USA: Policjanci, którzy uczestniczyli w zatrzymaniu Daniela Prude’a zawieszeni

Siedmiu policjantów z Rochester w USA, którzy uczestniczyli w zatrzymaniu 41-letniego Daniela Prude’a, zostało zawieszonych. Do interwencji doszło w marcu, ale nagrania ujawniono dopiero teraz. Na filmach widać, jak policjanci zakładają nagiemu mężczyźnie na głowę kaptur i duszą go. Zmarł kilka dni później. Szef policji przekonywał wcześniej władze miasta, że zgon nastąpił z przedawkowania.

Do tragicznej w skutkach interwencji policji doszło 23 marca, jednak nagranie z zatrzymania opublikowano dopiero w tym tygodniu – czytamy na stronie polsatnews.pl. Pochodzący z Chicago 41-letni Daniel Prude odwiedzał w Rochester swoją rodzinę. To ona wezwała policję po tym, jak mężczyzna stał się agresywny. Rodzina obawiała się, że ma problemy psychiczne i dlatego poprosiła o pomoc.

Na nagraniu widać, jak policjanci zatrzymują 41-latka, który nagi szedł ulicą. Kazali mu położyć się na jezdni, co uczynił bez sprzeciwu. Skuli mu ręce. Później słychać, jak zatrzymany krzyczy do policjantów i na nich pluje. Wtedy jeden z interweniujących funkcjonariuszy założył mu kaptur na głowę i trzymał przez dwie minuty.

Słychać również, że policjanci śmieją się z zatrzymanego, a kaptur nazywają „skarpetą przeciw pluciu”.

Kiedy Daniel Prude przestał oddychać, wezwano karetkę pogotowia. Mężczyzna zmarł siedem dni później.

Zawieszeni „wbrew opinii rady miasta”
Kiedy prawnicy rodziny zmarłego ujawnili nagrania oraz raport koronera, w którym napisano, że bezpośrednią przyczyną śmierci było fizyczne przyduszenie, a jedocześnie okazało się, że policjant, który przyczynił się do śmierci Daniela Prude’a, nie został zawieszony i nadal pracuje, w Rochester wybuchły w środę (2 września) protesty.

Teraz zgon 41-latka uznano za morderstwo. W sprawie wszczęto dochodzenie.

– Pan Prude stracił życie z powodu działań naszych policjantów – powiedziała w czwartek na konferencji prasowej burmistrz Rochester Lovely Warren. Informując, że zawieszono niektórych funkcjonariuszy, którzy uczestniczyli w marcu w zatrzymaniu 41-latka.

Lovely Warren wyjaśniła, że zawieszeni zostali również tacy funkcjonariusze, którzy na nagraniach się nie pojawili, ale „mieli obowiązek powstrzymać to, co się działo”.

– Są zawieszani bez prawa do wynagrodzenia – powiedziała burmistrz i dodała, że decyzję podjęła „wbrew opinii rady miasta”.

Szef policji okłamał burmistrz Rochester

Burmistrz Rochester wyjaśniała również, że została wprowadzona w błąd przez szefa policji, który miał ją zapewniać, że do śmierci zatrzymanego doszło w policyjnym areszcie, a jej przyczyną było przedawkowanie narkotyków.

– Wielu urzędników zawiodło Prude’a przed i podczas incydentu z 23 marca – powiedziała burmistrz.

Dodała, że gdyby mężczyzna był biały, to byłby podczas interwencji traktowany inaczej. – Instytucjonalny rasizm doprowadził do śmierci Daniela Prude’a. Wzywam do sprawiedliwości – powiedziała Warren.

– Powinni zostać aresztowani i sądzeni jako zabójcy, którymi są – powiedziała w czwartek Tashyra Prude, córka zmarłego.
Źródło info i foto: interia.pl

Brutalne zatrzymania przez milicję na Białorusi

Po dużych protestach w niedzielę i poniedziałek, we wtorek siły bezpieczeństwa starają się je uniemożliwić i organizują „polowania” na protestujących i dziennikarzy. Białorusini wychodzą na ulice pomimo nagrania – wykonanego przez reżimowe służby – na którym Swiatłana Cichanouska wzywała, by „nie marnować życia”.

Trzeci dzień z rzędu na Białorusi były dziś przygotowywane protesty. Zapowiadano je w przynajmniej kilkunastu miejscach. Między innymi w Brześciu, Witebski i Mińsku. Jednak utrudniony dostęp do internetu komplikuje ich organizację, zaś siły specjalne już po południu obstawiły centrum miasta i inne jego części.

We wtorek protestów tak dużych jak dzień wcześniej już nie było – pojawiały się za to jeszcze liczniejsze informacje o wyłapywaniu czy wręcz „polowaniu” na protestujących i dziennikarzy. Wielu przedstawicieli mediów zostało zatrzymanych lub pobitych przez służby bezpieczeństwa. Także ze względu na represje wobec mediów oraz blokadę internetu trudno jest mieć pełen obraz sytuacji w Mińsku i innych miastach.

Według relacji Biełsatu milicjanci z OMON systematycznie rozbijają szyby i lampy samochodów na ulicach, by zastraszyć ludzi i zniechęcić do wyjazdu autami na protesty (odbywają się m.in. strajki samochodowe). W ciągu dnia pojawiały się także informacje o strajkach w zakładach pracy.

Wiadomo, że poniedziałkowe starcia protestujących z milicją trwały prawie całą noc. W szpitalach w Mińsku przebywa obecnie około 200 osób, które odniosły obrażenia w trakcie starć w niedzielę i w poniedziałek. Mieszkańcy stolicy przynoszą kwiaty i białe wstążki na ulicę Prytyckiego, w miejscu, w którym podczas wczorajszych starć z OMON-em zginał mieszkaniec Mińska. Tylko wczoraj służby porządkowe zatrzymały ponad 2 tysiące osób.

„OMON i wojska wewnętrzne działały dzisiaj bezlitośnie, pacyfikując i zastraszając każdą niewielką grupę. W okolicy metra Kamienna Horka rzucano granaty. Padały strzały. Podjeżdżały duże ciężarówki i busy, z których wychodzili żołnierze wojsk wewnętrznych i OMON-owcy” – relacjonował w korespondencji Outriders dla Gazeta.pl Piotr Andrusieczko.

Wyjazd i nagranie Cichanouskiej

W nocy z poniedziałku na wtorek pojawiły się informacje dot. opuszczenia kraju przez opozycyjną kandydatkę na prezydenta Swiatłanę Cichanouską. We wtorek rano minister spraw zagranicznych Litwy poinformował, że Cichanouska – kontrkandydatka Alaksandra Łukaszenki, która według niezależnych sondaży wygrała wybory – przebywa na terenie jego kraju, gdzie „jest bezpieczna”.

Niedługo później w sieci pojawiło się nagranie, na którym Cichanouską zapewnia, że sama podjęła decyzję o wyjeździe z kraju. – Nikt mnie do tego nie przekonał. Nikt, ani przyjaciele, rodzina, ani sztab, ani Sergiej (mąż – red.), nikt nie mógł tej decyzji (o wyjeździe – red.) za mnie podjąć – mówiła. Apelowała też do protestujących, by baczyli na swoje bezpieczeństwo. – Nie warto marnować życia. Ani jedno życie nie jest warte tego, do czego teraz dochodzi. Życie dzieci jest najważniejsze – stwierdziła.

Kamil Kłysiński z Ośrodka Studiów Wschodnich mówił na antenie TOK FM, że wyjazd Cichanouskiej z Białorusi to „z pewnością efekt pracy służb”. Według relacji Maryji Kalesnikawej, współpracowniczki opozycjonistki, kandydatka była sama przez kilka godzin z przedstawicielami organów ścigania w siedzibie Centralnej Komisji Wyborczej. Wtedy miało powstać nagranie.

Później w swoich nagraniach dwie pozostałe opozycjonistki (w tym Kalesnikawa) z „kobiecego triumwiratu”, który rzucił wyzwanie prezydentowi, zapewniły o dalszym poparciu dla Cichanouskiej po jej wyjeździe.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zapadł wyrok ws. molestowania i zbiorowego gwałtu na dziewczynce. Koszmar dziecka trwał 5 lat

Jest wyrok w bulwersującej sprawie molestowania i gwałtu na małoletniej dziewczynce. Koszmar ofiary trwał przez pięć lat. Sąd w Rzeszowie skazał pięciu mężczyzn. Wśród nich jest przyrodni brat pokrzywdzonej. Na ile lat mają iść do więzienia? Wyrok jest nieprawomocny. Cały dramat rozegrał w Malawie pod Rzeszowem. Mariusz N. uczynił ze swojej przyrodniej siostry seksualną niewolnicę. Gwałcił i telefonem nagrywał z jej udziałem pornograficzne filmy. Potem zaczął zachęcać swoich kumpli, aby robili to samo.

Dziewczynka jest niepełnosprawna intelektualnie. – Zawsze cichutka, wycofana, ślicznie rysowała – mówi jedna z sąsiadek. Wychowywała się w trudnej rodzinie, gdzie panowała przemoc, a jej sprawcą był jej przyrodni brat. – Ciągłe awantury, wyzwiska. Policja przyjeżdżała tam na okrągło – przyznaje sąsiadka. To właśnie przy okazji śledztwa dotyczącego znęcania się nad matką, wyszedł na jaw koszmar, który przeżywała także siostra mężczyzny – dodaje.

Nastolatka trafiła do rodziny zastępczej i pod opiekę psychologa, co pomogło odkryć kolejną prawdę. Nie tylko, brat, ale także jego kumple mieli wykorzystywać seksualnie ofiarę. Najstarszy z nich ma 68 lat! Prokuratura oskarżyła więc pięciu mężczyzn o obcowanie seksualne z nieletnią.

Mariusz N. został uznany winnym wielokrotnego zmuszania przemocą dziewczynki do obcowania płciowego, zarówno samemu jak i wspólnie z innymi, molestowania seksualnego, utrwalania treści pornograficznych z jej udziałem, znęcania się nad nią oraz grożenia jej, gdyby ujawniła gwałty. 42-latek został skazany na 15 lat więzienia. Natomiast Franciszek D., Andrzej M. i Franciszek K. otrzymali kary po 8 lat więzienia za gwałty i molestowanie, a K. także za utrwalanie treści pornograficznych z udziałem pokrzywdzonej. Z kolei Grzegorza D. sąd skazał na 9 lat pozbawienia wolności za gwałty na dziewczynce, molestowanie, groźby i utrwalanie treści pornograficznych z jej udziałem.

Wszyscy mają także wieloletnie zakazy kontaktowania się i zbliżania się do dziecka; Mariusz N. przez 15 lat, pozostali przez 10 lat. Wszyscy też mają solidarnie zapłacić na rzecz dziewczynki łącznie 100 tys. zadośćuczynienia.

Wyrok jest nieprawomocny. Strony mogą odwołać się od wyroku do Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie.

Sąsiedzi stoją za nimi murem

Dziewczynka obecnie ma 15 lat. W toku śledztwa nie udało się dokładnie ustalić, od kiedy oskarżeni mieli zacząć ją wykorzystywać seksualnie. Trwało to prawdopodobnie przez 5 lat. W trakcie postępowania prokuratorskiego mężczyźni nie przyznali się do winy. W trakcie procesu, sąsiedzi mężczyzn przyszła delegacja wsi bronić oskarżonych.

– Co do brata, nie wypowiadamy się, bo nie wiemy co działo się tam w domu. Ale pozostali, to porządne chłopy! – przekonywała jedna z protestujących kobiet. – Jesteśmy z wami! – pokrzepiali oskarżonych sąsiedzi.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Dwie pary uprawiały seks na wieży widokowej koło Wolsztyna. Wszystko nagrały kamery, sprawę bada prokuratura

Miejskie kamery zamontowane na wieży widokowej w okolicach Wolsztyna (woj. wielkopolskie) zarejestrowały dwie pary, które uprawiały seks. Nagrania wyciekły do internetu. Sprawę bada już prokuratura, oświadczenie dotyczące incydentu wydał też burmistrz.

Prokuratura Rejonowa w Wolsztynie bada sprawę opublikowania w internecie nagrań, na których widać, jak dwie pary uprawiają seks na wieży widokowej w Świętnie koło Wolsztyna w województwie wielkopolskim – podaje RMF FM. Jak przekazał rzecznik prokuratury, zawiadomienie w tej sprawie wolsztyńscy śledczy otrzymali od burmistrza miasta, Wojciecha Lisa.

Należące do urzędu miasta kamery, na których zarejestrowano uniesienia par, na co dzień mają pilnować bezpieczeństwa i porządku na wieży widokowej. Burmistrz Wolsztyna wydał oświadczenie w tej sprawie.

„Z ubolewaniem potwierdzam fakt, iż do internetu wydostał się fragment zapisu z wewnętrznego monitoringu wizyjnego należącego do Urzędu Miejskiego w Wolsztynie. O powyższym fakcie poinformowałem organy ścigania. Dla dobra sprawy w chwili obecnej nie możemy udzielać żadnych innych informacji”

Zostały już wdrożone niezbędne procedury celem wyeliminowania podobnych incydentów w przyszłości” – napisał.

Jak podaje RMF FM, śledztwo prokuratury może być prowadzone pod kątem art. 191a. Kodeksu karnego, który dotyczy „utrwalania lub rozpowszechniania wizerunku nagiej osoby bez jej zgody”. Grozi za to kara od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia, ale wnioski o ściganie musiałyby złożyć osoby poszkodowane.

Z kolei za „dopuszczenie się nieobyczajnego wybryku w miejscu publicznym” grozi kara aresztu, grzywna do 1,5 tysiąca złotych lub nagana.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Rosjanie nabrali Andrzeja Dudę. Śledczy badają sprawę

Pałac Prezydencki potwierdza autentyczność nagrania opublikowanego w sieci rozmowy rosyjskich youtuberów, podających się za sekretarza generalnego ONZ António Guterresa z prezydentem Andrzejem Dudą – dowiedzieli się dziennikarze RMF FM. Służby podległe ministrowi koordynatorowi wyjaśniają okoliczności pojawienia się w sieci rozmowy.

Sprawdzane ma być przede wszystkim, jak to możliwe, że przypadkowym osobom udało się osobiście połączyć z prezydentem. Analizy wymagają procedury. Wyjaśnione musi być też, co zawiodło, a także kto do tego dopuścił. Kolejna sprawa, to intencje autorów materiału – czy chodzi tylko o internetowy żart, czy może była to akcja inspirowana przez rosyjskie specłużby i obliczona na skompromitowanie prezydenta tuż po reelekcji.

Dlaczego nasze służby nie ochroniły Andrzeja Dudy? Jak usłyszał reporter RMF FM, nie ma praktyki, by służby podległe ministrowi koordynatorowi sprawdzały rozmówców telefonicznych prezydenta. Nie ma takich mechanizmów i nie za bardzo wyobrażam sobie takie prewencyjne działania – powiedział mój rozmówca. Kontrola prewencyjna mogłaby nastąpić jedynie na wniosek kogoś z kancelarii – dodał.

O czym była rozmowa?

W rozmowie z osobą podszywającą się pod sekretarza generalnego ONZ Andrzej Duda tłumaczy m.in. jak wygląda sytuacja epidemiologiczna w Polsce. Podkreśla, że w naszym kraju epidemia jest pod kontrolą. Podpuszczany przez youtubera przyznaje, że być może źródłem koronawirusa w Polsce są Ukraińcy. Podkreśla jednak, że to trudne do rozwikłania.

Podczas rozmowy pojawia się też temat osób LGBT. Żartowniś wskazuje, że Donald Tusk poskarżył się António Guterresowi, że Andrzej Duda dyskryminuje osoby nieheteronormatywne. Duda wypiera się tego i twierdzi, że Donald Tusk po prostu go nie lubi.

Internauta podszywający się za sekretarza generalnego ONZ porusza też temat pomników Armii Czerwonej w Polsce. Dopytuje Dudę, czy polski prezydent nie chciałby odzyskać Lwowa i innych terenów, które niegdyś należały do Polski. „Nie, żadna polityczna polska siła w Polsce nie ma takich postulatów” – odpowiada prezydent.

Youtuber opowiada też, że Rafał Trzaskowski kontaktował się z sekretarzem generalny ONZ i powiedział mu, że to on wygrał wybory. Duda reaguje zdziwieniem. Opowiada też, że wybory były uczciwe.

Z treści wynika, że rozmowa odbyła się pomiędzy niedzielą a poniedziałkowym wieczorem, bo prezydent mówi o tym, że czeka jeszcze na ogłoszenie przez PKW oficjalnych wyników wyborów.
Źródło info i foto: interia.pl

Jak Kościół zamiata sprawę pedofilii pod dywan

Przedstawiamy nagranie dziennikarza Marka Radziszewskiego z kwietnia 2019 roku, na którym zarejestrowano, jak siostra zakonna wyraźnie sugeruje mu, by odpuścił sprawę tuszowania pedofilii przez biskupa Edwarda Janiaka. Mówi, że jeśli posłucha jej rady i zostawi temat to „wtedy będzie niebo dla niego szeroko otwarte”.

Marek Radziszewski opowiada nam, że w kwietniu 2019 roku chciał dostać się do biskupa Edwarda Janiaka, by zweryfikować doniesienia prasowe na temat ks. Edwarda P., który został w 2002 r. skazany za molestowanie chłopców. W kwietniu 2019 roku portal OKO.Press ujawnił, że skazany od kilku miesięcy odprawiał msze i spowiadał w Sobótce na Dolnym Śląsku. Prowadził też wielkopostne rekolekcje dla dzieci.

Radziszewski chciał ustalić, czy biskup Janiak, kiedy przebywał w diecezji wrocławskiej, ma coś wspólnego z tuszowaniem czynów Edwarda P., jak sam mówi na nagraniu: najprawdopodobniej nie wszczęto wówczas postępowania.

– W budynku kurii diecezjalnej przyjął mnie rzecznik, wysłuchał pytań, odpowiedzi nie otrzymałem. Nie umożliwiono mi spotkania z biskupem. Ustaliłem jednak, że biskup często przebywa w budynku przy katedrze kaliskiej. Informacja pochodziła od kaliskiego dziennikarza, a wykonujący na miejscu pracę remontowe potwierdzili ją. Po wejściu do budynku natknąłem się na siostrę, która spytała się, o co chodzi – opowiada.

Radziszewski mówi siostrze, że chodzi o pedofilię i wyjaśnia, że kiedy biskup Janiak był jeszcze w diecezji wrocławskiej, najprawdopodobniej nie wszczęto postępowania przeciwko Edwardowi P. Siostra poprawia dziennikarza, mówiąc, że chodzi o Juliusza (zapewne mając na myśli zmarłego Juliusza Peatza), natomiast gdy Radziszewski podkreśla, że chodzi o Wrocław, ta zdaje się rozumieć, o co chodzi.

„Zostawmy to Panu Bogu”
– No i co, chcecie rozdmuchać to? A Pan Jezus co na to powie? – pyta i zaczyna sugerować, że dziennikarz powinien temat zostawić.

– Zostawmy to Panu Bogu – proponuje. – Będzie pan kiedyś niebo miał za to – obiecuje oraz dodaje, że szef dziennikarza również „będzie miał niebo”.

– No co zrobić, jak człowiek jest słaby? I ja jestem grzeszna, i pan, i ten biskup też. No i co zrobić, czy to trzeba rozdmuchiwać? Nie. Bo on może już sto razy żałował za te grzechy. Nie wiemy tego. Ja bym tak radziła panu: jest wielki post i pan może być apostołem wspaniałym. Powiedzieć, że jedna siostra powiedziała: czy możemy jednak tak zrobić, żeby to zostawić panu Bogu i nie rozdmuchiwać – sugeruje Radziszewskiemu.

– Wie pan, jaką pan będzie miał zasługę w niebie kiedyś? Pan jest młodziutki, ale za sto lat, pan odejdzie kiedyś. I wtedy będzie niebo dla pana otwarte szeroko. Naprawdę, mówię to z całą przyjemnością. Dobrze, że pan na mnie trafił – dodaje i kontynuuje w tonie, który może sugerować, że siostra wie o zaniechaniach biskupa.

– Co z tego, że biskup panu odpowie, bo może pod presją być (…) i będzie pan miał smutek w sercu, że tak powyciągaliście – mówi i znów sugeruje, żeby odpuścić. – Ja gwarantuję panu, że pan pracy nie straci. Pan będzie miał za to niebo otwarte kiedyś i może ten dyrektor – mówi o przełożonych Radziszewskiego.

Siostra mówi jasno: (…) pan to zostawi, spraw brudnych nie rozdmucha i naprawdę pan zobaczy, po dzisiejszym dniu, jak pan Bóg będzie panu błogosławił. (….) Warto. Z mojej strony, z mojego punktu widzenia, warto – zapewnia i dodaje, że może za odpuszczenie sprawy wziąć odpowiedzialność.

– Ja wiem, że pan jest narażony, tak. Bo to jest sprawa poważna, ale(…) może pan wszystko na mnie zwalić, tak – mówi.

Czy siostra zna sprawę?

Gdy Radziszewski odpowiada, że chce jedynie zadać biskupowi pytania, siostra zmienia nieco ton.

– Pan chce się dostać do tego człowieka, który brzydko postępował, tak? – pyta siostra.

– Ja nie wiem, czy brzydko, może to jest nieprawda. Może trzeba tylko sprostować – odpowiada dziennikarz.

Aha, bo pan jedzie w celu weryfikacji? – dopytuje i stwierdza: – Ja myślałam, że pan jest (…) nastawiony na to, że to się stało.

– Ja bym postawiła wszystko na Pana Boga. I bym pominęła. Naprawdę, ja bym tak zrobiła – kończy rozmowę siostra.

– Z tego co ustaliłem, siostra ma na imię Klaudia. Jej następczyni poinformowała mnie w sobotę, że siostra Klaudia już tam nie pracuje i gdzieś wyjechała – mówi nam. Odpowiedzi na swoje pytania dot. biskupa Janiaka nigdy nie uzyskał.

„Milczeć dla dobra wszystkich”

Z Markiem Radziszewskim spotkaliśmy się w sobotę pod kaliską Katedrą, gdy usiłowaliśmy dotrzeć do biskupa Napierały przed uroczystościami wyświęcania nowych diakonów. Napierała zastępował Janiaka, który po naszych publikacjach został odsunięty.

Nie udało nam się porozmawiać z biskupem ani przed uroczystościami, ani tuż po nich. Zalecał nam modlitwę i wejrzenia we własne sumienia. W samych uroczystościach niedane nam było uczestniczyć. Katedrę zamknięto przed nami na cztery spusty, pozdrowiono nas środkowym palcem. Homilii oraz nauk dla młodych diakonów wysłuchaliśmy następnego dnia, za pośrednictwem telewizji diecezjalnej.

Po wyświęceniu diakonów biskup przytoczył przypowieść o cudzołożnicy. Dlaczego akurat tę? By pokazać młodym księżom, jak odpowiadać na pytania „nieraz podstępne, bardzo obłudne, pełne hipokryzji”

– Ja nie spotkałem jeszcze nikogo, komu zależy na Kościele, żeby o kapłanach mówił źle – stwierdził. – Ktoś, komu na Kościele zależy – według hierarchy – „bardzo boleje, gdy jakiemuś księdzu potknie się noga, gdy dopuści się grzechu, ale nie potępia”.

Ale dlaczego nie potępia?

– Ponieważ chce być w prawdzie. A prawda mu mówi, że on też jest grzechem dotknięty – wyjaśnił Napierała.

– Człowiek nieraz sięga po grzech, bo mu się wydaje, że będzie miał przyjemność, że tak będzie dobrze. Ale skoro grzech popełni, zwłaszcza grzech obłudy – podkreślił biskup – a ma jeszcze trochę uczciwości w sobie, to zamilknie – kontynuował, zmierzając do opowieści o Jezusie i cudzołożnicy.

Przypomniał, że gdy przyprowadzono kobietę przed oblicze Jezusa i żądano, by ją ukamienować, On milczał, mimo że naciskano, by zajął jasne stanowisko.

– Co mówisz, co powiesz? – opowiadał Napierała i od razu tłumaczył intencje tłumu: – Im nie chodziło o dobro tej kobiety. Im w ogóle nie chodziło o dobro. Im chodziło o to, żeby uderzyć w Pana Jezusa – argumentował. – A Pan Jezus milczał. Bo są sytuacje, że trzeba milczeć dla dobra wszystkich. Dla dobra wszystkich – podkreślił stanowczo, mówiąc, że gdy wszyscy odeszli, Jezus kobiety nie potępił.

– Taki jest nasz Pan. Taki jest Bóg, ten, któremu zależy na człowieku. Ten, któremu naprawdę zależy na dobru. Taki jest nasz Bóg. Kocha, wszystkich kocha. I oskarżycieli też, bo mu na nich zależy – spuentował biskup.
Źródło info i foto: onet.pl

Wrocław: Są wyroki za brutalnego pobicie byłego policjanta

Od roku do pięciu lat więzienia – takie wyroki usłyszało trzech mężczyzn w związku z brutalnym pobiciem byłego policjanta w jednej z wrocławskich dyskotek. Sąd skazał także właścicieli klubu, którzy skasowali nagrania z monitoringu, by zatuszować sprawę. W październiku 2017 roku Andrzej K. – chwilę po pojawieniu się w lokalu – został zaczepiony przez znanego we wrocławskim półświatku Łukasza W. ps. Gekon, wielokrotnie karanego w przeszłości, a obecnie oskarżonego o udział w handlu dopalaczami. Według prokuratury obaj panowie mieli zatarg.

„Gekon” zaczął okładać byłego policjanta, a wkrótce do niego dołączyli Patryk P. oraz Michał W. Pierwszy z nich zamachnął się na K. pięścią uzbrojoną w kastet z ostrzem. Rozciął mu policzek. W. miał w ręku paralizator. Był w gotowości, wspierał swoich kompanów, ale nie brał czynnego udziału w pobiciu.

W pewnym momencie zdarzenie ze środka przeniosło się przed klub, gdzie Andrzej K. otrzymał jeszcze kilka kopniaków. Mocno poturbowany trafił do szpitala. Właściciele lokalu chcieli zatuszować całe zajście. Usunęli nagrania z monitoringu. Nieudolnie, bo policyjnym informatykom bez większych problemów udało się filmy odzyskać. Oprócz całej bójki, na jednym z nagrań widać nawet jak dwóch mężczyzn kasuje nagrania z newralgicznego momentu.

Wyroki

Głównie dzięki monitoringowi, ale też na podstawie zeznań świadków i samych oskarżonych Sąd Okręgowy we Wrocławiu wydał w czwartek wyroki dla sześciu mężczyzn. Sędzia Paweł Pomianowski nie miał wątpliwości co do winy i sprawstwa oskarżonych. Najsurowiej ukarany został Patryk P. Za spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przy użyciu kastetu dostał pięć lat więzienia. „Gekon” skazany został na 1,5 roku więzienia, natomiast Michał W. na rok pozbawienia wolności. Muszą zapłacić Andrzejowi K. łącznie 18 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Jego pełnomocnik przyznał, że trudno mu się ustosunkować do wyroku, bo nie powiadomił jeszcze o nim swojego klienta, ale biorąc pod uwagę, że żądał on 60 tysięcy, wyrok prawdopodobnie zostanie zaskarżony.

Takiej możliwości nie wyklucza też prokuratura, która chciał dla Łukasza W. sześciu lat więzienia. Sąd stwierdził, że jest to zbyt surowa kara, wskazując na brak dowodów świadczących o tym, że miałby on wiedzieć o kastecie, który posiadał jego kolega. Dwaj szefowie lokalu, za skasowanie nagrań z monitoringu, skazani zostali na pół roku więzienia w zawieszeniu na rok, natomiast ich pracownika ukarano grzywną.

Wyrok jest nieprawomocny.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Prokuratura sprawdzi nagrane materiały ze stacji paliw, na których był Kamil Durczok

Po naszym wczorajszym artykule prokuratura skontroluje zapisy z kamer na wszystkich stacjach, które w czasie pijackiego rajdu mijał Kamil Durczok (51 l.). Wczoraj ujawniliśmy, że na jednej z nich kupił setkę wódki. Działo się to niedługo przed tym, jak znany dziennikarz spowodował kolizję pod Piotrkowem Trybunalskim mając 2,6 promila alkoholu.

Prokuratura w Piotrkowie Trybunalskim nie chce zdradzać kulis tej sprawy. Jej rzecznik, prokurator Witold Błaszczyk, nie skomentował nam doniesień o nagraniu z monitoringu. Ale nieoficjalnie, od osób które pracują przy śledztwie, dowiedzieliśmy się, że podjęto działania w celu zabezpieczenia wszystkich monitoringów ze stacji z alkoholem na trasie, która pędził pijany Durczok. Przypomnijmy, że dziennikarz na podwójnym gazie jechał od brata z Władysławowa do Katowic. Po przejechaniu ok 400 km doprowadził do kolizji. Razem z nim była 20-latka, którą poznał niedawno pod Krakowem.

Wczoraj byliśmy na tej stacji. – Nie możemy nic powiedzieć – usłyszeliśmy jedynie od pracowników. Jednak starannie przyjrzeliśmy się temu miejscu. Jest tam zamontowanych wiele kamer. Ich zapis może okazać się kluczowy dla prokuratury. Kamery są skierowane na kasy, ale też na miejsca parkingowe obok budynku.

Około 30 min po wyjeździe ze stacji Durczok wjechał w pachołki na remontowanym odcinku autostrady A1. Został przebadany alkomatem. Wynik był szokujący, bo wskazał aż 2,6 promila! Dziennikarz tłumaczył śledczym, że rano wypił prawie dwa piwa i czuł się dobrze.

Prokuratura postawiła mu dwa zarzuty: jazdy pod wpływem alkoholu i możliwości spowodowania katastrofy lądowej. Grozi za to aż 12 lat więzienia. Ale ostatni zarzut może się nie utrzymać, wszak Durczok „tylko” pijany doprowadził do niegroźnej kolizji, a za to grozi „zaledwie” 3 lata za kratkami. Sąd uznał, że dziennikarz nie musi być aresztowany na czas wyjaśnienia sprawy. Prokuratura odwołała się od tej decyzji.

Prokurator Witold Błaszczyk, rzecznik prokuratury w Piotrkowie Trybunalskim, powiedział nam, że jeśli okaże się, że Durczok spożywał alkohol w czasie jazdy, to może mieć to wpływ na wymiar kary. Dodaje też, że nie ma żadnych informacji na temat tego, żeby w samochodzie dziennikarza znaleziono puste butelki po alkoholu.
Źródło info i foto: se.pl

Nowe zarzuty dla Marka Falenty

Nowe zarzuty ma usłyszeć w czwartek w prokuraturze okręgowej dla warszawskiej Pragi Marek Falenta, bohater „afery taśmowej” – dowiedzieli się dziennikarze tvn24.pl. W śledztwie chodzi o nieznane dotąd opinii publicznej nagrania, których ma być nawet „dwa tysiące godzin”. W czwartek o godzinie 10.40 do Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga przywieziono Marka Falentę w konwoju, z obstawą dwóch samochodów z policjantami. Najpilniej strzeżony więzień w kraju trafił tam z aresztu śledczego na warszawskiej Białołęce. Po godzinie 11 rozpoczęło się przesłuchanie biznesmena. Według dwóch niezależnych źródeł dziennikarzy tvn24.pl chodzi o przedstawienie mu nowych zarzutów.

Dwa tysiące godzin nieznanych nagrań

Choć Falenta odsiaduje już wyrok 2,5 roku więzienia za organizację nielegalnych nagrań VIP-ów w warszawskich restauracjach, to sprawa dla prokuratorów jeszcze się nie zakończyła. Prowadzą śledztwo w sprawie, której przedmiot tak opisała rzecznik Prokuratury Krajowej Ewa Bialik: „Śledztwo dotyczące nielegalnych nagrań, które pojawiły się w przestrzeni publicznej w okresie późniejszym względem pierwotnego śledztwa i procesu sądowego, zakończonego prawomocnym wyrokiem”. Według źródeł tvn24.pl biznesmen ma „nawet ponad dwa tysiące godzin” zarejestrowanych rozmów, które dotąd nie były znane opinii publicznej. Częścią z nich dysponuje już Centralne Biuro Antykorupcyjne i właśnie Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga.

– Biznesmen dokumentował na taśmach niemal całe swoje życie. Ma nawet nagrania niemal każdego swojego spotkania z agentami CBA, z którymi niejawnie współpracował do początku 2019 roku, gdy uciekł za granicę – mówi nam jeden ze współpracowników przedsiębiorcy, zastrzegając swoją anonimowość.

Ucieczka do Hiszpanii

Z kraju Falenta znikł na początku tego roku, gdy ostatecznie przegrał prawniczą batalię o uniknięcie wykonania wyroku 2,5 lat więzienia. Najpierw jego poszukiwaniami zajmowali się policjanci z komisariatu w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornie. Dopiero po ujawnieniu tego faktu przez media prokuratura wystąpiła do sądu o wydanie Europejskiego Nakazu Aresztowania. Tropieniem Marka Falenty zajęli się wtedy funkcjonariusze z elitarnych zespołów poszukiwań celowych i już po kilkudziesięciu dniach namierzyli go w nadmorskim kurorcie, pod hiszpańską Walencją.

– Nie używał kart, telefonu, próbował zniknąć – mówili funkcjonariusze policji, gdy na początku czerwca hiszpańskie władze zgodziły się na przekazanie go Polsce.

Więzień numer 1

Od tamtej pory Falenta jest prawdopodobnie najpilniej strzeżonym polskim więźniem. Zadanie to powierzono elitarnej grupie Służby Więziennej, biznesmen przebywa w pojedynczej celi. Między innymi dlatego, że już podczas zatrzymania w Hiszpanii wszedł na balkon swojego apartamentu i groził skokiem.

– Również w hiszpańskim więzieniu przeżył załamanie. Jest w złej kondycji psychicznej, świat mu się zawalił, a jego majątek ścigają komornicy – mówi nam jeden z biznesowych przyjaciół 44-latka.

Finansowe problemy Falenty związane są między innymi z długiem wobec rosyjskiej spółki KTK Polska, która na wspólnym interesie straciła 30 milionów złotych. Stąd komornik próbuje odebrać przedsiębiorcy nawet jego dom.

– Zaangażowaliśmy prawników, którzy przed sądami w Polsce i za granicą walczą o odzyskanie należności. Mamy prawomocne wyroki sądu i wszczęte postępowania komornicze. Próbujemy ściągać długi z jego majątku – przekazał w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Iwan Gepting, prezes spółki KTK Polska. Wierzycielami Falenty są również państwowe agencje, które finansowały część z jego około 30 przedsięwzięć zapewniających mu przez kilka lat miejsce na liście „100 najbogatszych Polaków”.

„Panie Prezesie, jest mi bardzo przykro”

Uciekając przed polskim więzieniem Marek Falenta napisał trzy listy do najważniejszych postaci w Polsce: prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego.

Treść dwóch pierwszych ujawniły media, między innymi „Gazeta Wyborcza” i portal OKO.press. Biznesmen pisał w nich, że chce ułaskawienia przez prezydenta i że złożył wniosek do prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, by zostać świadkiem koronnym. Zapowiadał, że ujawni kulisy podsłuchów polityków i przedsiębiorców w 2014 roku i szczegóły swojej współpracy przy tej sprawie z politykami PiS oraz agentami CBA.

„Panie Prezesie, jest mi bardzo przykro. Liczyłem, że wielka sprawa, do jakiej się przyczyniłem, zostanie mi zapamiętana i po wygranych wyborach załatwiona niejako z urzędu. Taka była obietnica panów z CBA” – napisał Falenta do Kaczyńskiego.

Chodzi mu o współpracę, jaką biznesmen nawiązał z dwoma agentami Centralnego Biura Antykorupcyjnego z wrocławskiej delegatury tej służby. Obaj po wyborach awansowali w służbie – jak informowaliśmy w tvn24.pl, jeden z nich został szefem największej delegatury tej służby specjalnej. Jeszcze bardziej niezwykły jest los drugiego agenta, z którym Falenta utrzymywał kontakt. Choć został przyłapany na organizowaniu miłosnych schadzek w delegaturze, a także był podejrzewany o przekazywanie tajnych informacji, to po wygranych przez PiS wyborach kary dyscyplinarne i sprawa prokuratorska zostały mu cofnięte. – Marek Falenta współpracował z CBA również po wygranych przez PiS wyborach – ujawnia nam jeden ze współpracowników skazanego w aferze podsłuchowej biznesmena.

– Przekazywał im dalsze taśmy, wykonywał polecenia operacyjne. Tak będzie brzmieć jego linia obrony w prokuraturze – podkreśla.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Policja ostro skrytykowana po protestach „żółtych kamizelek”

Francuska policja krytykowana za brutalności w czasie paryskiego protestu „żółtych kamizelek”. Jeden z liderów tego ruchu został ciężko ranny w oko w momencie, kiedy spokojnie filmował demonstracje – informuje RMF FM. Wszczęto śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności, w jakich Jerome Rodriguez – jeden z liderów ruchu „żółtych kamizelek” – został ciężko ranny w oko. Policja twierdzi, że chodzi o nieszczęśliwy wypadek – ranę spowodował granat łzawiąco-hukowy, który zawierał niewielką ilość trotylu.

Rodriguez filmował demonstracje smartfonem – uchwycił moment, kiedy granat wybuchł. Z nagrania wynika, że użycie w tym momencie granatu przez funkcjonariuszy nie miało żadnego uzasadnienia z prawnego punktu widzenia.

Przywódca opozycji alarmuje, że w czasie ponad dwóch miesięcy protestów „żółtych kamizelek” rannych zostało aż ponad 3 tysiące osób – w tym około 100 odniosło ciężkie obrażenia.
Źródło info i foto: interia.pl