował się m.in. handlem używanych samochodów. Bez przeszkód mógł je więc zmieniać, a później pozbywać się ich, wraz z dowodami np. w postaci śladów DNA ewentualnych ofiar.

Doniesienia o tym, że Brückner od lat polował na dzieci, często podróżował i zmieniał miejsca zamieszkania, zrodziły pytania, czy mógł pojawiać się także w Polsce. O to czy badane są jego ewentualne powiązania z zaginięciami dzieci na terenie naszego kraju, zapytaliśmy Komendę Główną Policji.

– W przypadku poszukiwań osób zaginionych Policja podejmuje szereg czynności operacyjno-rozpoznawczych, w tym często związanych ze współpracą międzynarodową – jednakże nie możemy informować o ich szczegółach – poinformował Fakt24 insp. Mariusz Ciarka rzecznik prasowy Komendanta Głównego Policji. – W przedmiotowej sprawie Wydział Poszukiwań i Identyfikacji Osób KGP nie prowadzi i nie zlecał podległym jednostkom prowadzenia żadnych dodatkowych czynności – dodał.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Gang zajmował się produkcją fałszywych dokumentów

Blisko 80 policjantów CBŚP i KGP wzięło udział w akcji rozbicia zorganizowanej grupy przestępczej, której członkowie podejrzani są o produkcję fałszywych dokumentów. Śledztwo nadzoruje Prokuratura Regionalna w Białymstoku. Według śledczych grupa mogła wyprodukować co najmniej kilkanaście tysięcy fałszywych dokumentów, które trafiały głównie do krajów Unii Europejskiej. Zatrzymani są również podejrzani o „wypranie” ponad 5 mln zł.

Policjanci z Zarządu w Radomiu Centralnego Biura Śledczego Policji, pod nadzorem Prokuratury Regionalnej w Białymstoku prowadzą śledztwo dotyczące funkcjonowania zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się popełnianiem przestępstw przeciwko wiarygodności dokumentów. Z zebranego materiału wynika, że grupa mogła działać od 2015 roku, aż do momentu jej rozbicia.

Według śledczych zamówienia na fałszywe dokumenty docierały nie tylko z kraju, ale także z państw Unii Europejskiej i Ameryki Północnej. Z zebranego materiału wynika, że członkowie grupy zajmowali się praniem pieniędzy oraz fałszowaniem dokumentów w postaci: dowodów osobistych i praw jazdy różnych krajów, kart pobytu cudzoziemców, świadectw kwalifikacji, zezwoleń, dokumentów określających nabycie konkretnych uprawnień oraz wszelkich innych dokumentów, na które składane były zamówienia. Swoje usługi oferowali na znanych stronach internetowych oferując wspomniane dokumenty jako tzw. „dokumenty kolekcjonerskie”.

Akcja, podczas której zatrzymano 5 osób, została przeprowadzona przez policjantów CBŚP wspólnie z funkcjonariuszami Biura do Walki z Cyberprzestepczością Komendy Głównej Policji. Podczas działań zrealizowanych w Warszawie oraz na terenie województw: podlaskiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego, świętokrzyskiego i lubelskiego przeszukano wiele obiektów i zabezpieczono fałszywe dokumenty w postaci dowodów osobistych czy praw jazdy. Wówczas to, policjanci przejęli także sprzęt komputerowy, profesjonalne drukarki, laptopy, matryce, telefony czy karty służące do produkcji dokumentów. W trakcie akcji zabezpieczono również bazę danych osób, które mogły dokonywać zakupu dokumentów, co obecnie jest dokładnie sprawdzane.

W Prokuraturze Regionalnej w Białymstoku 3 zatrzymanym postawiono zarzuty dot. udziału w zorganizowanej grupie przestępczej oraz z artykułów przeciwko wiarygodności dokumentów. Dodatkowo jedna osoba usłyszała zarzut kierowania tą grupą. Wszystkim 5 zatrzymanym grozi odpowiedzialność za pranie pieniędzy pochodzących z przestępstwa. Dwóch podejrzanych zostało tymczasowo aresztowanych na okres trzech miesięcy.

Warto przypomnieć, że walka z fałszerstwami dokumentów, a także z wykorzystywaniem ich do popełniania przestępstw np. wyłudzania kredytów doprowadziła do nowelizacji Ustawy o Dokumentach Publicznych z dniem 12.07.2019 roku, w której usankcjonowano karnie produkcję tzw. dokumentów kolekcjonerskich. Zgodnie z tą ustawą grozić może kara pozbawiania wolności do 2 lat.
Źródło info i foto: Policja.pl

Jak w święta Polacy przestrzegali kwarantanny? Dane policji

Ostatniej doby sprawdziliśmy ponad 125 tys. osób na kwarantannie, w ok. 285 przypadkach stwierdziliśmy uchybienia kwalifikujące się do wymierzenia grzywny – poinformował w poniedziałek kom. Robert Opas z Komendy Głównej Policji. Jak dodał, w związku z naruszeniem obowiązujących ograniczeń wystawiono 1004 mandaty, a w 514 przypadkach skierowano wnioski do sądu.

Obecnie kwarantannie poddanych jest 1742 funkcjonariuszy. Łącznie było 6102 policjantów objętych izolacją. Zarażonych koronawirusem jest 79 funkcjonariuszy, zaś wyzdrowiało 87. W pierwszy dzień świąt było małe, miejscami średnie natężenie ruchu drogowego. Policja odnotowała 17 wypadków, w których zostało rannych 15 osób, zaś 2 zginęły.

KGP apeluje z okazji świąt wielkanocnych o rozsądek i zostawanie w domu. Kara, która może być nałożona na osobę łamiącą obejmującą ją kwarantannę, a także na osoby, które nie przestrzegają ograniczeń dotyczących przemieszczania się i zgromadzeń w miejscu publicznym, może wynosić nawet 30 tys. zł.

Osobom, które mając świadomość zakażenia koronawirusem, narażają na to zakażenie innych, grozi do 5 lat więzienia, a w przypadku narażenia wielu osób – do 10 lat.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Policja podała listę najczęściej kradzionych aut w Polsce

Jakie samochody kradną złodzieje w Polsce? Policja od 2013 roku w swoich statystykach nie podawała marek i modeli aut. Teraz jednak mundurowi odkryli karty. Dziennik.pl zdobył najnowszą policyjną listę składająca się niemal z 10 tys. pozycji. Oto, jakie auta giną w poszczególnych województwach.

Złodzieje samochodów nie próżnują. Z danych, które dziennik.pl zdobył w Komendzie Głównej Policji wynika, że w 2018 roku zniknęło ponad 13,5 tys. pojazdów. To oznacza, że codziennie kradziono ok. 37 sztuk. Największą grupę stanowią auta osobowe (11 932 szt.). Kolejne pod względem atrakcyjności dla złodziei są samochody ciężarowe i ciągniki siodłowe (893 egz.) oraz dostawczaki i furgony (828 szt.). A gdzie złodzieje działają najaktywniej?

Najbardziej mogą martwić się kierowcy z Warszawy i okolic – tylko w 2018 roku policja ze stołecznego garnizonu zanotowała 3521 kradzieży pojazdów (osobówki, ciężarówki i dostawczaki). Przebojem wśród przestępców jest Toyota (786 sztuk; w tym najczęściej: Auris – 193 egz., Yaris – 158, Avensis – 105 i Corolla – 66).

Następnie Mazda (357 sztuk) i kolejno modele: 6 (129 egz.), 3 (89 szt.) i CX-5 (55 aut). Podium zamyka Honda z liczbą 288 skradzionych aut – najczęściej znikał CR-V (111 sztuk), następnie Civic (109) oraz Accord (45).

Zaskakiwać może popularność aut marki Hyundai (208 sztuk). Najczęściej ginął model i30 – 91 aut oraz i20 – 60 sztuk.

Drugie pod tym względem niechlubnych statystyk jest województwo śląskie – Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach w 2018 roku odnotowała 1474 utracone pojazdy. Tu złodzieje najbardziej „lubią” Audi (186 szt. w tym najczęściej modle: A4 – 62 egz. i A6 – 36 aut), Volkswageny (155) i BMW (145).

Trzecia lokata to Dolny Śląsk – KWP Wrocław zgłoszono 1432 kradzieże. Przestępcy lubują się w niemieckiej motoryzacji. Hity to kolejno: Audi (216 szt.; ulubiony model to A6 – 74 szt. i A4 – 50 egz.), VW (172), BMW (134) i Mercedes (118 skradzionych aut).

KWP Poznań – 1233 sztuki aut skradzionych w 2018 roku (liczba obejmuje osobówki, ciężarówki i dostawczaki)
Źródło info i foto: Dziennik.pl

CBŚP zatrzymało 6 osób za posiadanie treści pedofilskich

Sześć osób podejrzanych o posiadanie treści pedofilskich zostało zatrzymanych przez policjantów. Akcja jest efektem kilku miesięcy pracy specjalnej grupy śledczej, w skład której wchodzą policjanci z KGP, CBŚP i KWP w Rzeszowie – powiedziała w czwartek PAP rzecznik prasowy CBŚP kom. Iwona Jurkiewicz.

Jak przekazała rzeczniczka Centralnego Biura Śledczego Policji „do policjantów dotarła informacja, że za pośrednictwem Internetu dochodzi do rozpowszechniania na masową skalę materiałów pornograficznych z udziałem dzieci”. Z uwagi na charakter, skalę oraz obszar popełnianych przestępstw Komendant Główny Policji powołał w tej sprawie specjalną grupę śledczą składającą się z policjantów Centralnego Biura Śledczego Policji, Komendy Głównej Policji i Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie – dodała.

Po zebraniu materiałów dowodowych w sprawę zaangażowała się Prokuratura Okręgowa w Krośnie, która wszczęła śledztwo w kierunku przestępstw popełnionych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności oraz udziału w zorganizowanej grupie przestępczej.

Do zatrzymań doszło na początku września. Na terenie trzech województw: małopolskiego, lubelskiego i mazowieckiego, policjanci zatrzymali niemal jednocześnie 6 osób, w tym obywatela Ukrainy – wskazała Jurkiewicz, która dodała, że „równocześnie inni policjanci przeszukiwali kolejne obiekty znajdujące się w województwach: małopolskim, mazowieckim, zachodniopomorskim i podkarpackim”.

Podczas przeszukań policjanci znaleźli różnego rodzaju materiały filmowe i zdjęciowe z zakazanymi treściami, które znajdowały się na nośnikach danych między innymi na dyskach twardych, które zostały zabezpieczone. Oprócz tego policjanci zabezpieczyli kilkadziesiąt telefonów i sprzętów komputerowych. Dokładnej analizie przez biegłych będą również poddane aparaty fotograficzne oraz kamery znalezione u podejrzanych – powiedziała policjantka.

W akcji oprócz policjantów z rzeszowskiego CBŚP i KWP w Rzeszowie wzięli udział funkcjonariusze z niemal wszystkich zarządów CBŚP w Polsce oraz policjanci z Komend Wojewódzkich Policji w Lublinie, Radomiu, Szczecinie, Krakowie, Katowicach, Łodzi i Komendy Stołecznej Policji.

Zatrzymani po doprowadzeniu do prokuratury usłyszeli zarzuty m.in. uzyskania dostępu do materiałów z pornografią dziecięcą i zoofilią, posiadania takich materiałów, rozpowszechniania ich przy wykorzystaniu sieci internetowej lub umożliwienia w ramach bezpłatnego hostingu zapoznania lub ściągnięcia takich materiałów innym osobom.

Decyzją Sądu Rejonowego w Krośnie czterech zatrzymanych zostało tymczasowo aresztowanych na okres trzech miesięcy.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Alarmy bombowe w ponad 100 szkołach przed maturą

W wielu polskich szkołach, w trakcie egzaminów maturalnych, ogłoszono alarmy bombowe. W wyniku tych zgłoszeń część placówek rozpoczęło egzaminy maturalne z opóźnieniem. Służby na bieżąco sprawdzają wszystkie doniesienia. Centralna Komisja Egzaminacyjna pozostaje w stałym kontakcie z Komendą Główną Policji oraz CBŚP.

Według informacji, które podała Centralna Komisja Egzaminacyjna na podstawie informacji uzyskanych od dyrektorów okręgowych komisji egzaminacyjnych wynika, że:

122 szkoły zgłosiły do OKE informację o otrzymaniu drogą mailową informacji o podłożeniu ładunku wybuchowego. Szkoły przekazały informację do odpowiednich służb, które dokonały sprawdzenia budynków. Wszystkie alarmy były fałszywe.
Źródło info i foto: dziendobry.tvn.pl

Kulisy zatrzymania Marka Falenty

Biznesmen Marek Falenta został zatrzymany w Hiszpanii przez polską policję. O kulisach akcji powiedział w rozmowie z TVN24 rzecznik Komendanta Głównego Policji Mariusz Ciarka.

Ponieważ biznesmen – mimo wyroku sądu – nie stawił się do odbycia kary 2,5 roku pozbawienia wolności, od lutego był poszukiwany przez policję. Do sprawy włączył się także detektyw bez licencji Krzysztof Rutkowski. W piątek 5 kwietnia w godzinach wieczornych Joachim Brudziński poinformował, że służby zatrzymały biznesmena w Hiszpanii. „Tak jak mówiłem, polska policja jak zawsze dała radę. Marek Falenta zatrzymany. Słowa uznania kieruję do funkcjonariuszy zaangażowanych w tę akcję” – napisał szef MSWiA.

Z ustaleń TVN24 wynika, że Marka Falentę tropił zespół funkcjonariuszy z Poznania i Komendy Stołecznej Policji. Ponieważ Falenta nie posługiwał się żadnymi urządzeniami elektronicznymi i zacierał za sobą ślady, praca śledczych była utrudniona. W rozmowie z TVN24 rzecznik Komendanta Głównego Policji poinformował, że biznesmenowi w momencie zatrzymania, do którego doszło w okolicach Walencji w Hiszpanii, towarzyszyła kobieta z Polski. – Ta kobieta prawdopodobnie pomagała mu się ukrywać. Również w momencie zatrzymania próbowała negocjować z policjantami hiszpańskimi i polskimi, aby nie zatrzymywać poszukiwanego – powiedział Mariusz Ciarka. Rzecznik KGP dodał, że „w momencie zatrzymania biznesmen wszedł na balustradę, a więc groził, że może popełnić samobójstwo – taka była sugestia”. – Dzięki naszej rozmowie, negocjacjom, zszedł z balustrady i został skutecznie zatrzymany – podkreślił Mariusz Ciarka.

Według ustaleń TVN24 kobieta, która towarzyszyła Markowi Falencie, to jego pełnomocniczka. To, czy jej rola wykroczyła poza doradztwo prawne i stanowiła pomoc w ukrywaniu się przed polskim wymiarem sprawiedliwości, ustalą prokuratura oraz policja.

Afera podsłuchowa

Przypomnijmy – w grudniu 2016 roku Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Marka Falentę na dwa i pół roku bezwzględnego więzienia w tak zwanej aferze podsłuchowej. Falenta został uznany winnym większości zarzutów, m.in. zlecania podsłuchów. Zdaniem prokuratury motywy działania osób związanych z aferą miały „charakter biznesowo-finansowy”. Sprawa dotyczyła nagrywania w warszawskich restauracjach rozmów osób z kręgów polityki czy biznesu. Proceder trwał od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku. Wyrok uprawomocnił się w 2017 roku. Obrońcy Marka Falenty złożyli kasację do Sądu Najwyższego. W październiku 2018 roku Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił ich wniosek o odroczenie wykonania przez Marka Falentę kary pozbawienia wolności. Jednocześnie zgodnie z postanowieniem sądu, samo wykonanie kary zostało wstrzymane do czasu „rozpoznania ewentualnego zażalenia”.

31 stycznia 2019 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie zdecydował, że Marek Falenta trafi do więzienia na 2,5 roku więzienia, tym samym podtrzymał wyrok niższej instancji i odrzucił zażalenia obrońców, którzy wnioskowali o odroczenie wykonania kary ze względu na zły stan zdrowia klienta.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Polska: Kokaina w bananach. Przejęto rekordową kontrabandę

Już w czwartym kolejnym województwie znaleziono kokainę ukrytą w kartonach z bananami. Tym razem na paczki z narkotykami natrafili pracownicy sklepu w Sosnowcu – poinformowało radio RMF FM. Kilka dni temu kokainę wykryto w pudełkach z bananami przeznaczonymi dla jednej sieci sklepów na Mazowszu, Dolnym Śląsku i w Łódzkiem. Łącznie zabezpieczono już 220 kg tego narkotyku.

– Możemy potwierdzić, że w popularnych sklepach sieciowych na terenie trzech województw: mazowieckiego, łódzkiego i dolnośląskiego pracownicy tych sklepów ujawnili w kartonach z bananami prawdopodobnie środki odurzające – potwierdził mł. asp. Antoni Rzeczkowski z Komendy Głównej Policji. – Dla dobra śledztwa nie możemy ujawniać więcej informacji – zaznaczył.

Wszczęto śledztwo. Funkcjonariusze starają się ustalić, jaką dokładnie trasę pokonały owoce i kto odpowiadał za ich transport z Ameryki Południowej. Przesłuchiwani są też pracownicy sklepów, do których trafiła kokaina.
Źródło info i foto: TVP.info

Polska: Będzie współpraca międzynarodowa ws. narkotyków znalezionych w skrzynkach z bananami

Ponad 160 kilogramów narkotyków, które znaleziono w bananach w sklepach na terenie kraju, trafiło do Polski z Ekwadoru – poinformowała Komenda Główna Policji. Śledczy uruchomili współpracę międzynarodową, m.in. w celu ustalenia nadawcy i odbiorcy narkotyków.

– Wiemy, że narkotyki do Europy przybyły z Ekwadoru, natomiast musimy działać w wielu płaszczyznach, ustalić, kto jest nadawcą, jaką one przebyły drogę, a następnie, kto miał być odbiorcą tych narkotyków w Polsce – powiedział kom. Dawid Marciniak z Zespołu Prasowego Komendy Głównej Policji.

Marciniak dodał, że do tej pory w sklepach na terenie całego kraju policjantom udało się zabezpieczyć ponad 160 kilogramów narkotyków – najprawdopodobniej kokainy. Badanie, które potwierdzą rodzaj narkotyku, zostaną przeprowadzone w laboratorium. Policja, tłumacząc się dobrem śledztwa, nie informuje o lokalizacji sklepów, w których znaleziono substancję.

– Pytań, które mogą się rodzić w tej materii, jest cała masa. Działamy bardzo intensywnie, ale ze względu na szeroki wymiar tej sprawy i jej wyjątkowy charakter w tej chwili nie będziemy ujawniać szczegółów sprawy. Możemy powiedzieć tylko tyle, że uruchomiliśmy współpracę międzynarodową – powiedział Marciniak.

Znaleziono ponad 100 pakunków

Wcześniej media informowały, że pierwszy sklep, w którym odkryto narkotyki jest w Sokołowie Podlaskim. Duże paczki miały być ukryte między owocami, znalazła je jedna z ekspedientek. Jak informował Fakt24, paczki były „ciężkie jak cegła”, niektóre z nich miały mieć naklejone logo „popularnych smartfonów”.

Podobne pakunki odnaleziono w Wyszkowie w woj. mazowieckim, a także w woj. łódzkim i dolnośląskim. 102 pakunki z białym proszkiem znaleziono w pięciu sklepach jednej z sieci supermarketów w Łodzi oraz w sklepie tej samej sieci w Skierniewicach.

– Wszystkie pozostałe sklepy sieci w Łodzi zostały sprawdzone, niczego nie znaleziono. Sprawdzeń dokonano również we wszystkich sklepach sieci w Skierniewicach, w jednej placówce znaleziono paczkę o wadze ponad kilograma – powiedział rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Łodzi prokurator Krzysztof Kopania. Dodał, że pakunki do sklepów trafiły z magazynu w woj. mazowieckim.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nowe informacje w sprawie Iwony Wieczorek. Dziennikarz twierdzi, że trafił na nazwisko mordercy

Iwona Wieczorek zaginęła ponad osiem lat temu. W tej sprawie nadal więcej jest pytań niż odpowiedzi. Dziennikarz śledczy Janusz Szostak próbuje znaleźć rozwiązanie tej zagadki i – jak twierdzi – w pierwszym rozdziale książki ujawnia nazwisko mordercy Iwony.

Janusz Szostak we wstępie książki „Co się stało z Iwoną Wieczorek” pisze: „Mówi się, że sprawca zwykle pojawia się w pierwszym tomie akt. W przypadku tej książki – jest w pierwszym jej rozdziale”. My publikujemy rozdział trzeci książki, która ukaże się 28 listopada nakładem Wydawnictwa Harde.

Analizując sprawę zniknięcia Iwony Wieczorek, Marek Siewert (analityk Komendy Głównej Policji – red.) stwierdził: „Nadal uwzględniać należy zaistnienie takiego zdarzenia bezpośrednio w sąsiedztwie domu”. Moim zdaniem jest to bardzo prawdopodobna hipoteza, gdyż pod domem na nastolatkę mógł czekać jej morderca. Osoba, którą znała i której się nie obawiała. Mało prawdopodobne, by porywaczem i zabójcą Iwony Wieczorek była przypadkowa osoba.

Także atak na nadmorskim bulwarze, a nawet w alejkach parkowych wydaje się nierealny. Przypomnijmy, że Piotr Kinda, ojczym Iwony, zeznał, że obudził się około 4.00 i usłyszał przez otwarte okno głos Adrii. Pomyślał, że rozmawia ona z Iwoną i razem wracają do jej domu, gdzie miały nocować.

Tak to wspomina Iwona Kinda w rozmowie ze mną: – Było wtedy bardzo ciepło. Mieliśmy w sypialni otwarte okno. Około godziny 3.00-4.00 słychać było jakieś głosy. Piotr zawsze wstawał w tym czasie. Usłyszał głos Adrii: „Iwona, Iwona, Iwona…”. Pomyślał, że znowu się kłócą. Ja wtedy mocno spałam, bo miałam ciężki dzień i musiałam rano iść do pracy. Więc tak na wpół śpiąca, w letargu, przytaknęłam mu, że pewnie się kłócą i Iwona zaraz przyjdzie do domu. Odwróciłam się na drugi bok i spałam dalej. Rano patrzę – Iwony nie ma. Zauważyłam też, że nie ma moich nowych butów. Zabrała mi buty, takie nowe szpilki. Wkurzyłam się wtedy na nią, od razu wzięłam telefon i zadzwoniłam, bo zezłościłam się o te buty. Wie pan, jak to jest, to normalne. Ale wówczas Iwona miała już wyłączony telefon. Słysząc rozmowę dziewczyn pod blokiem, myśleliśmy, że one są na osiedlu we dwie. Później okazało się, że była to rozmowa telefoniczna Adrii z Iwoną.

Rozmawiając o godzinie 3.36, dziewczyny ustaliły, że Adria wystawi rzeczy Iwony na balkon, żeby swobodnie mogła je stamtąd zabrać. Adria mieszkała na parterze. Dziewczyny kłóciły się jeszcze chwilę, gdy Adria była już pod klatką schodową swojego bloku. W czasie tej rozmowy Iwona zarzucała jej, że zostawiła ją samą w Sopocie. Z analiz billingów dziewczyn wynika, że ostatnia rozmowa oraz ostatnie esemesy, jakie wymieniły, miały miejsce o 3.42-3.43. O 4.00 Adria wysłała jeszcze koleżance esemesa z potwierdzeniem, że rzeczy są na balkonie. Ale ten komunikat nie dotarł już do Iwony. Ponieważ jednak uprzedzała, że rozładowuje jej się telefon, koleżanka nie była zdziwiona, że kontakt się urwał.

Zapewne właśnie tę rozmowę telefoniczną słyszał Piotr Kinda. Ale czy Iwona nie mogła dotrzeć pod swój dom? W aktach sprawy znajdują się zeznania Mai Ż., która twierdzi, że jej znajoma z pracy opowiadała, iż brat jej męża rzekomo widział, jak tej nocy ktoś siłą wciągał Iwonę Wieczorek do czarnego samochodu: „W nocy, kiedy zaginęła Iwona Wieczorek, jej szwagra, który mieszka na tym samym osiedlu, miał obudzić pisk opon samochodu, (…) miał wstać z łóżka i widzieć z balkonu, czy też z tarasu mieszkania, jak Iwona Wieczorek jest siłą wciągana do samochodu koloru czarnego, marki nie podał. (…) Zapytałam ją, czy zgłosił to policji. A ona odburknęła ‚Policja jest od tego, by szukać’ i dodała, że Iwona Wieczorek sobie na to zasłużyła, gdyż jej szwagier często ją widział, jak siedziała na chodniku w krótkiej sukience i piła z chłopakami alkohol. On mieszka na tym samym osiedlu, co Iwona Wieczorek – zeznała Maja Ż., dodając: – Z tego, co mi powiedziała znajoma, jej szwagier miał już być przesłuchany w tej sprawie. Ale on nic nie powiedział, ponieważ Iwona nie szanowała się, ubierając tak, że jej prawie było tyłek widać. Ona takich słów użyła, mówiąc o tym”.

Policja rzeczywiście przesłuchała mężczyznę, który rzekomo miał widzieć uprowadzenie nastolatki. Zeznał, że mieszka w tym samym bloku, co Adria S., a Iwona mieszkała w bloku obok: „Często je razem widywałem. Pamiętam nawet ten dzień, jak wychodziły na imprezę razem, ładnie ubrane, szły pod rękę chodnikiem w stronę Biedronki. Nie pamiętam dokładnie godziny, ale tej nocy Iwona zaginęła. O tym jednak dowiedziałem się dopiero kilka dni później z plakatów na osiedlu i z mediów. Ja o tej sprawie jednak nic więcej nie wiem. Widziałem tylko, jak Iwona z Adrią często imprezowały między blokami. Nie widziałem, aby ktoś ją wciągał do samochodu. Gdybym widział, jak ktoś porywa Iwonę Wieczorek, to powiadomiłbym natychmiast policję. Pamiętam tylko, jak Adria stała pod blokiem i płakała, to było wtedy, jak już wszyscy szukali tej Iwony. Wokół niej było kilka osób. Iwona była spokojną dziewczyną, całe to towarzystwo było pod wpływem Adrii – stwierdził, odżegnując się od opowieści znajomej swojej szwagierki: – Nic nie wiadomo mi o tym, jak Iwona zaginęła. Nic nie widziałem, by wsiadała do jakiegoś ciemnego auta czy też została do niego wciągnięta. Nie mam pojęcia, jak zaginęła – zastrzegał sąsiad nastolatki. – Wykluczone, bym widział, jak ktoś ją porywa. Na pewno powiedziałbym o tym i zgłosił się na policję. To tak, jakby mi dziecko porwali. Z całą pewnością zgłosiłbym się na policję”.
Źródło info i foto: wp.pl