Otto Warmbier, więziony w KRLD zmarł z powodu urazu głowy

Amerykański student Otto Warmbier, który był więziony w KRLD od stycznia 2016 r. do czerwca b.r., kiedy to w stanie śpiączki został przywieziony do USA, zmarł z powodu urazu, jaki odniósł przed rokiem – orzekł w środę koroner hrabstwa Hamilton, John Hatfield.

Bezpośrednią przyczyną zgonu było niedotlenienie i niedokrwienie mózgu, wywołane niewyjaśnionym urazem głowy, do jakiego doszło przed rokiem – zaznaczył Hatfield w swym orzeczeniu. Warmbier przebywał wówczas w obozie pracy w Korei Płn.
 
Do podobnych wniosków doszedł zespół dochodzeniowy, który podobnie jak cytowany koroner również nie potwierdził w swym raporcie podejrzenia, że student Uniwersytetu Wirginii został otruty jadem kiełbasianym bądź z użyciem medykamentów.

W orzeczeniu nie ma wzmianki o torturach
 
Jak zaznacza agencja Reutera, zgodnie z życzeniem rodziny nie przeprowadzono szczegółowej sekcji, a tylko autopsję ciała Warmbiera, już po jego śmierci, jaka nastąpiła w Wyoming w stanie Ohio, po powrocie z Korei Płn.
 
Orzeczenie koronera hrabstwa Hamilton nie zawiera wzmianki o torturach.
 
We wtorek – jak przypomina Reuters – prezydent USA Donald Trump oskarżył Pjongjang o „niewyobrażalne torturowanie” amerykańskiego studenta Otto Warmbiera. Była to reakcja na wyemitowany przez telewizję Fox News wywiad z rodzicami zmarłego studenta. Powiedzieli, że ich syn był w Korei Północnej „torturowany i umyślnie raniony przez terrorystów”.
 
„Wspaniały wywiad (…) z rodzicami Ottona Warmbiera: 1994-2017” – ocenił w tweecie prezydent.

Zakaz podróży do Korei Północnej
 
Agencja AFP podkreśla, że po raz pierwszy któryś z przedstawicieli amerykańskich władz publicznie oświadczył, że student ten był w Korei Północnej torturowany.
 
22-letni Warmbier pojechał na wycieczkę do Korei Północnej pod koniec 2015 roku. Został tam aresztowany i skazany na 15 lat w obozie pracy za próbę zabrania propagandowego plakatu, który wisiał w jego hotelu. W czerwcu 2017 r. został on w stanie śpiączki przetransportowany do USA i parę dni po przylocie do kraju zmarł. Władze Korei Północnej zaprzeczyły, jakoby jego stan spowodowany był torturami.
 
Jego śmierć doprowadziła do jeszcze większego wzrostu napięć na linii Waszyngton-Pjongjang. W związku ze zdarzeniem Departament Stanu zakazał Amerykanom podróży do Korei Północnej; władze mogą unieważnić paszport każdego Amerykanina, który zakaz złamie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Śmierć Polaka w winnicy koło Lyonu. Obóz pracy w winnicy w Saint-Etienne-des-Oullieres?

Polak umierał, Francuz powtarzał „pracować”! Tak według polskich pracowników sezonowych można streścić szokujące wydarzenie w winnicy w Saint-Etienne-des-Oullieres koło Lyonu. Część z nich alarmuje, że trafili do istnego „obozu pracy” we Francji.

Polacy, którzy pracują w winnicy w Saint-Etienne-des-Oullieres koło Lyonu, powiedzieli naszemu dziennikarzowi Markowi Gładyszowi, że w czasie wielkich upałów właściciele nie zapewnili im odpowiedniej ilości wody do picia.

Mężczyzna z Grudziądza, który cierpiał m.in. na problemy z sercem, poczuł się bardzo źle. Polacy, którzy z nim pracowali, mieli komórkę i próbowali wezwać pogotowie ratunkowe. Nie znali jednak francuskiego.

Ojciec właściciela winnicy wziął ten telefon i po prostu go wyłączył. Rozłączył połączenie dwa razy. Człowiek umierał, był już nieprzytomny – a on krzyczał do nas: „Pracować! Pracować!”. Krzyczał po polsku, bo nauczył się tego słowa w naszym języku. Wyjaśnił nam, że mamy dalej pracować, bo zostało jeszcze 20 minut do końca roboczego dnia. Później właściciel winnicy tłumaczył nam, że jego ojciec, który jest w podeszłym wieku, nie pomógł wezwać pogotowia ratunkowego, bo nie potrafi posługiwać się telefonem. Takie usłyszeliśmy wyjaśnienie – opowiadają zszokowani Polacy pracujący w tej winnicy.

Przyznają, że nie można wprawdzie wykluczyć, iż Francuz w podeszłym wieku nie zdawał sobie sprawy, że ktoś umiera. Z drugiej jednak strony widział, że jeden z pracowników bardzo źle się poczuł.

Współwłaścicielka winnicy w Saint-Etienne-des-Oullieres zapewnia, że jej teść wcale nie odmówił udzielenia pomocy. Jej zdaniem po prostu nie rozumiał, co się dzieje.

On ma problemy ze słuchem, a do tego pewnie nie rozumiał, co do niego mówiono. Sami jesteśmy wstrząśnięci śmiercią Polaka. Lekarz z pogotowia ratunkowego powiedział nam jednak, że chodziło o osobę, która miała cukrzyce i problemy z sercem – a więc ten człowiek nie powinien w ogóle pracować w słonecznym żarze przy winobraniu. My o tym nie wiedzieliśmy. Mój mąż widział już wcześniej, innego dnia, że ten mężczyzna źle się czuł. Zaproponował mu, by poszedł odpocząć, ale Polak nie chciał. Z wezwaniem pogotowia nie było jednak żadnego problemu. Mój mąż był na miejscu, kiedy ta osoba znowu się źle poczuła i on od razu zadzwonił po pogotowie – twierdzi żona właściciela winnicy w rozmowie w korespondentem RMF FM Markiem Gładyszem.

Polacy przedstawiają nieco inną wersję przebiegu wydarzeń. Twierdzą, że kiedy pracownik, który później zmarł, źle się poczuł – właściciela nie było w winnicy.

Jego na polu nie było. Zanim przyjechał, mogło minąć 20 czy nawet 25 minut. Trudno powiedzieć, może minęło mniej czasu. Kiedy zajechał, podniosło się larum i dopiero wtedy on zadzwonił po pogotowie – tłumaczą pracownicy.

Podkreślają, że nawet w czasie największych upałów właściciel nie zapewniał wystarczającej ilości wody do picia dla wszystkich. Mówią, że w dniu tragedii wody zabrakło m.in. właśnie dla mężczyzny, który zmarł.

Wody zabrakło dla wszystkich i m.in. on tej wody nie dostał. W tym dniu był bardzo duży upał. W słońcu było na pewno ponad 40 stopni. Może 35. Nie było żadnego cienia. Nie było nigdzie ani zadaszenia, ani drzew – tłumaczą polscy pracownicy.

Nie można powiedzieć, że wody brakowało. Pracownicy mogą pić co 20 minut. Mój mąż przywozi regularnie baniaki z zimną wodą – zapewnia natomiast współwłaścicielka winnicy. Tłumaczy, że często chodzi o baniaki z lodem. Lód się topi i dzięki temu woda do picia jest bardzo zimna i orzeźwiająca.
Źródło info i foto: RMF24.pl

87-letnia Ursula Haverbeck skazana w Niemczech za negowanie Holocaustu

87-letnia Ursula Haverbeck została skazana na osiem miesięcy więzienia. Taki wyrok zapadł przed sądem w Detmold w Niemczech. Kobieta od lat kwestionuje Holocaust – utrzymuje, że Auschwitz był zaledwie obozem pracy, a nie zagłady. Ursula Haverbeck z Vlotho trafi do więzienia za notoryczne negowanie Holocaustu. 78-latka, nazywana przez niemieckie media Nazi-Oma, czyli „babcią-nazistką”, pozostanie w zamknięciu przez osiem miesięcy.

Prawicowa ekstremistka została skazana za twierdzenie, że obóz koncentracyjny Auschwitz był obozem pracy, i że nie ginęli tam ludzie. Po ogłoszeniu wyroku, Haverbeck opuściła gmach sądu z uśmiechem na twarzy i przy wtórze oklasków około 40 zgromadzonych na miejscu swoich sympatyków.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Polski obóz pracy dla Polaków w Wielkiej Brytanii

Około stu Polaków skoszarowanych, monitorowanych, pracujących 16 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu. Informacja o „obozie pracy” w Wielkiej Brytanii nie wyszłaby na jaw, gdyby jeden z Polaków nie uciekł i nie zawiadomił policji. Cztery osoby zostały zatrzymane. Mogą trafić do więzienia na 15 lat. Wyjazd do Wielkiej Brytanii miał dać im dobra pensję i posadę. Mężczyźni chcieli zarobić na lepsze życie w Polsce, a tymczasem trafili w ręce gangu handlującego ludźmi. „Obóz” był prowadzony przez Polaków – dla Polaków. Praca polegała na rozbiórce londyńskiej hali po drukarni. Robotnicy spali na terenie budowy. Pracowali siedem dni w tygodniu, kilkanaście godzin dziennie. Również w nocy. Żródło info i foto: tvn24.pl

4 osoby przed sądem w sprawie obozu pracy w Anglii

Członkowie gangu, którzy w Anglii zmuszali Polaków, Rumunów i Brytyjczyków do niewolniczej pracy staną przed sądem w Luton. To rodzina Romów z Irlandii, czterech mężczyzn i kobieta. Wszyscy usłyszeli zarzuty. Kobietę z powodu jej zaawansowanej ciąży zwolniono. Przed sądem stanie po porodzie. Dramat 24 mężczyzn z miasteczka pod Luton skończył się w niedzielę, kiedy z rąk gangu odbiła ich policja. Wśród więzionych było trzech Polaków, Rumuni i Brytyjczycy. Jeden z nich miał 17 lat. Szajka werbowała bezrobotnych i bezdomnych do prac drogowych, obiecując wyżywienie, dach nad głową i 80 funtów tygodniowo. W rzeczywistości robotnicy byli głodzeni, poniżani, bici i zmuszani do pracy ponad siły. Niektórzy w przymusowym obozie pracy spędzili 15 lat. Mężczyźni są w stanie totalnego wyczerpania pod opieką lekarzy. Żródło info i foto: zetnews.pl

Lech Kaczyński potępia kradzież tablicy z Oświęcimia

Policja wyznaczyła pięć tysięcy nagrody za pomoc w odzyskaniu tablicy z napisem „Arbeit macht frei”, która zniknęła z bramy muzeum Auschwitz-Birkenau. Funkcjonariusze uważają, że kradzież była profesjonalnie przygotowana. Prezydent kradzieżą jest „wstrząśnięty i oburzony”. – „Skradziono symbol cynizmu i okrucieństwa hitlerowskich oprawców oraz męczeństwa ich ofiar” – napisał w specjalnym oświadczeniu prezydent. Na profesjonalnie przygotowaną kradzież wskazuje kilka rzeczy. Złodzieje (co najmniej dwie, trzy osoby) wiedzieli, gdzie są kamery monitoringu, znali też zwyczaje strażników. Żródło info i foto: tvn24.pl