Ruszył proces księdza, który podglądał dzieci w przebieralni

W Sądzie Rejonowym w Zamościu ruszył proces księdza Łukasza P. (30 l.), który podglądał dziewczynki w przebieralniach w galeriach handlowych. Robił to za pomocą kamerki szpiegowskiej przymocowanej do czubka buta. Wpadł podczas wakacji w Chorwacji, gdzie w jednym z centrów handlowych próbował nagrać przebierające się dzieci.

Ksiądz podglądał najczęściej małe dziewczynki. Udawał się do galerii handlowych, tam wchodził do przebieralni, obserwował, który boks zostanie zajęty przez dziewczynki i wchodził obok. Z torby wyjmował kamerkę i montował ją na czubku swojego buta, który potem wsuwał do pomieszczenia obok. Łukasz P. montował kamerki także w toaletach, szatniach czy pod prysznicami. Został złapany w Chorwacji. Jedno z podglądanych dzieci w galerii handlowej zauważyło but wystający spod drzwi i poinformowało po tym swoich rodziców. Księdza zatrzymała ochrona i przekazała policji.

Śledczy przeszukali mieszkanie księdza na plebanii w Wielączy, gdzie znaleźli filmy i zdjęcia dzieci o charakterze pornograficznym. Tłumaczył, że nie mógł znieść ciężkiej pracy z wymagającym proboszczem i w ten sposób starał się odstresować. Łukasz P. stawił się na wtorkowej rozprawie, ale sędzia postanowił wyłączyć jawność.

Po wybuchu afery ksiądz został odsunięty od posługi kapłańskiej i nauki religii w szkole. Grozi mu 5 lat więzienia.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Ksiądz nagrywał nagie dzieci w centrach handlowych

Ksiądz Łukasz P. nagrywał nagie dzieci w centrach handlowych – informuje Wirtualna Polska. Duchowy używał kamer szpiegowskich ukrytych w czubku buta. Sprawą zajmuje się prokuratura. 30-letni duchowny w sierpniu ubiegłego roku wypoczywał w towarzystwie czterech innych księży w chorwackim kurorcie. W jednej z galerii handlowych w Splicie został złapany, gdy telefonem nagrywał rozbierającą się dziewczynkę. Po jego zatrzymaniu na jaw wyszły wstrząsające fakty.

Ksiądz Łukasz P. przechowywał na laptopie i telefonie komórkowym filmy z damskich przymierzalni i toalet. Nagrania pochodzą z galerii handlowej w Zamościu. Prokuratura przedstawiła duchownemu zarzut posiadania pornografii z udziałem nieletnich.

– Swoje zachowanie tłumaczył stresującą pracą. W ten sposób miał ją odreagowywać – mówi prok. Grzegorz Kryk z Prokuratury Okręgowej w Zamościu.

Z dotychczasowych ustaleń prokuratorów wynika, że jedna z kilku kamer szpiegowskich była zamontowana w czubku buta duchownego. Pozostałe były ukryte w damskich toaletach i pod prysznicem. – Wszystkie poszkodowane to osoby małoletnie, dzieci – podkreślają w rozmowie z ”WP” śledczy.

Duchownemu grozi kara 5 lat pozbawienia wolności. Diecezja zamojsko-lubaczowska zdecydowała, że 30-letni ksiądz zostanie odsunięty od posługi duszpasterskiej oraz od pracy katechetycznej i wszelkiego kontaktu z dziećmi i młodzieżą.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Wielka Brytania: Polscy neonaziści skazani za pobicia i malowanie swastyk

Sąd w Liverpoolu skazał trzech Polaków na kary bezwzględnego więzienia, czwartemu dał wyrok w zawieszeniu. W zeszłym roku mężczyźni zaatakowali uczestników antyfaszystowskiej manifestacji.

31-letni Marcin R.,36-letni Paweł S., 28-letni Łukasz P. i 33-letni Michał N. 27 lutego 2016 roku na Lime Street w Liverpoolu zaatakowali uczestników antyfaszystowskiej kontrmanifestacji. Ciężko ranili kilka osób, m.in. policjanta, który został pobity do utraty przytomności, kobietę, która do końca życia będzie miała blizny na twarzy oraz mężczyznę, któremu złamali nos.

Koktajle Mołotowa i kamienie

Polacy jako grupa Polish Hooligans przyjechali tego dnia na antyimigrancką manifestację. Jednocześnie w Liverpoolu odbywała się antyfaszystowska kontrmanifestacja. Polacy dołączyli do neonazistowskiej bojówki North West Infidels, która w pewnym momencie zaatakowała kontrmanifestantów.

W trakcie manifestacji Polacy machali neonazistowskimi flagami i unosili ręce w nazistowskim pozdrowieniu. W końcu zaczęli napierać na uczestników kontrmanifestacji. Rzucali kamieniami i koktajlami Mołotowa, co policja potwierdziła dzięki nagraniom z monitoringu. Neonaziści spowodowali szkody na 25 tys. funtów: namalowali swastyki na ścianach St George’s Hall, zdemolowali pomnik oraz wejście do jednego z pobliskich budynków.

Posiedzą za kratkami

Marcin R., przez sąd wskazany jako dowódca grupy Polish Hooligans, był wcześniej karany za handel heroiną i kokainą. W takcie procesu mężczyźni przyznali się do winy. Marcin R. został skazany na 23 miesiące więzienia, Paweł S. oraz Łukasz P. na 20 miesięcy, zaś Michał N. usłyszał wyrok 20 miesięcy w zawieszeniu na 2 lata. Wszyscy dostali pięcioletni zakaz wjazdu do Liverpoolu.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Więzienie dla strażników miejskich za skatowanie przechodnia

Skatowali przechodnia – pójdą siedzieć. Mowa o byłych już strażnikach miejskich ze Szczecinka (woj. zachodniopomorskie), którzy w 2014 r. brutalnie pobili 22-letniego Grzegorza Milczarka, a wczoraj zostali skazani na kary bezwzględnego więzienia!

– Zapadł wyrok, jakiego oczekiwaliśmy – mówi Jerzy Sajchta, prokurator rejonowy w Szczecinku. Jest zadowolony, bo tym razem sąd potraktował oprawców Grzegorza Milczarka tak, jak na to zasłużyli. Za pierwszym razem skazał ich bowiem na wyroki w zawieszeniu, kuriozalnie tłumacząc, że posłanie za kraty strażników miejskich może być dla nich niebezpieczne z uwagi na możliwość… brutalnego ich traktowania przez innych więźniów!

Pewnie sprawa potoczyłaby się inaczej, gdyby interwencji strażników przed szczecineckim ratuszem z października 2014 roku nie nagrał telefonem komórkowym kolega Grzegorza Milczarka. Na nagraniu widać, jak strażnicy zaciągnęli chłopaka do radiowozu tylko dlatego, że nie miał przy sobie dokumentów. Tam kazali mu coś podpisać, a gdy odmówił, wlepili mu kilka silnych ciosów, a potem potraktowali gazem po oczach. Bił Grzegorz F., a dwaj pozostali strażnicy – Tymoteusz B. i Łukasz P., widząc, co się dzieje, nie reagowali. Mało tego – pozwolili, żeby drzwi radiowozu się zamknęły i żeby cała trójka z przerażonym 22-latkiem w środku odjechała. Ostatecznie po jakimś czasie porzucili chłopaka przed szpitalną izbą przyjęć…

Nagranie przedstawiające te brutalne sceny było kluczowym dowodem w sprawie. I przesądziło o surowości kar. Wczoraj Grzegorz F. został skazany na 3 lata więzienia i 5 tys. zł zadośćuczynienia, zaś Tymoteusz B. i Łukasz P. na rok i 8 miesięcy więzienia oraz po 3 tys. zł zadośćuczynienia. Żaden z nich nie może też przez 5 lat pracować w służbach mundurowych.

Obrońcy byłych już strażników byli zaskoczeni takim obrotem sprawy. Uznali, że wyrok jest za surowy. – Będziemy się odwoływać – stwierdził jeden z nich.
Źródło info i foto: se.pl

Rozbito grupę sprzedającą fikcyjne faktury

Grupa zajmująca się sprzedażą lewych faktur kosztowych wpadła, kiedy jej szef Łukasz P. zaoferował swoje usługi podającym się za biznesmenów agentom CBA. Chciał im sprzedać faktury na kwotę 1,7 mln zł. Łukasz P. oficjalnie zajmował się doradztwem gospodarczym i był prezesem założonej przez siebie fundacji. Doradzał innym firmom, jak płacić mniejsze podatki. Tak przynajmniej reklamował swoje usługi w interenecie.

Nieoficjalnie doradztwo Łukasza P. polegało na sprzedaży faktur kosztowych za fikcyjne usługi. — Taką fakturę firmy wliczają w koszty uzyskania przychodu. Tym samym zaniżają swój realny dochód i w efekcie płacą niższy podatek CIT lub PIT do urzędu skarbowego — mówi mecenas Andrzej Dmowski, specjalista od prawa podatkowego. Łukasz P. założył na podstawione osoby kilka firm, które między sobą wymieniały się fakturami. Dzięki temu on sam był kryty. Jedna z firm, która brała udział w procederze zajmowała się robotami ziemnymi i melioracją. — Niepoliczalne usługi. Bardzo trudno udowodnić, że dane prace nie zostały wykonane — mówi agent CBA.

Tracił budżet

Firma doradcza, którą kierował sam Łukasz P., też miała szeroki zakres usług. Prócz doradztwa zajmowała się hurtową sprzedażą sprzętu elektronicznego i telekomunikacyjnego, cateringiem, prowadzeniem restauracji, pośrednictwem w handlu nieruchomościami, edukacją, a nawet fizjoterapią. I kupno faktur na takie usługi oferował swoim klientom Łukasz P.

Najczęściej sprzedawał faktury kosztowe na catering, zorganizowanie szkolenia czy doradztwo. Usługi nigdy nie były wykonywane. Przedsiębiorcy płacili Łukaszowi P. do 30 proc. wartości całej faktury. Sami zyskiwali koszt, dzięki czemu płacili mniejszy PIT lub CIT. Na procederze tracił budżet państwa. — Działalność była bardzo trudna do wykrycia. Łukasz P. płacił wszystkie należne podatki — opowiada agent CBA.

Akcja CBA

Rzutki przedsiębiorca pewnie prowadziłby swój biznes dalej, gdyby nie operacja specjalna, którą przeprowadziło CBA. Agenci biura, podając się za biznesmenów, zgłosili się do Łukasza P. z prośbą o doradztwo podatkowe. Biznesmen zaoferował im sprzedaż kilku faktur na łączną kwotę 1,7 mln zł. W zamian chciał 445 tys. zł.

Pieniądze miały być przekazane w jednym z ekskluzywnych hoteli w Warszawie. Łukasz P. został zatrzymany na gorącym uczynku, kiedy odbierał od agentów pudełko z banknotami. Prócz niego Biuro zatrzymało 13 innych osób, w tym dwóch obywateli Ukrainy. Większość zatrzymanych to przedsiębiorcy, którzy kupili od Łukasza P. fałszywe faktury. Dzięki nim płacili mniejsze podatki. — CBA zatrzymało Łukasz P. Obecnie czynności procesowe prowadzi z nim Prokuratura Okręgowa w Warszawie – mówi Piotr Kaczorek z biura prasowego CBA. Jeszcze dziś Łukasz P. powinien usłyszeć zarzuty.
Żródło info i foto: TVP.info

Łukasz P. skazany za brutalne zabójstwa

Na karę dożywotniego więzienia Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał we wtorek 24-letniego Łukasza P., oskarżonego o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem w grudniu 2013 r. w Kwidzynie (Pomorskie) 30-letniego mężczyzny i jego 8-letniego syna. Łukasz P. może starać się o wcześniejsze wyjście z więzienia nie wcześniej, niż po 35 latach odbywania kary. Wyrok jest nieprawomocny.

Podczas procesu, który rozpoczął się w listopadzie 2014 r. oskarżony nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Mężczyzna po zatrzymaniu przyznał się do popełnienia zabójstw, ale potem zmienił zeznania i stwierdził, że nie ma nic wspólnego ze zbrodnią, a jedynie znalazł ciała.

30-letnia ofiara zabójstwa na co dzień mieszkała i pracowała w Anglii. Michał F. przyjechał do rodzinnego Kwidzyna na święta Bożego Narodzenia. Ciało mężczyzny i jego 8-letniego syna Wiktora znalazł 28 grudnia 2013 r. starszy człowiek, który – pod nieobecność 30-latka – opiekował się jego mieszkaniem i miał klucze do lokalu. Na podstawie zeznań Łukasza P. ze śledztwa, ustalono, że przed zabójstwem zażywał on wraz z Michałem F. tzw. dopalacze. W pewnym momencie, pod wpływem tych środków 30-latek zaczął być agresywny i pchnął Łukasza P. na szklany stół, który się rozbił. Następnie poszedł do łazienki po młotek i próbował zamachnąć się nim na oskarżonego. Ten jednak powstrzymał uderzenie, a gdy Michał F. był odwrócony tyłem sam zaatakował go młotkiem. Po kilkunastu uderzeniach narzędziem mężczyzna stracił życie.

Będący w innym pokoju 8-latek próbował uciec przed napastnikiem i nakrył się kołdrą i poduszką na łóżku. Sprawca jednak kilkoma uderzeniami młotka zabił chłopca. Jak tłumaczył w prokuraturze, nie podnosił kołdry, ponieważ bał się widoku swojej ofiary.

„Byłem przerażony, że będzie świadkiem tego, co się stało z jego ojcem. Bałem się konsekwencji tego, co zrobiłem. On mnie dobrze znał, ja lubiłem Wiktora. Bardzo żałuję tego co zrobiłem, chciałbym cofnąć czas, ale wiem, że jest to niemożliwe. Wiem, że zmarnowałem sobie życie, widziałem jak zmasakrowałem dziecko – pokazywali mi zdjęcia” – mówił w prokuraturze oskarżony.

Po prawie trzech miesiącach śledztwa Łukasz P. odwołał wcześniejsze zeznania i powiedział, że zabójstwa dokonało dwóch jego kolegów z Kwidzyna, ale ich nazwisk nie poda. Tłumaczył, że wcześniej przyznał się do zabójstw, ponieważ miał bić bity i straszony przez śledczych.

W nowej wersji zeznań powiedział m.in., że zastał w mieszkaniu Michała F. dwóch kolegów, a 30-latek już leżał zakrwawiony na podłodze. Oskarżony obiecał kompanom, że ich nie wyda. Po odwróceniu ciała Michała F. stwierdził, że jeszcze żył. Przez chwilę Łukasz P. miał się zastanawiać nad wezwaniem karetki pogotowia, ale ostatecznie zrezygnował z tego, obawiając się, że zostanie posądzony o udział w przestępstwie. Za sprawstwem 24-latka przemawiały m.in. wyniki badań śladów DNA oraz śladów krwi znalezionych na miejscu zdarzenia. Wskazały one jednoznacznie, że w miejscu zbrodni przebywała tylko jedna osoba, Łukasz P.

Według prokuratury motywem morderstwa był rabunek. Z mieszkania zamordowanego mężczyzny zginęło m.in. tysiąc złotych, 25 funtów brytyjskich i dokumenty, z parkingu został skradziony jego samochód volkswagen passat. Tuż po zatrzymaniu podejrzany zeznał, że za zrabowane pieniądze kupił sobie m.in. buty i kurtkę. Łukasz P. wyjaśniał śledczym, że jako bezrobotny jest na utrzymaniu dziadka. Oskarżony o zabójstwo i Michał F. byli kolegami.
Żródło info i foto: interia.pl

Andrzej H. zatrzymany przez CBŚP

„Łowcy cieni”, policjanci z Centralnego Biura Śledczego Policji, tworzący elitarną, tajną komórkę zatrzymali Andrzeja G. pseud. Waciak, jednego z liderów grupy mokotowskiej i prawą ręką domniemanego szefa gangu Andrzeja H. pseud. Korek. W ostatnim czasie zatrzymali też Łukasza P. pseud. Szpon, członka grupy Rafała S. „Szkatuły”.

Jak poinformowała rzeczniczka CBŚP Katarzyna Balcer, policjanci z grupy poszukiwawczej zatrzymali Waciaka na terenie Trójmiasta. – Mężczyzna w grupie mokotowskiej odpowiadał za dystrybucję narkotyków. Ściśle współpracował m.in. z Arturem B. pseud. Artuś, zwanym królem kokainy, którego policjanci z – wówczas CBŚ – zatrzymali w 2012 r. w Hiszpanii – dodała Balcer. „Waciak” był poszukiwany listami gończymi wydanymi przez Prokuratury Apelacyjne w Lublinie i Krakowie. Zarzuca się mu kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą oraz wprowadzenie do obiegu znacznej ilości narkotyków.

– Ciąży nad nim też kara 12 lat więzienia, orzeczona przez Sąd Rejonowy w Ostrołęce. Nie wykonano jej bo uciekł i się ukrywał – dodała Balcer. Z ustaleń policjantów wynika, że Andrzej G. ukrywał się na terenie Francji. Do Polski przyleciał w grudniu 2014 r.; posługiwał się bułgarskimi dokumentami tożsamości.

Tzw. grupa mokotowska została rozbita pod koniec grudnia 2005 r. Funkcjonariusze ówczesnego CBŚ zatrzymali wtedy 17 osób. Gang – według śledczych – przez 10 lat napadał na tiry, handlował bronią i narkotykami (także na skalę międzynarodową), prał brudne pieniądze. Według policji grupa „Korka” systematycznie zawłaszczała strefy wpływów po tzw. grupie pruszkowskiej, wyrastając na najgroźniejszą w kraju. Gang zajmował się narkobiznesem, a zbrojne ramię grupy czerpało zyski ze ściągania haraczy i uprowadzeń.

Domniemany szef grupy – Andrzej H. pseud. Korek został m.in. skazany przez Sąd Okręgowy w Gdańsku za przemyt – wraz z pięcioma innymi osobami – 325 kg kokainy w styczniu 2003 roku. Kontrabanda wartości ok. 80 mln zł przypłynęła z Ameryki Południowej na holenderskim statku do portu w Gdyni. Andrzej H. nie przyznał się do winy i zeznał, że o przechwyceniu narkotyków dowiedział się z telewizji.

Zatrzymanie „Waciaka” to nie jedyny sukces „łowców cieni” w ostatnim czasie. Policjanci zatrzymali też Łukasza P. pseud. Szpon, członka grupy Rafała S. „Szkatuły”. „Szpon” należał także do czołówki pseudokibiców jednego z warszawskich klubów piłkarskich, był członkiem grupy „Teddy Boys 95”, odpowiedzialny za uprowadzanie członków „wrogich klubów” i – jak wynika ze śledztwa – łamanie im kości.

– Odpowie za udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz obrót narkotykami. Mógł wprowadzić do obrotu – jak wynika z ustaleń śledczych – ok. 300 kilogramów różnego rodzaju narkotyków – dodała Balcer. „Łowcy cieni” to policjanci z Centralnego Biura Śledczego Policji, tworzący elitarną, tajną komórkę. Na co dzień zatrzymują lub odnajdują tych przestępców, którzy na listach poszukiwawczych zajmują najwyższe miejsca i poszukiwani są często od wielu lat.
Żródło info i foto: wp.pl

Krzysztof K. na sali sądowej

W Państwowym Muzeum na Majdanku w Lublinie, gdzie zginęło tysiące niewinnych ludzi, w tym wielu Żydów, pracował człowiek, który przez wiele miesięcy razem z kolegami zasypywał miasto antysemickimi plakatami i ulotkami. Część z nich została wytworzona na służbowej drukarce, do której Krzysztof K. (51 l.) miał stały dostęp…

Zaczęło się od tego, że policjanci zatrzymali na gorącym uczynku trzech młodych skinów. Bartłomiej K., Łukasz P. i Krzysztof K. wpadli kiedy nocą na przystankach autobusowych przyklejali plakaty, w których nawoływali do nienawiści rasowej. Zaraz potem w ręce śledczych wpadł Krzysztof K. Pracował wówczas w Muzeum na Majdanku. Oficjalnie zajmował się między innymi przygotowaniem wystaw i wydawnictw upamiętniających Holokaust. Ale po godzinach miał inne, mroczne zajęcie. Plastyk z wykształcenia projektował i drukował plakaty, które potem pojawiały się w całym mieście.

„Syjoniści won z Lublina, Aryjski Lublin”. Nasze Ulice Nasze Kamienice”, „Palić! Wieszać! Wysterylizować!” – głosiły hasła, z których część powstała za bramami zlanego ludzką krwią obozu koncentracyjnego. Za cel ataku członkowie grupy obrali sobie ludzi o lewicowych poglądach, działaczy kulturalnych, dziennikarzy, prezydenta Lublina. To właśnie ich zdjęcia i podobizny znajdowały się pod hasłami. Problem zrobił się tak duży, że policja powołała specjalną grupę do wykrycia sprawców. Udało się. Zatrzymani trafili do aresztu. Zarzucono im udział w zorganizowanej grupie przestępczej, mającej na celu szerzenie nienawiści rasowej.

– Grupa miała na celu popełnianie przestępstw polegających na stosowaniu przemocy, kierowaniu gróźb, propagowaniu faszyzmu, znieważaniu i nawoływaniu do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych i wyznaniowych – mówiła Beata Syk-Jankowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Po wyjściu prawdy na jaw Krzysztof K. natychmiast stracił pracę w Muzeum. Teraz razem z kompanami stanął przed sądem. Grozi mu teraz 7 lat więzienia.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Łukasz P. przed sądem

Przed sądem w Gdańsku ruszył proces w sprawie makabrycznej zbrodni, do której doszło pod koniec zeszłego roku w Kwidzynie na Pomorzu. Dożywocie grozi 22-letniemu Łukaszowi P., oskarżonemu o zabicie 30-letniego mężczyzny i jego 8-letniego syna. P. nie przyznał się przed sądem do winy. Mężczyzna nie składał żadnych wyjaśnień. Wycofał się jedynie z większości zeznań złożonych wcześniej w śledztwie. W jego trakcie najpierw wziął winę na siebie, później zmienił wersję. Twierdził, że przyznanie się do winy wymusił bijący go policjant, a zabójstwa miało dokonać dwóch jego kolegów. Nie chciał jednak powiedzieć, kim oni są. Tłumaczył to strachem.

Gdy prokurator odczytywał akt oskarżenia i opisywał dwa drastyczne morderstwa, 22-latek siedział ze zmarszczonym czołem i opuszczonym wzrokiem. Bliscy ofiar ze łzami w oczach słuchali o makabrycznych szczegółach zbrodni. Doszło najprawdopodobniej do sprzeczki, w trakcie której obaj mężczyźni zadawali sobie ciosy. Po czym, kiedy Michał F. był odwrócony tyłem, został uderzony młotkiem murarskim w głowę. Przewrócił się na podłogę. Łukasz P. zadał mu jeszcze kilkanaście ciosów w tył głowy. Na to z pokoju wyszedł i stanął w drzwiach małoletni Wiktor, który zobaczył, co robił jego ojcu znany mu Łukasz P. Widząc to uciekł do swojego pokoju i schował się pod kołdrą i poduszką. Łukasz P. pobiegł za nim i zaczął trzymanym w ręce młotkiem, przez kołdrę i poduszkę, uderzać Wiktora w głowę. Tak długo, aż przestał on się ruszać – opisywał zbrodnię prokurator Jarosław Pawluczuk.

22-latkowi grozi dożywocie. Bliscy ofiar podkreślali jednak przed początkiem procesu: Żadna kara nie będzie adekwatna. Nie ma odpowiedniej kary za to, co się stało. Wiadomo, że Łukasz P. w trakcie zbrodni był pod wpływem dopalaczy. Po zabójstwie ukradł kluczyki do auta Michała F., sam samochód i gotówkę, za którą kupił sobie m.in. nowe buty. Został zatrzymany po tym, jak kradzionym samochodem spowodował kolizję. Drastyczna zbrodnia wstrząsnęła mieszkańcami Kwidzyna. W styczniu kilkaset osób przeszło ulicami miasta w marszu milczenia w proteście przeciwko przemocy.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Wyrok za porwanie 16-latki

Bez pobłażania obszedł się sąd z dwoma mężczyznami, którzy uwięzili w bagażniku auta 16-latkę, a następnie dachowali w rowie. Jednemu wymierzył 2,5 roku bezwzględnej odsiadki, drugiemu karę o dwa miesiące krótszą. 27-letni Łukasz P., który dostał surowszy wyrok, przez 5 lat nie będzie mógł także siadać za kierownicą. To on prowadził bowiem nissana primera, gdy nad ranem 13 grudnia ub.r. wypadł z drogi w Lisim Ogonie pod Bydgoszczą. Mężczyzna był po alkoholu i marihuanie. Po wypadku uciekł – tak jak i jego wspólnik, 22-letni student z Torunia Bartosz R. Żaden nie zainteresował się dziewczyną, którą przed wrzuceniem do bagażnika skuli kajdankami. Na szczęście podczas kraksy pokrywa kufra otworzyła się i nastolatka wypadła, a kajdanki pękły. Doznała tylko niegroźnych potłuczeń i urazu nogi. Przeżyła cudem. Sam incydent zadziwia nie mniej niż jego finał. Wbrew temu, co sugerować może jego przebieg, nie było to zaplanowane uprowadzenie. – „Wszyscy troje byli w dobrych relacjach. Nastolatka dobrowolnie wsiadła do samochodu, zaś oskarżeni nie mieli powodu, by się tak zachować” – mówi prokurator Grażyna Wiącek. Żródło info i foto: Gazeta.pl