Sąd Najwyższy: Zakaz zgromadzeń z 2020 roku nie miał podstawy prawnej

Zakaz zgromadzeń w pandemii z 2020 r. wprowadzony został bez należytej podstawy prawnej, w drodze rozporządzenia, zamiast ustawy – ocenił Sąd Najwyższy. Tym samym Sąd Najwyższy uwzględnił kasację RPO i uniewinnił dwóch mężczyzn ukaranych grzywną za udział w zgromadzeniu.

Przepis zakazujący organizowania zgromadzeń, wprowadzony rozporządzeniem Rady Ministrów z 9 października ub.r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii, w ocenie SN „został wydany z przekroczeniem delegacji ustawowej”. „To pierwsze takie orzeczenie Sądu Najwyższego co do zakazu zgromadzeń” – podkreśliło w poniedziałek Biuro RPO, informując o tym zapadłym na początku lipca orzeczeniu.

Już wcześniej SN wielokrotnie uchylał po kasacjach Rzecznika wyroki sądów wymierzające kary za złamanie zakazu przemieszczania się w pandemii. Niektóre z rozstrzygnięć dotyczyły także łamania nakazu zasłaniania nosa i ust. Natomiast w kasacji uwzględnionej ostatnio SN odniósł się do zakazu zgromadzeń.

„Podstawą zakazu zgromadzeń publicznych nie mogła być ustawa o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, do której rząd odwoływał się w kolejnych rozporządzeniach. Problem w tym, że ta ustawa nie daje podstaw do takich ograniczeń wolności” – argumentował w swojej kasacji RPO. Jak dodał, ustawa ta „w przypadku zgromadzeń pozwala wyłącznie na zakazanie +widowisk i innych zgromadzeń ludności+, nie dotyczy więc chronionych konstytucyjnie m.in. zgromadzeń spontanicznych”.

Sąd Najwyższy rozpatrujący sprawę w Izbie Karnej przez trzech sędziów z przewodniczącym składu sędzią Zbigniewem Puszkarskim podzielił generalnie argumentację Rzecznika w odniesieniu do zakazu zgromadzeń. „Zakaz ten został wprowadzony bez należytej podstawy prawnej – w drodze rozporządzenia – zamiast ustawy oraz wbrew regulacjom zawartym w art. 57 i art. 31 ust. 3 Konstytucji RP” – wskazał SN w uzasadnieniu wyroku. Przywołane przepisy konstytucji zapewniają wolność zgromadzeń, która może być ograniczona tylko ustawą.

W związku z tym według SN nie było możliwe przypisanie obu mężczyznom biorącym udział w październiku ub.r. w zgromadzeniu w Tarnowskich Górach pod jednym z biur poselskich wykroczenia „przeciwko wydanym z upoważnienia ustawy przepisom porządkowym o zachowaniu się w miejscach publicznych”. Jednocześnie SN uchylił orzeczenie skazujące i uniewinnił obu mężczyzn także w zakresie obwinienia o złamanie obowiązku zakrywania nosa i ust, który to nakaz – jak uznał SN, powołując się na swe wcześniejsze orzecznictwo, także wydany został z przekroczeniem delegacji ustawowej.

O tym, że podstawą zakazu zgromadzeń nie może być ustawa o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi i dlatego przepis tej ustawy rozumiany jako podstawa do ich całkowitego zakazu jest niekonstytucyjny, przed miesiącem RPO pisał w swoim stanowisku do Trybunału Konstytucyjnego.

Rzecznik przyłączył się bowiem do skargi konstytucyjnej obywatela, któremu uniemożliwiono organizacji zgromadzenia publicznego 10 maja zeszłego roku. „W okresie trwania stanu epidemii mieliśmy do czynienia z okresami całkowitego zakazu organizowania zgromadzeń publicznych, okresami znaczącego ograniczenia liczebności tych zgromadzeń, wyłączeniem możliwości organizowania zgromadzeń spontanicznych i wreszcie doprecyzowaniem zakazu uczestnictwa w zgromadzeniach publicznych. Należy również zwrócić na utrzymujący się niemal przez cały czas trwania stanu epidemii zakaz organizowania zgromadzeń spontanicznych” – przypominał RPO.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Londyn: Policja przejęła 5 mln funtów w gotówce. Wpadka gangu

Londyńska policja przejęła ponad 5 mln funtów w gotówce, które członkowie gangu zajmującego się praniem brudnych pieniędzy trzymali w jednym z mieszkań w Londynie. Mieli problem z ich upłynnieniem z powodu… pandemii koronawirusa. Jest to największa w historii pojedyncza konfiskata gotówki przez policję metropolitalną i jak sądzę, jedna z największych w skali kraju. W mieszkaniu pieniądze były wszędzie – pod łóżkami, w szafkach i na podłodze. Nie mogli ich nawet ukryć. To był ośrodek prania pieniędzy dla wielu grup przestępczych – powiedział detektyw Jason Prins z londyńskiej policji metropolitalnej. Covid naprawdę zwiększył ich problem z tym, jak się pozbyć pieniędzy – dodał.

Na opublikowanych przez policję zdjęciach widać całe stosy banknotów zapakowanych w plastikowe torebki, które wypełniały niemal całe dwupokojowe mieszkanie w londyńskiej dzielnicy Fulham. Używane one było przez grupę, która zajmowała się praniem brudnych pieniędzy dla gangów narkotykowych.

Przechwycenie banknotów nastąpiło już latem zeszłego roku, ale policja poinformowała o tym dopiero wczoraj. Jak wskazała policja, podczas prowadzonej od dłuższego czasu operacji zidentyfikowano Łotysza Sergejsa Auzinsa, który zajmował się na dużą skalę praniem brudnych pieniędzy dla gangów. Funkcjonariusze ustalili, że zabierał on duże ilości gotówki do jednej z posesji w Fulham.

W czerwcu zeszłego roku policjanci zauważyli innego mężczyznę, Rusłana Szamsutdinowa, który wychodząc stamtąd z widocznym trudem dźwigał ciężkie torby. Gdy go zatrzymano, okazało się, że jest w nich znaczna ilość gotówki. Po przeszukaniu mieszkania okazało się, że było w nim 5 082 026,17 funtów, zaś kolejne 39 tys. euro i 8038,81 funtów znaleziono pod adresem domowym Szamsutdinowa.

W lipcu policja aresztowała innego mężczyznę, Serwana Ahmadiego, gdy wychodził ze swojego domu z torbą, w której było prawie 60 tys. funtów. Podczas przeszukania nieruchomości okazało się, że było tam jeszcze kolejne prawie 200 tys. Następnego dnia aresztowano też Auzinsa i skonfiskowano jeszcze prawie 14,5 tys. funtów. W efekcie łączna suma przejętej gotówki wyniosła prawie 5,4 mln funtów.

W piątek sąd koronny w Harrow w północno-zachodnim Londynie skazał Szamsutdinowa na 3 lata i 9 miesięcy więzienia, Auzinsa – na 3 lata i 4 miesiące, a Ahmadiego na półtora roku w zawieszeniu na dwa lata.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Szwecja: Imigranci unikają wydalenia z kraju

W Szwecji imigranci unikają wydalenia z kraju odmawiając wykonania testu na Covid-19, czego wymagają linie lotnicze i państwa, którym mają zostać przekazani – pisze w czwartek dziennik „Expressen”.

Według policji, która pełni rolę straży granicznej, problem dotyczy 90 proc. osób z decyzją o wydaleniu z kraju po odbyciu w Szwecji kary więzienia za poważne przestępstwa np. gwałty lub handel narkotykami albo z uwagi na nielegalny pobyt.

Mamy pod opieką około 80 osób oczekujących na deportację w areszcie oraz 30 innych z nakazem dozoru. W większości przypadków nie możemy pobierać próbek na Covid-19 – stwierdził szef oddziału policji granicznej w zachodniej Szwecji Mikael Holmgren.

Podobne kłopoty mają również funkcjonariusze w pozostałych regionach. Eksperci prawni doradzający policji przyznają w rozmowie z gazetą, że imigranci „korzystają z luki prawnej od pierwszej sekundy”. Jak tylko pojawił się wymóg testowania, pojawił się problem. Oni (oczekujący wydalenia) dobrze znają przepisy, doradzają im osoby prywatne oraz organizacje – podkreślają prawnicy.

Szwecja ma problem

„Expressen” podkreśla, że niemożność wykonania deportacji wpływa na przepełnienie aresztów, a to z kolei wstrzymuje zatrzymania osób, które z powodu popełnionych przestępstw lub nielegalnego pobytu powinny do nich trafić.

Ujawniony przez media problem stał się elementem debaty politycznej. Minister sprawiedliwości Szwecji Morgan Johansson stwierdził, że kwestię wymogu testów na Covid-19 próbuje rozwiązać z państwami przyjmującymi deportowanych. Przedstawicielka opozycyjnej centroprawicowej Umiarkowanej Partii Koalicyjnej Maria Malmer Stenergard zaproponowała zmianę przepisów umożliwiającą przymusowe wykonywanie badań na osobach ich odmawiających.

Według Stenergard w 2018 roku szacowano, że w Szwecji nielegalnie przebywa 50 tys. osób, ale obecnie ta liczba może być wyższa.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

W trakcie mszy w stolicy Francji nie przestrzegano obostrzeń. Duchowni zatrzymani za „narażanie życia innych”

Dwóch francuskich duchownych zostało zatrzymanych przez policję. Wszystko z powodu sobotniej mszy w kościele św. Eugeniusza i św. Cecylii w Paryżu, podczas której nie przestrzegano obostrzeń sanitarnych wprowadzonych z powodu pandemii koronawirusa. Jak podaje francuski dziennik „20 minutes”, do zatrzymania dwóch duchownych doszło w czwartek 8 kwietnia. O przesłuchaniu księży zdecydowała paryska prokuratura.

Sprawę nagłośniono po tym, jak dziennik „Le Parisien” opublikował nagranie z mszy. Na filmie widać, że wierni zgromadzeni w kościele św. Eugeniusza i św. Cecylii w Paryżu nie zachowali obowiązującego dystansu i nie nosili maseczek. Również kapłani prowadzący mszę mieli odsłonięte twarze, a eucharystia była podawana bezpośrednio do ust, nie zaś jak zaleca episkopat we Francji – na rękę.

„Le Parisien” skontaktowało się z diecezją paryską, która po obejrzeniu filmu skomentowała sprawę. – Oczywiście podczas tej mszy świętej nie przestrzegano żadnych zaleceń zdrowotnych – ubolewa diecezja. Odcięła się jednak od zachowania księży. – Całkowicie odcinamy się od tego typu zachowań, które są niezgodne z regułami określonymi przez rząd. Powiadomimy służby w sprawie osób odpowiedzialnych za tę mszę i podejmiemy także działania wewnętrzne – powiedział „Le Parisien” przedstawiciel diecezji.

Sprawą nieprzestrzegania instrukcji sanitarnych w kościele św. Eugeniusza i św. Cecylii w Paryżu zajęła się prokuratura. We wtorek wszczęto śledztwo w sprawie „narażania życia innych”.

Prokuratorskie postępowanie to nie jedyny problem duchownych z kościoła św. Eugeniusza i św. Cecylii. Jak informuje francuski „Le Point”, arcybiskup Paryża wszczął postępowanie kanoniczne przeciwko proboszczowi kościoła. To procedura, która podlega prawom kościelnym i może doprowadzić do sankcji wobec duchownego.

Od roku we Francji obowiązują ścisłe obostrzenia sanitarne – istnieje jednak możliwość odprawiania mszy. Noszenie maseczki jest obowiązkowe przez wszystkich wiernych od ukończenia przez nich 11. roku życia. Dodatkowo między każdą osobą lub rodziną muszą zostać zachowane puste miejsca. Należy także zachować ławkę odstępu między każdym rzędem zajętym przez wiernych lub wiernego.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Warszawa: Manifestacja antycovidowców. Policja użyła granatów hukowych i gazu

Interwencją policji zakończyła się w Warszawie manfiestacja przeciwko obostrzeniom wprowadzonym przez rząd z powodu pandemii koronawirusa. Demonstrowało kilkaset osób. Kilka zostało zatrzymanych. Uczestnicy protestu, w większości bez maseczek, mieli transparenty z napisami „Stop przymusowym szczepieniom”, „Stop plandemii”, „Stop terapii genetycznej”, „Dzieci do szkoły”. Śpiewali: „Cała Polska śpiewa z nami wy… z maseczkami”. Występujący na zaaranżowanej scenie mówcy przekonywali zebranych, że nie ma pandemii, a przepisy sanitarne wprowadzone przez władze ograniczają wolność.

Kilku uczestników manifestacji zapaliło race. W stronę policji poleciało kilka kamieni. Policjanci spisywali niektórych uczestników demonstracji na Polu Mokotowskim. Doszło do szarpaniny między policją, a kilku osobami biorącymi udział w demonstracji. Tłum zaczął otaczać interweniujących funkcjonariuszy. W ich kierunku rzucono kamienie. Policja użyła granatów hukowych i gazu.

Manifestanci rozbiegli się i zatamowali ruch samochodów i tramwajów na Alei Niepodległości. Wtedy doszło do kolejnych przepychanek. Komenda stołeczna napisała w mediach społecznościowych, że w stosunku do osób lekceważących obostrzenia epidemiczne stosowane są – w pojedynczych przypadkach – środki przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej, pałek i ręcznych miotaczy gazu.

Podczas manifestacji zatrzymano kilka osób.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Rybnik: Właściciele klubu o brutalnej interwencji policji. „Do nas przyszli bandyci”

31.01.2021 Rybnik Pikieta pod komenda miejska policji w zwiazku z zamknieciem klubu muzycznego Face2Face przez policje w zwiazku ze stanem epidemii koronawirusa Nz Marcin Wojciechowski fot. Dominik Gajda/REPORTER

Uważam, że wczoraj nie było interwencji policji – nikt się nie wylegitymował. Do nas przyszli bandyci. Weszli, zaatakowali wszystkich ludzi – mówiła w niedzielę współwłaścicielka klubu w Rybniku, w którym z soboty na niedzielę interweniowała policja. Funkcjonariusze użyli m.in. broni gładkolufowej i granatów hukowych.

Właściciele lokalu w Rybniku, w którym minionej nocy interweniowała policja, wystąpili na konferencji prasowej. Przypomnijmy, że klub muzyczny został otwarty mimo obowiązujących obostrzeń a wewnątrz, podczas interwencji, bawili się ludzie. Doszło do poważnych starć, policja użyła gazu, pałek, granatów hukowych i broni gładkolufowej. Konferencji przysłuchiwali się również ludzie, którzy zgromadzili się pod lokalem w niedzielę w ramach solidaryzowania się z właścicielami. Policjanci tłumaczyli, że użycie środków przymusu bezpośredniego było wynikiem agresji skierowanej przeciwko funkcjonariuszom. Policja podkreślała, że lokal działał wbrew przepisom – został zamknięty decyzją sanepidu, a decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności. Policjanci asystowali sanepidowi przy doręczaniu decyzji i wezwali gości do opuszczenia klubu.

Osoby zgromadzone w niedzielne popołudnie przed rybnicką komendą przysłuchiwały się konferencji prasowej, podczas której właściciele klubu Face 2 Face relacjonowali dziennikarzom wydarzenia z nocy z soboty na niedzielę. Głos zabrał także aktywista grupy skupionej wokół Strajku Przedsiębiorców, Michał Wojciechowski, według którego interwencja policji w klubie była „festynem przemocy, festynem reżimu”. – Policja sprowokowała, wtargnęła nielegalnie do klubu Face 2 Face w Rybniku; wtargnęła siłą, użyła gazu – mówił Wojciechowski, informując, iż właściciele klubu dysponują licznymi nagraniami, potwierdzającymi, że policja użyła gazu wobec gości lokalu nie tylko na zewnątrz, ale także w środku. Z tego powodu – jak mówiono – miała zasłabnąć przebywająca w klubie kobieta.

Witani przez zgromadzonych oklaskami współwłaściciele klubu, Marcin Koza i Sandra Konieczny, oceniali, że policja weszła do lokalu bez podstaw prawnych, a proszeni o przedstawienie się funkcjonariusze używali filmowych nazwisk: James Bond i Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. – Myślałam, że w tym trudnym czasie, kiedy jest pandemia, policja chce chronić ludzi przed pandemią. Jak się jednak okazuje, policja atakuje ludzi, żeby chronić pandemię – powiedziała Sandra Konieczny. – Weszli na lokal bez żadnej zgody, siłą, zaatakowali klientów. Gazowali nas w lokalu, przez co jedna z naszych klientek miała problemy z oddychaniem w górnej strefie lokalu; nie pozwolili nam jej sprowadzić na dół – relacjonowała.

Policja przyszła nas prowokować; policja przyszła po to, żeby nas siłą wyszarpać z tego lokalu – dodała współwłaścicielka rybnickiego klubu. – Ja uważam, że wczoraj nie było interwencji policji – nikt się nie wylegitymował. Do nas przyszli bandyci. Weszli, zaatakowali wszystkich ludzi, którzy pojawili się w naszym lokalu; ludzie byli wystraszeni, my również – ocenił współwłaściciel lokalu Marcin Koza, zarzucając przedstawicielom sanepidu, że także oni weszli do lokalu nielegalnie, wbrew przepisom. „Wolna Polska”, „Morawiecki do więzienia”, „Popieramy” – skandowano podczas niedzielnego zgromadzenia przed komendą. „Zamknąć rząd, otworzyć gospodarkę” – głosiło jedno z napisanych na kartonach haseł jego uczestników. Protestujący domagali się rozmowy z komendantem lub rzecznikiem prasowym rybnickiej policji. Chcieli wiedzieć, kto wydał rozkaz interwencji oraz czy na miejscu był negocjator i policjanci z zespołu antykonfliktowego. Wzywali do dymisji funkcjonariuszy odpowiedzialnych za interwencję.

Policja stanowczo odpiera zarzuty o nielegalność swoich działań oraz agresywne zachowania funkcjonariuszy. „Decyzją Państwowego Inspektora Sanitarnego lokal został zamknięty, a decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności. W związku z powyższym policjanci asystowali pracownikom sanepidu w doręczeniu dokumentu właścicielowi. Następnie mundurowi poinformowali uczestników imprezy o zamknięciu lokalu i konieczności wyjścia z klubu” – podała policja w niedzielnym komunikacie.

Część uczestników – jak informują policjanci – dobrowolnie opuściła lokal, zaś pozostali nie chcieli dostosować się do poleceń. „Na zewnątrz zebrała się grupa kilkuset osób, wśród których” – jak głosi policyjny komunikat – „większość była nietrzeźwa i agresywna w stosunku do policjantów”; niektórzy nie mieli na twarzach maseczek, pili alkohol i podawali policjantom fałszywe dane personalne” – informuje policja. „Po opuszczeniu lokalu uczestnicy byli agresywni i atakowali mundurowych niebezpiecznymi przedmiotami. Policjanci podawali komunikaty wzywające do rozejścia się. Kiedy to nie przyniosło rezultatu, wobec agresywnych uczestników zgromadzenia użyli środków przymusu bezpośredniego w postaci ręcznych miotaczy gazu, pałek służbowych, granatów hukowych, oddali także strzały ostrzegawcze z broni gładkolufowej” – czytamy w komunikacie śląskiej policji. W interwencji uczestniczyło prawie 150 policjantów z Rybnika oraz z oddziałów prewencji z Katowic. „Interwencja była skuteczna i doprowadziła do przywrócenia ładu i porządku publicznego” – podała policja. Zatrzymano trzech mężczyzn w wieku 30, 44 i 48 lat, podejrzewanych o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariuszy. Wylegitymowano 213 osób. Część osób ukarano mandatami, wobec innych mają być kierowane wnioski o ukaranie do sądów.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Policja zatrzymała handlarza „szczepionkami”

Policja zatrzymała 26-latka z Katowic, który na portalu internetowym oferował do sprzedaży rzekome szczepionki na COVID-19 oraz podrobione zaświadczenia o negatywnym wyniku testów na zakażenie koronawirusem. Jako pierwsi dotarli do niego dziennikarze „Raportu”. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Katowicach Marta Zawada-Dybek powiedziała, że mężczyzna został zatrzymany we wtorek. Do sądu trafił wniosek o aresztowanie podejrzanego.

Jak poinformowała reporterka „Raportu” Beata Glinkowska wniosek ten został odrzucony na posiedzeniu aresztowym. – Prokuratura nie zgadza się jednak z tą decyzją i planuje się odwoływać – tłumaczy Glinkowska. 

– Podejrzanemu przedstawiono dwa zarzuty. Pierwszy dotyczy podrobienia dwóch dokumentów w celu uzyskania korzyści majątkowej – zaświadczeń o negatywnym wyniku testu PCR na SARS-CoV-2 – podała prokurator. Za każde z zaświadczeń 26-latek otrzymał po 100 zł. Drugi zarzut dotyczy usiłowania oszustwa na szkodę 10 osób, poprzez wprowadzenie ich w błąd, że posiada szczepionkę firmy Pfizer i może ją sprzedać.

Dotarli do niego dziennikarze „Raportu”

Śledztwo w tej sprawie rozpoczęło się w drugiej połowie stycznia, m.in. od informacji w mediach – dziennikarze „Raportu” dotarli do młodego człowieka z Katowic, który oferował szczepionki. Jak podała prok. Zawada-Dybek, dotychczasowe ustalenia śledztwa wskazują, że nabyty podczas prowokacji dziennikarskiej produkt nie był szczepionką Pfizera. Co dokładnie było w ampułce, ustalą szczegółowe badania.

„Załatwię ile chcecie. Dla mnie to żaden problem” – mówił handlarz dziennikarzom raportu.  Beata Glinkowska i Jacek Smaruj wcielili się w role pracowników dużej firmy. Ich zadaniem jest zakup kilkudziesięciu dawek szczepionki. Pierwszą dostali w promocyjnej cenie.

Zakładając, że mężczyzna mówi prawdę, to tylko ten jeden człowiek sprzedał 1500 fiolek, a to około 25 tysięcy dawek. W fiolce, którą kupili reporterzy jest 5 mililitrów płynu. Niewielka buteleczka nie posiada etykiety ani numeru partii. Kolejnego dnia po zakupie pojechali do laboratorium. To początkowa faza testów. Wstępne badania potwierdziły, że znajduje się w niej RNA, czyli najważniejszy składnik szczepionki przeciwko Covid-19. 

– Na razie mamy wstępne wyniki. Nie jest to zwykła sól fizjologiczna. Znajduje się tam kawałek mRNA, o mniej więcej takiej wielkości jaka powinna się znaleźć w szczepionce BioNTech Pfizer – powiedział  prof. dr hab. Krzysztof Pyrć, wirusolog Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. 
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Szczepienie Zbigniewa Girzyńskiego. Będzie kontrola na UMK

Minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiedział kontrolę NFZ i MEN ws. szczepień na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. To pokłosie zaszczepienia przeciw Covid-19 posła Prawa i Sprawiedliwości Zbigniewa Giżyńskiego. Toruński portal dziennika „Nowości” poinformował, że część niemedycznych pracowników Uniwersytetu Mikołaja Kopernika miała zostać zaszczepiona przeciw koronawirusowi SARS-CoV-2 – wśród nich poseł Prawa i Sprawiedliwości i jednocześnie pracownik naukowy UMK Zbigniew Girzyński.

Po tych doniesieniach szef Komitetu Wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski poinformował, że decyzją prezesa Jarosława Kaczyńskiego Girzyński został zawieszony w prawach członka partii. „Zasady obowiązują wszystkich” – zaznaczył Sobolewski.

Wkrótce po tej informacji oświadczenie opublikował poseł Girzyński. „Nikogo o żadne pierwszeństwo w kolejce nie prosiłem i w żadnym wypadku nie zaszczepiłem się poza kolejnością. Postąpiłem od A do Z zgodnie z obowiązującym mnie prawem i w myśl zaleceń władz uczelni, która jest moim podstawowym miejscem pracy” – napisał poseł.

Girzyński podkreślił też, że zgadza się z opinią Krzysztofa Sobolewskiego, że zasady obowiązują wszystkich. „Obowiązywać powinny zwłaszcza tych, którzy je ustanawiają. Ja jedynie zgodnie z nimi postępowałem i postępować będę” – zaznaczył polityk.

KPRM: Poseł Girzyński złamał zasady, nie ma usprawiedliwienia dla takiego postępowania

Do sprawy odniosła się kancelaria premiera. „Uczelnie medyczne oraz uczelnie prowadzące kierunki medyczne mogły zgłosić pracowników medycznych, zgodnie z Narodowym Programem Szczepień. UMK dał taką możliwość wszystkim pracownikom. Poseł Girzyński nie mieści się w tych kryteriach, złamał zasady. Nie ma usprawiedliwienia dla takiego postępowania” – napisał KPRM na Twitterze.

O naruszeniu zasad szczepień na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika mówił podczas konferencji prasowej minister zdrowia.

„Naruszenie jest o tyle niepokojące, że znowu widać tutaj taką sytuację, że pracodawca, czyli rektor (Uniwersytetu Mikołaja Kopernika – red.) wpisał osoby nieuprawnione na listę, która została zgłoszona jako osoby do szczepienia właśnie w ramach tej potencjalnej grupy zerowej” – powiedział Adam Niedzielski.

Zaznaczył, że bez względu na barwy polityczne oraz to, czy dotyczy to aktorów, biznesmenów czy polityków, to jest niezachowanie standardów i taka sytuacja jest niedopuszczalna.

„Moją rolą, jako ministra zdrowia, jest pilnowanie pewnego porządku” – zaznaczył.

Poinformował też, że Narodowy Fundusz Zdrowia oraz Ministerstwo Edukacji i Nauki przeprowadzą kontrolę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Starcia z policją w Holandii. Tysiące osób protestowały przeciw obostrzeniom

Kilka tysięcy osób wzięło udział w nielegalnym proteście w stolicy Holandii. Domagali się zniesienia obostrzeń wprowadzonych w związku z epidemią koronawirusa. Doszło do bójek z policją, która musiała użyć armatki wodnej. Jak poinformował Reuters, protestujący zgromadzili się na placu przed Rijksmuseum i Muzeum Van Gogha. Wcześniej władze nie wyraziły zgody na organizację wydarzenia, tak więc kilkutysięczna demonstracja od początku była nielegalna.

Uczestnicy domagali się złagodzenia obowiązujących w kraju obostrzeń, wprowadzonych przez rząd w związku z epidemią koronawirusa. Skandowali: „Czego chcemy? Wolności!”, a część z nich przyniosła ze sobą transparenty z hasłem: „Wolność: powstrzymaj to oblężenie”.

„Żaden z protestujących nie miał na sobie maseczki. Nieliczni przestrzegali zasad dystansu społecznego” – podaje Reuters.

Po jakimś czasie służby wezwały demonstrantów do rozejścia się – ci jednak nie zamierzali tego zrobić. Doszło do starć z policją, która zmuszona była użyć armatki wodnej. W stronę funkcjonariuszy poleciały też petardy. W grudniu holenderski rząd zdecydował o zamknięciu szkół i większości sklepów. W ubiegłym tygodniu lockdown przedłużono co najmniej do 9 lutego. W Holandii odnotowano dotąd ponad 900 tys. przypadków zakażenia koronawirusem – w ostatnich dniach było ich ok. 5-6 tys. dziennie. Zmarło 13 tys. zakażonych pacjentów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Częstochowa: Zakażeni Covid-19 uciekli ze szpitala. Zatrzymali ich policjanci

Jednego z mężczyzn częstochowscy policjanci zastali w domu – drugiego na przystanku autobusowym. Dwaj mężczyźni, mimo potwierdzonego zakażenia koronawirusem i złego stanu zdrowia – uciekli ze szpitala. Grozi im do ośmiu lat więzienia. Policjanci z Częstochowy odnaleźli dwóch mężczyzn, którzy mimo zakażenia koronawirusem uciekli ze szpitala. Jednego z nich mundurowi zastali w domu, po wcześniejszym wyważeniu drzwi przez strażaków, drugiego – na przystanku autobusowym.

„Z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa mężczyźni zostali przetransportowani z powrotem do szpitala. Po wyzdrowieniu mogą usłyszeć zarzut sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia innych osób” – podała częstochowska komenda policji.

Najpierw – w poniedziałek – policjanci otrzymali zgłoszenie o 72-latku, który uciekł ze szpitala.

„Trop zaprowadził kryminalnych do mieszkania, w którym 72-latek był zameldowany. W mieszkaniu jednak panowała cisza, światła były zgaszone, a na pukanie do drzwi nikt nie odpowiadał. Policjanci nie dali się jednak zwieść. Wezwali do pomocy straż pożarną, która najpierw dokonała sprawdzenia pomieszczeń przez okno znajdujące się na trzecim piętrze, a następnie wyważyła drzwi do mieszkania. Mundurowi, stosując środki ochrony osobistej, weszli do mieszkania i odnaleźli tam poszukiwanego” – relacjonują częstochowscy policjanci.

Dwa dni później, w środę ze szpitala uciekł 45-latek, który także był zakażony koronawirusem i od tygodnia przebywał na oddziale zakaźnym. Mężczyzna został odnaleziony po kilku godzinach na jednym z przystanków autobusowych w Częstochowie. Obaj mężczyźni zostali z powrotem przewiezieni do lecznicy. Policja pod nadzorem prokuratury wszczęła wobec nich śledztwo pod kątem sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia innych osób. Za takie przestępstwo grozi do 8 lat więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl