Wielka Brytania: Pięcioro bialczan podejrzanych o morderstwo w Wakefield

Angielska policja poinformowała na swojej stronie internetowej o zatrzymaniu kolejnych podejrzanych o morderstwo mężczyzny w Wakefield. Grupa młodych ludzi najprawdopodobniej brutalnie pobiła 30-latka, który zmarł na miejscu w wyniku obrażeń.

Do morderstwa 30-letniego Aleksandra P. doszło w poniedziałek (9 września) na Pinderfields Road w Wakefield w Anglii. Jego ciało leżące przy ulicy odnaleziono kilka minut po północy. Na miejsce wezwano pogotowie. Lekarz stwierdził liczne obrażenia ciała i zgon.

Początkowo zatrzymano jedną osobę podejrzaną o to zabójstwo – 19-letniego Marcela S. pochodzącego z Białej Podlaskiej. Osadzono go w areszcie.

We wtorek (17 września) detektywi z West Yorkshire Police powiązali ze sprawą jeszcze cztery osoby pochodzące z Białej Podlaskiej i okolic, a przebywające w tym czasie w Anglii. Tamtejsza policja potwierdziła, że do aresztu trafił 27-letni Maciej S., 23-letni Adam L., 23-letni Michał S. oraz 20-letnia Karolina K.

Więcej szczegółów śledztwa i motyw, nie jest jeszcze znany. Będziemy na bieżąco informować o sprawie.
Źródło info i foto: bp24.pl

Wciąż nie ma opinii biegłych dotyczącej poczytalności Jakuba A. Zabójca 10-latki zostaje w areszcie

Chociaż od brutalnego morderstwa 10-letniej Kristiny mijają już 3 miesiące, wciąż nie znamy opinii biegłych na temat poczytalności 22-letniego Jakuba A. Decyzja o tymczasowym areszcie dla mężczyzny będzie więc najprawdopodobniej przedłużona.

Jakub A. – mężczyzna, który przyznał się do zabójstwa 10-letniej Kristiny – jest pod szczególną ochroną służb więziennych i przebywa w celi zakładu śledczego w Wołowie. Aby umieścić go za kratkami – nie ma jeszcze wyroku w sprawie zabójstwa dziewczynki – sąd wydał decyzję o tymczasowym areszcie na 3 miesiące. Ponieważ ten okres mija w połowie września, prokuratura już zapowiada czynności mające na celu wydłużenie tej decyzji.

Wciąż jednak nie ma opinii biegłych co do tego, czy 22-latek był poczytalny w chwili zbrodni. Jak informuje tvn24, zlecono kolejne badania podejrzanego o zamordowanie 10-letniej Kristiny z Mrowin. Opinia ma być gotowa najpóźniej w połowie października. Niewykluczone, że biegli zawnioskują o kilkutygodniową obserwację sądowo-psychiatryczną.

Po brutalnym morderstwie 10-letniej Kristiny, Jakub A. długo zwodził śledczych, ale ostatecznie przyznał się do winy. W połowie czerwca trafił do Aresztu Śledczego w Świdnicy. Wtedy byliśmy świadkami niecodziennych scen. Inni osadzeni „przywitali” mężczyznę przeraźliwymi okrzykami. Życzyli mu śmierci i skandowali: „Wieszaj się”. Przechodzący przed aresztem ludzie przyznawali, że coś takiego słyszeli po raz pierwszy w życiu.

Jakub A. został przeniesiony do zakładu w Wołowie. – Tylko tam są odpowiednie warunki, by odizolować go od innych osadzonych, którzy mogliby chcieć wyrządzić mu krzywdę – mówiła „Gazecie Wyborczej” osoba zaangażowana w śledztwo.

Mężczyzna, który przyznał się do morderstwa 10-latki, jest pod wyjątkową ochroną. Nie tylko nadano mu kategorię N (niebezpieczny) i ma założoną kartę OZS (osoby zagrożonej samobójstwem), ale trafił także do specjalnej celi.

„Jest ona monitorowana przez całą dobę, a także – co już jest niecodzienne – do wpatrywania się w monitor rejestrujący obraz z niej został wyznaczony specjalny funkcjonariusz służby więziennej” – czytamy. Co ciekawe, zazwyczaj jeden strażnik obserwuje nawet dziewięć takich cel.
Źródło info i foto: wp.pl

Armenia. Na wysypisku śmieci odkryto ciało dziecka

Na miejskim wysypisku śmieci natknięto się na ciało maleńkiej dziewczynki. Dziecko miało związane taśmą ręce i nogi. W sprawie makabrycznej zbrodni wszczęto śledztwo. Zatrzymano jedną osobę, której przedstawiono zarzut morderstwa.

Makabryczne odkrycie na jednym z miejskich wysypisk śmieci w mieście Giumri w Armenii. W sobotę (31 sierpnia) znaleziono tam ciało dziewczynki w wieku około 1,5 – 2 lat – podała w oświadczeniu armeńska policja. Maleństwo miało związane ręce i nogi taśmą klejącą. Śledczy apelowali o pomoc w znalezieniu rodziny dziecka. Wszczęto postępowanie w kierunku morderstwa. Ta zbrodnia wstrząsnęła miastem i wywołała publiczne oburzenie.

Jeszcze tego samego dnia funkcjonariusze zatrzymali matkę dziewczynki. Jak podał portal Armenia Sputnik, to 20-letnia mieszkanka miasta. Kobieta miesiąc temu miała się rozwieść z mężem. Ostatnio nigdzie nie pracowała. Nie leczyła się psychiatrycznie.

Według armeńskich śledczych to matka dziewczynki miała zabić córeczkę. Taki też zarzut usłyszała – podała Prokuratura Generalna. Zatrzymana została przesłuchana. W sprawie toczy się postępowanie.

Jak zginęło dziecko? – Na ciele dziewczynki nie znaleziono zewnętrznych oznak przemocy – przekazał Armenia Sputnik Karen Gabrielian, prokurator regionu Szirak. Z ustaleń śledczych wynika, że to 20-latka związała taśmą ręce i nogi dziewczynce, wepchnęła w jej usta kawałek materiału i wyrzuciła ją do kontenera, a potem przysypała ją śmieciami. – Kobieta wyjaśniła, że zrobiła to z powodu złych warunków socjalnych. Sama nie mogła wychowywać i karmić dziecka – powiedział w wywiadzie dla Armenian News prokurator Gabrielian.

Do szokujących informacji dotarli dziennikarze Armenia Sputnik. Jak się okazało, kobieta w połowie sierpnia zwróciła się do władz z prośbą o umieszczenie córeczki w sierocińcu. 20-latka podkreślała, że nie ma męża, rodziny, ani pracy. Kiedy dowiedziała się, że taki wniosek wymaga pisemnej zgody obojga rodziców, zrezygnowała.

Armeńscy urzędnicy z rozmowie z Armenia Sputnik przekonywali, że zaoferowali kobiecie pomoc w zakresie wyżywienia, pieniędzy, a nawet zapewnienia pracy. Wówczas 20-latka miała przyznać, że w takim wypadku nie odda dziecka do sierocińca. Wedle słów przedstawicieli administracji regionalnej kobieta sprawiała wrażenie osoby zrównoważonej, a dziecko było w dobrej kondycji.

Zbrodnia wstrząsnęła miastem i wywołała publiczne oburzenie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Dwaj nastolatkowie podejrzani o dokonanie trzech morderstw znalezieni martwi w zaroślach

Dwaj nastolatkowie, których poszukiwano od połowy lipca w związku z podejrzeniem dokonania trzech morderstw, zostali w środę znalezieni martwi – doniosła Kanadyjska Królewska Policja Konna (RCMP). Ciała miały znajdować się w gęstych zaroślach nad brzegiem rzeki Nelson. Policja przeprowadzi sekcję zwłok, jednak jest niemal pewna, że są to ciała poszukiwanych. Pochodzący z miejscowości Port Alberni 19-letni Kam McLeod i 18-letni Bryer Schmegelsky od połowy lipca skutecznie ukrywali się przed policją. Według ustaleń policji zabili trzy osoby – parę podróżników i wykładowcę akademickiego.

„Poszukiwania są zakończone” – przekazała w środę w mediach społecznościowych Kanadyjska Królewska Policja Konna z Manitoby. Jak podano, około godziny 10 rano w środę funkcjonariusze znaleźli dwa ciała w gęstych zaroślach na brzegu rzeki Nelson. Nie jest jeszcze jasne, co było przyczyną śmierci obu młodych mężczyzn.

Policja jest niemal pewna

Jak doniósł Reuters, policja przeprowadzi sekcję zwłok, by potwierdzić, czy odnalezione ciała należą do poszukiwanych nastolatków, jednak już w tym momencie jest niemal pewna, że chodzi właśnie o nich. We wtorek policjanci poinformowali o znalezieniu, przy brzegu rzeki, niedaleko niewielkiej miejscowości Gillam w prowincji Manitoba, kilku przedmiotów prawdopodobnie należących do nastolatków. Ciała znajdowały się kilometr dalej oraz około osiem kilometrów od miejsca, w którym dwa tygodnie temu znaleziono ich spalone auto.

Ostatni raz byli widziani na rutynowej kontroli

Po raz ostatni młodzi mężczyźni, podejrzewani o zamordowanie trzech osób, byli widziani pod koniec lipca. Kanadyjskie media poinformowały, że zostali zatrzymani do rutynowej kontroli przez strażników plemiennych, ale ci nie wiedzieli, z kim mają do czynienia i puścili ich w dalszą drogę. Do zatrzymania miało dojść około 150 kilometrów na wschód od Gillam, w którym znaleziono „bezpośrednio związane z nimi przedmioty”.
Źródło info i foto: tvn24.pl

USA: 44-letnia Sylwia P. oskarżona o zabicie 11-miesięcznego dziecka. Zatrzymana w Bydgoszczy

W okolicy Bydgoszczy doszło do zatrzymania 44-letniej Polki, której prokuratura z Minnesoty postawiła zarzut morderstwa 11-miesięcznego chłopca – wynika z ustaleń TVN 24. Kobieta była opiekunką i pracowała w domowym przedszkolu. Znajdujący się pod jej opieką chłopiec zmarł w 2017 roku. Miał ciężkie obrażenia ciała, a zdaniem śledczych kobieta zadała mu je, wymierzając kary fizyczne.

44-letnia Sylwia P. pracowała jako licencjonowana opiekunka w domowym przedszkolu mieszczącym się w budynku na przedmieściach Minneapolis w stanie Minnesota. TVN 24 informuje, że do śmierci 11-miesięcznego chłopca znajdującego się pod jej opieką doszło 12 lipca 2017 roku. Policję powiadomili okoliczni mieszkańcy, którzy donieśli, że słyszą krzyki kobiety wzywającej pomoc. Po przyjeździe do domu, w którym pracowała P., zastali leżące na stole nieprzytomne dziecko, które nie reagowało na próby reanimacji przez kobietę. Po przewiezieniu do szpitala u chłopca stwierdzono śmierć mózgu i bardzo rozległe obrażenia głowy. Mimo wysiłków lekarzy zmarł.

USA. Polska opiekunka z zarzutem zabójstwa dziecka

Podczas trwającego w sprawie śledztwa prokuratura wraz z biegłymi ustaliła, że obrażenia mogły zostać spowodowane silnym potrząsaniem dzieckiem. Z zeznań kobiety wynikało z kolei, że w dniu, gdy doszło do tragedii, 11-miesięczny Gabriel nieustannie płakał i mocno tęsknił za rodzicami. Jak opisuje TVN24, kobieta utrzymywała, że posadziła chłopca w foteliku w kuchni i dała mu wafelka, a następnie zajęła się innymi dziećmi. Gdy wróciła do kuchni, niemowlak miał być już nieprzytomny.

Amerykańska prokuratura nie dała wiary zeznaniom 44-latki. W lutym 2018 roku postawiono jej zarzut morderstwa drugiego stopnia (bez premedytacji), za co grozi do 40 lat więzienia. Zdaniem śledczych kobieta miała stosować wobec chłopca kary fizyczne, który doprowadziły do jego śmierci. Kobieta wyjechała do Polski na trzy miesiące przed postawieniem zarzutów, wydano za nią list gończy.

Do zatrzymania 44-latki doszło 3 lipca na terenie województwa kujawsko-pomorskiego, w okolicy Bydgoszczy. Kobieta została przesłuchana w charakterze podejrzanej. Przydzielono jej także dozór policji i zakazano opuszczanie kraju. Obecnie – jak ustalili dziennikarze TVN 24 – prokuratura czeka na wniosek o jej ekstradycję od strony amerykańskiej.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Nowe informacje dotyczące rodziców zamordowanego Dawida

Finał poszukiwań Dawida Żukowskiego okazał się tragiczny. Ciało chłopczyka znaleziono w zaroślach przy zbiorniku wodnym nieopodal zjazdu z autostrady A2 do Pruszkowa. W sprawie śmierci 5-latka z Grodziska Mazowieckiego pojawia się wiele pytań. Tłem tragicznych zdarzeń jest konflikt rodzinny. Czy opieka nad dzieckiem była kwestią sporną pomiędzy rodzicami malucha?

Poszukiwaniami Dawida Żukowskiego żyła cała Polska. Ich finał okazał się tragiczny. W sobotę ciało 5-letniego chłopczyka znaleziono w zaroślach przy zbiorniku wodnym nieopodal zjazdu z autostrady A2 do Pruszkowa. Z doniesień TVP Info wynika, że dziecko najprawdopodobniej miało rany kłute w okolicach serca. Prokuratura będzie prowadzić postępowanie przygotowawcze w kierunku zabójstwa.

Konflikt między rodzicami Dawidka

Tłem tragicznych zdarzeń jest konflikt rodzinny. Pod koniec czerwca (28 czerwca) do Prokuratury Rejonowej w Grodzisku Mazowieckim trafiło zawiadomienie od pełnomocnika 31-letniej matki Dawida. Z pisma wynika, że kobieta zarzucała mężowi psychiczne znęcanie się nad nią – podał TVN24. W dokumencie nie ma mowy o stosowaniu przemocy fizycznej wobec 31-latki ani stosowaniu jakiejkolwiek przemocy wobec samego chłopczyka. Sprawę zarejestrowano w prokuraturze 2 lipca, a potem przekazano lokalnej policji.

Czy Paweł Ż. wiedział o postępowaniu? 32-latek mógł tego nie wiedzieć, o ile nie dowiedział się tego od żony. Para bowiem nie została przesłuchana w sprawie zawiadomienia przed zaginięciem Dawidka. Matkę 5-latka przesłuchano już po zaginięciu dziecka.

Kobieta wraz z synkiem trzy tygodnie przed tragedią wyprowadziła się z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy. Małżeństwo miało często się kłócić. Znajomi rodziny – jak donosi TVN24 – źródła konfliktu upatrywali w uzależnieniu Pawła Ż. od hazardu. 32-latek miał z tego powodu popaść w długi – poinformowała stacja. Matka Dawida rozważała złożenie pozwu rozwodowego, ale nie zdążyła tego zrobić.

Opieka nad 5-latkiem z Grodziska Mazowieckiego

Wiadomo, że oboje rodzice mieli prawa rodzicielskie. Matka miała też nie ograniczać ojcu możliwości kontaktu z dzieckiem. Mężczyzna często się opiekował Dawidkiem. Dziennikarzom „Gazety Wyborczej” udało się dowiedzieć w przedszkolu 5-latka, że wyglądało na to, że rodzice zgodnie opiekowali się synkiem. Oboje mieli go odbierać.

Co wiadomo o matce Dawidka Żukowskiego?

Matka 5-letniego Dawida jest Rosjanką. 31-latka poznała męża, który był przedstawicielem handlowym, podczas jego wyjazdu służbowego. Do Polski – jak wynika z informacji TVN24 – przyjechała z Pawłem Ż. około 6-7 lat temu. Para mieszkała z synkiem w Grodzisku Mazowieckim. Rodzina 32-latka to repatrianci z Kazachstanu. Kobieta pracowała w centrum kulturalnym w Warszawie, gdzie uczyła języka rosyjskiego.

Co zeznała matka Dawida Żukowskiego?

Portal TVP Info poinformował, że dotarł do zeznań matki Dawida Żukowskiego. Z ustaleń serwisu wynika, że kobieta po otrzymaniu dramatycznej wiadomości, że już więcej nie zobaczy syna, była przekonana, że może to być złośliwe działanie jej męża, a nie realne zagrożenie dla dziecka.

– Z relacji kobiety wynika, że SMS od męża potraktowała jako robienie jej na złość – zaznaczył w rozmowie z Fakt24 prok. Łapczyński. Kobieta dzwoniła do męża, lecz ten miał wyłączony telefon. Matka 5-latka zaczęła obdzwaniać rodzinę, by sprawdzić, czy nie przebywa tam mąż z synem. Kiedy się okazało, że ani partnera, ani dziecka tam nie ma, kobieta pojechała do mieszkania męża do Grodziska. Tam jednak nikogo nie zastała. Wówczas matka Dawidka zadzwoniła na numer alarmowy 112. Około godziny 23:20 złożyła zawiadomienie na komendzie w Grodzisku.

Historia Dawida Żukowskiego z Grodziska Mazowieckiego

Przypomnijmy, że Dawid Żukowski zaginął w środę, 10 lipca. Około godziny 17 ojciec chłopca, Paweł Ż. († 32 l.) zabrał go z domu w Grodzisku Mazowieckim. Miał zawieźć syna do matki w Warszawie. Małżonkowie nie mieszkali ze sobą od około miesiąca. Mężczyzna odjechał wraz z dzieckiem szarą skodą fabią. Mieli się udać w stronę Okęcia, by popatrzeć na lądujące i startujące samoloty.

Około godziny 20:52 funkcjonariusze dostali informację, że Paweł Ż. nie żyje. 32-latek zginął pod kołami pociągu relacji Skierniewice-Warszawa. Jego ciało odnaleziono na torach w Grodzisku Mazowieckim. Wszystko wskazuje na to, że mężczyzna odebrał sobie życie. Kilka godzin później, około północy, matka 5-latka zgłosiła zaginięcie dziecka. Samochód, którym podróżował ojciec Dawidka znaleziono na osiedlu Łąki w Grodzisku Mazowieckim, około trzech kilometrów od miejsca jego śmierci.

W sobotę smutną informację o odnalezieniu zwłok 5-latka z Grodziska Mazowieckiego przekazał asp. szt. Mariusz Mrozek z Komendy Stołecznej Policji. Poszukiwania Dawida Żukowskiego były największymi w historii polskiej policji.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zwrot w sprawie brutalnego zabójstwa 9-miesięcznej Blanki

Sensacyjny zwrot w śledztwie w sprawie zabójstwa dziewięciomiesięcznej Blanki z Olecka. Jej ojciec Grzegorz W. w niedzielę opuścił areszt śledczy w Białymstoku i już jest na wolności. To może oznaczać, że brutalnego morderstwa i gwałtu dopuścił się inny mężczyzna. Fakt od początku śledztwa wskazywał, że sprawcą może być ktoś inny – ok. 50-letni mężczyzna, który wieczorami przyjeżdżał do matki Blanki białym SUV-em na suwalskich numerach. To właśnie on najprawdopodobniej zostawał na noc w mieszkaniu, gdzie doszło do tragedii.

Według Damiana morderstwa dziewczynki dokonano w nocy w czwartek. A wtedy jej ojciec przebywał u niego. O 20.00 wrócił taksówką na stancję, gdzie mieszkał. Nie wychodził aż do piątku do godziny 15. Co jest potwierdzone na monitoringu.

– Są już wyniki DNA i wykluczają one udział taty w tym okrutnym czynie – dodaje nam Damian. – Podobno w chlewiku znaleziono twarde dowody wskazujące na prawdziwego mordercę, który został już zatrzymany. Ojciec ma twarde alibi, które potwierdził taksówkarz. Został zatrzymany tylko po to, żeby nie było mataczenia w śledztwie, stąd te zarzuty. Obiecał, że w sobotę przyjedzie do mnie z Blanką w odwiedziny. Nie zdążył. Cieszę się, że koszmar się skończył.

Brutalne morderstwo 9-miesięcznej Blanki

W piątek, 21 czerwca, w mieszkaniu rodziny pojawili się policjanci. 9-miesięczna Blanka nie dawała oznak życia. Na ratunek niemowlęciu było już za późno. Dziecko było martwe.

Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka została uderzona tępym narzędziem w głowę, okolice szyi i klatki piersiowej z taką siłą, że żebro przebiło jej serduszko. Niemowlę doznało krwotoku wewnętrznego i uszkodzenia mózgu. Nie wiadomo, czym dokładnie zostało uderzone. Mógł to być młotek lub wałek. Z ustaleń śledczych wynika także, że 9-miesięczna Blanka została brutalnie wykorzystana seksualnie.

Policja zatrzymała rodziców

Funkcjonariusze zatrzymali rodziców dziewczynki – Annę W. (37 l.) i Grzegorza W. (45 l.). Z relacji sąsiadów zaczął wyłaniać się szokujący obraz matki dziecka. Jak udało nam się dowiedzieć, kobieta nie pracowała, miała problem z alkoholem i narkotykami. Anna W. ma jeszcze trójkę dzieci z dwoma poprzednimi partnerami, zaś mała Blanka miesiąc po urodzeniu została zabrana rodzicom przez sąd rodzinny i umieszczona w rodzinie zastępczej. W marcu 2019 roku wróciła do biologicznych rodziców.

Nadzór nad rodziną sprawował kurator. – Spotykał się z mamą dziecka z dużą częstotliwością i nie stwierdził żadnych oznak przemocy, dziecko rozwijało się prawidłowo i widać, że matce zależało, żeby córka pozostała pod jej opieką. Matka rozpoczęła też terapię odwykową, była pod stałą opieką terapeuty od uzależnień i lekarza psychiatry. W mieszkaniu nie było śladów libacji, kurator nie widział też, żeby matka zaniedbywała obowiązki rodzicielskie – wyjaśniła Agnieszka Węglicka-Bogdan, wiceprezes Sądu Rejonowego w Olecku.

Okazuje się, że o powrocie Blanki do rodzinnego domu nie wiedzieli funkcjonariusze. – Uprzejmie informuję, że to z inicjatywy policji dziecko w listopadzie ubiegłego roku zostało odebrane rodzicom. Związane było to w podejmowanymi interwencjami w stosunku do rodziców dziewczynki oraz okolicznościami, w jakich do nich dochodziło. O sytuacji informowaliśmy zarówno sąd jak i inne instytucje. Policja nie otrzymała informacji, że decyzją sądu dziecko wróciło do rodziców, nie znamy uzasadnienia tej decyzji, jednakże w ostatnim czasie nie było zgłaszanych interwencji policyjnych w stosunku do tej rodziny – oświadczył kom. Krzysztof Wasyńczuk, rzecznik Komendanta Wojewódzkiego Policji w Olsztynie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

W jednym z mieszkań w Ząbkach odnaleziono zwłoki mężczyzny

Policja nie wyklucza morderstwa. Trwa wyjaśnianie sprawy. Makabrycznego odkrycia w mieszkaniu na ulicy Calineczki w Ząbkach dokonano w piątek, 28 czerwca – podaje TVN Warszawa.  Jeden z mieszkańców bloku zauważył otwarte drzwi do mieszkania. Gdy wszedł do środka, odnalazł ciało sąsiada. Mężczyzna wezwał na miejsce służby. 

Obrażenia oraz oględziny zwłok wskazują na udział w zdarzeniu osób trzecich – REMIGIUSZ KRYNKE Z PROKURATURY OKRĘGOWEJ WARSZAWA-PRAGA

Policja pod nadzorem prokuratury prowadzi postępowanie ws. śmierci mężczyzny. Więcej informacji na temat śledztwa prokuratura ma podać w poniedziałek.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nowy Dwór Mazowiecki: Masakra w pubie. Skazany tylko jeden z zabójców

Sąd Okręgowy dla Warszawy Pragi rozstrzygnął sprawę gangsterskich porachunków w Nowym Dworze Mazowieckim sprzed 19 lat. W dwóch zamach zginęło wówczas sześć osób, z czego cztery nie miały nic wspólnego z półświatkiem. Ku zaskoczeniu prokuratury sąd uznał, że winnym udziału w tych mordach jest Daniel E. ps. „Chulio” vel „Kulio” i skazał go na dożywocie. Uniewinnił zaś domniemanego wspólnika kilera – Marka N. ps. „Marek z Marek”.

– Sąd uniewinnił Marka N. od popełnienia zarzucanych mu czynów. Oskarżonego Daniela E. skazał, uznając za winnego popełnienia czynów z art. 148 paragraf 3 Kodeksu karnego i art. 263 par. 2 Kodeksu karnego łącznie na karę dożywotniego pozbawienia wolności – poinformowało portal tvp.info biuro prasowe Sądu Okręgowego dla Warszawy Pragi.

Tym samym sąd uznał tylko połowicznie racje prokuratury, która domagała się skazania na dożywocie obu oskarżonych: Marka N. i Daniela E. Śledczy przekonywali, że podsądni są kilerami gangu wołomińskiego „wypożyczonymi” jednemu z gangów z Nowego Dworu Mazowieckiego. Ich zadaniem było według śledczych wyeliminowanie liderów konkurencyjnej bandy. Prokuratura zapowiada apelację w części dotyczącej „Marka z Marek”. Można być pewnym, że podobnie postąpi „Chulio”, który od początku przekonywał, że jest niewinny.

Może przyjdzie do aresztu

Marka N. i Daniela E. nie było na sali rozpraw w czasie ogłaszania wyroku. Już kilka lat temu, mimo bardzo poważnych zarzutów, uchylono im areszty i odpowiadali z wolnej stopy. Niewykluczone jednak, że za „Chuliem” zostanie wydany list gończy.

„Mając na uwadze fakt, że oskarżonemu wymierzono karę pozbawienia wolności nie niższą niż trzy lata, Sąd uznał, że jedynie dalsze stosowanie wobec Daniela E. tymczasowego aresztowania w sposób należyty zabezpieczy prawidłowy tok postępowania, dlatego też postanowił zastosować wobec oskarżonego Daniela E. środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres sześciu miesięcy od dnia jego zatrzymania. Zgodnie z art. 279 par. 1 Kodeksu postępowania karnego, jeżeli oskarżony, w stosunku do którego wydano postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, ukrywa się, sąd lub prokurator może wydać postanowienie o poszukiwaniu go listem gończym” – informuje biuro prasowe Sądu Okręgowego dla Warszawy Pragi.

Z informacji portalu tvp.info, wynika jednak, że na razie nikt nie szuka Daniela E. Zarówno on, jak i jego kompan przekonywali ostatnio, że zerwali z przestępczym życiem. Jeden z oskarżonych miał utrzymywać się z jeżdżenia dla jednej z korporacji zajmującej się przewozem ludzi.

Masakra zamiast festynu

Gangsterzy z Nowego Dworu rezydowali w lokalnym pubie EB. Mieli tam swój stolik. Ponoć barman miał żartować nawet, że powiesi kartkę „nie strzelać do barmana”, tylu gangsterów przewijało się przez lokal. Z ustaleń śledczych wynika, że „Gienek” namawiał jednego z podwładnych, aby ten obrzucił granatami stoliki „nowodworskich”. Niedoszły zamachowiec przestraszył się konsekwencji.

Wtedy właśnie miała zapaść decyzja o wykorzystaniu Daniela E. „Chulia” i Marka N. „Marka z Marek”. Obydwaj mieli w półświatku opinię „cyngli do wynajęcia”. Byli związani z gangiem wołomińskim, ale, jak ustaliła prokuratura, „wypożyczono” ich grupie „modlińskiej”.

„Marek z Marek” miał załatwić bombę, którą podłożono pod stolikiem „nowodworzan” w pubie „EB”. Ponad pięciokilogramowy ładunek plastiku ukryto pod kostką brukową. To był bardzo potężny ładunek. Wystarczy dodać, że do zniszczenia samochodu wystarczy 200 gramów tej wybuchowej substancji.

Rankiem 23 czerwca 2000 r. właściciel lokalu i trzech jego pracowników przygotowywali się do festynu. Jeden z nich zauważył naruszoną kostkę brukową i próbował prawdopodobnie ją podnieść. Doszło do potężnej eksplozji. Wybuch rozrzucił szczątki ofiar w promieniu kilkudziesięciu metrów.

Bomba wybuchła jednak za wcześnie. Zginęli niewinni ludzie, natomiast żadnego z gangsterów nie było w tym czasie w pubie. Do wybuchu miało dojść wieczorem, co oznacza, że doszłoby do jeszcze większej masakry.

Kamizelki nie pomogły

Wojna o Nowy Dwór rozgorzała w najlepsze. Gangsterzy z obu zwaśnionych band chodzili w kamizelkach kuloodpornych. Mieli przy sobie broń. W tym czasie samodzielnym szefem „nowodworskich” został Paweł G. ps. „Głębik”.

13 listopada 2000 r. boss i jego kompan Krzysztof K. „Szczurek” bawili się przy automatach w nowodworskim klubie Tartak. Nagle do lokalu wtargnęło dwóch mężczyzn w kominiarkach. Według prokuratury byli to Marek N. i Daniel E.

Napastnicy mieli przy sobie broń maszynową. Bez słowa podeszli do gangsterów przy automatach i zaczęli strzelać. „Głębik” i jego towarzysz dostali po kilkanaście kul. Pociski bez problemów przebiły kamizelki kuloodporne noszone przez ofiary.

– Jeden rozbawił mnie, bo gdy do niego prułem, głośno krzyczał: „Mamo, mamusiu” – tak według jednego ze skruszonych przestępców, miał opowiadać o strzelaninie „Marek z Marek”.

Prokuratura i policja ustaliły, że wykonawcami tej egzekucji byli „Marek z Marek” oraz „Chulio”. Przypisano im także zorganizowanie zamachu w pubie „EB”. W 2013 r. obaj zostali skazani na kary dożywocia. Na wyrok czekali na wolności, ponieważ sąd badający sprawę w latach 2003-11 uznał, że za długo przebywają w aresztach. Jednak w 2014 r. wyrok uchylono i sprawa toczyła się od nowa.
Źródło info i foto: TVP.info

Oskarżyła dyrektora o molestowanie, została spalona żywcem. 16 osób z zarzutami

Szesnaście osób usłyszało zarzuty w sprawie brutalnego morderstwa 19-letniej Nusrat Jahan Rafi, uczennicy szkoły islamskiej w Pheni w Bangladeszu. Nastolatka najpierw została zwabiona na dach szkoły, a następnie oblana naftą i podpalona. Jej zabójstwo miał zlecić dyrektor szkoły, którego Rafi oskarżyła o molestowanie seksualne.

Nusrat oskarżyła dyrektora szkoły o molestowanie 27 marca – to wtedy udała się na posterunek policji w Pheni (małe miasto leżące 180 km od stolicy kraju – Dhaki) i poinformowała, że gdy dyrektor Siraj Ud Doula zaprosił ją do swojego gabinetu, gdzie dotykał ją w miejsca intymne.

Mężczyzna został aresztowany, a nastolatka wróciła do szkoły. Większość uczniów domagała się jednak wypuszczenia mężczyzny. Przekonywali, że zarzuty Rafi są bezpodstawne. Rodzina nastolatki zeznała, że dziewczyna bała się o swoje bezpieczeństwo.

„Będę walczyć do ostatniego tchnienia”

6 kwietnia, w dniu egzaminów końcowych, jedna ze znajomych Rafi miała poinformować ją, że jej przyjaciel został pobity na dachu szkoły. Gdy dziewczyna dotarła na miejsce otoczyła ją grupa osób w burkach, które zaczęły domagać się, by Nusrat wycofała oskarżenia. W momencie, w którym 19-latka odmówiła, została oblana naftą i podpalona.

Szef biura śledczego policji w Pheni Banaj Kumar Majumder poinformował, że napastnicy chcieli upozorować samobójstwo nastolatki. Po tym, jak zamaskowane osoby uciekły z miejsca zdarzenia, 19-latka została przetransportowana do szpitala. Oparzenia pokrywały 80 proc. jej ciała.

Nastolatka, cały czas przytomna, przeczuwając, że nie przeżyje, nagrała swoje zeznanie na telefon komórkowy. – Nauczyciel dotykał mnie. Będę walczyć z tą zbrodnią do mojego ostatniego tchnienia – mówiła na nagraniu. Nusrat podczas swojego ostatniego nagrania zidentyfikowała kilku napastników – według niej byli to uczniowie medresy.

Zaplanowana zbrodnia

Nusrat zmarła 10 kwietnia na skutek odniesionych obrażeń, w szpitalu w Dhace. W jej pogrzebie wzięło udział tysiące osób.

Policja w sprawie zatrzymała 16 osób. Wśród nich są uczniowie szkoły, do której uczęszczała Nusrat, oskarżony o molestowanie dyrektor, a także dwóch lokalnych polityków, którzy byli w zarządzie placówki.

Śledczy poinformowali, że dyrektor przyznał się do zlecenia zabójstwa nastolatki. Według policji zbrodnia została zaplanowana bardzo dokładnie – oskarżony mężczyzna zlecił kupienie rękawiczek, burek i nafty. Polecił też, by w dniu zabójstwa część uczniów pilnowała, by do środka wchodzili tylko uczniowie placówki. Dlatego też 6 kwietnia, do szkoły nie został wpuszczony brat Nufrat, który regularnie ją odprowadzał.

Zeznania pokrywające się z wersją Nusrat potwierdziła większość oskarżonych. Z kolei politycy zamieszani w sprawę zaprzeczają, że mają z nią cokolwiek wspólnego. Sąd ma wkrótce wyznaczyć termin rozprawy. Premier Bangladeszu Sheikh Hasina, która spotkała się z rodziną nastolatki poinformowała, że osoby, które przyczyniły się do śmierci Rafi nie uciekną przed wymiarem sprawiedliwości.

– Chcemy, by wszyscy odpowiedzialni za tę zbrodnię zostali skazani na śmierć – zapewnił „The Guardian” brat zamordowanej nastolatki.
Źródło info i foto: polsatnews.pl