7 osób zatrzymanych ws. produkcji i dystrybucji sfałszowanych leków

Grupę zajmującą się przestępczością farmaceutyczną rozbili funkcjonariusze CBŚP z Poznania. Zatrzymano siedem osób; grupa miała zajmować się produkcją, przechowywaniem i sprzedażą produktów leczniczych.

Postępowanie nadzoruje poznańska prokuratura okręgowa. Podejrzanym grożą kary do 15 i do 12 lat więzienia. Rzeczniczka komendanta Centralnego Biura Śledczego Policji kom. Iwona Jurkiewicz poinformowała PAP, że zatrzymania miały miejsce na terenie województwa kujawsko-pomorskiego.

Produkty przeciwnowotworowe, anaboliczne i proerekcyjne

– W trakcie działań zabezpieczono kilka tysięcy gotowych produktów o deklarowanym działaniu leczniczym, m.in. przeciwnowotworowym, anabolicznym i proerekcyjnym, jak i ich półproduktów. Wartość przejętego towaru wstępnie oszacowano na milion złotych. Uderzono w sam trzon grupy, zatrzymując m.in. osobę, która usłyszała zarzut założenia zorganizowanej grupy przestępczej i kierowania nią – podała kom. Jurkiewicz.

Z ustaleń policjantów wynika, że członkowie grupy zajmowali się produkcją, przechowywaniem i sprzedażą produktów leczniczych, w tym leków czterech największych koncernów farmaceutycznych. Wśród medykamentów znalazły się m.in. substancje zabronione w rozumieniu przepisów o zwalczaniu dopingu w sporcie.

Odbiorcy w Polsce i UE

Preparaty rozprowadzane przez grupę miały trafiać do odbiorców w całej Polsce i w niemal wszystkich krajach UE.

– Postępowanie w tej sprawie wszczęto kilkanaście miesięcy temu, ustalając kolejne informacje i docierając do osób odpowiedzialnych za sprzedaż na olbrzymią skalę produktów leczniczych. Policjanci CBŚP ustalili, że na terenie województwa kujawsko-pomorskiego działa grupa co najmniej kilku osób, które w sposób zorganizowany sprzedawały „leki” o łącznej wartości co najmniej 2,5 mln złotych – podała Jurkiewicz.Jak wyjaśniła, część gotowych leków docierała do Polski z Chin kanałem przerzutowym przez Wielką Brytanię i Czechy. Medykamenty sprzedawano głównie przez Internet, a do klientów docierały w przesyłkach kurierskich.

Aby ukryć nielegalną działalność, przesyłki były nadawane z przygranicznych województw Polski, z daleka od faktycznego miejsca produkcji i magazynowania. – Z opinii biegłych wynika, że sprzedaż tych substancji niosła za sobą zagrożenie dla życia i zdrowia kupujących – poinformowała rzeczniczka.

W Prokuraturze Okręgowej w Poznaniu zatrzymanym poza zarzutami założenia, kierowania czy udziału w grupie przestępczej, przedstawiono także zarzuty naruszenia przepisów Prawa farmaceutycznego, ustawy o zwalczaniu dopingu w sporcie, sprowadzania zagrożenia dla życia i zdrowia wielu osób oraz prania pieniędzy.

Podejrzanemu o kierowanie grupą grozić może kara nawet do 15 lat pozbawienia wolności, w przypadku pozostałych podejrzanych – nawet 12 lat więzienia. Na wniosek Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, Sąd Rejonowy w Poznaniu zastosował wobec trojga podejrzanych trzymiesięczny areszt tymczasowy.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Agenci CBA zatrzymali pięć osób w czterech województwach walcząc z „mafią lekową”

CBA zatrzymało pięć osób w śledztwie dotyczącym tzw. mafii lekowej – wywożenia leków z Polski za granicę – poinformowało CBA. Wcześniej w tej sprawie zatrzymano i postawiono zarzuty 11 osobom.

Temistokles Brodowski z wydziału komunikacji społecznej CBA potwierdził we wtorek w rozmowie PAP, że pięć osób związanych z podmiotami prowadzącymi ogólnodostępne apteki zatrzymali funkcjonariusze z białostockiej delegatury Biura. Do zatrzymań doszło w województwach: podlaskim, małopolskim, pomorskim i łódzkim.

– Prowadzimy czynności z zatrzymanymi, przeszukania ich mieszkań i miejsc pracy – powiedział Brodowski. Zaznaczył, że po zakończeniu działań trafią oni do Podlaskiego Wydziału Zamiejscowego ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Białymstoku. Prokuratura ma im postawić zarzuty.

Według śledczych zatrzymani działali w zorganizowanej grupie przestępczej nielegalnie handlującej lekami – wywieziono z Polski medykamenty o wartości 16 mln zł w latach 2017-18 z 38 aptek.

Odwrócony łańcuch dystrybucji leków

– Wszystko wskazuje na to, że zatrzymane przez CBA osoby współpracowały z rozbitą grupą przestępczą w ramach tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji leków. Z powiązanych z nimi aptek, na rzecz wskazanej grupy przestępczej, zbywane były w niemal hurtowych ilościach produkty lecznicze – powiedział Brodowski. Później – według śledczych – leki, które trafiły do hurtowni, były wywożone z Polski.

W maju 2018 r. CBA w tej sprawie zatrzymało 7 osób, a w marcu 2019 r. kolejne 4 związane z hurtowniami leków kooperującymi z rozbitą grupą przestępczą.

– Skupowane leki były w wykazie Ministerstwa Zdrowia, jako zagrożone brakiem dostępności na terenie Polski – m.in. przeciwnowotworowe, przeciwzakrzepowe, przeciwpsychotyczne oraz przeciwzapalne. Za granicą sprzedawano je za wyższą cenę, niż w Polsce.

Według śledczych sprawa nadal będzie się rozwiała – powiedział Brodowski.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Policjanci uderzyli w mafię lekową

W środę ponad 300 policjantów z Wydział dw. z Przestępczością Gospodarczą KWP zs. w Radomiu i funkcjonariuszy innych jednostek Policji, wspólnie z prokuratorami z Prokuratury Regionalnej w Warszawie, wspierani przez blisko 60 przedstawicieli Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej, na terenie 9 województw, przeszukali 120 aptek, biur rachunkowych, miejsc zamieszkania oraz miejsc przechowywania dowodów oraz zatrzymali 11 osób w sprawie tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji leków.

Wydział do walki z Przestępczością Gospodarczą Komendy Wojewódzkiej Policji zs. w Radomiu od dłuższego czasu prowadzi czynności dot. działalności zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się tzw. odwróconym łańcuchem dystrybucji leków na bardzo dużą skalę, praniem pieniędzy pochodzących z przestępczego procederu oraz fałszowaniem dokumentów.

Członkowie grupy skupowali, na podstawie fałszywych dokumentów zapotrzebowań, leki na terenie całego kraju, z przeznaczeniem do wywozu poza granice Polski. Dotyczyło to m.in. leków onkologicznych, przeciwzakrzepowych i kardiologicznych, w tym leków znajdujących się w wykazie Ministerstwa Zdrowia jako zagrożone brakiem dostępności w Polsce. Następnie leki te sprzedawane były do polskich hurtowni farmaceutycznych z przeznaczeniem na eksport lub bezpośrednio do hurtowni zagranicznych – z zyskiem mogącym sięgać nawet 100 procent ceny zakupu w aptece. Przestępstwo polegające na odwróconym łańcuchu dystrybucji leków spowodowane jest m. in. tym, że leki w Polsce tych samych producentów są tańsze niż w innych krajach Unii Europejskiej.

Z uwagi na zagrożenie dostępności poszczególnych leków, w tym leków ratujących życie pacjentów, Minister Zdrowia wydaje obwieszenie zawierające listę leków których dostępność na rynku jest zagrożona. Leków takich nie można wywozić z kraju bez zgody GIF, co ma zapewnić ich dostępność na polskim rynku. Zakazem wywozu objęte są m.in. leki onkologiczne, przeciwcukrzycowe, przeciwdepresyjne, stosowane w leczeniu ADHD, szczepionki czy hipoalergiczne preparaty dla dzieci. Każdorazowy wywóz leków poza granice kraju sprawia, iż polscy pacjenci stają w obliczu zagrożenia brakiem dostępu do tego typu lekarstw. Ponadto sposób przechowywania leków przez grupę, ich transport od apteki do hurtowni i następnie do końcowego odbiorcy, odbywa się w warunkach naruszających określone przepisami prawa procedury bezpieczeństwa, co sprawia, że leki nie nadają się do zastosowania, czy też ich podanie pacjentowi może spowodować zagrożenie dla jego życia i zdrowia.

Wsparciem dla organówm ścigania byli inspektorzy farmaceutyczni, na co dzień pracujących w Wojewódzkich Inspektoratach Farmaceutycznych oraz kilku inspektorów ds. obrotu hurtowego zatrudnionych w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym, którzy jako eksperci udzielali niezbędnej pomocy merytorycznej.

Jak ustalili śledczy, grupa, by pozyskać duże ilości leków trudno dostępnych, na których jest największy zysk współpracowała z dużą ilością aptek, które były rozmieszczone na terenie całej Polski. Średnio jednorazowa wartość zakupu leków przez zorganizowaną grupę przestępczą w aptece wahała się w granicach 14-200 tys. zł miesięcznie. Łączna wartość eksportu leków przez grupę sięgała 10 mln zł miesięcznie.

Zgromadzony materiał dowodowy wskazuje też na pranie brudnych pieniędzy. Członkowie zorganizowanej grupy legalizowali osiągane zyski dzięki utworzonym w tym celu podmiotom zarówno krajowym, jak i zagranicznym i wystawianiu dokumentacji w postaci umów i faktur pozorujących transakcje gospodarcze. Istotnej pomocy w tym zakresie udzielił organom ścigania Generalny Inspektor Informacji Finansowej.

Na poczet przyszłych kar zabezpieczono kilkaset tysięcy złotych oraz ekskluzywne samochody i biżuterię, których wartość przekracza milion złotych. Zatrzymano 11 osób podejrzanych o działanie w zorganizowanej grupie przestępczej. Postępowanie w tej sprawie prowadzone jest pod nadzorem Prokuratury Regionalnej w Warszawie. Przestępcom grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności, a policjanci i prokuratorzy już planują kolejne zatrzymania w sprawie.
Źródło info i foto: Policja.pl

Rybnik: Tajemnicze zgony w szpitalu psychiatrycznym

– W rybnickim psychiatryku uśmiercili mi ojca. Faszerowali go psychotropami i przywiązywali do łóżka. To było całe ich leczenie! Po 12 dniach w stanie agonalnym przewieźli go do innego szpitala, ale było już za późno – płacze Dorota Stępień (33 l.) z Radlina (Śląskie). – Zawiadomiłam prokuraturę, bo uważam, że szpital zamiast leczyć, przyczynił się do śmierci mojego taty – dodaje

To nie jedyny dziwny przypadek w rybnickim psychiatryku. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach nadzoruje sprawę czterech tajemniczych zgonów pacjentów rybnickiego psychiatryka. Wyjaśnia, dlaczego chorzy, którzy na ogół trafiali do szpitala w dobrym stanie, po krótkiej hospitalizacji nagle umierali.

Tak właśnie było z Bogdanem Stępniem (†54 l.), ojcem pani Doroty. W maju ub. roku mężczyzna spadł ze schodów na głowę. Miał halucynacje, więc 6 maja karetka przewiozła go do Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Rybniku.

– Oprócz tych omamów mój tata miał połamane żebra i wstrząśnienie mózgu. W kilka dni jego stan znacznie się pogorszył. Dostał zapalenia płuc, okazało się, że zarazili go w szpitalu bakterią, która spowodowała biegunkę i odwodnienie całego organizmu – dodaje pani Dorota.

– W psychiatryku zamiast go leczyć przez 12 dni podawali mu tylko psychotropy, wiązali pasami, a gdy już było z nim źle wsadzili do izolatki. To była umieralnia! On bełkotał, pamiętam jak go pocieszałam „będzie dobrze”, a tata mi powiedział: „nie będzie…” – wspomina ze łzami pani Dorota.

Gdy 18 maja w końcu przewieziono pana Bogdana do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nie było z nim już żadnego kontaktu. Zmarł 23 maja z powodu zapalenia płuc, zatrzymania krążenia, posocznicy, odwodnienia i zakażenia układu moczowego. Córka zmarłego zawiadomiła prokuraturę w Rybniku. Prokurator sprawdza czy szpital nie popełnił błędu medycznego. Sprawy pozostałych zgonów prowadzą prokuratury w Częstochowie i Gliwicach.

Szpital nie ma sobie nic do zarzucenia. – Poczekajmy do zakończenia postępowań w prokuraturach, na razie nie wykazano nam żadnych nieprawidłowości – powiedział nam Marek Ksol, dyrektor ds. lecznictwa rybnickiego „psychiatryka”.

Po skardze na szpital, mój ojciec zapadł w śpiączkę

Kolejny niewyjaśniony zgon pacjenta rybnickiego psychiatryka dotyczy taksówkarza Andrzeja Durmowicza (†55 l.) z Wodzisławia Śląskiego. Mężczyzna po udarze poruszał się na wózku. W rybnickim psychiatryku był od 2010 r.

Mężczyzna popadł w konflikt z personelem, bo przez błąd pracownika szpitala stracił zasiłek i przez trzy miesiące był bez pieniędzy. Napisał w tej sprawie skargę.

– Dziwne jest to, że po tej skardze od razu dostał nowe, silne leki, po których zapadł w śpiączkę i już się nie obudził. Zmarł 28 listopada 2015 r. – mówi mec. Piotr Wojtaszak, reprezentujący rodzinę zmarłego.

– Mam ogromny żal do personelu. Uważam, że przyczynili się do śmierci mojego taty. Sama widziałam też, jak pielęgniarka znęcała się nad innym, niepełnosprawnym pacjentem, obrażając go. Tata na to zareagował i następnego dnia był już przywiązany pasami – mówi córka pana Andrzeja, Karina Durmowicz (22 l.).

Po śmierci ojca pani Kariny zajęła się tą sprawą Prokuratura Okręgowa w Częstochowie. Przeprowadzono ekshumację ciała pana Andrzeja. Śledztwo prowadzone jest również pod katem błędu medycznego.

Byłam więźniem psychiatryka

– W 2013 r. zawalił mi się świat, gdy dowiedziałam się o zdradzie męża. Lekarz zaproponował mi pięciodniowy pobyt w rybnickim szpitalu. Myślałam, że tam stanę na nogi. Miałam dostawać tylko lek uspokajający! Ale pani doktor po rozmowie z moim mężem zmieniła mi lek na psychotrop. Podsłuch, który założyłam w domu miał świadczyć o mojej chorobie psychicznej! – opowiada Regina Kowalska (60 l.), z małej wioski pod Rybnikiem.

Po tej diagnozie kobieta nie mogła już wyjść z tego szpitala.

– Jak się przekracza mury psychiatryka nie ma się żadnych praw, zostaje się więźniem – mówi rozgoryczona kobieta. – Im człowiek więcej chce dochodzić swoich praw tym gorzej jest traktowany. Tam tylko dają tabletki, nie ma żadnej psychoterapii. Gdy nie chciałam zażyć leku lekarz stwierdził, że mam zaburzenia prześladowczo-urojeniowe. Byłam tam 19 dni, wyszłam, bo na szczęście któryś z lekarzy zauważył, że nie powinnam tam być.

Kowalska wniosła sprawę do prokuratury w Rybniku o bezprawne przetrzymywanie w szpitalu, błąd diagnostyczny i terapeutyczny, leczenie poza wskazaniami i przerobienie dokumentacji medycznej. Sprawa była umarzana. Kobieta złożyła do sądu zażalenie i czeka na decyzję.

P. S. Personalia pani Reginy zostały zmienione, na jej prośbę.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Agenci CBA uderzyli w „mafię lekową”

CBA zatrzymało 7 osób ws. tzw. odwróconego łańcuszka dystrybucji leków wartych co najmniej 100 mln zł. CBA nie wyklucza dalszych zatrzymań w tej sprawie. Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego rozbili grupę przestępczą, która w latach 2017-2018 skupiła z aptek na terenie kraju leki warte 100 mln zł. Były to m.in. leki przeciwnowotworowe, przeciwzakrzepowe, przeciwzapalne, w tym zagrożone brakiem dostępności w Polsce – informuje Polsat News.

Zatrzymań dokonano w poniedziałek na terenie województw: podlaskiego, mazowieckiego i wielkopolskiego. Łącznie zatrzymano siedem osób, w tym lekarza, który współpracował z grupą i właściciela jednej z sieci aptek. Jak dowiedział się Polsat News, rozbita przez CBA grupa od początku swej działalności współpracować mogła z nawet 6,5 tys. aptek i punktów aptecznych w całej Polsce.
Źródło info i foto: wp.pl

Belgia: Holender sprzedawał nielegalne leki w polskim supermarkecie

Polski supermarket Bigel w Roeselare w zachodniej Belgii sprzedawał bezprawnie leki importowane z Polski. Belgijska Inspekcja Farmaceutyczna zarekwirowała wszystkie medykamenty i produkty zdrowotne ze sklepowych półek i wszczęła dochodzenie. Na sklepowych półkach pojawiły się m.in. polskie środki przeciwbólowe, przeciwzapalne i syropy na kaszel.

Leki w Belgii mogą być sprzedawane wyłącznie przez farmaceutów. Muszą również mieć etykiety i ulotki w trzech językach urzędowych: niderlandzkim, francuskim i niemieckim. Te oferowane w polskim supermarkecie takich ulotek nie miały.

Leki zabezpieczono i rozpoczęto ich badanie

– Leki nie są podrobione, co wcale nie sprawia, że nie są niebezpieczne – powiedziała Ann Eeckhout, rzeczniczka Federalnej Agencji ds. Leków i Produktów Zdrowotnych (FAMHP), w rozmowie z dziennikiem De Standaard.

Inspektorzy sprawdzają, od jak dawna trwała sprzedaż. Wszystkie oferowane w supermarkecie leki zostały zabezpieczone i rozpoczęto ich badanie. Wiadomo już, że właściciel supermarketu poniesie konsekwencje wprowadzenia medykamentów do obrotu poza kontrolą farmaceutyczną.

– Na sklep zostanie nałożona kara administracyjna – wyjaśniła rzeczniczka.

FAMHP przypomniał również, że również klienci kupujący leki z nielegalnego źródła mogą zostać ukarani.

Reakcja służb po reportażu w telewizji VTM Nieuws

Sprawa nielegalnej sprzedaży leków wyszła na jaw po wyemitowaniu w sobotę wieczorem reportażu w telewizji VTM Nieuws. Dziennikarze pokazali, że w supermarkecie można bez przeszkód kupić lekarstwa z Polski, które nie tylko nie mają żadnych ulotek w języku niderlandzkim, ale też pozostają całkowicie poza kontrolą inspekcji farmaceutycznej.

Właścicielem polskiego supermarketu w Belgii jest Holender. Dziennikarze telewizji VTM Nieuws próbowali zdobyć jego komentarz w tej sprawie, ale reporterom nie udało się do niego dotrzeć.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Czy wyjaśniono już sprawę śmierci Magdaleny Żuk?

Do śmierci Magdaleny Żuk przyczyniły się nie intryga czy „handel żywym towarem”, lecz problemy psychiczne i leki – takie wg „Faktu” mają być ustalenia prokuratury.

Śmierć Magdaleny Żuk od początku była przedstawiana jako „dziwna” czy „tajemnicza”. Sprawa budziła wielkie zainteresowanie mediów i opinii publicznej. Dość szybko narodziło się wiele hipotez czy teorii spiskowych, włącznie z ogromnym spiskiem z udziałem grup przestępczych, obsługi hotelu i partnera kobiety.

Jednak wg doniesień „Faktu” prokuratura miała ustalić, że potwierdza się wersja, o której od początku mówili egipscy lekarze. Kobieta cierpiała na problemy psychiczne. Dwie sekcje zwłok miały potwierdzić obecność leku, stosowanego w przypadkach psychozy, schizofrenii i depresji. Wykluczono za to gwałt oraz stosowanie przemocy. Przyczyną śmierć mają być obrażenia po upadku z dużej wysokości. Nie potwierdziły się teorie o spisku ani udziale handlarzy ludźmi.

Prokuratura nie zakończyła jeszcze śledztwa i te informacje są nieoficjalne. Wysłaliśmy w tej sprawie pytania do prokuratury w Jeleniej Górze i czekamy na odpowiedź.

Śmierć Magdaleny Żuk

Magdalena Żuk z Bogatyni pod koniec kwietnia poleciała do egipskiego kurortu Marsa Alam. Pierwotnie miał towarzyszyć jej partner, a wycieczka miała być dla niego niespodzianką. Krótko przed wyjazdem okazało się jednak, że mężczyzna nie ma ważnego paszportu i kobieta poleciała sama.

Zachowanie 27-latki od początku miało wzbudzać niepokój obsługi hotelu, próbowano więc odesłać Magdalenę Żuk z powrotem do Polski. Nie wpuszczono jej jednak na pokład samolotu. Kobieta ostatecznie trafiła do szpitala w Port Ghalib, gdzie lekarze stwierdzili u niej zaburzenia psychiczne. Na nagraniach z placówki widać, jak 27-latka szarpie się z personelem. Tam też miała wyrwać się pielęgniarce i wyskoczyć z okna.

Kobietę z ciężkimi obrażeniami przewieziono do placówki w Hurghadzie. 30 kwietnia zmarła.

Prokuratura: Przedłużamy śledztwo

W sierpniu Prokuratura Okręgowa w Jeleniej Górze poinformowała, że śledztwo ws. zabójstwa Magdaleny Żuk zostaje przedłużone do końca października. „Nikomu nie zostały przedstawione zarzuty w związku z tą sprawą”- podkreśla w komunikacie prokurator Tomasz Czułowski.

„W toku postępowania przeprowadzono szereg czynności, począwszy od przeprowadzonej na terenie Arabskiej Republiki Egiptu z udziałem polskiego patomorfologa oraz prokuratora Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze sekcji zwłok

Magdaleny Ż. Sekcja zwłok pokrzywdzonej została następnie także przeprowadzona na terenie Polski” – podaje prokuratura.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Martin Shkreli uznany winnym. Trafi do więzienia?

Niedawno Martin Shkreli brylował w mediach i bezczelnie odpowiadał na oburzenie, które wywołał, podnosząc wielokrotnie cenę za leki dla chorych na AIDS. Teraz były szef firmy farmaceutycznej może trafić do więzienia. Proces pokazał, że nadal ma tupet.

Zaczęło się od tej skromnej informacji prasowej. „10 sierpnia 2015 r. Turing Pharmaceuticals kupuje prawa do leku Daraprim”. Szefem firmy był Martin Shkreli. Niedługo później podniósł cenę Daraprimu. To było aż 5 tysięcy procent (!) podwyżki: z 13,5 do 750 dolarów za pigułkę. Blady strach padł na osoby chore na AIDS – Daraprim ratuje przed zapadnięciem na toksoplazmozę, która dla osób z obniżoną odpornością organizmu może być, i bardzo często jest, wyrokiem śmierci.

Wtedy właśnie Shkreli został ochrzczony „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w USA”. Sprawę opisywaliśmy szeroko na weekend.gazeta.pl >>>

Martin Shkreli winnym oszustw

Młody i arogancki Martin Shkreli wydawał się czerpać satysfakcję z całej sytuacji. Nie stronił od mediów. Swoim wystawnym życiem chwalił się na YouTube. Teraz 34-latek został uznany winnym, ale nie za podwyżkę cen Daraprimu, a za coś zupełnie innego. Chodzi o oszustwa finansowe. Oskarżyciel porównał działanie Martina Shkreli do piramidy finansowej o wartości 11 mln dolarów.

O winie Martina Shkreli zdecydowała po 5 dniach intensywnych obrad ława przysięgłych. Jak pisze „Washington Post”, Shkreli kręcił ze zdziwieniem głową, gdy ława ogłosiła swoją decyzję, a jego ojciec złapał się za głowę.

„Jestem zachwycony”

Za dwa główne zarzuty Martinowi Shkreli grozi po 20 lat więzienia. Eksperci „Washington Post” szacują, że kara będzie dużo niższa. O jej wymiarze zadecyduje sąd. Sam oskarżony powiedział mediom, że proces to „polowanie na czarownice”, ale jest w pewnym sensie „zachwycony”. – Może znaleźli jedną lub dwie miotły – ocenił, ale – jak twierdzi – „został oczyszczony z najważniejszych zarzutów”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Metamfetamina z Polski zalewa naszych południowych sąsiadów

Z najnowszych ogólnoeuropejskich danych wynika, że Czechy i Słowacja są wręcz zalewane metamfetaminą znad Wisły. Produkują ją i domorośli chemicy, i zorganizowane grupy przestępcze.

Rok 2009. Dwóch braci – nazwijmy ich Daniel i Piotr – wpada na pomysł rozkręcenia biznesu. Daniel mieszka w Czechach. Piotr w Polsce. Idea na zarobienie była prosta. Bracia postanowili kupować w Polsce leki z pseudoefedryną w hurtowych ilościach. Następnie tabletki przewozić do Czech – korzystając z rzadko odbywających się kontroli granicznych – i tam produkować z nich metamfetaminę. Do tego potrzebny był chemik. Wciągnęli więc w swój biznes Wietnamczyka, który bez trudu radził sobie z przeprowadzaniem syntezy.

Szybko okazało się, że działalność jest dochodowa. Sprzedaż metamfetaminy w Czechach była banalna. Przewóz ogromnych ilości pseudoefedryny przez granicę również. Największym problemem okazało się nabywanie leków w Polsce. Chałupnicza metoda polegająca na chodzeniu od apteki do apteki i kupowaniu po kilka, kilkanaście opakowań była czasochłonna. Piotr postanowił więc poszukać jakiegoś dojścia. Znalazł bardzo szybko. Dogadał się z właścicielką jednej z aptek, której zaproponował skup leków z pseudoefedryną w ilościach hurtowych. Przez siedem miesięcy bracia kupili od aptekarki 70 531 opakowań leków zawierających 846 372 tabletki. Zapłacili za to 700 tys. zł. Zarobili co najmniej 10 razy tyle.

Po nieco ponad pół roku jednak źródło wysycha. Inspekcja farmaceutyczna oraz policja wpadają na trop apteki, która sprzedaje więcej leków z pseudoefedryną niż wszystkie pozostałe placówki w całym województwie. Bracia znów jeżdżą od apteki do apteki i kupują tabletki w detalu. Szukają jednak dojścia do hurtu. Znajdują dość szybko. Pewien mężczyzna – twierdzący, że jest pracownikiem hurtowni farmaceutycznej (co nie zostało do dziś zweryfikowane) – zapewnia, że ma nieograniczony dostęp do medykamentu. Ale żeby nie wzbudzać podejrzeń, może sprzedawać jednorazowo maksymalnie 10 tys. blistrów. W ten sposób bracia nabywają leki za kolejnych kilkaset tysięcy złotych. I po syntezie, w wyniku której uzyskują przy pomocy Wietnamczyka metamfetaminę, sprzedają towar w Czechach za równowartość kilku milionów złotych.

Biznes kręci się na tyle dobrze, że bracia zatrudniają pracowników. Jednego, drugiego, trzeciego. Ostatecznie w proceder zaangażowanych jest 10 osób.

W 2012 r. zaczyna się im jednak palić grunt pod nogami. To wynik tego, w jaki sposób nabywali pseudoefedrynę. Polskie prawo farmaceutyczne zabrania sprzedaży leków przez hurtownika osobie fizycznej. Hurtownia powinna sprzedawać medykamenty do aptek i szpitali. Dlatego załatwiający pseudoefedrynę podstawiał pod transakcje dane jednej z istniejących aptek. Ba, wystawiane były nawet faktury. I to właśnie zgubiło szajkę. Jeden z pracowników hurtowni dostrzegł w jednej z faktur drobny błąd. Chwycił więc za telefon i zadzwonił do kierowniczki apteki.

– Ale ja nic u was nigdy nie kupowałam – odrzekła zdziwiona.

– Jak to? Jest pani jedną z naszych najlepszych klientek – odpowiedział równie zaskoczony pracownik hurtowni.

Sprawą zainteresowała się policja. Braci oraz ich współpracowników wkrótce zatrzymano.

Brzmi jak scenariusz polskiej wersji serialu „Breaking Bad”? Być może. Ale to prawda. O czym świadczy wyrok Sądu Okręgowego w Koninie (sygn. akt II K 32/14), opublikowany kilkanaście dni temu (jako pierwszy poinformował o nim portal dla farmaceutów Mgr.Farm). Daniel uznany za herszta zorganizowanej grupy przestępczej usłyszał wyrok: 4 lata i 10 miesięcy pozbawienia wolności oraz grzywna w wysokości 50 tys. zł. Jego brat, który odpowiadał przede wszystkim za koordynację działań w Czechach, został skazany na 2 lata i 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 6 lat oraz grzywnę w wysokości 45 tys. zł. Pozostali członkowie grupy również usłyszeli wyroki. Część z nich – bezwzględnego pozbawienia wolności. Mężczyzny, który podawał się za pracownika hurtowni farmaceutycznej i dostarczał leki, nie odnaleziono. Zniknął jak kamfora.
„Breaking Bad” po polsku

Od 2012 r. wiele się zmieniło. Na gorsze. Coraz większą część rynku wywozu leków z pseudoefedryną do Czech przejmują zorganizowane grupy przestępcze. Mniejsze grupy – takie jak ta kierowana przez Daniela i Piotra – boją się już nie tylko tego, że zostaną złapane przez policję, lecz także tego, iż wejdą w drogę znacznie potężniejszym od nich bandytom.

– To prawda, że wywozem leków z pseudoefedryną zajmują się świetnie zorganizowane grupy przestępcze. Mają dostęp do broni palnej, używają noktowizorów. W laboratoriach, w których produkowana jest metamfetamina, zamontowane są systemy wczesnego ostrzegania, a nawet przygotowane pułapki na policjantów – informuje Adam Chojnacki, lubuski wojewódzki inspektor farmaceutyczny.

To, że nielegalny proceder kwitnie, potwierdza również wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej Marek Tomków. – Skala problemu jest tak duża, że nie ma krztyny przesady w stwierdzeniu, że przestępcy przepakowują leki z opakowań prosto do worków. Z prostego powodu: wtedy więcej się zmieści w bagażniku samochodu, który rusza do Czech – wskazuje.

Co ciekawe, mimo że pseudoefedryna jest łatwo dostępna w wielu krajach świata, to właśnie Polska jest jej czołowym eksporterem. Taki wniosek płynie choćby z raportu „EU Drug Markets Report” stworzonego przez Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA) we współpracy z Europolem.

– Ustaliliśmy, że medykamenty zawierające pseudoefedrynę lub nawet już gotowa do spożycia metamfetamina trafiają do Czech przede wszystkim z Polski. Trochę mniej z Turcji – mówi nam Andrew Cunningham, szef sekcji zajmującej się przestępstwami narkotykowymi w EMCDDA. I dodaje, że skala zjawiska oraz brak wystarczającej kontroli ze strony polskich władz muszą budzić niepokój. – Sam eksport z Polski jest wystarczający, by nasycić prawie cały czeski rynek metamfetaminą – zaznacza Cunningham.

Potwierdzają to Czesi. „Metamfetamina jest przeważnie produkowana na terenie Czech w niewielkich laboratoriach. W 2015 r. wykryto 253 takich laboratoriów i przejęto z nich 106,9 kg metamfetaminy o czystości wynoszącej średnio 70,4 proc. Substancja do ich produkcji pochodzi przeważnie z dostępnych bez recepty leków z Polski. Ten kraj pozostaje wciąż głównym prekursorem produkcji metamfetaminy” – podkreśliły czeskie władze w piśmie przekazanym EMCDDA i Europolowi. Jak przekonują autorzy raportu, problem spożycia metamfetaminy w Czechach i na Słowacji rośnie od lat. Pojawia się też coraz więcej dowodów na to, że narkotyk, który zalewa te rynki, jest rozprowadzany przez grupy przestępcze w kolejnych krajach. Czyli łańcuszek wygląda tak: polska grupa przestępcza skupuje surowiec do produkcji narkotyku, ten – już po obróbce – trafia na rynki czeski i słowacki. A dalej na Zachód, przede wszystkim do Niemiec i Francji.

W październiku 2015 r. odbyło się nawet dwudniowe spotkanie śledczych i policjantów z Polski, Czech i Niemiec. Nazwano je „Operacją Gandalf”. Mimo rozmów sytuacja się jednak nie poprawiła. Czeska policja nie chce oficjalnie komentować sprawy na potrzeby artykułu prasowego, odsyła nas jedynie do raportu EMCDDA. Z kolei mł. asp. Michał Gaweł z Komendy Głównej Policji przyznaje, że część lekarstw z Polski faktycznie jest przemycana przez grupy przestępcze do Czech. Ewentualnie produkcja narkotyku odbywa się w Polsce.

– W nielegalnych laboratoriach działających po stronie polskiej często zatrzymywani są obywatele czescy – zastrzega Gaweł. I dodaje, że proceder jest doskonale znany polskiej policji, o czym świadczy choćby to, że raptem kilkanaście dni temu Centralne Biuro Śledcze Policji rozbiło szajkę zajmującą się właśnie produkcją metamfetaminy.
Czyj to problem

Dlaczego narkotyk lub lek umożliwiający jego produkcję jest z Polski eksportowany? Dlaczego nie jest sprzedawany w Polsce? Powód jest prozaiczny. Nad Wisłą popularna jest mniej szkodliwa dla zdrowia amfetamina. Stąd dla metamfetaminy na rynku nie ma wiele miejsca. W Czechach i na Słowacji zaś wiele narkotyków jest trudniej dostać niż u nas. Dlatego większą popularnością cieszą się te, które łatwo wytworzyć i są relatywnie tanie. Dlaczego to właśnie Polska jest głównym eksporterem pseudoefedryny do Czech? Najważniejsze: całkowicie dziurawe są nasze przepisy. Od 1 stycznia 2017 r. wprowadzone zostały ograniczenia w możliwości sprzedaży leków z pseudoefedryną. Ministerstwo Zdrowia ogłaszało je z wielką pompą.

– Farmaceuta nie może sprzedać pacjentowi jednorazowo więcej niż 720 mg pseudoefedryny, a to oznacza jedno lub dwa opakowania leku – wyjaśnia Łukasz Waligórski, redaktor naczelny Mgr.Farm oraz członek Naczelnej Rady Aptekarskiej.

To rzeczywiście utrudniło zakup leków osobom, które często mają chore gardło i chcą od razu kupić syrop na kaszel na zapas. Oszustom jednak w żadnym stopniu. Bardzo szybko znaleziono obejście regulacji. Skoro bowiem można sprzedać jednorazowo ograniczoną liczbę opakowań leku, chodzi o sprzedaż w ramach jednego rachunku. Stworzono więc oprogramowanie komputerowe, które z prędkością karabinu maszynowego wystawia kolejne paragony. W ten sposób można kupić 3,6 tys. opakowań w ciągu godziny.

Łukasz Waligórski przekonuje jednak, że to model działania, który przestępcy wykorzystują coraz rzadziej. – Dużo bardziej opłacalne dla przestępców jest szukanie aptek, które gotowe są na współpracę i sprzedaż większych ilości leków z pseudoefedryną tylnymi drzwiami. Taka apteka oczywiście sporo ryzykuje, ale przy zastosowaniu podwójnej księgowości może skutecznie ukrywać sprzedaż dużych ilości leków. Znane są przykłady aptek, które przez siedem miesięcy potrafiły w ten sposób sprzedać ponad 70 tys. opakowań za blisko 700 tys. zł. Znany jest też przypadek, gdy przestępcy odbierali leki ciężarówkami bezpośrednio z hurtowni farmaceutycznej – opowiada Waligórski.

Lubuski inspektorat farmaceutyczny w ramach wykonywania rutynowych działań znalazł nawet punkt apteczny, w którym w ciągu niespełna dwóch miesięcy sprzedano 45 682 opakowania leku Cirrus oraz 15 922 opakowania Sudafedu, które zawierają pseudoefedrynę. Z ciekawości porównano te liczby do sprzedaży w konkurencyjnym punkcie aptecznym, znajdującym się przy sąsiedniej ulicy. W nim – o dziwo – sprzedano ledwie dwa opakowania Sudafedu. Cirrusu – ani sztuki. Zamówiona i sprzedana ilość leku Cirrus w ciągu dwóch miesięcy przez wyżej wymieniony punkt apteczny wystarczyłaby 174 aptekom mieszczącym się w województwie lubuskim na 76,3 lata – informuje nas tamtejszy inspektor.

Gdy zaś już leki wyjdą z apteki lub punktu aptecznego, to choćby ktoś został złapany za rękę z tysiącami tabletek zawierającymi pseudoefedrynę, nic mu nie grozi – co najwyżej zarekwirowanie medykamentów. – Kilka miesięcy temu na spotkaniu głównego inspektora farmaceutycznego z policją funkcjonariusze podnosili problemy z karaniem takich osób. Bo nawet gdy łapią człowieka z pełnym bagażnikiem leków z pseudoefedryną, to trudno udowodnić mu zamiar produkcji narkotyków, skoro te medykamenty są dostępne bez recepty. A człowiek zarzeka się, że kupił je jedynie na własny użytek – wyjaśnia Paweł Trzciński, rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego.

Trudno też karać aptekarzy, którzy sprzedają ogromne ilości produktów. Trzciński wyjaśnia, że inspektorzy mają związane ręce, gdy przedsiębiorca twierdzi na przykład, że to skutek podjechania pod aptekę wielu autokarów wycieczkowych, w których znajdowały się setki osób. I akurat każda z nich potrzebowała leku z pseudoefedryną. – Jeśli tylko przestępca postara się stworzyć pozory legalności swojego działania, bardzo często jest nie do ruszenia – przyznaje z ubolewaniem rzecznik GIF.

Bezradne są także inne organy państwowe. Jednemu z punktów aptecznych w województwie opolskim przyglądały się przez kilka miesięcy fiskus i Centralne Biuro Śledcze Policji. Efekt? Leki zarekwirowano. Nikt jednak nie usłyszał zarzutów. Było wiele poszlak, ale nikogo nie złapano za rękę nie tylko na obrocie pseudoefedryną, lecz także na produkcji metamfetaminy. To zaś jest kluczem do skazania. – Choć i tu warto podkreślić, że wyroki są śmieszne. Dwa lata pozbawienia wolności za nielegalny obrót lekami? Trzy lata za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą zarabiającą dziesiątki milionów na produkcji narkotyków? To kpina – podkreśla Adam Chojnacki.

Eksperci podkreślają także, że polska policja jest nieudolna albo niezainteresowana walką z przestępcami. Przede wszystkim funkcjonariusze nie rozumieją konsekwencji hurtowego obrotu lekami z pseudoefedryną. Nie łączą tego w jeden łańcuch z produkcją metamfetaminy. A nawet gdy już to robią, często zwycięża przekonanie, że to problem Czechów, a nie Polaków.

Być może dlatego ściganie przestępców przypomina kiepską komedię kryminalną. – Nie tak dawno temu w województwie opolskim policja monitorowała działalność apteki, w której pracownica siedziała i ręcznie wystawiała paragony na opakowania leku z pseudoefedryną. Wiadomo było, że jest zaangażowana w nielegalny proceder. Policja zaczaiła się na dilera, który miał przyjechać. Rzeczywiście się pojawił. A następnie zabrał towar i pojechał. Mieli go ścigać. Ale z pościgu nic nie wyszło, bo funkcjonariuszom… zepsuł się samochód. A innych mogących interweniować akurat nie było – opowiada Marek Tomków.

Inspektorzy farmaceutyczni nie kryją, że źle im się układa współpraca ze służbami. Monika Urabiak, podkarpacki wojewódzki inspektor farmaceutyczny, przyznaje, że w wyniku przeprowadzanych kontroli zdarza się znaleźć podmioty, które zamawiają alarmująco dużo preparatów z pseudoefedryną, a następnie je odsprzedają. – Po przeprowadzeniu kontroli przesyłamy informacje do organów ścigania. W żadnej ze spraw nie otrzymaliśmy jakiegokolwiek sygnału zwrotnego – zapewnia. Podobnie twierdzi inspektor Chojnacki.

– Informacje, które przekazujemy, gdzieś utykają. I nic się nie dzieje. Biznes tak jak się kręcił, tak kręci się nadal – mówi.

Wreszcie pseudoefedryna w Polsce jest bardzo łatwo dostępna. W wielu krajach leki ją zawierające są dostępne wyłącznie na receptę. U nas – bez. Kilka lat temu był w Polsce pomysł, aby te produkty były wydawane na receptę farmaceutyczną. Czyli aptekarz mógłby wydać opakowanie leku, ale dopiero po spisaniu danych pacjenta. Z jednej strony więc nie trzeba byłoby iść do lekarza, aby otrzymać np. syrop na kaszel, a z drugiej ograniczona zostałaby możliwość robienia przekrętów. – Wiele osób widziało w tym jednak nadmierny formalizm. Mówili, że nie potrzeba nam tyle papierologii przy kupowaniu leków na przeziębienie. Moim zdaniem jednak nie powinniśmy podchodzić krytycznie do tego pomysłu. Popatrzmy szerzej – zaopatrujemy Czechy oraz inne kraje europejskie w mniejszym stopniu w substancję niezbędną do produkcji szalenie szkodliwego narkotyku. Trzeba coś z tym zrobić – przekonuje Marek Tomków.
Nie rób tego sam

Przestępcy działają na dwa sposoby. Do niedawna przez granicę były przewożone leki z pseudoefedryną, a laboratoria do produkcji metamfetaminy znajdowały się w Czechach. Tam też rozprowadzano towar: głównie na użytek czeski i słowacki, część trafiała do Niemiec, trochę do Francji. Czeskie służby jednak wypowiedziały wojnę producentom narkotyków. Coraz więcej grup przestępczych więc tworzy laboratoria w Polsce. To u nas powstaje narkotyk, a następnie jest na południe przewożony samochodami osobowymi i półciężarowymi, które rzadko są poddawane kontrolom.

Stworzenie prostego laboratorium jest łatwe. – Bo i proste jest stworzenie metamfetaminy. W internecie bez trudu można znaleźć domowe sposoby na syntezę. Wystarczy jedynie mieć czerwony fosfor, jodek potasu i odpowiednie narzędzia laboratoryjne. Wszystko do nabycia na popularnym portalu aukcyjnym. Musimy też mieć oczywiście kuchnię – tłumaczy Adam Chojnacki. Wszystko co więcej służy tylko usprawnieniu procesu wytwarzania narkotyku oraz ochronie przed nalotem policji (jak np. monitoring).

Łukasz Waligórski uważa jednak, że laikowi trudno byłoby przeprowadzić syntezę w domowych warunkach. Trzeba też mieć chociażby eter, kwas solny i wodorotlenek sodu. Czerwony fosfor jest rzeczywiście na wyciągnięcie ręki. Domorośli chemicy zdrapują go z zapałek.

– Sam proces syntezy jest jednak trudny i niebezpieczny. Naczynia pękają, odczynniki wybuchają. Opis można co prawda znaleźć w internecie, ale wątpię, by osoba bez wiedzy chemicznej była w stanie samodzielnie przeprowadzić udaną syntezę. Co innego, jeśli uczyni to z pomocą doświadczonego chemika, który pokaże, co i jak. Wtedy laik może nauczyć się przeprowadzać syntezę i po pewnym czasie działać samodzielnie – tłumaczy redaktor naczelny Mgr.Farm.

Tu docieramy do kolejnego powodu, dla którego Polska jest potęgą w narkotyzowaniu naszych południowych sąsiadów: wiedza chemiczna. Łukasz Waligórski przyznaje, że chemicy są w środowiskach przestępczych niebywale cenni. A lubuski wojewódzki inspektor farmaceutyczny mówi wprost: gangsterzy o nich dbają, bo dzięki dobremu fachowcowi można choćby skrócić proces tworzenia metamfetaminy. Ponoć to właśnie polscy specjaliści skrócili syntezę z 72 godzin do zaledwie 24.

Trzeba też oczywiście mieć leki, które zawierają pseudoefedrynę. O nie jednak najprościej.

– To popularny składnik preparatów na katar dostępnych w aptekach bez recepty. Do nielegalnej produkcji metamfetaminy wykorzystywane są te tabletki, w których dawka pseudoefedryny jest najwyższa – bo wtedy cały proceder jest najbardziej opłacalny. Są to zatem takie preparaty jak Sudafed (60 mg), Acatar Acti Tabs (60 mg) czy Cirrus (120 mg) – wyjaśnia Łukasz Waligórski.

Ci czytelnicy, którzy myślą o otworzeniu domowego laboratorium chemicznego rodem z serialu „Breaking Bad”, powinni jednak szybko z tego pomysłu zrezygnować.

– Nasz system jest tak skonstruowany, że akurat małych dostawców się wyłapuje. Nikt nie rusza mafii, która organizuje wywóz, produkcję i sprzedaż metamfetaminy – spostrzega Adam Chojnacki.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

USA: 8-latek zabity dla organów?

Dr. Judith Brill jest oskarżana o zaaplikowanie umierającemu 8-latkowi zbyt dużej dawki leków przeciwbólowych. amerykańska anestezjolog miała to zrobić w celu przyspieszenia jego śmierć. Dziecko odłączono od aparatury podtrzymującej życie. Organy chłopca były przeznaczone do przeszczepów. Wyjątkowo duże ilości środków przeciwbólowych wykryto podczas sekcji zwłok dziecka. Koroner zawiadomił policję o swoich podejrzeniach, że anestezjolog użył środka przeciwbólowego, aby przyspieszyć śmierć ciężko chorego chłopca. W ten sposób miałby zwiększyć prawdopodobieństwo, że jego narządy będą nadawać się do przeszczepienia.

Dochodzenie dotyczy niepełnosprawnego fizycznie i psychicznie 8-latka, któremu w 2013 r. zatrzymała się praca serca po tym, jak nieomal utonął w pralce. Dziecko po czterech latach odłączono od aparatury podtrzymującej życie. Początkowo jako przyczynę śmierci sugerowano skutek wypadku, któremu uległ, w połączeniu z wrodzoną chorobą genetyczną. To była obowiązująca wersja dopóki koroner Denise Bertone nie znalazła w organizmie chłopca dużej dawki fentanylu.

– Zarzut jest błędny pod względem prawnym i stanowczo obraźliwy – twierdzi z kolei adwokat anestezjolog dr Judith Brill.

Niepełnosprawny chłopiec uległ bardzo poważnemu wypadkowi. Wszedł do wypełnionej wodą i ubraniami pralki. W tym czasie jego ojciec kosił trawnik, matka była w sklepie. Rodzice stwierdzili, że mógł być pod wodą nawet 25 minut. Ratownicy przywrócili dziecku krążenie, ale lekarze stwierdzili, że „nigdy się nie obudzi i nie wydobrzeje”, ponieważ jego mózg nie jest martwy. Dlatego rodzice po czterech latach postanowili odłączyć go od systemu podtrzymywania życia, a jego organy miały ratować inne dzieci.

Jednak po ustaniu pracy serca krew krzepnie w naczyniach i narządach, a ich stan się pogarsza. Dodatkowo lekarze nie mają pewności, czy pacjenci w stanie wegetatywnym nie odczuwają bólu, dlatego stosują środki przeciwbólowe. W karcie chłopca nie ma słowa o fentanylu, jednak wspomniano tam o „troskliwej opiece”.

System podtrzymywania życia chłopca odłączony został o godz. 10:40, zmarł 19 minut później. Bertone, która bada ten przypadek twierdzi, że przeanalizowała pełne wykresy medyczne chłopca i ten „łapał powietrze”, a Brill podała mu fentanyl, „żeby wywołać zgon”.
Źródło info i foto: wp.pl