Prezydent Andrzej Duda ułaskawił mężczyznę, który podpalił las

Dawida Szydło skazano na rok bezwzględnego więzienia za nieumyślne podpalenie lasu w Czarnogórze. 29-latek napisał listo do prezydenta z prośbą o pomoc. Andrzej Duda zainterweniował, dzięki czemu mężczyzna wyjdzie na wolność – podaje onet.pl. Jak przypomina portal, od 14 czerwca Polak przebywał w Zakładzie Karnym w Wadowicach, z którego został przeniesiony do Trzebini, wtedy złożył wniosek o zastosowanie prawa łaski. Prezydent podjął decyzję 20 września.

Mężczyzna przeprosił

– Chciałbym wszystkich was, i państwo Czarnogórę, i mieszkańców miejscowości Bar prosić o wybaczenie tej nieroztropnej wyprawy, tego, co się wydarzyło w tę noc. To nie było umyślne. Przepraszam, że naraziłem was na takie niebezpieczeństwo. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczycie i że czas zaleczy wasze rany – mówił w 2017 r. na nagraniu Dawid Szydło.

27-letni Dawid Szydło razem ze znajomymi z Oratorium Salezjańskiego w Oświęcimiu był w sierpniu w okolicach Baru w Czarnogórze.

Jednego z ostatnich dni udał się na samotny spacer w góry i zabłądził.

„Trasa okazała się bardzo zaniedbana i koniec końców wymagająca. Wracając zabłądziłem, stoczyłem się na dół zbocza w gęste chaszcze, z których nie mogłem się wydostać. Skończyła mi się woda, było bardzo upalnie” – opisywał w liście do prezydenta Andrzeja Dudy.

„Padła decyzja, by rozpalić ogień”

Udało mu się skontaktować z lokalnymi służbami ratunkowymi, którym usiłował wskazać miejsce pobytu. Powiadomił też uczestników wycieczki, którzy wezwali policję i także próbowali odnaleźć 27-latka.

„Znaki, jakie dawałem, machając koszulką zawieszoną na 4-5 metrowym kiju nie zostały zauważone. Padła decyzja, by rozpalić ogień. Jako skaut miałem przy sobie zapalniczkę, igłę, nici, taśmę oraz kilka innych przydatnych rzeczy” – relacjonował.

„Płomienie w ciągu kilku sekund przeskoczyły i zajęły sąsiednie rośliny”

Jak podkreślił, wiedział, że „ogień w tych warunkach jest ekstremalnie niebezpieczny”.

„Od kilku miesięcy w tym rejonie nie padał deszcz. Wszystko było wysuszone na wiór. Skleciłem małe palenisko z kamieni i zapaliłem patyki, suchą trawę i trochę liści, by powstał dym. Nikt go nie zauważył. Wiedziałem, że nie mogę zapalić większego ognia, bo ten szybko przeniesie się na pobliskie krzewy i trawy” – opisywał.

Jak podkreślił, to ratownicy kazali mu rozniecić ogień. „Stwierdzili nawet, że jeśli coś się zapali to będę bezpieczny, ponieważ płomienie powędrują w górę zbocza. Tak się stało. Kiedy tylko zapaliłem nazbierany chrust płomienie w ciągu kilku sekund przeskoczyły i zajęły sąsiednie rośliny” – napisał.

„Byłem przekonany, że piekło się skończyło. To był dopiero początek”

Ogień rozprzestrzeniał się niebezpiecznie szybko i Szydło zmuszony był przed nim uciekać. Jak opisywał, stoczył się 20 metrów w dół, przy czym bardzo poranił plecy. Na dole znaleźli go dwaj mężczyźni.

„Byłem przekonany, że piekło właśnie się dla mnie skończyło. To był dopiero początek. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, powiedziano mi, że musimy pojechać na policję złożyć zeznania, że pożar powstał nieumyślnie, że miałem dać tylko znaki ratownikom na ich wyraźne polecenie, także policjantki, z którą byłem cały czas w kontakcie, pod numerem 112. Mówiła wyraźnie, że ognisko to znak, bym słuchał ratowników, nawet gdy miałem skoczyć w przepaść” – opisywał mężczyzna w liście do prezydenta.

„Z ofiary ratującej życie stałem się kryminalistą”

Według jego relacji, został natychmiast zatrzymany. Jak dodał, tylko dzięki stanowczym prośbom został zawieziony do szpitala i opatrzony. Kolejne trzy noce spędził w areszcie w Barze, później sąd orzekł wobec niego 30-dniowy areszt w Podgoricy.

„Z ofiary ratującej własne życie stałem się kryminalistą, terrorystą – podpalaczem. Odłączony od swojego kraju, języka, rodziny, bliskich i Kościoła. Zamknięty. Skazany bez wyroków. Przez ten czas adwokat z urzędu odwiedził mnie tylko raz. Pierwszego dnia w Podgoricy. Bardzo pomaga mi Konsul, pan Ryszard Michalski, ofiarując swoje wsparcie, kontaktując się z moją rodziną, odwiedzając mnie” – napisał mężczyzna.

27-latek opisywał, że w celi przebywa m.in. z „mordercą, gwałcicielem i przemytnikiem kobiet”. Nie ma też prawa kontaktu z rodziną ani przyjaciółmi.

„Wiem, że ma Pan całą Polskę na głowie”

„Jeśli mógłby Pan zrobić dla mnie cokolwiek w tej sprawie, by przyspieszyć mój powrót do domu, do Polski, do mojej pracy, rodziny… będę niezwykle wdzięczny. Nie jestem zbrodniarzem czy przestępcą, a zostałem tak potraktowany, w nieludzki sposób” – napisał do prezydenta.

„Wiem, że ma Pan całą Polskę na głowie i ogrom pracy na co dzień. Jestem za to niepowtarzalnie wdzięczny. Modlę się za Pana i całą Polską Rodzinę. Mimo wszystko wierzę, że znajdzie Pan chwilę, by zerknąć na moją sprawę, bym mógł wrócić do mojej rodziny. Liczę na Pańską pomoc” – dodał.

Według szacunków lokalnych władz, straty powstałe wskutek pożaru mogą wynieść nawet 3 miliony euro.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Funkcjonariusze KAS zlikwidowali gigantyczną leśną bimbrownię

W woj. podlaskim zlikwidowano gigantyczną leśną bimbrownię produkującą alkohol na wielką skalę. Funkcjonariusze KAS przejęli urządzenia i półprodukty służące do wytwarzania alkoholu, zabezpieczono ponad 800 litrów bimbru i 8 tysięcy litrów zacieru. Łącznie w tej sprawie 5 osobom zostały przedstawione zarzuty związane z produkcją i przechowywaniem nielegalnego alkoholu.

Funkcjonariusze KAS z Podlaskiego Urzędu Celno-Skarbowego w Białymstoku ustalili, że w lesie w okolicach miejscowości Szudziałowo (pow. sokólski) funkcjonuje bimbrownia, w której produkowany jest nielegalny alkohol na wielką skalę. Mundurowi wkroczyli na jej teren całkowicie zaskakując nadzorujących produkcję alkoholu trzech mężczyzn.

Na miejscu funkcjonariusze odkryli dwie kompletne, osłonięte plandeką linie służące do produkcji bimbru, składające się z m.in. z pieców, chłodnic i zbiorników na zacier. Ponadto na terenie bimbrowni mundurowi znaleźli blisko 170 litrów właśnie wyprodukowanego alkoholu o mocy ok. 50%, agregaty prądotwórcze, pompy, opał, dwunastometrową studnię głębinową, kadzie zawierające łącznie 8 tys. litrów fermentującego zacieru oraz drożdże i 7 ton mąki. Z ujawnionych półproduktów przestępcy mogliby wyprodukować kolejne ponad 8 tysięcy litrów nielegalnego alkoholu.

W ramach akcji funkcjonariusze KAS przeszukali również trzy prywatne posesje: jedną w okolicach Białegostoku oraz dwie położone w gminie Gródek, na których magazynowano i przygotowywano do dalszej dystrybucji nielegalny alkohol. Mundurowi znaleźli tam łącznie ponad 630 litrów alkoholu w butelkach i plastikowych kanistrach oraz etykiety, korki i puste butelki przygotowane do konfekcjonowania bimbru.

– Bimbrownicy oraz właściciele posesji, na których magazynowany był zabezpieczony alkohol usłyszeli już zarzuty dotyczące jego produkcji i przechowywania. Mężczyźni za swoje postępowanie odpowiedzą przed sądem. Grożą im wysokie grzywny lub kary pozbawienia wolności do 5 lat – informuje asp. Maciej Czarnecki, zespół prasowy Izby Administracji Skarbowej w Białymstoku.

Dodatkowo w kompleksie leśnym bezpośrednio przy zlikwidowanej bimbrowni funkcjonariusze KAS odkryli rozlewisko odpadów powstałych po produkcji nielegalnego alkoholu o powierzchni ponad 1200 metrów kwadratowych. O sprawie został powiadomiony Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Białymstoku. Służby ochrony środowiska zbadają, czy w tym przypadku nie doszło do zanieczyszczenia terenu.

W roku 2016 dzięki działaniom podlaskiej KAS budżet państwa zasilono kwotą 2,2 mld zł, w roku 2017 było to 2,9 mld zł, a w 2018 roku z województwa podlaskiego do budżetu państwa wpłynęło 3,2 mld zł.
Źródło info i foto: se.pl

Sąd zmniejszył wyroki dla gangsterów. Wywozili ofiary do lasu i katowali

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że kara 5, 6 i 7 lat więzienia dla osób, które wywoziły swoje ofiary do lasu i znęcały się nad nimi, jest zbyt surowa – poinformował portal wyborcza.pl

Czterech mężczyzn ze Środy Śląskiej wywoziło do lasu swoje ofiary. Każda z nich była bita, i strzelano do niej z broni pneumatycznej. Celem gangsterów było podpisanie przez porwanych zobowiązania do oddania pieniędzy, których nie pożyczyli.

Do uprowadzeń doszło w wakacje w 2017 r. „Pierwszą ofiarą był Rafał K. Gangsterzy za miejscowością Komorniki zajechali mu drogę, gdy wracał z pracy. Gdy mężczyzna zjechał na pobliski parking, wciągnęli go do swojego bmw i zawieźli do lombardu do Wrocławia, by zastawił swój telefon” – pisze wyborcza.pl.

Pieniądze zostały przeznaczone na benzynę, dzięki której można było wywieźć mężczyznę do lasu. Tam „kazali mu rozebrać się do majtek, pryskali gazem po oczach, strzelali do niego z bliskiej odległości z wiatrówki i grozili nożem. Pokrzywdzony podpisał papier ze zobowiązaniem, że odda 2850 zł – pieniądze, których nigdy od gangsterów nie pożyczył” – informuje wyborcza.pl.

W przypadku dwóch pozostałych mężczyzn sposób działania był bardzo podobny.

W listopadzie 2018 r. Sąd Okręgowy we Wrocławiu postanowił wymierzyć napastnikom wyższą karę. Uznano, że przez znęcanie się nad uprowadzonymi należy zmienić klasyfikację czynów z bezprawnego pozbawienia wolności na przetrzymywanie zakładnika w celu zmuszenia go do określonego działania.

I tak, Krystian G. został skazany na siedem lat więzienia, Damian G. i drugi Krystian G. na pięć lat, a Maciej S. na rok i dziesięć miesięcy. Jak podaje wyborcza.pl, wszyscy mężczyźni odwołali się od wyroku. „Teraz Sąd Apelacyjny – odwrotnie niż Sąd Okręgowy – uznał, że nie można im przypisać wzięcia i przetrzymywania zakładnika, a tylko pozbawienie człowieka wolności” – czytamy.

W ten sposób kary zostały zmniejszone na odpowiednio: 6,5 roku więzienia, cztery, trzy lata oraz rok pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

Mija kolejna doba poszukiwań zaginionego 81-latka

Trzecią dobę trwają poszukiwania 81-letniego mieszkańca Bęsi (woj. warmińsko-mazurskie), który we wtorek wyszedł na grzyby i dotychczas nie wrócił do domu – podała w czwartek policja. W poszukiwaniach zaginionego uczestniczy 150 osób, w tym żołnierze WOT.

Jak poinformował asp. Rafał Prokopczyk z olsztyńskiej policji, poszukiwany to 81-letni Bronisław Narkiewicz z Bęsi w gminie Kolno, który we wtorek przed południem wyszedł do lasu na grzyby i do chwili obecnej nie wrócił ani nie nawiązał kontaktu z bliskimi.

– Dotychczas przeszukano blisko 500 ha terenu, na razie bez efektu. Akcja poszukiwawcza trwa kolejną dobę od rana do późnych godzin nocnych. Dzisiaj uczestniczy w niej około 150 osób, w tym kilkudziesięciu żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej – powiedział Prokopczyk.

W poszukiwaniach biorą też udział policjanci, strażacy ochotnicy z OSP, wolontariusze z PCK, a także bliscy zaginionego i mieszkańcy Bęsi. Wykorzystywane są psy tropiące i specjalistyczny sprzęt, m.in. dron z kamerą noktowizyjną. W czwartek sprowadzono też łodzie do przeszukiwania dwóch zbiorników wodnych w okolicy.

Mężczyzna poruszał się o lasce

W chwili zaginięcia 81-latek miał ze sobą wiklinowy koszyk, poruszał się o lasce. Był ubrany w zieloną kurtkę, szare spodnie, na głowie miał szary kapelusz. Jak podała policja – powołując się na relację rodziny – mężczyzna cierpi na niedosłuch i korzysta z aparatów słuchowych, które wychodząc na grzyby zostawił jednak w domu.

Policjanci apelują o pomoc w ustaleniu miejsca przebywania Bronisława Narkiewicza. Każdy, kto ma informacje mogące przyczynić się do odnalezienia zaginionego, jest proszony o jak najszybszy kontakt z najbliższą jednostką policji.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Lubuskie. Kradzionym samochodem uciekał przed policją. Ukrył się w lesie i udawał grzybiarza

Policjanci z Sulęcina po pościgu zatrzymali 24-letniego kierowcę toyoty, który uciekał przed radiowozem z prędkością 160 kilometrów na godzinę, ścinał zakręty i jechał na tzw. czołówkę. Następnie porzucił samochód i ukrył się w lesie, udając… grzybiarza. Teraz grozi mu do pięciu lat więzienia.

W czwartek 5 września policjanci z Sulęcina (województwo lubuskie) zauważyli osobową toyotę, której kierowca na widok policyjnego radiowozu nagle przyspieszył. Funkcjonariusze włączyli sygnały świetlne i dźwiękowe, ale mężczyzna siedzący za kierownicą nie reagował. Po przejechaniu kilkuset metrów zjechał w zatoczkę autobusową, ale po chwili wcisnął pedał gazu i dynamicznie ruszył. Rozpoczął się policyjny pościg, podczas którego kierowca toyoty złamał co najmniej kilka przepisów drogowych.

Kierowca toyoty gnał 160/h i łamał przepisy. Później oświadczył, że jest grzybiarzem

Jak relacjonuje policja, mężczyzna wyprzedzał na skrzyżowaniu oraz przejściu dla pieszych, „ścinał” zakręty, jechał na tzw. „czołówkę”, gnając przy tym z prędkością ponad 160 kilometrów na godzinę. Kontynuował ucieczkę do momentu, gdy na jednym z zakrętów nie zdołał opanować pojazdu i wjechał do przydrożnego rowu. Widząc, że policjanci są tuż za nim, porzucił pojazd i pieszo zaczął biec w kierunku lasu. Tam postanowił udawać… grzybiarza.

W pewnym momencie przestał uciekać i zaczął szukać… grzybów. Kiedy mundurowi do niego dobiegli, udawał zaskoczonego całą sytuacją, oświadczając, że jest grzybiarzem i nie rozumie, skąd całe zamieszanie – relacjonują policjanci, którzy nie dali się nabrać na nietypowe tłumaczenie mężczyzny.

24-latek został zatrzymany. Jak się okazało, miał powody do ucieczki, bo poruszał się samochodem skradzionym na terenie Niemiec kilka godzin wcześniej. Toyota należała najprawdopodobniej do osoby niepełnosprawnej, o czym świadczył wózek inwalidzki, który znajdował się w bagażniku.

Pojazd, którego wartość wyceniono na około 80 tysięcy złotych, wróci wkrótce do właściciela. Mężczyzna czeka na postawienie zarzutów w policyjnej celi. Za niezatrzymanie się do policyjnej kontroli, złamanie szeregu przepisów i paserstwo grozi mu do pięciu lat więzienia.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Poszukiwany pedofil, który zaatakował 12-latkę w lesie

Policja poszukuje mężczyzny, który zaatakował 12-latkę w Garczynie nieopodal Kościerzyny. Do ataku doszło na leśnej drodze, niedaleko ośrodka wypoczynkowego. Śledczy opublikowali portret pamięciowy sprawcy. Do napaści doszło 31 lipca. Jak podaje trójmiejska ”Gazeta Wyborcza”, mężczyzna zaatakował 12-latkę na leśnej drodze prowadzącej na plażę. Pedofil zrzucił dziewczynkę z roweru, po czym zaczął ją dotykać w miejscach intymnych.

Przerażona 12-latka zaczęła krzyczeń, co spłoszyło sprawcę napadu. Dziewczynka opowiedziała o wszystkim ratownikom WOPR. 

Kościerzyna. Napaść na 12-latkę w lesie 

Policja przekazała mediom w całej Polsce rysopis oraz portret pamięciowy mężczyzny. Poszukiwany ma około 40 lat i 175 cm wzrostu, krępą sylwetkę, jasnobrązowe włosy zaczesane na bok i jasnobrązowy zarost. Ubrany był w czarną bluzę z kapturem i granatowe buty sportowe. Każda osoba, która rozpoznaje tego mężczyznę, jest proszona o kontakt z najbliższym posterunkiem policji lub telefoniczne zgłoszenie pod numerem 112. 
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Ukrainiec zasłabł w fabryce trumien. Właścicielka firmy „wywiozła jego ciało do lasu”. Nowe informacje dotyczące śledztwa

Pracował u niej nielegalnie, nagle zasłabł. – Najpierw nie pozwoliła wezwać karetki, potem zmusiła jednego z pracowników, by przeniósł zwłoki kolegi do jej auta, którym potem wywiozła ciało do lasu – twierdzi prokuratura. Nowe ustalenia śledczych w sprawie tragedii w zakładzie produkującym trumny w okolicach Nowego Tomyśla (Wielkopolska).

Prokuratura wyjaśnia okoliczności śmierci 36-letniego Ukraińca, który zasłabł w pracy podczas produkcji trumien. Właścicielka zakładu zamiast do szpitala, miała go wywieźć do lasu i zostawić. Nowe ustalenia śledczych w tej sprawie dotyczą tego, jaką rolę odegrał kolega zmarłego i jeden z nielegalnych pracowników zakładu.

– Kiedy 36-latek zasłabł, właścicielka zakładu wyprosiła wszystkich pracowników. Został tylko mężczyzna, który prowadził akcję reanimacyjną. 36-latek nawet na chwilę odzyskał przytomność, ale potem znów ją stracił – poinformował nas Michał Smętkowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Jak ustalili śledczy, udzielający pierwszej pomocy mężczyzna, domagał się wezwania karetki, ale szefowa nie zgodziła się na to.

– Kobieta nielegalnie zatrudniała obywateli Ukrainy, dlatego obawiając się konsekwencji, postanowiła wywieźć 36-latka poza miejsce pracy. Zmusiła pracownika, by przeniósł zwłoki kolegi do jej auta. Zagroziła, że jeśli jej nie pomoże, to poinformuje służby o jego nielegalnym pobycie w Polsce. Mężczyzna wiedział, że to wiązałoby się z deportacją, dlatego wypełnił jej polecenie – tłumaczy Smętkowski.

Po fakcie, kolega zmarłego próbował opuścić Polskę, ale został zatrzymany w hostelu w Łomży. Usłyszał zarzut utrudniania postępowania karnego. Głównie chodzi o zacieranie śladów przestępstwa. – Ten mężczyzna pomagał szefowej, bo bał się o własne bezpieczeństwo. Zostanie to wzięte po uwagę. Wobec podejrzanego zastosowano dozór policyjny – dodaje Smętkowski. W areszcie przebywa Grażyna F. Kobieta usłyszała zarzut nieudzielenia pomocy nieprzytomnemu mężczyźnie. Został jej także ogłoszony zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Grozi za to kara do 5 lat więzienia. Śledczy, wraz z Państwową Inspekcją Pracy, zajmują się też sprawą zatrudnienia pracowników w firmie. Już pierwsze kontrole wykazały, że większość z nich pracowała bez umów.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Ciąg dalszy sprawy Ukraińca porzuconego w lesie. Mężczyzna zmarł

Właścicielka firmy z Jastrzębska Starego k. Nowego Tomyśla miała porzucić w lesie swojego pracownika, który zasłabł w trakcie pracy. Mężczyzna, obywatel Ukrainy, zmarł. Teraz w sprawę zaangażował się Adam Bodnar. RPO domaga się informacji od Inspekcji Pracy na temat wcześniejszych kontroli.

Bulwersującą sprawę opisuje „Gazeta Wyborcza”. 36-letni Wasyl Czornej mieszkał w Polsce od czterech miesięcy. Mężczyzna pracował na budowie, jednocześnie dorabiając w zakładzie stolarskim w Jastrzębsku Starym nieopodal Nowego Tomyśla. Jak wynika z zeznań kolegów z pracy 38-latka, mężczyzna 12 czerwca zasłabł. 53-letnia Grażyna F., właścicielka zakładu, nie wezwała jednak pogotowia. Zamiast tego miała porzucić go w lesie 125 km dalej, tam 36-latek zmarł. Kobieta zatrudniała pracowników nielegalnie i prawdopodobnie bała się konsekwencji, teraz grozi jej pięć lat więzienia. Oprócz niej zatrzymany został jeden z Ukraińców pracujących w zakładzie, któremu zarzuca się utrudnianie śledztwa.

Porzuciła Ukraińca w lesie. Bodnar domaga się informacji

Do sprawy odniósł się Adam Bodnar, który zamieścił oświadczenie. RPO powiadamia w nim, że zwrócił się do Głównego Inspektora Pracy o informacje dotyczące „czynności kontrolnych wobec pracodawcy zmarłego”. Jak czytamy w oświadczeniu, chodzi o ustalenie okoliczności zdarzenia. Rzecznik wymienia pięć zagadnień, które jego zdaniem powinny być zbadane. Chodzi o: legalność zatrudnienia cudzoziemców, obowiązek opłacania składek na ubezpieczenia społeczne, obowiązek opłacania składek na Fundusz Pracy, przygotowanie pracowników do prac i przestrzeganie przepisów dotyczących technicznego bezpieczeństwa pracy.

RPO przypomina przy okazji tego zdarzenia o niepokojących statystykach z raportu „Mniejszość ukraińska i migranci z Ukrainy w Polsce. Analiza dyskursu”. Wynika z niego, że aż 41 proc. wypowiedzi w polskim internecie na temat Ukraińców miało wydźwięk negatywny. 42 proc. było neutralnych, a tylko 17 proc. – pozytywnych.

Konsul uruchomił zbiórkę dla bliskich zmarłego Ukraińca

Do sprawy odniósł się też Witold Horowski, konsul honorowy Ukrainy w Wielkopolsce. Horowski uruchomił zbiórkę na rzecz rodziny zmarłego 36-latka – żona, trójka dzieci oraz rodzice w podeszłym wieku. „Wiemy jednak, że to ubodzy ludzie, dla których śmierć bliskiego wkrótce będzie miało też wymiar materialnej katastrofy. Piszą do nas w tej sprawie ci, którzy mają potrzebę wsparcia materialnego tej rodziny” – pisze konsul. Pieniądze można wpłacać na numer konta 37 1090 1854 0000 0001 1451 2044 z dopiskiem „Dla dzieci Wasyla”
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Polska szefowa porzuciła Ukraińca w lesie. Mężczyzna nie żyje. Wcześniej zasłabł w pracy

Wasyl Czornej zasłabł w zakładzie produkującym trumny w Wielkopolsce. Polska szefowa, zamiast wezwać pogotowie, wywiozła go do lasu i porzuciła.

– Nie chorował, nie tracił przytomności, nie miał padaczki – mówi o Wasylu jego żona, Natalia Czornej. Na Ukrainie bez ojca zostało troje małych dzieci, a bez pomocy – starsi rodzice.

36-letni Wasyl Czornej spod Śniatynia na zachodzie Ukrainy przyjechał do Polski cztery miesiące temu. Pracował na budowie, ale dorabiał w zakładzie stolarskim w Jastrzębsku Starym, wsi pod Nowym Tomyślem w Wielkopolsce.
Źródło info i foto: Wyborcza.pl

Policja prosi o pomoc w sprawie brutalnego zabójstwa 10-latki

10-letnia Kristina z Mrowin na Dolnym Śląsku została zamordowana – dowiedziała się Wirtualna Polska. Prokurator rejonowy w Świdnicy Marek Rusin przyznaje, że na ciele dziewczynki znaleziono obrażenia wskazujące na udział osób trzecich.

Jak udało nam się dowiedzieć, dziewczynka została najprawdopodobniej uprowadzona. – Jej ciało znaleziono kilka kilometrów od miejsca zamieszkania – przyznaje prokurator. – Na ciele dziecka są obrażenia mogące świadczyć o zabójstwie – dodaje. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zwłoki były częściowo rozebrane, ale prokurator nie chce tego komentować. Jak ustaliło radio RMF FM, dziecko zginęło od ciosu ostrym narzędziem, najpewniej nożem.

Dzisiaj zostanie przeprowadzona sekcja zwłok dziewczynki oraz okazanie ciała rodzinie. – Wszystko wskazuje na to, że to poszukiwana – mówi prokurator. Na miejscu, w lesie w okolicy Imbramowic, cały czas pracują policyjni śledczy i prokurator. Zabezpieczanie dowodów trwało całą noc. Przesłuchiwani są kolejni świadkowie. W czwartek w okolicy policja zablokowała drogi dojazdowe.

Śledczy cały czas szukają sprawcy zabójstwa. – Trwają czynności operacyjne. Ich celem jest ustalenie sprawcy przestępstwa – mówi prokurator Rusin. Kristinę ostatni raz widziała nauczycielka około 200 metrów od domu. Dziewczynka wyszła ze szkoły o godz. 13:00 i skierowała się do domu. Już tam jednak nie dotarła.

Dolnośląska policja zwraca się z prośbą o pomoc do wszystkich osób mogących posiadać jakiekolwiek informacje w tej sprawie. Apel skierowany jest szczególnie do kierowców posiadających kamerki samochodowe, którzy w czwartek, w godzinach 8-18 poruszali się na odcinkach: Imbramowice- Pożarzysko Pożarzysko – Siedlimowice Imbramowice – Domanice Mrowiny – Pożarzysko. Dzwonić można pod numery telefonów 71 340-36-50, 71 782 41 08, 693-933-640, 605-535-833, 886-690-991 lub pod numer 112. Policja zapewnia anonimowość.
Źródło info i foto: wp.pl