Niemcy: Kobiety w metropoliach boją się wychodzić na ulicę. Czują się obserwowane i zagrożone

Berlin, Hamburg, Kolonia albo Monachium – w żadnym z tych miast dziewczęta i kobiety nie czują się bezpieczne. Badanie wykazało, że co piąta była już przynajmniej raz molestowana, czuła się obserwowana lub zagrożona. Dziewczęta i kobiety nie zawsze czują się bezpieczne w dużych miastach takich jak Berlin, Hamburg, Kolonia lub Monachium – wykazało badanie organizacji pozarządowej „Kinderhilfswerk Plan” oparte na sondażu online.

– Nasze badanie wyraźnie pokazało, że dziewczęta i młode kobiety także w dużych, niemieckich miastach są molestowane seksualnie, czują się śledzone i zagrożone, są obrażane – powiedziała szefowa organizacji Maike Röttger. Jak dodała, jest to sytuacja, w której odmawia się im prawa do bezpiecznego i swobodnego poruszania się po mieście, by dotrzeć do pracy lub do szkoły, spotkać się z przyjaciółkami czy po prostu wyjść na spacer.

Najbardziej niepewna jest „ulica”
W sondażu przeprowadzonym między styczniem a marcem 2020 roku uczestniczyło tysiąc dziewcząt i kobiet w wieku od 16 do 71 lat. Na interaktywnej mapie zaznaczyły one tzw. „pins”, miejsca, które odebrały za bezpieczne lub niebezpieczne dla siebie.

Najbardziej niepewnie dziewczęta i kobiety czują się „na ulicy”. Z dużym odstępem kolejnymi, ryzykownymi miejscami są dla nich środki komunikacji publicznej i tereny zielone. Powodem poczucia niepewności są przede wszystkim spotkania po drodze z grupami osób będących pod wpływem alkoholu lub narkotyków, ponadto źle oświetlone drogi i parki, wreszcie opuszczone okolice, gdzie w razie potrzeby nie można się spodziewać nadejścia pomocy.

W Hamburgu dziewczęta i kobiety najbardziej niepewnie czują się na dworcu głównym i na Reeperbahn, w Kolonii najwięcej negatywnych „pins” otrzymało śródmieście, w tym np. Neumarkt. Na mapie Berlina ani razu uczestniczki badanie nie zaznaczyły dworca głównego Hauptbahnhof, za to niezliczone negatywne oceny przypadły miejscom, gdzie gromadzą się turyści – np. Alexanderplatz czy ulice Friedrichshain. W Monachium za niepewne panie uznały parki, w tym Ogród Angielski.

Wiele dziewcząt i kobiet nie składa doniesienia na policję. Ze wstydu

Analiza zebranych danych wykazała, że co piąta uczestniczka badania padła już raz ofiarą gwałtu, była śledzona lub zagrożona. – Wiele dziewcząt i kobiet ze wstydu nie składa w takich przypadkach doniesienia na policję – mówi Mirko Streiber, szef Krajowego Urzędu Kryminalnego w Hamburgu. Wprawdzie ruch #metoo sprawił, że sytuacja nieco się poprawiła, ale mogłaby być jeszcze znacznie lepsza.

– Sondaż pokazał, że potrzeba działania jest jeszcze duża – podkreśla Maike Röttger. Każda dziewczyna i każda kobieta ma prawo poruszać się po mieście swobodnie i bez strachu.

Maike Röttger domaga się od władz miast podjęcia koniecznych kroków, w tym np. więcej lub lepszego oświetlenia czy zlikwidowania w parkach mrocznych kątów.

– Ale równie ważne jest odejście od ról przypisanych każdej płci, które ciągle jeszcze sugerują wielu chłopcom i mężczyznom, że molestowanie kobiet jest całkowicie w porządku – argumentuje. Stereotypy i dyskryminacja to głęboko jeszcze tkwiące w ogólnej świadomości przyczyny, dlaczego dziewczęta i kobiety nie mogą się czuć bezpiecznie.

Autorzy badania zaznaczają, że jego wyniki nie są reprezentatywne. Jego celem było raczej pokazanie „subiektywnego poczucia bezpieczeństwa w dużych miastach”. Ale dzięki wysokiej liczbie uczestniczek badania można wyciągać z niego także ogólne wnioski.
Źródło info i foto: interia.pl

Zapadł wyrok ws. molestowania i zbiorowego gwałtu na dziewczynce. Koszmar dziecka trwał 5 lat

Jest wyrok w bulwersującej sprawie molestowania i gwałtu na małoletniej dziewczynce. Koszmar ofiary trwał przez pięć lat. Sąd w Rzeszowie skazał pięciu mężczyzn. Wśród nich jest przyrodni brat pokrzywdzonej. Na ile lat mają iść do więzienia? Wyrok jest nieprawomocny. Cały dramat rozegrał w Malawie pod Rzeszowem. Mariusz N. uczynił ze swojej przyrodniej siostry seksualną niewolnicę. Gwałcił i telefonem nagrywał z jej udziałem pornograficzne filmy. Potem zaczął zachęcać swoich kumpli, aby robili to samo.

Dziewczynka jest niepełnosprawna intelektualnie. – Zawsze cichutka, wycofana, ślicznie rysowała – mówi jedna z sąsiadek. Wychowywała się w trudnej rodzinie, gdzie panowała przemoc, a jej sprawcą był jej przyrodni brat. – Ciągłe awantury, wyzwiska. Policja przyjeżdżała tam na okrągło – przyznaje sąsiadka. To właśnie przy okazji śledztwa dotyczącego znęcania się nad matką, wyszedł na jaw koszmar, który przeżywała także siostra mężczyzny – dodaje.

Nastolatka trafiła do rodziny zastępczej i pod opiekę psychologa, co pomogło odkryć kolejną prawdę. Nie tylko, brat, ale także jego kumple mieli wykorzystywać seksualnie ofiarę. Najstarszy z nich ma 68 lat! Prokuratura oskarżyła więc pięciu mężczyzn o obcowanie seksualne z nieletnią.

Mariusz N. został uznany winnym wielokrotnego zmuszania przemocą dziewczynki do obcowania płciowego, zarówno samemu jak i wspólnie z innymi, molestowania seksualnego, utrwalania treści pornograficznych z jej udziałem, znęcania się nad nią oraz grożenia jej, gdyby ujawniła gwałty. 42-latek został skazany na 15 lat więzienia. Natomiast Franciszek D., Andrzej M. i Franciszek K. otrzymali kary po 8 lat więzienia za gwałty i molestowanie, a K. także za utrwalanie treści pornograficznych z udziałem pokrzywdzonej. Z kolei Grzegorza D. sąd skazał na 9 lat pozbawienia wolności za gwałty na dziewczynce, molestowanie, groźby i utrwalanie treści pornograficznych z jej udziałem.

Wszyscy mają także wieloletnie zakazy kontaktowania się i zbliżania się do dziecka; Mariusz N. przez 15 lat, pozostali przez 10 lat. Wszyscy też mają solidarnie zapłacić na rzecz dziewczynki łącznie 100 tys. zadośćuczynienia.

Wyrok jest nieprawomocny. Strony mogą odwołać się od wyroku do Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie.

Sąsiedzi stoją za nimi murem

Dziewczynka obecnie ma 15 lat. W toku śledztwa nie udało się dokładnie ustalić, od kiedy oskarżeni mieli zacząć ją wykorzystywać seksualnie. Trwało to prawdopodobnie przez 5 lat. W trakcie postępowania prokuratorskiego mężczyźni nie przyznali się do winy. W trakcie procesu, sąsiedzi mężczyzn przyszła delegacja wsi bronić oskarżonych.

– Co do brata, nie wypowiadamy się, bo nie wiemy co działo się tam w domu. Ale pozostali, to porządne chłopy! – przekonywała jedna z protestujących kobiet. – Jesteśmy z wami! – pokrzepiali oskarżonych sąsiedzi.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Rodzina mężczyzny ułaskawionego przez Andrzeja Dudę apeluje

Nie milkną echa wokół tematu ułaskawienia przez prezydenta mężczyzny, który molestował swoją córkę. TVP Info dotarło do ofiar – konkubiny i molestowanej córki – sprawcy. – O to prosiliśmy i to pan prezydent spełnił. Dajcie spokój normalnym ludziom, dajcie żyć – zaapelowały. Konkubina sprawcy w rozmowie z TVP Info (materiał wyemitowały też Wiadomości) podkreśliła, że apel do prezydenta o ułaskawienie dotyczył jedynie zakazu zbliżania się mężczyzny do rodziny.

– To był apel do prezydenta o ułaskawienie zakazu zbliżania się. Żadnego innego. Wyłącznie to. O nic więcej nie prosiliśmy, tylko żeby zniósł zakaz zbliżania się, żebyśmy mogli być rodziną. O to prosiliśmy i to pan prezydent spełnił. Dajcie spokój normalnym ludziom, dajcie żyć – zaapelowała.

Kobieta zaznaczyła też, że ma pełne zaufanie do partnera. – W 100 proc. Jakbym mu nie ufała, nie byłoby tego. Każdy popełnia błędy. Zmienił się, udowodnił to. Trochę czasu to trwało, by odbudować zaufanie i i odbudowaliśmy zaufanie, ufamy sobie. Żyjemy jak normalna rodzina i chcemy żyć jak normalna rodzina. Nie boję się, że coś się stanie – oznajmiła.

Matka ofiary dodała też, że jest wdzięczna prezydentowi za zniesienie zakazu.

– Jestem wdzięczna panu prezydentowi, że zniósł zakaz, że pozwolił nam normalnie żyć. Przez parę miesięcy tak było, ale teraz, przez tą nagonkę, to będzie niemożliwe. To była polityczna zagrywka, a my jesteśmy jej ofiarami. My, zwykli ludzie, jesteśmy ofiarami. Po to pisaliśmy pisma, żeby razem zamieszkać. Dostał drugą szansę. Popełnił błąd, ale zrobił wszystko, by go naprawić. My to widziałyśmy. Razem żyliśmy, pracowaliśmy i było dobrze – wyznała matka ofiary.

Dziennikarze TVP Info rozmawiali także z samą pokrzywdzoną. Pełnoletnia dziś kobieta przyznała, że wybaczyła ojcu.

– Gdybyśmy nie zaufały i nie przebaczyły, całej sprawy by nie było. Myślałam, że wszystko będzie dobrze, a tu nagle takie „bum”, wszystko wraca. To coś nie do uwierzenia. Ludzie, którzy dopuścili się ujawnienia tego wszystkiego, naprawdę nie zdawali sobie sprawy z naszego punktu widzenia. Że to jest zagrywka polityczna, że chcieli oczernić pana prezydenta. My po prostu dostaliśmy tzw. strzał w łeb – wyznała.

TVP Info w swoim materiale zmieniło głosy ofiary i jej matki, a ich twarze zostały zamazane.

Afera wokół prezydenckiego ułaskawienia

Przypomnijmy. W marcu 2020 roku prezydent zastosował prawo łaski wobec mężczyzny, który odsiedział wyrok za znęcanie się nad konkubiną i córką, w tym za seksualne molestowanie córeczki. Dzięki podpisowi prezydenta wygasł sądowy zakaz zbliżania się kata do ofiar. Prezydent Duda i jego ministrowie tłumaczyli, że w tej sprawie „gwałtu nie było”, a do ułaskawienia doszło nie tylko na prośbę przestępcy, lecz także jego konkubiny i pełnoletniej dziś córki. Prezydent Andrzej Duda i jego otoczenie przekonują, że w rodzinie doszło do autentycznego pojednania i działał na prośbę jego rodziny.

Informację o ułaskawieniu podała „Rzeczpospolita”, natomiast Fakt dotarł do akt sądowych sprawy. Nasza publikacja wywołała olbrzymią medialną burzę. Ujawniliśmy, że ułaskawiony Piotr C. (53 l., dane zmienione – red.) był przez lata rodzinnym katem. Po pijaku wszczynał domowe awantury, w czasie których znęcał się nad partnerką i córeczką. Bezbronne dziecko wykorzystywał seksualnie, w sposób wielokrotny i długotrwały. Tak uznały ponad wszelką wątpliwość sądy. Sądy obu instancji nie znalazły dla niego żadnego usprawiedliwienia i skazały na 4 lata więzienia i 6 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do ofiar. Zza krat mężczyzna wyszedł w kwietniu 2015 roku i od razu zaczął łamać zakaz zbliżania się do córki i żony. Trzy lata później zwrócił się o akt prezydenckiej łaski, żeby bez przeszkód kontaktować się z ofiarami.

Chcielibyśmy podkreślić, że w naszych publikacjach konsekwentnie chroniliśmy anonimowość rodziny, nie podawaliśmy nazwy miejscowości, z której pochodzi, a także zmieniliśmy inicjały zarówno sprawcy, jak i pokrzywdzonych.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Ginekolog skazany za gwałty i molestowanie 26 pacjentek. Usłyszał wyrok 15 lat pozbawienia wolności

Monzer M., ginekolog, który miał molestować 26 ze swoich pacjentek, usłyszał wyrok 15 lat więzienia – donosi „Super Express”. Lekarz ma wypłacić także zadośćuczynienie pokrzywdzonym. Wyrok nie jest prawomocny.

O sprawie Monzera M. stało się głośno latem 2018 roku. Wówczas do policjantów zgłosiła się kobieta, która opisała, że jej wizyta u ginekologa w Zabrzu odbiegała od standardowego badania. Później pojawiały się kolejne kobiety, które oskarżały mężczyznę m.in. o gwałt i inne czynności seksualne.

W sierpniu 2018 Monzer M. został tymczasowo zatrzymany. Ustalono, że do przestępstw miało dochodzić w latach 2016-2018. Także w sierpniu usłyszał zarzuty. Łącznie oskarżano go o 26 przestępstw na tle seksualnym. Mężczyzna nie przyznawał się jednak do winy.

W czerwcu 2020 roku zakończył się proces Monzera M. – informuje „Super Express”. Ginekolog ma spędzić 15 lat w więzieniu. Przez taki sam okres obowiązuje go zakaz wykonywania zawodu. Ma również wypłacić poszkodowanym zadośćuczynienie w łącznej kwocie 345 tys. złotych.

Według ustaleń śledczych Monzer M. przez 14 lat (w toku śledztwa okazało się bowiem, że jego przestępstwa przypadały na lata 2004-2018) skrzywdził 26 kobiet na tle seksualnym, gwałcąc je lub doprowadzając do „innych czynności seksualnych”. Do molestowania dochodziło w jego prywatnych gabinetach m.in. w Zabrzu.

Wyrok sądu jest nieprawomocny, strony mogą się od niego odwołać.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Gwiazdor Justin Bieber oskarżony o molestowanie. Jest oświadczenie piosenkarza

Justin Bieber zaprzeczył, że dopuścił się molestowania seksualnego kobiety przedstawiającej się w mediach społecznościowych jako Danielle. Kanadyjczyk wydał w tej sprawie specjalne oświadczenie. Reuters podaje, że kobieta przedstawiająca się jako Danielle napisała w sobotę na Twitterze, że Justin Biebier miał dopuścić się wobec niej molestowania seksualnego w Austin w Texasie w 2014 roku. Danielle miała spotkać piosenkarza na festiwalu South by Southwest.

26-letni Bieber w serii tweetów zaprzeczył słowom kobiety.

„W tej historii nie ma prawdy” – napisał i zapowiedział, że podejmie wobec Danielle kroki prawne.

Kanadyjczyk przedstawił również m.in. rachunki, które mają potwierdzić, że w czasie rzekomego molestowania przebywał z piosenkarką Seleną Gomez, z którą przez kilka lat był w związku.

„Każde oskarżenie o wykorzystanie seksualne powinno być traktowane bardzo poważnie, dlatego moja odpowiedź była potrzebna. Jednak zgodnie z rzeczywistym biegiem wydarzeń, do tej sytuacji nie mogło dojść. Będę współpracować z Twitterem i władzami, by podjąć kroki prawne w tej sprawie” – zapowiedział Bieber.

Danielle usunęła już tweeta, w którym oskarżyła piosenkarza. Mediom nie udało się z nią skontaktować. Justin Bieber w 2018 roku poślubił Hailey Baldwin. W lutym wydał pierwszy od czterech lat album. Wcześniej odwoływał koncerty i ograniczał swoją publiczną aktywność w związku z depresją.
Źródło info i foto: RMF24.pl

25 nowych spraw dotyczących molestowania seksualnego w polskim Kościele

25 nowych spraw dotyczących molestowania seksualnego w polskim Kościele skierowali do prawników członkowie inicjatywy „Zranieni w Kościele”. Od roku prowadzą oni telefon zaufania, w którym terapeuci pomagają osobom wykorzystanym seksualnie w pokonaniu przeżywanej traumy. Relacje najprawdopodobniej zaowocują pozwami sądowymi o zadośćuczynienie czy zgłoszeniami do prokuratury.

– Jest jeszcze wiele osób skrzywdzonych, które do dziś z trudem żyją z tą tajemnicą. Dwie najstarsze osoby, które się z nami skontaktowały, miały ponad 80 lat. Jedna z nich, 82-letnia kobieta, opowiedziała o swoich przeżyciach, gdy była nastolatką. Pierwszy raz zdecydowała się powiedzieć komuś o swojej krzywdzie – mówi Wirtualnej Polsce Zbigniew Nosowski, rzecznik Inicjatywy „Zranieni w Kościele” i katolicki publicysta magazynu „Więź”.

Uruchomiony w ubiegłym roku telefon wsparcia dla osób wykorzystanych seksualnie obsłużył ponad 150 połączeń. – Część pokrzywdzonych potrzebuje rady i wsparcia, wskazówek, gdzie uzyskać pomoc psychologa. Dopiero przy kolejnej rozmowie albo nawet po przejściu terapii psychologicznej dochodzą do wniosku, że chcą zgłosić przestępstwo do właściwych instytucji państwowych i kościelnych – dodaje Nosowski.

Efektem działania infolinii było skierowanie 25 spraw do konsultacji z prawnikami. Najprawdopodobniej zakończą się przygotowaniem pozwów sądowych o zadośćuczynienie ofiarom i doniesień do prokuratury.

Właśnie działalność telefonu zaufania była jednym z wątków ostrego sporu pomiędzy biskupem kaliskim Edwardem Janiakiem a prymasem Polski abp. Wojciechem Polakiem. Po skandalu wywołanym przez film „Zabawa w Chowanego” zagrożony odwołaniem biskup Janiak napisał list do innych biskupów. Pisał m.in. o wielkim zamieszaniu i zgorszeniu, jakie wywołały plakaty informujące o działaniu infolinii.

„Abp. Wojciech Polak (…) wydał pieniądze na plakaty, które w odbiorze społecznym zostały źle przyjęte przez wiernych, a na małych parafiach były zgorszeniem” – pisał bp. Edward Janiak.

Jak dowiaduje się WP, w maju plakaty trafiły do wszystkich parafii w Polsce. Jednocześnie abp Polak (jest delegatem Konferencji Episkopatu Polski ds. ochrony dzieci i młodzieży) w liście skierowanym do proboszczów zachęcał do wywieszenia ich w kościołach i poinformowaniu o infolinii w ogłoszeniach duszpasterskich. Plakaty nie zawierały kontrowersyjnych grafik. Na purpurowym tle znajdował się numer 800 280 900 wraz z dopiskiem „telefon wsparcia dla osób dotkniętych przemocą seksualną”.

Jednak Radio Maryja przekonywało: „taka akcja sugeruje, że w każdej polskiej parafii mamy przestępcę”. Jest „uderzeniem w autorytet kapłanów, a ostatecznie ma ludzi zniechęcić do Pana Boga”.

Nowe przypadki przestępstw seksualnych

Jak twierdzą przedstawiciele inicjatywy „Zranieni w Kościele”, uruchomienie telefonu zaufania okazało się niezwykle potrzebne. Około trzech czwartych zgłoszonych przypadków to nowe relacje. Przypomnijmy, że w marcu 2019 roku Episkopat poinformował o 382 duchownych, którzy wykorzystali 625 dzieci. Były to wszystkie zgłoszone od 1 stycznia 1990 r. przypadki wykorzystywania seksualnego małoletnich.

Zdaje się, że to nie koniec sprawy. Chociaż telefon czynny jest tylko we wtorki wieczorem, przez cały rok nie było dyżuru, podczas którego nikt nie zadzwonił.
Źródło info i foto: wp.pl

Szykuje się nowe śledztwo dotyczące seksualnego wykorzystywania małoletnich w „Zatoce Sztuki”

Będzie nowe śledztwo dotyczące seksualnego wykorzystywania małoletnich w sopockim klubie „Zatoka Sztuki” i niewyjaśnionych dotąd wątków tej sprawy – poinformowała Prokuratura Krajowa. Dla zagwarantowania bezstronności poprowadzi je specjalny zespół śledczy prokuratorów w Prokuraturze Okręgowej w Łodzi, a więc jednostce prokuratury spoza regionu gdańskiego.

Jak ustalił Onet, grupa prokuratorów, która została powołana na polecenie Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro 21 maja, a więc dzień po emisji filmu Sylwestra Latkowskiego „Nic się nie stało”, wystąpiła do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku o nadesłanie akt wszystkich spraw związanych z problematyką poruszaną w filmie, w tym także klubu Zatoka Sztuki. Otrzymała akta będące w dyspozycji zarówno prokuratury, jak i akta główne spraw znajdujących się na etapie postępowania sądowego. Na ich podstawie już ustaliła, że nie wszystkie podejmowane w filmie wątki były przedmiotem postępowań karnych. „Koniecznym stało się więc przeprowadzenie odrębnego postępowania przygotowawczego dotyczącego „Zatoki sztuki”” – podkreśla prokuratura.

W maju TVP wyemitowała film Sylwestra Latkowskiego „Nic się nie stało”, w którym opisano kulisy przestępstw Krystiana W., ps. Krystek, działającego w Trójmieście. Mężczyzna był określany przez media mianem „łowcy nastolatek”. Latkowski przywołał zeznania dziewcząt, które opisywały gwałty i molestowanie.

PK przypomniała też, że zdarzenia przedstawione w filmie Latkowskiego, do których dochodziło od 2007 roku, były przedmiotem kilku postępowań latach 2010-2014. Zostały umorzone z powodu niewykrycia sprawcy albo – jak stwierdzano – wobec braku znamion czynu zabronionego.

Prokuratura podkreśliła, że do intensyfikacji działań doszło na polecenie Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro po reformie prokuratury w 2016 roku. Do sądu trafiła m.in. prowadzona od 2015 roku sprawa Krystiana W. i Marcina T., oskarżonych o popełnienie przestępstw związanych z wykorzystaniem seksualnym nieletnich.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ogromna afera na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Gnębienie, seksizm i molestowanie seksualne

Kilka dni temu na facebookowej grupie „ŚUMemes” pojawiły się historie rzekomych przypadków seksizmu i mobbingu na uniwersytecie. Uczelnia wydała oświadczenie w tej sprawie. Studenci latami bali się mówić, o tym co dzieje się na zajęciach, ale teraz tama pękła.

– Na pierwszym roku był problem z profesorem od anatomii. Teksty i notatki, które wysyłał do studentek, były nacechowane mocno seksualnie i wręcz niesmaczne. Zdanie, które do tej pory pamiętam, to: „W jamie otrzewnowej znajduje się tylko płyn surowiczy i plemniki u niegrzecznych dziewczynek.” A tego było o wiele więcej – mówi Asia Matuła, na dowód wysyłając screeny notatek od profesora. Na ŚUM-ie studiowała pielęgniarstwo. Dziś kończy studia gdzie indziej. Zgadza się na podanie jej imienia i nazwiska w tekście.

Dostawanie po pośladkach

– Na ŚUM-ie naruszenie prywatności i cielesności osób, to nie tylko molestowanie. Ja się z takowym nie spotkałam, natomiast prowadząca podstawy pielęgniarstwa krzyczała na studentki i biła po plecach czy pośladkach za złą, nieergonomiczną pozycję ciała. Nachylałyśmy się nad koleżanką, żeby wykonać iniekcję i dostawałyśmy ręką za to, że nie mamy prostych pleców – pamiętam to do dziś – wspomina Asia.

Największa trauma? Prowadząca wybierała ją do wszystkich pokazowych zastrzyków, choć wiedziała, że Asia się ich boi. – Trzymała mnie ze studentkami na szpitalnym łóżku, nie dając nawet wziąć oddechu, żeby się uspokoić. Do tej pory przed każdą iniekcją wykonaną przez pracownika ochrony zdrowia, muszę zrobić trzy spokojne wdechy – opowiada.

Matuła pamięta jeszcze jedną sytuację z czasów, gdy uczyła się na ŚUM-ie. – Szpital nr 2 w Bytomiu. Wykładowczyni nie potrafiła zgłębnikować (zbadać głębokość rany lub pobierać próbki do badania – przypis redakcji) pacjenta więc, zamiast próbować inaczej lub poprosić pielęgniarkę, to cisnęła mu ten zgłębnik na siłę tak, że przez 15 minut wymiotował, smarkał i płakał, żeby przestała – relacjonuje. – Pielęgniarka ze szpitala zapytała: „ona chciała, żeby to odbytem wyszło?”. Gdy byłyśmy same, delikatnie zwróciłam jej uwagę, że to był przykry widok. Usłyszałam, że jeszcze jeden taki tekst, to mogę się pożegnać z zaliczeniem egzaminu – dodaje.

Od tego wszystko się zaczęło

Z Joanną skontaktował mnie administrator grupy „ŚUMemes”, gdzie od kilku dni pojawiają się historie mobbingu, seksizmu i molestowania. Razem z kolegami dostał prawie 2 tysiące wiadomości od osób, które czują się pokrzywdzone przez kadrę Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. W ankiecie, którą prowadzą na Facebooku, udział wzięło przeszło 800 osób. Kontaktujemy się przez Zooma. Chłopak nie włącza kamerki, chce pozostać anonimowy. Nadal studiuje na ŚUM-ie. Nazwijmy go Adamem.

– Gnębienie studentów trwa od zawsze. Ale panuje zmowa milczenia. Studenci mają osobisty kod związany z numerem indeksu. Wypełniając ankiety oceniające online, mają pewność, że dziekan dobrze wie, kto się wypowiada, więc panuje strach – mówi wyraźnie zdenerwowany. Kiedy pytam, czy kiedykolwiek poszedł na skargę, odpowiada, że po co, skoro wie, że nikt z tym nic nie zrobi. – Nie oszukujmy się, wszyscy jesteśmy zastraszani. W mniej lub bardziej czytelny sposób jest nam pokazywane, że jesteśmy niczym, jesteśmy śmieciami, nic nie znaczymy i to jak się czujemy, nikogo nie obchodzi – twierdzi Adam. – Fakt, że w ogóle zwraca się na nas uwagę, to jest prestiż.

Chłopak nie wierzy, że cokolwiek może się zmienić. Przekonuje mnie, że nawet samorząd studentów nie kiwnie palcem. – Samorząd jest słaby. Fajnie zajmuje się tylko organizowaniem imprez czy ustaleniem terminów egzaminów – ocenia kolegów. Dlatego on i jeszcze kilku innych studentów wzięło sprawy w swoje ręce. – Wyższa kadra jest straszna – mówi wprost. – W pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy znamy choć jednego profesora, który jest miły albo po prostu normalny. Wychodziło na to, że dziekani, profesorowie i docenci w naszym otoczeniu zwyczajnie gardzą nami.

Po chwili ciszy Adam wymienia wszystkie książkowe objawy psychosomatyczne stresu, którego doświadczył on i znajomi z uczelni. – Wymioty z powodu stresu, lekooporne migreny, wrzody żołądka, dwunastnicy, zespół jelita drażliwego były i są normą. Ludzie zażywali psychotropy, brali antydepresanty. Chodzenie do psychiatrów było na porządku dziennym – opowiada. Pamięta 21-letnią dziewczynę, która odkąd przyszła na uczelnię, zaczęła siwieć. – Byliśmy przerażeni – kwituje.

Poczucie osamotnienia, bezsilność, złość. To wszystko popycha Adama i pozostałych do działania. Zwłaszcza gdy co chwilę pojawiają się kolejne historie mobbingu, molestowania i seksizmu.

Założyciele fanpage’a postanowili przeprowadzić anonimową ankietę dotyczącą odczuć studentów związanych z nauką na uczelni. Do tej pory wypełniło ją tysiąc osób i ta liczba rośnie. Okazało się, że w połowie ankiet była mowa o nagannych zachowaniach pracowników uczelni. 45 proc. przypadków, czyli 190 zgłoszeń, dotyczyło mobbingu, 133 zgłoszenia zachowań seksistowskich, 25 to przypadki molestowania. Z ankiety wynika też, że aż 200 osób zgłosiło problem celowego „uwalania”, czyli oblewania na egzaminach. Około 150 studentów wyznało, że musiało skorzystać z pomocy psychologa lub psychiatry. 78 osób przez sytuację na uczelni przyjmuje leki psychotropowe. Nazwiska siedmiu pracowników ŚUM często pojawiają się w negatywnym kontekście.

Studenci zwracają uwagę na problem poniżania przez wykładowców. Niektórzy z nich słyszeli podczas egzaminów: „jak tego nie wiesz, to idź się powieś”, „jesteś ruda, nie lubię rudych” czy „mój pies by lepiej to umiał”.

„Od profesora nie da się uciec”

– Ludzie piszą do nas, potem proszą o skasowanie wiadomości, bo boją się, że ktoś ich rozpozna. Dostajemy skargi z fałszywych kont i adresów e-mail. Większość autorów nie chce rozmawiać z mediami. Ale są osoby, które nie mają nic przeciwko – dodaje.

Magda (imię zmienione – przyp. red) boi się zabrać głos publicznie, nadal studiuje. Gdy jednak lawina ruszyła, uznała, że to jedyna szansa, by patologia na uczelni ujrzała światło dzienne.

– Nie chciałam zabierać głosu, pomimo anonimowości dalej się boję, że ktoś mnie rozpozna i będę mieć problemy. Ale patrząc na niektóre komentarze pod postami o molestowaniu, stwierdziłam, że muszę to napisać. Dlaczego tego nie zgłaszamy? Zawsze myślałam, że gdybym była w tej sytuacji od razu bym się postawiła i wszystko zgłosiła. Ale to nie jest takie proste. Molestowanie to proces, w którym oprawca obniża twoją samoocenę, alienuje cię od innych. Poczytajcie najpierw o tym, zanim zaczniecie wydawać osądy. Ja poczytałam i teraz wiem, jak się zachować i rozpoznać sygnały, że coś zaczyna się dziać w tym kierunku – mówi zdenerwowana dziewczyna.

– Poza tym, molestowanie strasznie trudno udowodnić. Kogo wziąć na świadka? Zastraszanych studentów bojących się o swoją przyszłość? A jeśli ja nie mam odwagi sama się przeciwstawić, to dlaczego oni mieliby to robić w moim imieniu? Czy może na świadków mam wziąć pracowników katedry, którzy dokładnie wiedzą co się dzieje, ale udają nieświadomych? – pyta retorycznie.

Dlatego Magda postanowiła podzielić się swoją historią na tej uczelni. Oczywiście pomija wszystkie fragmenty, które mogłyby pomóc profesorowi ją rozpoznać. – Wiadomo, seksizm na naszej uczelni jest gigantycznym problemem, spotkałam się z nim na chirurgii, anatomii i wielu innych katedrach. Ale chciałabym przedstawić historię, która najbardziej na mnie wpłynęła. Słynny profesor na drugim roku studiów, każdy z naszej uczelni wie, o kim mówię. Jak już ktoś napisał, na początku sprawia wrażenie „rubasznego Janusza”. Opowiada nieprzyzwoite żarty, trochę bezpośrednio zwraca się do wszystkich. Na początku nie widziałam w tym nic złego, przecież mogę się sztucznie zaśmiać z jakiegoś żartu, co mi szkodzi. Jednak z zajęć na zajęcia profesor przekraczał kolejne granice – opowiada studentka.

Z jej opowieści wynika, że profesor podchodził i stawał bardzo blisko. Przechodząc obok niechcący dotykał ręką pleców, następnie łapał za włosy czy obejmował ramieniem tak, abym nie mogła się odwrócić do kolegów, co zmuszało ją do bycia z nim bardzo blisko twarzą w twarz.

– W końcu zdarzyła się sytuacja, że przy takim objęciu zjechał ręką w okolice biustu i zaproponował poprawę wejściówki u niego w gabinecie o dziwnej porze. Wtedy nie wytrzymałam i zawołałam kolegę, niby do konsultacji, podszedł od razu i zorientował się, o co chodzi. Od tego czasu mogłam liczyć na pomoc kolegów i koleżanki z grupy, zawsze siadał między nimi, pilnowali mnie i zwracali na mnie uwagę, żeby dać do zrozumienia profesorowi, że jestem obserwowana. Dlatego profesor wymyślił metodę alienacji, niezależnie od tego, że ktoś rozmawiał cztery rzędy za mną, za karę przesadzał mnie do pierwszego rzędu – wyjaśnia Magda.

Wymyśliła z przyjaciółmi odwet, siadali od razu w pierwszym rzędzie, także nie było jej gdzie przesadzić. Więc pojawił się pomysł, że będę sadzana na fotelu prowadzącego, na środku sali. Wtedy już nic nie mogła zrobić, ale on też nie, bo była na widoku, za to mógł podchodzić i mówić jej okropne rzeczy.

– Po każdych zajęciach wracałam do mieszkania, brałam prysznic i płakałam. Cały rok zajęć na wiadomej katedrze był dla mnie piekłem. Cieszyłam się, jak kobieta została u nas dziekanem. Myślałam, że to coś zmieni, że w końcu się poprawi, że będzie większy szacunek do kobiet. Niestety myliłam się. Pani dziekan, apeluję do pani jak kobieta do kobiety: prosimy o pomoc!

Co dalej?

Po rozmowie z Joanną i Magdą poprosiłam o komentarz rzeczniczkę prasową uczelni. Okazało się, że jest na urlopie. Dowiedziałam się za to, że w związku z Dniem Rektorskim na ŚUM-ie, odpowiedź otrzymam w poniedziałek. Uczelnia wystosowała już jedno oświadczenie:

„Nawiązując do licznych komentarzy zamieszczonych na fanpagu ŚUMemes, Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach wywołany do odpowiedzi stanowczo podkreśla, że nie popiera zachowań nagannych i nieetycznych nauczycieli akademickich.

Niemniej wobec braku zgłaszanych skarg rektorowi i jego zastępcom niemożliwym jest przeprowadzenie szczegółowych postępowań wyjaśniających, a wnioski płynące z komentarzy mogą jedynie stanowić źródło informacji o charakterze opiniodawczym. Będą one podlegały omówieniu na poszczególnych wydziałach z udziałem przedstawicieli samorządu studenckiego. Powinnością każdego członka wspólnoty akademickiej jest podejmowanie działań dla zapewnienia jak najlepszego funkcjonowania uczelni, w tym poprzez zgłaszanie wszelkich zdarzeń, które wymagają wyjaśnienia i w efekcie wdrożenia odpowiednich zmian. Ponadto wnioski i skargi mogą być składane poprzez organy samorządu studenckiego, które co do zasady są wyłącznym reprezentantem ogółu studentów, a ich uwagi zawsze podlegają rozpatrzeniu.

Informujemy zarazem, że do rektora nie wpłynęła indywidualna skarga, jak i inne niepokojące sygnały, w tym od przedstawicieli samorządu studenckiego w zakresie organizowanych do 2016 i w latach wcześniejszych obozów, przewidzianych standardami na kierunku ratownictwa medycznego”.
Źródło info i foto: wp.pl

Austin Carlile został oskarżony o gwałt i molestowanie seksualne

Były wokalista zespołu Of Mice & Men, Austin Carlile został oskarżony o gwałt i molestowanie seksualne. Sprawa ciągnie się już od kilku lat. Kilkanaście kobiet twierdzi, że wokalista dopuścił się wobec nich molestowania seksualnego. Temat wrócił po wpisie jednej z oskarżających – Caitlin Stiffler. W swoim liście szczegółowo opisała zdarzenie z muzykiem. Zarzuciła także magazynowi „Alternative Press”, że przed laty zatuszował oskarżenia wobec Carlile’a.

Skrytykowała również ich artykuł na temat śmierci George’a Floyda z komentarzem byłego członka Of Mice & Men.

„On nie tylko gwałcił kobiety, których pewnie było jeszcze więcej niż wiemy, ale był też drapieżnikiem szukającym nieletnich dziewczyn, wykorzystując do tego swoją pozycję w branży muzycznej. Zagroził wam pozwem, więc się wycofaliście. Rozumiem, kto by chciał się angażować w tę sprawę, skoro w sumie… nie musi. To był wasz wybór. Wybór, którego my nie miałyśmy” – zarzuca magazynowi kobieta.

Redaktorzy „Alternative Press” odpowiedzieli na list kobiety. „Nie tolerujemy żadnych z tych oskarżeń. Ta historia zostanie usłyszana” – napisali.

Do oskarżeń odniósł się także zespół Of Mice & Men, z którego Carlile odszedł w 2016 roku ze względu na problemy zdrowotne. „Ta osoba nie jest członkiem Of Mice & Men od prawie 4 lat i nikt z nas lub z naszego teamu nie próbował ukrywać artykułu. Potępiamy przemoc seksualną i molestowanie w każdej postaci” – zapewnili.
Źródło info i foto: interia.pl

Valery Giscard d’Estaing, były prezydent Francji, oskarżony o molestowanie seksualne

Valery Giscard d’Estaing miał dopuścić się nękania niemieckiej dziennikarki po tym, jak udzielił jej wywiadu w grudniu 2018 roku. Jego pełnomocnik broni go przed zarzutami, twierdząc, że były prezydent „nie pamięta” tego spotkania. Jak informuje „Le Monde”, 37-letnia Ann-Kathrin Stracke, pracująca dla niemieckiej telewizji WDR, złożyła stosowny pozew już w marcu, a teraz zdecydowała się ujawnić całą sprawę.

Wywiad, który przeprowadziła z 94-letnim dziś politykiem, zorganizowano z okazji setnych urodzin byłego kanclerza RFN Helmuta Schmidta, będącego u władzy w tym samym czasie, co Giscard d’Estaing (prezydent Francji w latach 1974-1981). Kiedy po wywiadzie Stracke poprosiła go o zdjęcie, polityk miał ją objąć w talii, a drugą rękę położyć na pośladkach.

„Byłam zaskoczona i oburzona tym zachowaniem. Czułam się niekomfortowo. Próbowałam odepchnąć rękę pana d’Estainga, jednak na nic się to zdało” – napisała Stracke w swoim pozwie.

Po powrocie do miejsca pracy, szefowie telewizji poradzili jej, aby złożyła stosowny wniosek do prokuratury. Jak sama stwierdziła, „nie myślała o tym, tym bardziej, że nie miała pojęcia, jak funkcjonuje francuski wymiar sprawiedliwości”. Jednak po sukcesie ruchu #MeToo zdecydowała się działać.

Pełnomocnik byłego prezydenta Olivier Revol powiedział w rozmowie z „Le Monde”, że 94-latek „nie pamięta spotkania z panią Stracke”.

Giscard d’Estaing, jak wielu prezydentów Francji, od początku wzbudzał zainteresowanie pod kątem relacji z kobietami. W latach 80. mówiło się nawet o jego romansie z księżną Dianą, która była już żoną następcy tronu brytyjskiego, Karola.
Źródło info i foto: onet.pl