Zabójstwo 26-letniej Ukrainki. Nowe fakty

To się musiało źle skończyć. Ona – ukraińska piękność, za którą mężczyźni wodzili oczami i on – niepozorny blondyn o zaciętym wyrazie twarzy, w dodatku zazdrosny i porywczy. Wprost oszalał na jej punkcie. I nie pogodził się z tym, że powiedziała mu: żegnaj. Najpierw nękał ją w internecie, a gdy sąd ukarał go za to grzywną – zdobył broń, przystawił jej lufę do głowy i pociągnął za spust.

Ona to Kristina V., 26-letnia Ukrainka osiadła w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie znalazła pracę w pralni chemicznej przy ul. Owczej. On to Paweł R., równolatek Kristiny, miejscowy taksówkarz, ale taki z doskoku. I właśnie w taksówce zetknął ich los.

Szybko ze sobą zamieszkali, ale jeszcze szybciej ona kazała mu się wynosić. Powód? Chorobliwa zazdrość. Bo Paweł R. wprost nie mógł znieść, że jego wybranka tak bardzo podoba się mężczyznom. Zamiast być dumnym, że wybrała jego, urządzał jej sceny. Skutek? Wystawiła mu za drzwi manatki. Naiwna, sadziła, że to finał toksycznej miłości, ale to był dopiero początek, bo Paweł R. postanowił się na niej odegrać.

– Nękał ją w internecie, niepokoił, znęcał się psychicznie, aż 7 czerwca dziewczyna zawiadomiła policję – mówi nadkomisarz Marcin Maludy, rzecznik lubuskiej policji. Szybkie śledztwo skończyło się skierowaniem sprawy do sądu, a ten nie miał wątpliwości, że Paweł R. dopuścił się zarzucanych mu czynów i przysolił mu 500 zł grzywny. Stało się to 2 września. W tym momencie Kristina miała przed sobą już tylko dziewięć dni życia, bo wyrok rozjuszył jej prześladowcę.

– Jeszcze nie wiemy, jak zdobył broń, ale wszystko wskazuje na to, że zrealizował drobiazgowo obmyślany plan – dodaje Maludy.

W środę 11 września około 13:00 Paweł R. wszedł do pralni, w której pracowała Kristina. Świetnie znał rozkład pomieszczeń, więc wiedział, gdzie ją znajdzie. Podszedł, przystawił jej lufę do głowy i pociągnął za spust. Potem wskoczył do auta i ruszył w stronę niemieckiej granicy. Czyżby łudził się, że ujdzie pościgowi i zamelinuje się gdzieś na Zachodzie?

Cokolwiek myślał, jego ucieczka zakończyła się po 130 kilometrach tragedią na autostradzie pod Berlinem. Dopadli go tam niemieccy policjanci, zawiadomieni przez polskie służby. A ponieważ wyciągnął broń – nafaszerowali go ołowiem.
Źródło info i foto: se.pl

Nowy Jork: Kilkaset pozwów o molestowanie złożonych przeciwko Kościołowi

Tylko w ostatni poniedziałek do sądów w Nowym Jorku trafiło dziesięć nowych pozwów od osób twierdzących, że padły ofiarami molestowania przez nowojorskich duchownych – poinformowała lokalna telewizja ABC.

W połowie sierpnia weszła w życie stanowa ustawa, która na rok zawiesza przepisy o przedawnieniu się przestępstw molestowania seksualnego dzieci. Ustawa dotyczy wszystkich przestępstw molestowania od lat 50., ale od początku wiadomo było, że posłuży przede wszystkim do pozwania Kościoła katolickiego o odszkodowania za przestępstwa molestowania przez katolickich duchownych.

Jak podaje ABC, jedna tylko kancelaria prawna w Nowym Jorku złożyła ponad 300 pozwów przeciwko nowojorskiej diecezji za przestępstwa od lat 50. do 80. Oskarżeni duchowni znaleźli się już wcześniej na opublikowanej przez sam Kościół liście duchownych podejrzanych o molestowanie nieletnich.
Źródło info i foto: onet.pl

Nowe problemy Kamila Durczoka. Może mu grozić 25 lat pozbawienia wolności

14.08.2019 PIOTRKOW TRYBUNALSKI SAD OKREGOWY ROZSTRZYGA CZY KAMIL DURCZOK ZOSTANIE ARESZTOWANY ZA KIEROWANIE AUTEM W STANIE NIETRZEZWOSCI KAMIL DURCZOK FOT. DARIUSZ SMIGIELSKI/DZIENNIK LODZKI

Kamil Durczok w 2009 roku miał złożyć w banku „weksel własny” na kwotę ponad 2 mln franków szwajcarskich jako poręczenie kredytu na zakup nieruchomości. Na papierze widniały podpisy Durczoka i jego żony Marianny — podał portal TVP Info. Podpis żony Durczoka miał być sfałszowany.

Jak podaje TVP Info, 10 lat później bank zwrócił się do byłej już żony dziennikarza (która zmieniła nazwisko) z wezwaniem do wykupu weksla z powodu nieuiszczenia należności przez kredytobiorcę. Była żona Durczoka zaprzeczyła wtedy, że złożyła swój podpis na wekslu.

Kwestionuje ona autentyczność podpisu, który widnieje na papierze. Oświadczyła ponadto, że podpis został podrobiony, a jej nie było przy sporządzeniu tego weksla ani nigdy go nie widziała.

Jak podaje TVP Info, jej adwokaci w lipcu 2019 r. złożyli do Prokuratury Regionalnej w Katowicach zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa podrobienia podpisu na wekslu. W sierpniu prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie.

Zgodnie z Kodeksem karnym przestępstwo z artykułu 310 par. 1 „podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5 albo karze 25 lat pozbawienia wolności”. W tej sprawie została już przesłuchana była żona Durczoka. Kamil Durczok nie złożył jeszcze wyjaśnień.

Kamil Durczok prowadził pod wpływem alkoholu

Pod koniec lipca na drodze krajowej nr 1 pod Piotrkowem Trybunalskim 51-letni Kamil Durczok uczestniczył w kolizji na remontowanym odcinku trasy. Jadąc samochodem BMW w kierunku Katowic, najechał na pachołki oddzielające pasy ruchu. Następnie jeden z pachołków uderzył w auto nadjeżdżające z przeciwka. Nikt z uczestników kolizji nie ucierpiał.

Dziennikarz miał 2,6 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Trafił do policyjnej izby zatrzymań. Po wytrzeźwieniu został przewieziony do piotrkowskiej prokuratury rejonowej, gdzie przedstawiono mu zarzuty. Grozi może mu do 12 lat więzienia. Przyznał się tylko do jazdy pod wpływem alkoholu.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nowe informacje ws. Kamila Durczoka

Nowe ustalenia w sprawie Kamila Durczoka podaje portal tvp.info. Najprawdopodobniej na początku przyszłego tygodnia sąd zajmie się zażaleniem prokuratury dot. decyzji o braku aresztu dla dziennikarza. Już za kilka dni poznamy również wyniki badań toksykologicznych na obecność narkotyków – podaje rzecznik prokuratury w Piotrkowie Trybunalskim.

Prokuratura Okręgowa w Piotrkowie Trybunalskim skierowała w piątek do sądu zażalenie na decyzję o niearesztowaniu Durczoka. Dziennikarz jest podejrzany o sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym, którego dopuściła się osoba będąca w stanie nietrzeźwości.

Jak informuje portal tvp.info, powołując się na rzecznika prokuratury Witolda Błaszczyka, sąd zajmie się zajmie się zażelaniem pod koniec tego tygodnia lub na początku przyszłego.

W sprawie dziennikarza prowadzone są także badania toksykologiczne. Dzięki temu śledczy wykryją, czy Durczok jechał nie tylko pod wpływem alkoholu, ale i narkotyków. – Wyniki będą znane do 10 sierpnia – poinformował rzecznik.

Jak wskazał Błaszczyk, policja nie ustaliła dotąd, czy prawdziwe są medialne doniesienia o obecności 20-letniej pasażerki w aucie Durczoka.

Portal tvp.info ustalił także nieoficjalnie, że dziennikarz faktycznie miał w samochodzie broń palną. Posiadał jednak na nią ważne pozwolenie i przetrzymywał ją w przeznaczonej do tego metalowej kasetce. – Prokuratura nie postawiła w tym zakresie żadnych zarzutów – poinformował Błaszczyk.

Przypomnijmy, że 26 lipca Kamil Durczok spowodował wypadek na trasie A1 w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Dziennikarz uderzył samochodem w pachołki rozdzielające jezdnię. Policja ustaliła po przybyciu nie miejsce zdarzenia, że były prezenter TVN i Polsatu jest kompletnie pijany. Jak wynika z relacji świadków wypadku, Kamil D. wychodząc z auta, „ledwo trzymał się na nogach”. Co gorsza, miał w tym stanie przejechać wiele kilometrów i prowadzić auto przez kilka godzin.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl

Są szczegóły zeznań matki zaginionego Dawida Żukowskiego

Dawid Żukowski zaginął ponad tydzień temu. Pojawiają się szczegóły zeznań jego matki. Po wymianie wiadomości z mężem nie przypuszczała, że Dawidowi coś grozi. Miała sądzić, że są to kolejne złośliwości jej męża.

Dawid Żukowski zaginął w środę tydzień temu. Paweł Ż. zabrał syna z domu w Grodzisku Mazowieckim ok. godz. 17. Paweł Ż. miał go zawieźć do Warszawy do matki. Podróżował z chłopcem szarą skodą fabią o nr. rejestracyjnym WGM 01K9. Przed godz. 21 policjanci dostali zgłoszenie, że ojciec Dawida został śmiertelnie potrącony przez pociąg relacji Skierniewice-Warszawa. Miał popełnić samobójstwo. Maszynista pojazdu powiedział, że mężczyzna oczekiwał na przejazd pociągu i rzucił się pod niego. O północy matka Dawida zgłosiła zaginięcie syna.

Pojawiły się pytania, dlaczego matka tak późno powiadomiła służby.

Jak donosi TVP Info, powołując się na informacje ze śledztwa, kobieta nie przypuszczała, że chłopcu może grozić coś złego. Matka Dawida Żukowskiego po otrzymaniu wiadomości, że już więcej nie zobaczy syna, była przekonana, że może to być złośliwe działanie jej męża, a nie realne zagrożenie dla dziecka – czytamy.

Według portalu kobieta zeznała, że w ostatnim czasie ojciec Dawida kilkakrotnie miał nie odwieźć go do niej na czas. Miało się to nasilić po tym, jak wyprowadziła się z Grodziska Mazowieckiego.

Dlatego w poprzednią środę, gdy mąż napisał jej dramatyczną wiadomość, pomyślała, że sytuacja się powtarza. Pojechała zatem do jego domu do Grodziska Mazowieckiego. Zaczęła się martwić, gdy się okazało, że nikogo nie ma w domu, a mąż wyłączył telefon. Zadzwoniła na numer 112, ale dowiedziała się, że zaginięcie musi zgłosić osobiście. Na policji była o 23. 20.

Dawid Żukowski zaginął. Co wiemy o ojcu? „Chodził na terapię”

W tle przewija się cały czas konflikt rodzinny. Kobieta bowiem trzy tygodnie przed tragedią wyprowadziła się z synem z domu i zamieszkała w Warszawie. Pod koniec czerwca zgłosiła, że mąż znęca się nad nią psychicznie.

Spory między nim a żoną miały mieć związek z jego problemami z hazardem. Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, mężczyzna w związku z tym chodził na terapię. Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, i Paweł Ż. i jego żona odbierali synka z przedszkola. W ocenie placówki wyglądało na to, że opiekowali się nim zgodnie.

Dawid Żukowski. Co wiadomo o jego rodzinie?

32-letnia matka 5-letniego Dawida jest Rosjanką. Z Pawłem Ż. poznali się w 2012 roku, dwa lata później wzięli ślub. Mieszkali z synkiem w Grodzisku Mazowieckim. Ona pracuje w Rosyjskim Ośrodku Nauki i Kultury przy Ambasadzie Federacji Rosyjskiej – wynika z nieoficjalnych informacji „GW”. On pracował w dużym przedsiębiorstwie produkującym sprzęt ogrodniczy.

Paweł Ż. ma córkę z pierwszego małżeństwa. Jego poprzednia żona jest Ukrainką. Mężczyzna miał regularnie płącić alimenty.

Dawid Żukowski poszukiwany. „Najczarniejsze scenariusze”

Policja i prokuratura cały czas prowadzą czynności, które mają doprowadzić do odnalezienia chłopca i rozwiązania sprawy. Jednak już oficjalnie zaczyna się mówić o najczarniejszych scenariuszach.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe informacje prokuratury ws. poszukiwań zaginionego Dawida Żukowskiego

Dawid Żukowski jest poszukiwany już ósmą dobę. Policja nie przerywa swoich prac. Jak się dowiedzieliśmy w prokuraturze, cały czas jednak nie można zbadać ubrań, należących do ojca chłopca. Pojawiają się także nowe informacja, dotyczące rozmowy Dawida z matką.

Dawid Żukowski zaginął w środę tydzień temu. Policja i prokuratura cały czas prowadzą czynności, które mają doprowadzić do odnalezienia chłopca i rozwiązania sprawy. Jednak już oficjalnie zaczyna się mówić o najczarniejszych scenariuszach.

Jak powiedział nam Łukasz Łapczyński z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, cały czas nie zbadano ubrań, należących do Pawła Ż. – Czekamy cały czas na właściwe przygotowanie tego ubrania. Z uwagi na okoliczności śmierci mężczyzny jego odzież jest bardzo ubrudzona. Dodatkowo tego dnia padał deszcz, co bardzo utrudnia pracę biegłych – wyjaśnił.

Podkreślił, że ważne jest, by ubrania same dokładnie wyschły. Eksperci ocenią, kiedy będzie można je przebadać, ale ciężko w tej chwili określić, kiedy to nastąpi.

Dawid Żukowski rozmawiał z matką

W czwartek pisaliśmy, jak wyglądał ostatnia droga Pawła Ż. z synem. Tego dnia samochód ojca Dawida zatrzymywał się dwa razy przy wyjściu ewakuacyjnym wzdłuż trasy A2 w okolicach węzła Konotopa. Po raz pierwszy aż na 40 minut, gdy jechał do Warszawy. Jak informowali dziennikarze programu „Uwaga” TVN, wówczas mężczyzna rozmawiał z matką Dawida. Miała mu powiedzieć, że chce rozwodu.

Jak jednak wyjaśnił Wirtualnej Polsce prokurator Łukasz Łapczyński, nie ma informacji, by mężczyzna rozmawiał przez telefon z żoną. Rozmowa była jedynie między Dawidem a matką przez kilka minut w trakcie jazdy samochodem. Chłopiec był wówczas spokojny i nic nie wzbudziło podejrzeń kobiety.

Po tej rozmowie natomiast małżeństwo wymieniało między sobą wiadomości przez jeden z komunikatorów. To ta korespondencja dopiero mogła świadczyć o tym, że może stać się coś złego.

Dawid Żukowski poszukiwany. Co wiadomo?

Przypomnijmy, że Paweł Ż. zabrał syna z domu w Grodzisku Mazowieckim ok. godz. 17. Paweł Ż. miał go zawieźć do Warszawy do matki. Podróżował z chłopcem szarą skodą fabią o nr. rejestracyjnym WGM 01K9. Przed godz. 21 policjanci dostali zgłoszenie, że ojciec Dawida został śmiertelnie potrącony przez pociąg relacji Skierniewice-Warszawa. Miał popełnić samobójstwo. Maszynista pojazdu powiedział, że mężczyzna oczekiwał na przejazd pociągu i rzucił się pod niego. O północy matka Dawida zgłosiła zaginięcie syna.

Służby wróciły w okolice węzła Konotopa, gdzie ojciec Dawida zatrzymywał się aż dwa razy – raz na 40 minut, drugi raz na 15.

Nieoficjalnie wiadomo, że poszukiwania prowadzone są w tych samych miejscach co przedtem, ale przez innych ludzi: lepiej do tego przygotowanych policjantów z pionów kryminalnych – informuje TVN24. Wiadomo, że wcześniej te miejsca przeszukiwały grupy zwarte żołnierzy i policjantów.

Pojawia się także informacja, że służby wypompowują wodę ze studni, trwają przeszukania stawów, a nawet przekopywana jest ziemia.

Jednak prokuratura bierze też pod uwagę, że wszystko było dokładnie przemyślane i zaplanowane, a mężczyzna poczynił pewne kroki tylko po to, by zmylić trop.
Źródło info i foto: wp.pl

Wybuch gazu w Zielonej Górze. Matka i córka z zarzutami

Jak dowiedziała się Wirtualna Polska, kobiety, które były poszukiwane w związku z wybuchem gazu w mieszkaniu przy ul. Wyszyńskiego 25 w Zielonej Górze, usłyszały zarzuty. Grozi im nawet 10 lat więzienia. Na jaw wychodzą nowe fakty. Do wybuchu gazu i pożaru doszło 3 lipca w bloku przy ulicy Wyszyńskiego w Zielonej Górze. Siła wybuchu była tak duża, że szyby wypadły z okien. Zarwała się winda, a szyb drugiej został uszkodzony. Na szczęście, nikt nie zginął. Trzy osoby, z atakiem paniki, zawałem serca i zatruciem dymem, zostały przewiezione do szpitala.

Do wybuchu doszło na drugim piętrze bloku. Mieszkanie jest całkowicie zniszczone. Mieszkały tam dwie kobiety – matka i córka – Danuta i Monika P. Kobiety zniknęły przed wybuchem.

Kobiety zostały odnalezione w piątek w okolicy zielonogórskiej dzielnicy Jędrzychów. Ukrywały się w prowizorycznym szałasie w lesie za ogródkami działkowymi.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe zarzuty dla Marka Falenty

Nowe zarzuty ma usłyszeć w czwartek w prokuraturze okręgowej dla warszawskiej Pragi Marek Falenta, bohater „afery taśmowej” – dowiedzieli się dziennikarze tvn24.pl. W śledztwie chodzi o nieznane dotąd opinii publicznej nagrania, których ma być nawet „dwa tysiące godzin”. W czwartek o godzinie 10.40 do Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga przywieziono Marka Falentę w konwoju, z obstawą dwóch samochodów z policjantami. Najpilniej strzeżony więzień w kraju trafił tam z aresztu śledczego na warszawskiej Białołęce. Po godzinie 11 rozpoczęło się przesłuchanie biznesmena. Według dwóch niezależnych źródeł dziennikarzy tvn24.pl chodzi o przedstawienie mu nowych zarzutów.

Dwa tysiące godzin nieznanych nagrań

Choć Falenta odsiaduje już wyrok 2,5 roku więzienia za organizację nielegalnych nagrań VIP-ów w warszawskich restauracjach, to sprawa dla prokuratorów jeszcze się nie zakończyła. Prowadzą śledztwo w sprawie, której przedmiot tak opisała rzecznik Prokuratury Krajowej Ewa Bialik: „Śledztwo dotyczące nielegalnych nagrań, które pojawiły się w przestrzeni publicznej w okresie późniejszym względem pierwotnego śledztwa i procesu sądowego, zakończonego prawomocnym wyrokiem”. Według źródeł tvn24.pl biznesmen ma „nawet ponad dwa tysiące godzin” zarejestrowanych rozmów, które dotąd nie były znane opinii publicznej. Częścią z nich dysponuje już Centralne Biuro Antykorupcyjne i właśnie Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga.

– Biznesmen dokumentował na taśmach niemal całe swoje życie. Ma nawet nagrania niemal każdego swojego spotkania z agentami CBA, z którymi niejawnie współpracował do początku 2019 roku, gdy uciekł za granicę – mówi nam jeden ze współpracowników przedsiębiorcy, zastrzegając swoją anonimowość.

Ucieczka do Hiszpanii

Z kraju Falenta znikł na początku tego roku, gdy ostatecznie przegrał prawniczą batalię o uniknięcie wykonania wyroku 2,5 lat więzienia. Najpierw jego poszukiwaniami zajmowali się policjanci z komisariatu w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornie. Dopiero po ujawnieniu tego faktu przez media prokuratura wystąpiła do sądu o wydanie Europejskiego Nakazu Aresztowania. Tropieniem Marka Falenty zajęli się wtedy funkcjonariusze z elitarnych zespołów poszukiwań celowych i już po kilkudziesięciu dniach namierzyli go w nadmorskim kurorcie, pod hiszpańską Walencją.

– Nie używał kart, telefonu, próbował zniknąć – mówili funkcjonariusze policji, gdy na początku czerwca hiszpańskie władze zgodziły się na przekazanie go Polsce.

Więzień numer 1

Od tamtej pory Falenta jest prawdopodobnie najpilniej strzeżonym polskim więźniem. Zadanie to powierzono elitarnej grupie Służby Więziennej, biznesmen przebywa w pojedynczej celi. Między innymi dlatego, że już podczas zatrzymania w Hiszpanii wszedł na balkon swojego apartamentu i groził skokiem.

– Również w hiszpańskim więzieniu przeżył załamanie. Jest w złej kondycji psychicznej, świat mu się zawalił, a jego majątek ścigają komornicy – mówi nam jeden z biznesowych przyjaciół 44-latka.

Finansowe problemy Falenty związane są między innymi z długiem wobec rosyjskiej spółki KTK Polska, która na wspólnym interesie straciła 30 milionów złotych. Stąd komornik próbuje odebrać przedsiębiorcy nawet jego dom.

– Zaangażowaliśmy prawników, którzy przed sądami w Polsce i za granicą walczą o odzyskanie należności. Mamy prawomocne wyroki sądu i wszczęte postępowania komornicze. Próbujemy ściągać długi z jego majątku – przekazał w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Iwan Gepting, prezes spółki KTK Polska. Wierzycielami Falenty są również państwowe agencje, które finansowały część z jego około 30 przedsięwzięć zapewniających mu przez kilka lat miejsce na liście „100 najbogatszych Polaków”.

„Panie Prezesie, jest mi bardzo przykro”

Uciekając przed polskim więzieniem Marek Falenta napisał trzy listy do najważniejszych postaci w Polsce: prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego.

Treść dwóch pierwszych ujawniły media, między innymi „Gazeta Wyborcza” i portal OKO.press. Biznesmen pisał w nich, że chce ułaskawienia przez prezydenta i że złożył wniosek do prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, by zostać świadkiem koronnym. Zapowiadał, że ujawni kulisy podsłuchów polityków i przedsiębiorców w 2014 roku i szczegóły swojej współpracy przy tej sprawie z politykami PiS oraz agentami CBA.

„Panie Prezesie, jest mi bardzo przykro. Liczyłem, że wielka sprawa, do jakiej się przyczyniłem, zostanie mi zapamiętana i po wygranych wyborach załatwiona niejako z urzędu. Taka była obietnica panów z CBA” – napisał Falenta do Kaczyńskiego.

Chodzi mu o współpracę, jaką biznesmen nawiązał z dwoma agentami Centralnego Biura Antykorupcyjnego z wrocławskiej delegatury tej służby. Obaj po wyborach awansowali w służbie – jak informowaliśmy w tvn24.pl, jeden z nich został szefem największej delegatury tej służby specjalnej. Jeszcze bardziej niezwykły jest los drugiego agenta, z którym Falenta utrzymywał kontakt. Choć został przyłapany na organizowaniu miłosnych schadzek w delegaturze, a także był podejrzewany o przekazywanie tajnych informacji, to po wygranych przez PiS wyborach kary dyscyplinarne i sprawa prokuratorska zostały mu cofnięte. – Marek Falenta współpracował z CBA również po wygranych przez PiS wyborach – ujawnia nam jeden ze współpracowników skazanego w aferze podsłuchowej biznesmena.

– Przekazywał im dalsze taśmy, wykonywał polecenia operacyjne. Tak będzie brzmieć jego linia obrony w prokuraturze – podkreśla.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Śledczy badają nowy wątek w sprawie byłego rzecznika MON. Oferowanie pracy za seks?

Bartlomiej Misiewicz, assistant to Poland’s Defense Minister Antoni Macierewicz, speaks to the press prior to testifying before a party commission in Warsaw, Poland, Thursday, April 13, 2017. Misiewicz is at the center of a dispute between Jaroslaw Kaczynski, head of the ruling Law and Justice party, and Macierewicz, who has sparked the anger of the party chief by bestowing unusual privileges on his 27-year-old protege. (AP Photo/Alik Keplicz)

Wychodzą na jaw nowe wątki w sprawie Bartłomieja Misiewicza, nad którymi pochyla się prokuratura. Według środowej publikacji Gazety Wyborczej, śledczy badają wątek oferowania pracy za seks oraz niegospodarności przy zakupie Stoczni Marynarki Wojennej. Bartłomiej Misiewicz opuścił areszt tymczasowy w czwartek, po wpłaceniu 100 tysięcy złotych poręczenia majątkowego.

„Bardzo dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia i modlitwy. Jestem pewny, że udowodnię swoją niewinność przed Sądem. Tymczasem… carpe diem! Ps. Nazywam się Misiewicz, Bartłomiej Misiewicz. A nie Bartłomiej M.” – napisał na Twitterze.

Były rzecznik prasowy Ministerstwa Obrony Narodowej i najbliższy współpracownik Antoniego Macierewicza miał działać na szkodę polskiej Grupy Zbrojeniowej. Usłyszał zarzuty, grozi mu do 8 lat więzienia.

„Zabawiali się, przyjmując do pracy kandydatki”

Jak nieoficjalnie podała Gazeta Wyborcza, działania Bartłomieja Misiewicza są prześwietlane przez śledczych również pod innym kątem.  Prokuratura bada okoliczności jego spotkania ze Sławomirem Z. – działaczem PiS i prezesem PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna . Miało do niego dojść w Bełchatowie, w 2016 lub 2017 roku. Anonimowe źródło dziennikarzy GW twierdzi, że obaj przeprowadzali wówczas rekrutację. Jak czytamy w dzienniku, to właśnie wtedy Misiewicz i Sławomir Z. mieli proponować jednej z rekrutowanych kobiet pracę za seks.

– Panowie byli po alkoholu i zabawiali się, przyjmując do pracy kandydatki. Jednej z nich zaproponowali, że dostanie pracę w zamian za to, co w kodeksie karnym nazywane jest „innymi czynnościami seksualnymi”. Dziewczyna odmówiła a na dodatek złożyła skargę do prezesa PiS – relacjonuje osoba, które według Wyborczej zna kulisy sprawy.

Zarzuty

Bartłomiej Misiewicz według prokuratury miał wraz z byłym posłem PiS Mariuszem Antonim K. „powoływać się wspólnie i w porozumieniu na wpływy w instytucji państwowej i pośredniczyć w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tysięcy złotych”. Ponadto były rzecznik MON oskarżony jest także o przekroczenie uprawnień jako funkcjonariusz publiczny. W sprawie działania na szkodę Polskiej Grupy Zbrojeniowej, usłyszał zarzut dotyczący wyrządzenia spółce szkody w wysokości 491 964 złotych.

Misiewicz został osadzony w areszcie tymczasowym 30 stycznia bieżącego roku.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nowe fakty w sprawie brutalnego zabójstwa 9-miesięcznej Blanki z Olecka

Na jaw wychodzi coraz więcej faktów na temat bestialskiego zabójstwa 9-miesięcznej Blanki z Olecka (woj. warmińsko-mazurskie). O dokonanie potwornej zbrodni podejrzani są rodzice dziewczynki. Czy tragedii można było uniknąć? Jak ustalił Fakt24.pl, dyrektorka Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Olecku wnioskowała o odebranie dziecka rodzicom, jednak kiedy doszło do rozprawy, miała zmienić zdanie.

Zabójstwo 9-miesięcznej zaledwie Blanki było nieprawdopodobnie okrutne. Wyniki sekcji zwłok dziewczynki wykazały, że niemowlę zostało uderzone tępym narzędziem w głowę, okolice szyi i klatki piersiowej z taką siłą, że żebro przebiło jej serduszko. 9-miesięczna Blanka doznała krwotoku wewnętrznego i uszkodzenia mózgu.

Nie wiadomo, czym dokładnie została uderzona dziewczynka. Mógł to być młotek lub wałek. Z ustaleń śledczych wynika także, że dziecko zostało brutalnie wykorzystane seksualnie. O dokonanie tej makabrycznej zbrodni podejrzana jest matka Blanki Anna W. (37 l.) i ojciec dziecka Grzegorz W. (45 l.).

Kto popełnił błąd?

Policja zatrzymała rodziców, a śledczy zaczęli ustalać przerażające fakty z krótkiego i bolesnego życia Blanki. Jak udało nam się dowiedzieć, mama dziewczynki nie pracowała, miała problem z alkoholem i narkotykami. Ojciec dziecka był zatrudniony w tartaku. Anna W. ma jeszcze trójkę dzieci z dwoma poprzednimi partnerami, zaś mała Blanka miesiąc po urodzeniu została zabrana rodzicom przez sąd rodzinny i umieszczona w rodzinie zastępczej. Jednak w marcu 2019 roku wróciła do domu rodzinnego, a nadzór nad rodziną sprawował kurator.

Jak udało nam się ustalić, dyrektorka Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Olecku wnioskowała o odebranie dziecka rodzicom, jednak kiedy doszło do rozprawy miała zmienić zdanie. Dlaczego?

– Wszyscy teraz zadajemy sobie pytanie czy można było uniknąć tragedii – mówi Anna Świderska, kierownik Działu Pomocy Dziecku i Rodzinie z PCPR w Olecku, która zastępuje dyrektorkę. – Do naszych zadań należy zapewnienie dziecku opieki, więc umieściliśmy je rodzinie zastępczej. Wspieramy też rodzinę zastępczą i nawet byliśmy zaskoczeni, że Blanka wróciła do matki biologicznej. My wnioskowaliśmy o ograniczenie władz rodzicielskich rodziców. Był to dla nas duży szok, gdy usłyszeliśmy, co się stało i dalej nie możemy się z niego otrząsnąć – podkreśla.

Oświadczenie policji

Okazuje się, że o powrocie Blanki do rodzinnego domu nie wiedzieli funkcjonariusze policji. – Uprzejmie informuję, że to z inicjatywy policji dziecko w listopadzie ubiegłego roku zostało odebrane rodzicom. Związane było to w podejmowanymi interwencjami w stosunku do rodziców dziewczynki oraz okolicznościami, w jakich do nich dochodziło. O sytuacji informowaliśmy zarówno sąd jak i inne instytucje. Policja nie otrzymała informacji, że decyzją sądu dziecko wróciło do rodziców, nie znamy uzasadnienia tej decyzji, jednakże w ostatnim czasie nie było zgłaszanych interwencji policyjnych w stosunku do tej rodziny – oświadczył kom. Krzysztof Wasyńczuk, rzecznik Komendanta Wojewódzkiego Policji w Olsztynie.

Zabójstwo Blanki w Olecku

Przypomnijmy. W piątek, 21 czerwca, funkcjonariusze zostali wezwani do jednego z mieszkań w Olecku – niewielkiej miejscowości na Warmii i Mazurach. Na ratunek 9-miesięcznej Blance było już jednak za późno. Dziewczynka nie żyła. Policja zatrzymała rodziców dziecka. Obydwoje usłyszeli już zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem i trafili za kraty na trzy miesiące.
Źródło info i foto: Fakt.pl