Koniec tajnego śledztwa ws. kasjerki CBA. Miała sprzeniewierzyć kilka milionów złotych

Kasjerka CBA miała sprzeniewierzyć kilka milionów złotych. Jak dowiedziało się RMF FM, prokuratura zakończyła śledztwo w tej sprawie i wysłała do sądu akt oskarżenia. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zabezpieczenie wynosi 10 milionów złotych – podaje RMF FM. Zabezpieczenie – nieznacznie przekracza kwotę, którą kasjerka miała od 2016 roku wyprowadzić z firmy. Z ustaleń śledczych wynika, że z kasy CBA zniknęło blisko 9 milionów 300 tysięcy złotych.

Kobieta – razem ze swoim partnerem – miała wydawać pieniądze m.in. na zakłady bukmacherskie. Poza zabezpieczeniem na kontach firmy, prokuratura zajęła też konta podejrzanych oraz ich nieruchomości.

Jak podała w lutym „Rzeczpospolita”, Katarzyna G., cywilna pracownica wydziału finansów w CBA, i jej mąż Dariusz G. zostali aresztowani 31 stycznia 2019 roku pod zarzutem przywłaszczenia znacznych środków. Śledztwo objęte jest całkowitą tajemnicą, a prowadząca je Prokuratura Regionalna w Warszawie nie chciała ujawnić nawet, o jaką sumę chodzi i w jakim okresie kasjerka miała okradać CBA.

Jak dowiedziało się RMF FM – śledztwo skończyło się, ale tylko w wątku, dotyczącym tego małżeństwa.

Kasjerka wpadła, bo jak donosił „Puls Biznesu” – pod koniec roku delegatury rozliczają fundusze operacyjne. Wtedy okazało się, że w kasie jest pusto. Dziś trwa intensywne śledztwo, mające wykazać nie tylko, ile pieniędzy zginęło (mówi się o 5 mln zł), ale i jak to było możliwe, że Dariusz G. bez wiedzy służb finansowych miesiącami bezkarnie grał kradzionymi pieniędzmi, obstawiając zakłady sportowe. „Przychodził regularnie i obstawiał kwoty sięgające od kilkunastu do 20 tys. zł” – twierdzą nasze źródła – czytamy w gazecie.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, CBA zabezpieczyło wszystkie środki na koncie Dariusza G. w firmie bukmacherskiej, a teraz śledczy będą musieli wykazać, że te pieniądze pochodzą z przestępstwa i że jest to gotówka wyniesiona właśnie przez kasjerkę.

Z ustaleń „Rz” wynika też, że prokuratura zażądała od generalnego inspektora informacji finansowej przeanalizowania przepływów na rachunku, który miał u bukmachera Dariusz G., pod kątem prania pieniędzy, a także sprawdzenia, czy bukmacher wypełnił wymogi ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu, w tym czy zgłaszał wpłaty od męża kasjerki.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

CBA zapewnia, że nie straciło tylu pieniędzy. Jednak podejrzana w sprawie kasjerka została natychmiast zwolniona

CBA zapewnia, że nie straciło pieniędzy, ale Katarzyna G., kasjerka, podejrzana o przywłaszczenie milionów złotych, została zwolniona – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Afera wybuchła w połowie stycznia, gdy media opisywały, że Centralne Biuro Antykorupcyjne mogło stracić od pięciu do dziesięciu milionów złotych w wyniku malwersacji finansowych. Pieniądze miała wyprowadzić pracownica CBA, jak później się okazało Katarzyna G., kasjerka Biura.

Mimo tych doniesień CBA przekazało jedynie lakonicznie, że nie będzie informować o decyzjach kadrowych wobec pracowników. „Nie jest prawdą, jakoby CBA utraciło jakiekolwiek środki finansowe” – padło w krótkim komunikacie służby.

Spora liczba wątpliwości doprowadziła do tego, że szef CBA Ernest Bejda ma stawić się przed sejmową komisją ds. specsłużb, by przekazać „stosowne informacje” na temat sprawy. Z kolei parlamentarna opozycja chce uzyskać wyjaśnienia także od Mariusza Kamińskiego, szefa MSWiA i ministra koordynatora ds. służb specjalnych, nadzorującego m.in. właśnie CBA.

Pracownica CBA zwolniona po aresztowaniu. Biuro nie komentuje

Nowe światło na sprawę rzuca wtorkowa publikacja „Rzeczpospolitej”, w której wskazano, że Katarzyna G. od miesiąca jest tymczasowo aresztowana razem z mężem pod zarzutem przywłaszczenia mienia znacznej wartości – pieniędzy należących do CBA. Według informacji dziennika gdy tylko kasjerka trafiła do aresztu, CBA zwolniło ją z pracy. Pytany o te doniesienia Temistokles Brodowski, rzecznik CBA, powtórzył to, co już wcześniej padało w komunikatach Biura: – Nie informujemy o decyzjach kadrowych wobec funkcjonariuszy i pracowników Biura.

„Rzeczpospolita” konkluduje, że ponieważ G. była cywilnym pracownikiem CBA, to najprawdopodobniej „pozbycie się jej uzasadniono utratą zaufania w związku postawieniem jej prokuratorskich zarzutów i tymczasowym aresztowaniem”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Znikające miliony w CBA. Kasjerka miała być uzależniona od hazardu

Okazuje się, że CBA nie jest w stanie dopilnować swoich pieniędzy.
– Zabrakło nadzoru i stosowania zasady ograniczonego zaufania – mówią nasi informatorzy. I jak dodają, z funduszu operacyjnego, z którego miały zniknąć miliony złotych, nie miała prawa zniknąć ani złotówka. CBA nadal twierdzi, że nic złego się nie stało i zaprzecza, by utraciło pieniądze.

W czwartek TVN24 podał, że szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Ernest Bejda nagle odwołał i wysłał na emerytury dwóch kluczowych dyrektorów – szefa pionu finansów i szefa pionu bezpieczeństwa wewnętrznego. Według onet.pl, miało to związek z tym, iż jedna z pracownic CBA wyprowadzała pieniądze z funduszu operacyjnego Biura. W sumie mogło to być blisko 5 milionów złotych. Inne szacunki wskazują, że kwota sięgała nawet 15 milionów złotych.

Kasjerka z CBA miała być uzależniona od hazardu. Została zatrzymana razem z mężem, szczegóły operacji utajniono. Nieoficjalnie oboje zostali aresztowani, a śledztwo ma prowadzić w tej sprawie jedna z warszawskich prokuratur.

Rzecznik CBA Temistokles Brodowski wydał w poniedziałek oświadczenie. „W związku z ostatnimi publikacjami prasowymi dotyczącymi Centralnego Biura Antykorupcyjnego informuję, że Szef CBA przedstawi Sejmowej Komisji do spraw Służ Specjalnych stosowne informacje” – zapowiedział. Podkreślił, że „nie jest prawdą, jakoby Centralne Biuro Antykorupcyjne utraciło jakiekolwiek środki finansowe”.

W związku z aferą do dymisji miał podać się szef Biura Ernest Bejda, ale nie została ona przyjęta. Według byłych wysoko postawionych funkcjonariuszy CBA, z którymi rozmawialiśmy, odpowiedzialność za zniknięcie z kasy milionów złotych ponosi bezpośrednio Bejda. To on odpowiada za nadzór nad funduszem operacyjnym.

– Pieniądze na fundusz przydziela się na niejawnym posiedzeniu kierownictwa CBA, w wąskim gronie. Szczegółowe przepisy dotyczące wydatkowania środków również są niejawne. To pieniądze m.in. na utrzymanie informatorów, Osobowych Źródeł Informacji (OZI), na akcje specjalne pod przykryciem – mówi nam były funkcjonariusz CBA znający kulisy sprawy.

– W ramach Funduszu nie stosuje się zamówień publicznych czy oficjalnych dostaw. Co nie oznacza, że pieniądze z takiego Funduszu nie powinny być rozliczane, pilnowane i wydatkowane zgodnie z przeznaczeniem. Wszystko powinno być odnotowane. Dla kogo i na co pieniądze idą. Problem tkwi w dowolności w dysponowaniu i i braku kontroli nad kasą – opowiada nasz rozmówca.

– W tym przypadku okazało się, że to górka pieniędzy bez żadnej kontroli. Odpowiedzialność poniósł za to jeden ze zwolnionych dyrektorów: dyrektor biura finansów Daniel Art. Akurat ten urzędnik w CBA pracował od wielu lat, był bezstronnym fachowcem. Najwyraźniej trzeba było jednak znaleźć winnego – uważa były funkcjonariusz Biura. Przypomnijmy, że razem z nim ze stanowiskiem pożegnał się Wiesław Flak – szefa pionu bezpieczeństwa wewnętrznego

Jak więc pieniądze mogły zniknąć? Według drugiego naszego rozmówcy, również byłego funkcjonariusza Biura – pieniądze były najprawdopodobniej wynoszone partiami. – Goście, którzy wchodzą do CBA, mają prześwietlaną zawartość torby. Pracownicy już nie. W papierach wszystko musiało się zgadzać. Najwyraźniej nikt nie sprawdzał, czy faktycznie się zgadza – mówi nam b. oficer służb.

– Akurat przy tym Funduszu powinna funkcjonować zasada ograniczonego zaufania. Tymi środkami powinny się zajmować minimum 3 osoby – uważa nasz informator.

Według TVN24, jeszcze trzy lata temu kasę prowadziły dwie pracownice. W czasach obecnego szefa CBA Ernesta Bejdy zmieniono wewnętrzne regulacje i w kasie zaczęła pracować tylko jedna osoba.

CBA jednak konsekwentnie twierdzi, że pieniędzy nie utraciło. Nieoficjalnie tylko dlatego, że „pewne kwoty udało się zablokować u bukmacherów, stąd kierownictwo wywodzi, że nie straciło pieniędzy”.
Źródło info i foto: wp.pl

Poznań: Fałszując faktury oszukali Skarb Państwa na wiele milionów

Policjanci z Poznania wspólnie z Funkcjonariuszami Krajowej Administracji Skarbowej rozbili zorganizowaną grupę przestępczą wprowadzającą do obrotu nierzetelne faktury VAT. Zatrzymano 7 osób, ale niewykluczone są kolejne zatrzymania.

Do zatrzymań doszło 19 listopada na terenie województw wielkopolskiego i lubuskiego. 7 osób podejrzanych między innymi o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i fałszowanie faktur. Proceder trwał od początku 2018 roku do maja 2019 roku.

– Działalność grupy polegała na oferowaniu i dostarczaniu różnym podmiotom gospodarczym tzw. nierzetelnych faktur dokumentujących fikcyjne transakcje dostawy towarów lub świadczenia usług. Do wytwarzania nierzetelnych faktur wykorzystywano firmy tzw. „słupy” zarejestrowane na podstawione osoby z siedzibami głównie w wirtualnych biurach na terenie Warszawy – relacjonuje Maciej Święcichowski z wielkopolskiej policji.

Klienci byli pozyskiwani wśród prowadzących rzeczywistą działalność gospodarczą przedsiębiorców, zainteresowanych niezgodną z prawem optymalizacją podatkową.

– Prawdopodobnie znaczna część z nich z własnej inicjatywy zgłaszała się do członków grupy w sprawie nabycia nierzetelnych faktur. Odbiorcy faktur bezpodstawnie zawyżali wartość podatku naliczonego, a prawdopodobnie także i kosztów uzyskania przychodów, co prowadziło do zaniżania zobowiązań podatkowych lub wyłudzania zwrotu podatku, a w konsekwencji do uszczuplenia majątku Skarbu Państwa – opowiada Święcichowski.
Źródło info i foto: se.pl

Dwie kobiety wyłudziły kilka milionów złotych. Trafiły do aresztu

Policjanci zatrzymali dwie mieszkanki Dębicy, które przez kilka lat ukrywały się przed wymiarem sprawiedliwości. 60 i 55-latka usłyszały kilkadziesiąt zarzutów wyłudzenia i usiłowania wyłudzenia kilku milionów złotych. Obie kobiety zostały tymczasowo aresztowane.

Z materiałów procesowych wynika, że kobiety w latach 2009 – 2013 wyłudzały pieniądze z banków i firm pożyczkowych. W ostatnim roku ich przestępczej „kariery” do Komendy Powiatowej Policji w Dębicy wpłynęło zawiadomienie o popełnionym przestępstwie. Informacja została przekazana z dębickiego Urzędu Skarbowego. Prowadzone postępowanie potwierdziło przestępczy charakter działalności mieszkanek Dębicy. Kobiety wielokrotnie były wzywane do stawiennictwa w dębickiej komendzie, jednak żadna z nich nie wywiązywała się z tego obowiązku. Obie były poszukiwane i obie ukrywały się przed wymiarem sprawiedliwości.

Czynności w tej sprawie wykonywali policjanci z wydziału dw. z przestępczością gospodarczą dębickiej komendy. W sierpniu tego roku kobiety zostały zatrzymane. 60-latkę zatrzymano na terenie Krakowa, 55-latka, która ukrywała się za granicą, została zatrzymana, gdy pojawiła się w Dębicy. Pierwsza wyłudziła 1,5 miliona złotych, a usiłowała wyłudzić 2 miliony złotych. 55-letnia mieszkanka Dębicy wyłudziła 1,5 miliona złotych, a usiłowała wyłudzić 4 miliony złotych.

Kobiety usłyszały 189 zarzutów i złożyły wyjaśnienia. Obie decyzją sądu zostały tymczasowo aresztowane na trzy miesiące. Wobec partnerów zatrzymanych kobiet także było prowadzone postępowanie. Mężczyźni zostali objęci policyjnym dozorem.
Źródło info i foto: Policja.pl

Kolejna udana akcja CBŚP. Rozbito gang, który zapewniał wódkę, papierosy, a nawet świeżą dziczyznę

Kilkadziesiąt milionów złotych zarobił gang z terenu województwa łódzkiego, który zajmował się produkcją papierosów i podrabianej wódki, ale także kłusownictwem i sprzedażą dziczyzny. Do grupy należało także dwóch policjantów z Wielunia, pomagających przestępcom w sprzedaży towarów oraz dokonujących sprawdzeń w policyjnych bazach danych. Z ustaleń funkcjonariuszy CBŚP i dolnośląskich „pezetów” wynika, że na czele bandy stał pięcioosobowy „zarząd”, który odpowiadał za organizację krajalni tytoniu, fabryk papierosów i rozlewni alkoholu.

W poniedziałkowy poranek funkcjonariusze wrocławskiego CBŚP, pod nadzorem śledczych z Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej, rozpoczęli obławę na gang z terenu woj. łódzkiego, który na niemal przemysłową skalę uruchomił produkcję podrabianych papierosów i alkoholu. Grupa miała swoje krajalnie tytoniu i fabryki papierosów i dobrze zakamuflowane rozlewnie spirytusu. Na swoich nielegalnych interesach zarobiła nawet kilkadziesiąt milionów złotych.

Do środy funkcjonariusze zatrzymali 27 osób – kobiety i mężczyzn od 22 do 50 lat – oraz dwóch policjantów z Wielunia. Aż 19 osób trafiło do aresztów. A jak twierdzą śledczy, to nie koniec zatrzymań. Podczas przeszukań natrafiono na krajalnie tytoniu, rozlewnie spirytusu. Przechwycono setki kilogramów krajanki suszu tytoniowego, tysiące sztuk papierosów, kilkanaście sztuk jednostek broni oraz kilka tysięcy sztuk amunicji.

Bogate menu

Gang, działający na terenie województwa łódzkiego, dolnośląskiego, wielkopolskiego i opolskiego, skupiał się na nielegalnej produkcji papierosów. Podrabiali wyroby znanych koncernów tytoniowych, ale jak twierdzą śledczy, wypuszczali na rynek mniej popularne marki, a także własne wyroby. Podobnie było z rozlewniami spirytusu, gdzie powstawały przede wszystkim wódki. Fabryczki te były bardzo dobrze zakonspirowane, a dostęp do nich miało wyłącznie wąskie grono osób odpowiedzialnych za produkcję, obsługę maszyn, transport surowców i gotowych produktów do magazynów. Chodziło o to, by w razie wpadki jak najmniej osób wiedziało o miejscu działania manufaktury. Kolejnym źródłem dochodu gangu był przemyt papierosów z Azji.

Bogaty katalog przestępstw obciążających rozbitą grupę uzupełnia także handel bronią, amunicją oraz… kłusownictwo i sprzedaż tak pozyskanej dziczyzny.

Większość gotowych produktów sprzedawano hurtowo na terenie Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Śledczy ustalili, że zyski były później dzielone między członkami gangu, w zależności od hierarchii w grupie. Na czele przestępczej organizacji stało pięciu szefów tzw. zarządu. To oni byli odpowiedzialni za redystrybucję dóbr. Przestępcy legalizowali zyski z nielegalnej produkcji w kontrolowanych przez siebie firmach. Inwestowali także w nieruchomości oraz kosztowności i luksusowe samochody. Prokurator dokonał zajęcia ich mienia oraz nieruchomości na łączną kwotę co najmniej 13 milionów złotych.
Źródło info i foto: TVP.info

Agenci CBA zatrzymali 7 osób podejrzanych o milionowe defraudacje w PZPS

CBA zatrzymało siedem osób w związku z działaniem na szkodę Polskiego Związku Piłki Siatkowej przy organizacji mistrzostw w 2014 r. Wśród podejrzanych jest były wiceprezes PZPS i były członek zarządu związku. Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Warszawie prowadzi śledztwo dotyczące m.in. nieprawidłowości przy organizacji Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn Polska 2014.

Jak poinformował prok. Karol Borchólski z działu prasowego Prokuratury Krajowej, do zatrzymań doszło w poniedziałek. Podejrzanych ujęli funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

– Na polecenie prokuratora zatrzymano siedem osób zamieszanych w przestępczy proceder – powiedział prok. Borchólski i wymienił, że wśród podejrzanych jest Artur P., były wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej, a obecnie prezes Profesjonalnej Ligi Piłki Siatkowej, Waldemar K. – sędzia siatkówki oraz członek zarządu PZPS, Paweł I. – sędzia siatkówki i koordynator w Profesjonalnej Lidze Piłki Siatkowej, oraz Krzysztof L., wieloletni współpracownik PZPS. Pozostali zatrzymani to przedsiębiorcy – dwie kobiety i mężczyzna.

Zarzuty, które mają usłyszeć, dotyczą m. in. nadużycia uprawnień i niedopełnienia obowiązków. Według śledczych podejrzanymi kierowała chęć zysku. Prokuratura ustaliła, że członkowie władz PZPS zawierali w związku z organizacją mistrzostw umowy z różnymi przedsiębiorcami, którzy zawyżali ceny usług. Wystawiane były także faktury VAT poświadczające nieprawdę.

– Na skutek tych działań z rachunków Polskiego Związku Piłki Siatkowej na rzecz określonych podmiotów oraz osób wypłacono łącznie prawie 7,6 mln zł – powiedział prok. Borchólski.

PK informuje, że po przesłuchaniu wszystkich podejrzanych (czynności zaczęły się w poniedziałek wieczorem) prokurator prowadzący śledztwo podejmie decyzję o ewentualnym wystąpieniu do sądu z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie. Za przestępstwa z art. 296 i 271 kodeksu karnego grożą kary do nawet 10 lat pozbawienia wolności.

W toczącym się od 2014 r. śledztwie zarzuty usłyszeli wcześniej komendant miejski Państwowej Straży Pożarnej m.st. Warszawy (przekroczenie uprawnień, przyjęcie łapówki) i jego zastępca (przekroczenie uprawnień, poświadczenie nieprawdy), a także naczelnik z tejże komendy (pomocnictwo).

Komendant miejski miał według prokuratury uwarunkować wydanie pozytywnej opinii w zakresie zabezpieczenia przeciwpożarowego Stadionu Narodowego na mecz otwarcia MŚ w piłce siatkowej, od wpłaty 19,5 tys. zł.

Z kolei we wrześniu tego roku zarzuty usłyszała dyrektor Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego m.st. Warszawy, Ewa Gawor (wyraziła zgodę na publikację pełnych danych). Prokuratura zarzuca Gawor „poświadczenie nieprawdy co do okoliczności mającej znaczenie prawne w zezwoleniu pozwalającym Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej na przeprowadzenie 30 sierpnia 2014 r. sportowej imprezy masowej, tj. Meczu Otwarcia Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn Polska 2014 r.” – informowała wtedy PK.

Śledczy ustalili, że opinia oraz dokumentacja nie były sporządzone 22 sierpnia, czyli dniu, kiedy dyrektor BBiZK m.st. Warszawy wydała decyzję zezwalającą Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej na przeprowadzenie imprezy otwarcia Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn Polska 2014 r. „Opinia ta została sporządzona w dniu 25 sierpnia 2014 r. i dostarczona do Dyrektora Biura Bezpieczeństwa i Zarzadzania Kryzysowego m.st. Warszawy w tym dniu” – informowała PK.

Według ustaleń prokuratury Gawor podpisała decyzję zezwalającą na organizację imprezy masowej, wpisując wcześniejszą datę.
Źródło info i foto: TVP.info

Brutalne zabójstwo sprzed 20 lat. Ekspertyzy wyjaśniające zbrodnię będą kosztować krocie

Policyjnym laboratoriom kryminalistycznym w całej Polsce grozi paraliż. Jak dowiedzieli się reporterzy RMF FM, prokuratorzy z Krakowa, którzy prowadzą postępowanie w sprawie brutalnego zamordowania studentki, której skórę 20 lat temu znaleziono w Wiśle, zlecili policyjnym ośrodkom wiele specjalistycznych ekspertyz. Dotyczą praktycznie wszystkich dowodów zabezpieczonych w śledztwie. Z naszych ustaleń wynika, że analizy mogą kosztować nawet kilka milionów złotych.

Podczas wieloletniego śledztwa zebrano mnóstwo materiałów, które teraz mają być badane. Polecenie otrzymało osiem policyjnych ośrodków kryminalistycznych. Eksperci szczegółowo analizować będą między innymi gruz po skuciu mieszkania podejrzanego, kafelki z łazienki, elementy wanny czy ziemię zebraną z miejsc, w których studentka mogła być przetrzymywana i zamordowana. Do badań wytypowano też różnego rodzaju płyny, a także sierść.

Te ekspertyzy mogą trwać nawet dwa lata.

Problem w tym, że we wniosku nie zostało skonkretyzowane, czego mają szukać biegli. Jest on bardzo ogólny, a mowa o poszukiwaniu różnych substancji.

Policjanci nieoficjalnie przyznają, że mają z tym duży problem. Wygląda na to, że prokuratura nie wie, czego szuka. – To działanie na chybił-trafił, a nuż coś się znajdzie – usłyszeli reporterzy RMF od jednego z funkcjonariuszy.

Część materiałów do zbadania jest całkowicie bezwartościowa dowodowo – twierdzą funkcjonariusze. Być może to próba przedłużenia śledztwa i poszukiwania nowych dowodów, które obroniłyby w sądzie zarzuty wobec podejrzanego Roberta J. – dodaje nieoficjalnie inny policjant.

Brutalny mord

Katarzyna Z. – studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego – została brutalnie zamordowana w 1998 roku. 23-latka została pozbawiona skóry, którą psychopata wypreparował i pozbawił tkanki tłuszczowej. Zrobił z niej swoiste „odzienie”, tak jakby chciał wejść w tożsamość swej ofiary.

Rok później odnaleziono fragment nogi dziewczyny i skórę z klatki piersiowej, który wypłynęły na Wiśle na stopniu Dąbie w Krakowie.

Podejrzany o zbrodnię 52-letni Robert J. został zatrzymany 4 października 2017 roku. Podczas przesłuchania usłyszał zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Nie przyznał się do winy. Mężczyzna do tej pory przebywa w areszcie.
Źródło info i foto: interia.pl

Zarobili miliony sprzedając olej opałowy jako napędowy

Co najmniej półtora miliona litrów podrobionego paliwa wprowadziła na rynek grupa oszustów z okolic Koszalina, która odbarwiała olej opałowy i sprzedawało go jako pełnowartościowe paliwo. Gang rozbity przez CBŚP zarobił w ciągu ośmiu miesięcy działalności ponad 4 mln zł. Przed kilkunastoma tygodniami policjanci koszalińskiego CBŚP wpadli na trop szajki, która sprowadzała olej opałowy, odbarwiała go i sprzedawała hurtowniom paliwa jako pełnowartościowy olej napędowy. Z ustaleń funkcjonariuszy wynikało, że od czerwca 2016 roku przestępcy wprowadzili na rynek ponad 1,5 mln litrów oszukanego paliwa.

Na tym szwindlu Skarb Państwa stracił ok. 4 mln złotych z tytułu podatku akcyzowego, VAT i opłaty paliwowej.

Paliwo spod strzechy

Oszuści bardzo pomysłowo zorganizowali swoje przedsięwzięcie. Część zajmowała się odbarwianiem oleju, inni transportem „paliwa” do hurtowników, a jeszcze inni legalizowaniem nieuczciwie zarobionych pieniędzy. Funkcjonariusze CBŚP ustalili, że przestępcy zorganizowali swoją manufakturę na odludnej posesji w województwie zachodniopomorskim. Razem z celnikami natrafili na jej terenie na stary zbiornik, mogący pomieścić ok. 50 tys. litrów. W nim odbarwiono olej opałowy za pomocą ziemi okrzemkowej i specjalnych filtrów. Wszystko to odbywało się w prymitywnych warunkach, a powstałe paliwo znacznie odbiegało od tego dostępnego na stacjach.

W sumie zatrzymano sześciu mężczyzn z województw: śląskiego, zachodniopomorskiego i łódzkiego. Wszyscy oni usłyszeli w Prokuraturze Regionalnej w Szczecinie zarzuty związane z udziałem w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy i licznych przestępstw karno-skarbowych. Jeden z mężczyzn został tymczasowo aresztowany, a reszta odzyskała wolność po wpłaceniu kaucji.
Źródło info i foto: TVP.info

Kraków: Wielomilionowa afera w Sądzie Apelacyjnym

Wielomilionowa afera w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie. Funkcjonariusze CBA zatrzymali dyrektora Sądu Apelacyjnego, główną księgową i dyrektora Centrum Zakupów oraz dwóch biznesmenów – dowiedziało się Radio ZET. Wszystkie te osoby są podejrzane o przywłaszczenie 10 milionów złotych. Jeszcze dziś mają usłyszeć zarzuty w Prokuraturze Regionalnej w Rzeszowie.

Według śledczych w ciągu ostatnich 3 lat Sąd Apelacyjny w Krakowie zlecał firmom zewnętrznym analizy i opracowania. Płacił za nie po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale firmy te, przygotowanie analiz zlecały pracownikom sądu. Nie znaleziono dowodów, że te dokumenty w ogóle powstały. Pracownicy zeznali, że wykonywali co najwyżej prace biurowe. Prokuratorzy ustalili za to, że właściciele firm byli powiązani towarzysko i rodzinnie z dwoma dyrektorami sądu, którzy zamawiali te usługi. Zatrzymanym dyrektorom grozi do 10 lat więzienia.

Zatrzymane osoby jeszcze dziś mają usłyszeć zarzuty w Prokuraturze Regionalnej w Rzeszowie.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl