Najnowszy raport dla episkopatu. 3677 przypadków pedofilii w niemieckim Kościele

Ponad trzech i pół tysiąca przypadków pedofilii dopuścili się niemieccy księża katoliccy od zakończenia drugiej wojny światowej. Wynika to z raportu zamówionego przez niemiecki Episkopat, do którego dotarł tygodnik „Der Spiegel”.

Raport o pedofilii w Kościele katolickim sporządzony przez badaczy z trzech niemieckich uniwersytetów wskazuje, że od 1946 do 2014 roku co najmniej 1670 duchownych molestowało swoich nieletnich podopiecznych. W sumie odnotowano 3677 takich przypadków, w co szóstym doszło do gwałtu. Większość ofiar to chłopcy, ponad połowa z nich nie miała więcej niż 13 lat.

Autorzy raportu twierdzą, że rzeczywista liczba przypadków pedofilii w niemieckim Kościele katolickim może być wyższa, ponieważ wiele spraw było tuszowanych. Podkreślili też, że nie ma podstaw do stwierdzenia, iż problem pedofilii w Kościele został przezwyciężony.

Niemiecka Konferencja Biskupów zapowiedziała publikację raportu 25 września. W oświadczeniu wydanym w związku z upublicznieniem jego fragmentów przez media Episkopat oświadczył, że skala pedofilii w niemieckim Kościele katolickim jest przygnębiająca i zawstydzająca.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Niemiecki sąd zgodził się na ekstradycję Carlesa Puigdemonta

Wyższy sąd krajowy w Szlezwiku-Holsztynie, na północnym wschodzie Niemiec, orzekł w czwartek, że dopuszczalna jest ekstradycja byłego premiera Katalonii Carlesa Puigdemonta do Hiszpanii w związku z zarzucanym mu sprzeniewierzeniem państwowych funduszy. W komunikacie opublikowanym na stronie internetowej sąd poinformował, że ekstradycja w związku z oskarżeniem o malwersację środków publicznych jest możliwa, bo hiszpańskie władze wskazały Puigdemonta jako osobę współodpowiedzialną za „zaciągnięcie finansowych zobowiązań kosztem funduszy publicznych”. To, czy zarzuty te się ostatecznie potwierdzą, należy wyjaśnić w ramach postępowania karnego w Hiszpanii – dodano.

Nie grozi mu prześladowanie

Za niedopuszczalną uznał niemiecki sąd ekstradycję Puigdemonta w związku z cięższym zarzutem rebelii. „Zarzucane (mu) działania nie wyczerpują znamion zdrady stanu (…) ani naruszenia porządku” – ocenił sąd, wskazując, że w drugim przypadku Puigdemontowi „chodziło tylko o przeprowadzenie referendum” w sprawie niepodległości Katalonii i nie był on „duchowym przywódcą” towarzyszących głosowaniu zajść.

Prokuratura krajowa w Szlezwiku-Holsztynie przekazała z kolei, że wkrótce wyda decyzję w sprawie wydalenia byłego szefa katalońskich władz autonomicznych. Wniosek w sprawie ekstradycji regionalna prokuratura złożyła na początku czerwca. Argumentowała wówczas, że możliwa jest ekstradycja Puigdemonta zarówno w związku z defraudacją państwowych funduszy, wykorzystanych przez jego rząd na zorganizowanie niepodległościowego referendum, jak i w sprawie rebelii. Wskazywała przy tym na nowe informacje uzyskane od władz w Madrycie, w tym nagrania wideo przedstawiające akty przemocy wobec policji w dniu plebiscytu.

Prokuratura wskazała, że Puigdemontowi nie grozi w Hiszpanii prześladowanie polityczne, a stawiane mu zarzuty i proces, jaki władze w Madrycie chcą mu wytoczyć, to „prawo demokratycznego, praworządnego kraju do odpowiadania na wymierzone w niego ataki metodami przewidzianymi przez prawo karne”.

Oczekiwanie na wyrok

Puigdemont został zatrzymany przez niemiecką policję 25 marca po przekroczeniu granicy z Danią. 6 kwietnia został wypuszczony z aresztu, gdy niemiecki sąd wstępnie uznał, że nie można przeprowadzić ekstradycji polityka z powodu rebelii, cięższego z postawionych mu zarzutów. Władze Hiszpanii wydały Europejski Nakaz Aresztowania, domagając się ekstradycji Puigdemonta, zarzucając mu rebelię i malwersację funduszy, której jego gabinet miał się dopuścić, wydając środki na nieuznawane przez Madryt referendum niepodległościowe z jesieni 2017 roku. Puigdemont pozostaje na wolności w Niemczech pod pewnymi warunkami, m.in. musi raz w tygodniu zgłaszać się na policję. Obecnie mieszka w Berlinie, gdzie czekał na ostateczny wyrok niemieckiego sądu dotyczący hiszpańskiego wniosku o ekstradycję.
Źródło info i foto: tvn24.pl

96-letni Oskar Groening skazany na 4 lata więzienia

Skazany na cztery lata pozbawienia wolności były strażnik z niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau, Oskar Groening, pomimo podeszłego wieku jest zdolny do odbycia kary więzienia – poinformował w środę sąd w Celle. Wyższy Sąd Krajowy w Celle (Dolna Saksonia) oddalił skargę skazanego, który wnioskował o odroczenie terminu odbycia kary.

– Zasada praworządności stoi ponad prawami skazanego. Obowiązkiem państwa jest ochrona bezpieczeństwa obywateli oraz umacnianie ich zaufania do instytucji państwowych i ich zdolności do działania, a także równe traktowanie wszystkich skazanych – oświadczył III. senat sądu w Celle.

96-letni obecnie Groening został w 2015 roku skazany przez sąd krajowy w Lueneburgu w Dolnej Saksonii na cztery lata pozbawienia wolności jako winny pomocnictwa w zamordowaniu co najmniej 300 tysięcy osób. Były ochotnik Waffen-SS przyznał się, że podczas służby w obozie w lecie 1944 roku gromadził znajdowane w bagażach więźniów pieniądze i przekazywał je przełożonym. Wyrok jest od ponad roku prawomocny.

Skarga do sądu w Celle to kolejna próba odroczenia kary. W sierpniu prokuratura w Hanowerze odrzuciła wniosek obrony o odsunięcie kary ze względu na stan zdrowia. Biegły lekarz uznał Groeninga za zasadniczo zdolnego do odbywania kary. Warunkiem jest jednak zapewnienie mu w więzieniu odpowiedniej opieki medycznej i pielęgnacyjnej. Obrońca skazanego uważa, że jego klient nie nadaje się do umieszczenia w więzieniu.

Przełomowy wyrok

Dawni strażnicy obozów koncentracyjnych byli do niedawna bezkarni, ponieważ zachodnioniemiecki Trybunał Federalny orzekł w 1969 roku, że warunkiem skazania za pomoc w morderstwach jest udowodnienie indywidualnej winy oskarżonego. Ze względu na brak świadków zbrodni było to w większości przypadków niemożliwe. Przełomowe znaczenie dla ścigania sprawców tej kategorii przestępstw miało skazanie na pięć lat więzienia Johna Demjaniuka, strażnika w obozie w Sobiborze. Sąd w Monachium uznał go w roku 2011 za winnego współuczestnictwa w zamordowaniu ponad 28 tysięcy więźniów, pomimo braku dowodów na popełnienie konkretnych czynów. Skazanie Demjaniuka stworzyło nową sytuację prawną, umożliwiającą podjęcie kroków prawnych przeciwko wszystkim osobom, które uczestniczyły w działaniu obozów zagłady, niezależnie od tego, czy nadzorowały działanie komór gazowych, czy też były zatrudnione w obozowej kuchni.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Proces niemieckiego biznesmena, który szykanował Polaków. Prześladował ich za PiS

Dwaj świadkowie potwierdzili we wtorek przed gdańskim sądem, że niemiecki przedsiębiorca Hans G. groził podwładnym i znieważał ich. Zeznawali w procesie ws. mowy nienawiści, którą miał kierować biznesmen wobec swojej polskiej pracownicy. Proces cywilny o naruszenie dóbr osobistych przeciwko niemieckiemu przedsiębiorcy, współwłaścicielowi firmy „Pos System” z Kosakowa (Pomorskie), wytoczyła b. pracownica tej spółki Natalia Nitek. Powódka zarządzała projektami w firmie Hansa G. od czerwca 2015 r. do stycznia 2016 r. Proces w tej sprawie rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Gdańsku pod koniec stycznia.

Otwarte prześladowanie

„Hans G. prześladował w otwarty sposób Natalię, to było systematyczne. Bardzo to przeżywała, chudła w oczach. Opowiadała mi, że jej szef jest porywczą osobą, jak coś mu się nie podobało, to wyganiał wszystkich i rzucał przedmiotami. Krzyczał, że pozabija wszystkich Polaków, postawi ich pod mur i powystrzela, mówił o nich, że to są same darmozjady, a prowadzi firmę w Polsce tylko dlatego, że Polacy są tanią siłą roboczą” – mówił przed sądem 28-letni Sebastian B., który przez kilka lat był partnerem życiowym powódki.

Świadek dodał, że gnębienie psychiczne spotęgowało się, kiedy Hans G. dowiedział się, że Nitek jest członkinią Prawa i Sprawiedliwości i kandyduje z listy tej partii do Sejmu.

Sebastian B. nie znał osobiście Hansa G., a wszystkie relacje o niemieckim biznesmenie czerpał od Nitek. Świadek przyznał, że namówił ją w pewnym momencie, żeby zaczęła robić notatki z rozmów ze swoim szefem i je nagrywać.

Drugi świadek – 49-letni Ireneusz K. – mówił, że o Hansie G. usłyszał po raz pierwszy od Nitek w grudniu 2015 r. podczas spotkania po zakończonej kampanii wyborczej do parlamentu. Mężczyzna jako grafik komputerowy przygotował powódce spot wyborczy.

Zastrzelę Cię, bo jesteś patriotką

„Powódka opowiadała, że jej szef wygłasza groźby kierowane do niej i Polaków. Mówił, że w pierwszej kolejności zastrzeli Natalię, bo jest polską patriotką. Bardzo mnie to wzburzyło, bo prywatnie interesuję się tematem nazizmu” – powiedział świadek.

W marcu 2016 r. Telewizja Republika wyemitowała program, w którym Nitek zaprezentowała zarejestrowane z ukrycia nagrania, ilustrujące znieważanie jej na tle m.in. narodowościowym przez pracodawcę Hansa G. Niemiecki przedsiębiorca mówi m.in. „nienawidzę Polaków; nie to, że ich nie lubię, nienawidzę ich. Oni wszyscy są cwelami i idiotami. Lepiej jest w Afryce. Jesteście gównem”. „Tak, jestem! Jestem hitlerowcem! To wina tego kraju [Polski – przyp. red.], że taki jestem” – miał mówić biznesmen. „Zabiłbym wszystkich Polaków. Nie miałbym z tym problemu” – słychać też na nagraniu.

Kolejna rozprawa w procesie odbędzie się 28 kwietnia – na ten termin wezwano sześcioro świadków, w tym dziennikarkę Ewę Stankiewicz, autorkę programu w Telewizji Republika, poświęconego historii Nitek i jej pracodawcy.

Powódka domaga się przeprosin od Hansa G. oraz zadośćuczynienia w wysokości 150 tys. zł, które chce przekazać na powstające w Wejherowie (Pomorskie) Muzeum Piaśnickie.

Podczas pierwszej rozprawy Nitek mówiła dziennikarzom, że Hans G. dyskryminował ją ze względu na jej „poglądy polityczne i narodowość”. „Hans G. używał wobec mnie sformułowań karygodnych, które godzą w moją godność jako Polki, osoby, która jest patriotką, i osoby, która działa też politycznie” – tłumaczyła powódka, która jest pełnomocnikiem Prawa i Sprawiedliwości Sopot Południe. Dodała, że jej były pracodawca często wyrażał się obraźliwie o polskich obywatelach. „Hans G. bardzo wręcz lubił w swoich codziennych rozmowach posługiwać się różnymi zwrotami dotyczącymi Polaków” – zaznaczyła.

Pełnomocnik pozwanego Piotr Malach przyznał na pierwszej rozprawie, że Hans G. wypowiedział słowa o chęci rozstrzelania Polaków. „Postawienie Polaków pod ścianą – to było oczywiście sformułowanie, które może być oburzające, tego nikt nie kwestionuje. (…) Mój klient wypowiedział te słowa jednak w stanie, kiedy tego dnia bardzo dużo zwaliło mu się na głowę z uwagi na działalność powódki i dostawców. Nie było jego zamiarem obrażenie Polaków. Mój klient wyraził już skruchę wobec pracowników spółki. To nie są jego poglądy, mieszka w Polsce od kilkunastu lat; ma tu firmę, dziecko” – argumentował Malach.

Pozew wzajemny złożył też w sądzie pełnomocnik Hansa G., argumentujący, że nagranie wyemitowane w telewizji było prywatną rozmową, zarejestrowaną w sposób nielegalny oraz zmodyfikowaną, co narusza dobra osobiste przedsiębiorcy. W pozwie wzajemnym Hans G. żąda od swojej b. pracownicy przeprosin i wpłaty 10 tys. zł na konto Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Sprawą niemieckiego przedsiębiorcy zajmuje się także Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Śródmieście, która odpowiada za prowadzenie postępowań związanych z tego typu przestępczością. Gdańska prokuratura przejęła śledztwo od Prokuratury Rejonowej w Pucku, która w marcu ub.r. wszczęła postępowanie z urzędu – na podstawie doniesień medialnych.

Śledztwo dotyczy publicznego propagowania ustroju faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa lub nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych. Z kolei art. 257 jest związany z publicznym znieważaniem grupy ludności lub pojedynczych osób z powodu ich przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej. Popełnienie drugiego z przestępstw – surowiej karanego niż pierwsze – może się wiązać z karą do trzech lat więzienia.

W ubiegłym roku w ramach śledztwa Hansowi G. zostało postawionych siedem zarzutów związanych ze znieważeniem pracowników.
Źródło info i foto: TVP.info

Filipiny: Władze potwierdzają zabójstwo niemieckiego turysty

Filipińskie władze potwierdziły w poniedziałek, że islamiści z ugrupowania Abu Sajaf ścięli 70-letniego niemieckiego zakładnika, który został porwany pod koniec ub. roku. Rząd w Manili potępił ten barbarzyński akt.

O opublikowaniu przez islamistów nagrania, na którym zarejestrowano moment, gdy uzbrojony w maczetę bojownik Abu Sajaf dekapituje starszego Niemca, poinformował w poniedziałek portal SITE monitorujący strony dżihadystyczne. SITE zidentyfikował mężczyznę jako Juergena Kantnera, który został porwany w listopadzie ubiegłego roku, gdy żeglował swoim jachtem u wybrzeży malezyjskiego stanu Sabah, położonego w północno-wschodniej części wyspy Borneo. Na dryfującym jachcie znaleziono ciało jego partnerki z raną postrzałową.

W 2008 roku para ta została uprowadzona przez somalijskich piratów i była przez nich przetrzymywana przez ponad 50 dni w pobliżu Zatoki Adeńskiej. Mimo tych przeżyć Niemiec zapewniał, że nie przestanie żeglować. Moja łódź to moje życie. Nie przejmuję się piratami i rządami – powiedział w jednym z wywiadów. Po listopadowym uprowadzeniu islamiści przetrzymywali Niemca na niewielkiej wyspie Jolo i zażądali za niego okupu o równowartości 600 tys. dolarów. Termin minął w niedzielę. Kantner dwukrotnie prosił o pomoc, mówiąc, że bez okupu czeka go śmierć.

Doradca prezydenta Filipin ds. procesu pokojowego Jesus Dureza potwierdził zabicie zakładnika i potępił „barbarzyńskie ścięcie” mężczyzny. Dodał, że władze zrobiły wszystko co możliwe, by ocalić Kantnera. W kraju takim jak nasz nie ma miejsca na terroryzm. Musimy stawić czoło brutalnemu ekstremizmowi za każdym razem, gdy daje on o sobie znać. Trzeba powstrzymać to zabijanie niewinnych i bezbronnych – napisał Dureza w oświadczeniu.

Szef MSZ Filipin Perfecto Yasay oświadczył w Genewie, że bojownicy mogli przeprowadzić egzekucję, gdyż zakładnik był chory. Dodał, że rząd w Manili chciałby otrzymać od swych sojuszników wsparcie technologiczne, by móc dokładnie określać miejsca przetrzymywania zakładników. Zapewnił, że Filipiny nadal będą się trzymać zasady niewpłacania okupu. Jesteśmy gotowi ich zniszczyć, gdy nadarzy się okazja – oświadczył.

Abu Sajaf złożyło przysięgę wierności Państwu Islamskiemu (IS) i znane jest z brutalnych działań, szczególnie wobec cudzoziemców, m.in. zamachów bombowych, wymuszeń i porwań dla okupu. W 1991 roku organizacja wyłoniła się z ruchu muzułmańskich ekstremistów działających od lat 70., którzy byli odpowiedzialni za śmierć ponad 100 tys. ludzi.

Islamiści zarobili na okupach dziesiątki milionów dolarów, przeznaczając te środki na broń, granatniki, statki i nowoczesny sprzęt. Na początku lat 90. Abu Sajaf było finansowane przez Al-Kaidę. Rebelianci przetrzymują obecnie 26 zakładników – 13 Wietnamczyków, siedmiu Filipińczyków, dwóch Indonezyjczyków, dwóch Malezyjczyków, obywatela Holandii i Japonii. W ub. roku ścięli dwóch Kanadyjczyków, ale ich dwóch kompanów – Filipinka i Norweg – zostało wypuszczonych na wolność.
Żródło info i foto: Dziennik.pl

Informacja o masowym molestowaniu na Sylwestrze we Frankfurcie „kompletnie fałszywe”. „Bild” przeprasza

„Ofiary przerywają milczenie o masowych molestowaniach w Sylwestra” – grzmiał na początku lutego niemiecki „Bild”. Sprawą zajęła się policja. Okazało się, że do niczego takiego nie doszło, a „świadkowie” nawet nie byli tego dnia we Frankfurcie. Tabloid już przeprosił. „Bild” w sensacyjnym artykule pisał o setkach pijanych uchodźców, którzy w noc sylwestrową mieli molestować kobiety na ulicach Frankfurtu. Rok temu w Kolonii doszło do przypadków molestowania przez obcokrajowców, doniesienia potraktowano więc poważnie.

Już po 10 dniach policja i prokuratura ustaliły, że artykuł dziennika jest fałszywy i bezpodstawny – podaje az-online.de. Policja nie doszukała się żadnych dowodów na takie przestępstwa, ani nie otrzymała żadnych takich zgłoszeń o ewentualnych ofiar. Służby ustaliły, że jedna z kobiet, na której relację powoływał się „Bild”, nawet nie była w Sylwestra w Frankfurcie. Tabloid już przeprosił za fałszywy artykuł. „Z żalem musimy stwierdzić, że opisane przez nas relacje rzekomych ofiar nie zostały potwierdzone przez policję i są zupełnie bezpodstawne” – czytamy na stronie gazety.

„Zespół redakcyjny przeprasza za nieprawdziwą relację, która ma się nijak do dziennikarskich standardów ‚Bilda;” – brzmi dalsza część komunikatu. Zapowiedziano wewnętrzne śledztwo w celu wyjaśnienia, jak doszło do powstania nieprawdziwego artykułu.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Niemiecki kontrwywiad: W kraju jest ponad 1200 potencjalnych zamachowców

Szef niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji Hans-Georg Maassen broni swoich służb przed krytyką w związku z niedawnym zamachem terrorystycznym w Berlinie, w którym zginęło 12 osób. Jego zdaniem, władze odpowiedzialne za bezpieczeństwo nie popełniły błędów. Z ujawnionej analizy służb wynika, że na terytorium Niemiec przebywa obecnie ponad 1200 potencjalnych zamachowców.

„Uważam, że władze odpowiedzialne za bezpieczeństwo, przede wszystkim policja, zrobiły wszystko co było w ich mocy, by właściwie ocenić zagrożenie ze strony (Anisa) Amriego” – podkreślił szef niemieckiego kontrwywiadu.

„Musimy jednak sobie jasno powiedzieć, że żyjemy w państwie prawa, co oznacza, że musimy przestrzegać ram prawnych” – dodał w opublikowanym w sobotę wywiadzie dla agencji dpa.

Brak powodów do aresztowania

Maassen wyjaśnił, że chociaż Amri uznany został za osobę niebezpieczną, to nie oznacza to, że mógł być obserwowany przez całą dobę siedem dni w tygodniu lub aresztowany. Obserwacja podejrzanego nie potwierdziła informacji, że zamierza kupić broń i dokonać zamachu – zaznaczył szef kontrwywiadu. „Dowody były słabe. Nie mieliśmy powodu, by go jako islamistę aresztować” – dodał.

Ponad 1200 potencjalnych zamachowców w Niemczech

Z analizy służb wynika, że na terytorium Niemiec przebywa ponad 1200 potencjalnych islamistycznych zamachowców. „Zespół obserwujący jednego podejrzanego liczy dziesięć osób” – ujawnił Maassen. „W przypadku obserwacji przez całą dobę przez dłuższy okres konieczne są cztery, a nawet sześć takich grup” – powiedział szef kontrwywiadu, zaznaczając, że możliwości służb są ograniczone. Maassen zwrócił uwagę, że salafici, z którymi kontaktował się zamachowiec, przyjęli z zadowoleniem zamach i wezwali do dalszej walki z Zachodem.

Radykalny odłam islamu

W Niemczech środowisko salafitów, czyli zwolenników radykalnego odłamu islamu, liczy ponad 9,7 tys. osób. „Kilka lat temu było ich 3,8 tys.” – powiedział Maassen, dodając, że środowisko to podlega dużym zmianom, staje się coraz mniej centralistyczne, a bardziej lokalne. „Nie mamy już do czynienia z dwoma, trzema czy czterema przywódcami, którzy mają decydujący głos. Jest wiele osób, które dominują w środowisku, a my musimy wszystkich mieć na oku” – wyjaśnił.
„Wiele grup komunikuje się ze sobą za pomocą internetu lub WhatsApp” – dodał Maassen. „Radykalny odłam islamu jest atrakcyjny dla młodych mężczyzn, którzy pochodzą często ze środowisk przestępczych. Szukają oni prostej ideologii, która przedstawia świat w biało-czarnych barwach” – tłumaczy Maassen w rozmowie z dpa.

Zamach w Berlinie

Pochodzący z Tunezji Amri wjechał 19 grudnia porwaną polską ciężarówką w tłum na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie. Zastrzelił polskiego kierowcę i zabił jedenastu uczestników jarmarku. Ponad 50 osób zostało rannych. Cztery dni później zamachowca zastrzelili niedaleko Mediolanu włoscy policjanci. Podczas pobytu w Niemczech Amri posługiwał się 14 różnymi nazwiskami. Przemieszczał się swobodnie po całym kraju.
Żródło info i foto: interia.pl

Islamiści w szeregach niemieckiej armii?

Niemiecki kontrwywiad wojskowy MAD otrzyma uprawnienia do sprawdzania wszystkich kandydatów ubiegających się o przyjęcie do Bundeswehry. Rząd Niemiec przyjął w środę projekt ustawy, mającej zapobiec przenikaniu do wojska islamistów i innych ekstremistów. Nowelizacja ustawy o obronności przyjęta przez rząd Niemiec będzie obowiązywać od 1 lipca 2017 roku. Nakłada ona na kontrwywiad wojskowy obowiązek prześwietlenia każdego kandydata do służby wojskowej.

W tej chwili jedynym wymogiem wobec chcących wstąpić do Bundeswehry jest przedłożenie zaświadczenia o niekaralności oraz złożenie deklaracji o przestrzeganiu konstytucji. Wnikliwa kontrola możliwa jest dopiero, gdy rekrut zostanie już żołnierzem i pojawiają się przesłanki wskazujące na jego radykalne poglądy.

W obawie przed islamistami

Rząd Niemiec jest zaniepokojony możliwymi próbami lokowania swoich zwolenników w Bundeswehrze przez organizacje islamistyczne. Islamiści czy inne organizacje radykalne miałyby podsyłać swoich członków do niemieckiego wojska celem zdobycia odpowiedniego przeszkolenia wojskowego.
Żródło info i foto: TVP.info

Szef niemieckiego kontrwywiadu: „Edward Snowden może być rosyjskim agentem”

Szef niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji (AfV) Hans-Georg Maassen zasugerował podczas wystąpienia na forum komisji śledczej Bundestagu, że były współpracownik wywiadu USA Edward Snowden może być agentem rosyjskich służb specjalnych. Maassen powiedział, że „nie można przesądzić”, czy Snowden jest agentem rosyjskich służb, czy bezinteresownym idealistą.

– Gdyby jednak okazało się, że w przypadku Snowdena chodziło o operację wywiadowczą i propagandową rosyjskiego wywiadu SWR, to byłby to dowód na jego wielką skuteczność – powiedział szef niemieckiego kontrwywiadu podczas posiedzenia komisji śledczej zajmującej się działalnością amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). Maassen wyraził przypuszczenie, że celem Snowdena było „wbicie klina” pomiędzy USA a Niemcy, na czym skorzystała Rosja. O jego wystąpieniu w parlamencie w czwartek wieczorem informowały w piątek niemieckie media.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Salah Abdeslam miał dokumenty na temat niemieckiego ośrodka jądrowego

Główny podejrzany o zorganizowanie zamachów w Paryżu Salah Abdeslam miał w swoim mieszkaniu w Brukseli dokumenty na temat niemieckiego jądrowego ośrodka badawczego Juelich. Te informacje podaje część niemieckich gazet. Urząd Ochrony Konstytucji (BfV) zaprzecza. „Nie mamy na ten temat żadnych informacji” – powiedział rzecznik.

Redaktionsnetzwerk Deutschland (RND, duża agencja zaopatrująca w materiały ponad 30 niemieckich gazet codziennych) poinformowała o dokumentach, powołując się na źródła w parlamentarnej komisji, której posiedzenia są utajnione.

Według tych źródeł szef BfV Hans-Georg Maassen powiedział pod koniec marca dziewięcioosobowej komisji, że Abdeslam miał owe dokumenty. Maassen miał też oświadczyć członkom komisji nadzorującej pracę niemieckich służb specjalnych, że w mieszkaniu Abdeslama znaleziono m.in. wydruki artykułów z internetu i zdjęć prezesa centrum badawczego Juelich, Wolfganga Marquardta.

Według RND nie jest jasne, czy Maassen przekazał te informacje urzędowi kanclerskiemu lub MSW. O informacjach tych miało wiedzieć kilku deputowanych Bundestagu i ekspertów do spraw terroryzmu, poufnie poinformowanych przez Maassena.

Rzecznik BfV zaprzeczył tym doniesieniom. Nie mamy na ten temat żadnych informacji – powiedział agencji dpa i podkreślił, że „Maassen nigdy nie prowadził w tej sprawie rozmów z członkami parlamentarnego gremium kontrolnego”.

Centrum naukowo-badawcze Juelich, jeden z największych tego typu ośrodków w Europie, napisało w oświadczeniu, że nie ma żadnych oznak zagrożenia i że pozostaje w kontakcie z niemieckimi władzami bezpieczeństwa oraz nadzorem nad energetyką jądrową. Ośrodek Juelich jest położony w pobliżu granicy z Belgią.

Salah Abdeslam, który urodził się w Belgii w marokańskiej rodzinie z francuskim obywatelstwem, został 18 marca aresztowany w Brukseli w związku z listopadowymi zamachami w Paryżu, w których zginęło 130 osób. Cztery dni po aresztowaniu Abdeslama doszło w brukselskim metrze i na lotnisku Zaventem do samobójczych zamachów, w których śmierć poniosły 32 osoby. Po tych atakach pojawiły się obawy, iż islamscy terroryści mogą zainteresować się słabymi punktami w przemyśle jądrowym.
Żródło info i foto: RMF24.pl