Opoczno: 31-latek zasztyletowany na jednej z ulic. 15-latek odpowie za zbrodnię jak dorosły

31-letni mężczyzna został zasztyletowany na jednej z ulic Opoczna. Sprawca uciekł z miejsca zdarzenia, a konającego mężczyznę znalazł znajomy. Mimo że natychmiast wezwał karetkę, poszkodowanego nie udało się uratować. Zmarł w opoczyńskim szpitalu. Policjanci w dobę rozwikłali zagadkę zabójstwa i ujęli sprawców.

Dramatyczne sceny rozegrały się 7 stycznia. Około godz. 19.30 na jednej z opoczyńskich ulic konającego na chodniku mężczyznę znalazł jego znajomy. Mimo, że natychmiast wezwał pomoc, kolegi nie udało się uratować. Zmarł po przewiezieniu do szpitala. Policjanci zaczęli zbierać dowody zbrodni i powoli rozwikływać zagadkę.

Po nitce do kłębka

– Analizą sprawy zajęli się kryminalni z opoczyńskiej policji. Skrupulatnie kompletowali materiał dowodowy, który z każdą chwilą przybliżał ich do rozwikłania okoliczności zbrodni. Docierali do świadków i zaczęli wiązać ofiarę z trojgiem mieszkańców Opoczna. Mozolna praca policjantów przyniosła efekty. Już w niecałą dobę od zgłoszenia funkcjonariusze zatrzymali podejrzanych o udział w zabójstwie – przekazała asp.szt. Barbara Stępień z Komendy Powiatowej Policji w Opocznie.

Udało się ustalić, że zabójstwo było wynikiem kłótni i szarpaniny, do jakich doszło pomiędzy 31-latkiem, a 44-letnim mężczyzną. Starszy ugodził nożem młodszego, a następnie wsiadł do samochodu i odjechał. Świadkowie zdarzenia – 34-letnia konkubina sprawcy oraz jego 15-letni kuzyn – odjechali wraz z nim nie udzielając pomocy ofierze.

Sprawca był wielokrotnie karany

44-latek wcześniej był wielokrotnie karany za różnego rodzaju przestępstwa w tym m. in spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Mężczyzna słyszał już zarzut zabójstwa, a jego partnerka oraz 15-latek zostali oskarżeni o pomocnictwo w zbrodni.

– Nieletni będzie odpowiadał jak osoba dorosła. Do czasu rozprawy osadzony zostanie schronisku dla nieletnich. Sprawcy natomiast grozi kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności – tłumaczy rzecznik opoczyńskiej komendy.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zatrzymano podejrzanego o napad na taksówkarza

Wczoraj dzięki błyskawicznie podjętym działaniom przez kryminalnych z komisariatu na Targówku wspieranych przez operacyjnych z komendy na Pradze Północ i funkcjonariuszy oddziałów prewencji policji zatrzymano podejrzanego o napad na taksówkarza. 36-latek, grożąc poszkodowanemu przedmiotem przypominającym broń, skradł mu m.in. telefon komórkowy i gotówkę. Mężczyźnie nic się nie stało. Na dzisiaj śledczy zaplanowali dalsze czynności procesowe z zatrzymanym.

Wczoraj po południu w okolicy ul. św. Wincentego doszło do rozboju na taksówkarzu. Pasażer taksówki zastraszył poszkodowanego przedmiotem przypominającym broń i okradł go, a następnie uciekł z miejsca. Napadniętemu mężczyźnie nic się nie stało.

Kryminalni z Targówka przeprowadzili błyskawiczne działania. W akcji wzięło udział kilkudziesięciu policjantów, w tym operacyjni z komendy na Pradze Północ i funkcjonariusze z oddziałów prewencji policji. Do poszukiwań użyto również psa tropiącego. Zorganizowane działania przyniosły oczekiwany skutek.

Zaledwie godzinę po otrzymaniu informacji o zdarzeniu, w okolicy Lasu Bródnowskiego kryminalni zatrzymali 36-letniego mieszkańca Warszawy. Mężczyzna nie stawiał oporu. Mundurowi zabezpieczyli od niego pistolet gazowy.

Dzisiaj śledczy będą wykonywali dalsze czynności procesowe z jego udziałem.
Źródło info i foto: Policja.pl

Szwecja: Prokuratura domaga się ekstradycji Juliana Assange z Wielkiej Brytanii

Szwedzka prokuratura poinformowała w poniedziałek, że wznawia śledztwo przeciwko założycielowi demaskatorskiego portalu WikiLeaks Julianowi Assange’owi w związku z oskarżeniem o gwałt i wystąpi o jego ekstradycję z Wielkiej Brytanii.

Prokurator Eva-Marie Persson powiedziała na konferencji prasowej, że zamierza kontynuować i zakończyć wstępne śledztwo, które zostało umorzone w 2017 roku bez postawienia zarzutów. Prokuratura ma wkrótce wydać europejski nakaz aresztowania.

Sprawa Assange’a także w USA

W kwietniu Assange, przebywający od siedmiu lat w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, został aresztowany przez brytyjskie władze. Obecnie odsiaduje on wyrok 50 tygodni więzienia za uchylanie się od stawienia przed brytyjskim sądem.

Ekstradycji Assange’a domagają się też Stany Zjednoczone, które oskarżają go o spiskowanie w celu zdobycia dostępu do komputerów z tajnymi danymi rządowymi, za co grozi mu maksymalnie pięć lat więzienia, ale jak się przypuszcza, resort sprawiedliwości USA może mu postawić dodatkowe zarzuty.

To oznacza, że brytyjski wymiar sprawiedliwości będzie musiał zdecydować, czy i który z wniosków o ekstradycję uwzględni. „Jestem świadoma faktu trwającej w USA procedury ekstradycyjnej i że może on (Assange) zostać przekazany do USA” – oświadczyła Persson.

Jak powiedział agencji Reutera Nick Vaoms, prawnik z kancelarii Peters & Peters, który w przeszłości był szefem departamentu ekstradycji w Koronnej Służbie Prokuratorskiej, spodziewa się on, że priorytet będzie miał szwedzki wniosek.

Tymczasem redaktor naczelny portalu WikiLeaks Kristinn Hrafnsson oświadczył, że wznowienie śledztwa przeciwko Assange’owi „da Julianowi szansę, by oczyścić swoje nazwisko”. Ocenił też, że prokurator Persson znajduje się pod „silną polityczną presją”, aby wznowić śledztwo, a sprawa od początku była prowadzona w niewłaściwy sposób.
Źródło info i foto: interia.pl

Warszawa: Małżeństwo odpowie za zabójstwo

Kryminalni z Bielan współpracując z żoliborską prokuraturą zatrzymali małżeństwo podejrzane o dokonanie zabójstwa. W sprawie zostało wszczęte śledztwo. Sąd rejonowy zastosował wobec podejrzanych środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania. 35-letnia kobieta i 34-letni mężczyzna trafili na 3 miesiące do aresztu. Za to przestępstwo może im grozić kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności.

Policjanci z Bielan kilka dni temu zostali poinformowani, że niedaleko ogródków działkowych przy ulicy Doryckiej leży mężczyzna nie dający oznak życia. Pod wskazany adres natychmiast wysłano policyjną załogę. Funkcjonariusze na miejscu ujawnili ciało mężczyzny. O zdarzeniu powiadomiono prokuratora rejonowego. Do pracy natychmiast przystąpiła grupa dochodzeniowo-śledcza, która zabezpieczyła miejsce zdarzenia oraz dokonała szczegółowych oględzin.

W tym samym czasie policjanci ustalali osoby, które mogły mieć związek z przestępstwem, przesłuchiwali świadków i weryfikowali spływające na bieżąco informacje. Z zebranych materiałów wynikało, że bezpośredni udział z tym zdarzeniem mogła mieć 35-letnia kobieta i 34-letni mężczyzna. Małżeństwo zostało zatrzymane przez bielańskich kryminalnych.

Zebrany materiał dowodowy pozwolił na postawienie obojgu zarzutów zabójstwa. Wobec mężczyzny i kobiety sąd, na wniosek prokuratury zastosował 3-miesięczny tymczasowy areszt. Za popełnione przestępstwo małżeństwu może grozić kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

30-latek z Sosnowca odpowie za atak na ratowników medycznych

Trzy lata więzienia grożą 30-latkowi z Sosnowca za napaść na ratowników medycznych i uniemożliwienie udzielenia pomocy choremu, do którego wezwano karetkę. Ze statystyk pogotowia wynika, że do tego typu incydentów, gdzie ofiarami są ratownicy, dochodzi coraz częściej.

O ataku na ratowników, do którego doszło wieczorem przed blokiem mieszkalnym w sosnowieckiej dzielnicy Pogoń, poinformował w sobotę zespół prasowy śląskiej policji. Pogotowie zostało wezwane do potrzebującego pomocy mężczyzny.

Na miejsce pojechał zespół ratownictwa medycznego, jednak zanim ratownicy dotarli do chorego, przed blokiem zostali zatrzymani przez nietrzeźwego i agresywnego mężczyznę, który stanął przed karetką i uniemożliwiał przejazd. Pobudzony 30-latek, poproszony o zejście z drogi, zaczął wyzywać obsługę karetki, szarpać ratownika i kopać samochód.

Napadnięci ratownicy wezwali drugą załogę, by udzieliła pomocy oczekującemu na ich przyjazd pacjentowi, a sami powiadomili policję. Na miejsce przyjechał patrol, który zatrzymał napastnika. Badanie trzeźwości wykazało w jego organizmie blisko 1,5 promila alkoholu. 30-latek spędził noc w areszcie, a rano usłyszał zarzuty naruszenia nietykalności funkcjonariusza publicznego.

Choć ratownik medyczny w świetle prawa jest funkcjonariuszem publicznym i za naruszenie jego nietykalności można trafić do więzienia na 3 lata, statystyki wskazują, iż w woj. śląskim liczba ataków na interweniujących pracowników pogotowia stale rośnie. Według danych Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego, w 2015 r. doszło do co najmniej czterech takich przypadków, w roku 2016 było już 17 takich zdarzeń, a w ubiegłym roku odnotowano ich około 20.

Także w tym roku doszło do ataków na ratowników. Np. w lipcu 30-letni nietrzeźwy mężczyzna zaatakował ratowników medycznych niosących pomoc jego partnerce w Jastrzębiu-Zdroju. Napastnik wyzywał sanitariuszy, szarpał ich i groził im śmiercią. Nie reagował na polecenia interweniujących policjantów, twierdząc, że „nie podda się bez walki”.

Dyrektor największej struktury pogotowia ratunkowego w Polsce – Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach – Artur Borowicz wspominał wówczas przypadki obrzucania kamieniami karetek jadących na sygnale, niszczenia sprzętu niosącym pomoc ratownikom czy ich opluwania. Podkreślał, że takich zachowań nie można pozostawić bez kary. „Ratownik musi się czuć bezpiecznie, gdy udziela pomocy drugiemu człowiekowi” – mówił dyrektor.

Jesienią 2017 roku kilkudziesięciu ratowników z Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach podczas specjalnego szkolenia uczyło się, jak postępować z agresywnymi pacjentami lub osobami z ich otoczenia – rad udzielał im policyjny ekspert. Podkreślano, że każdy atak na ratownika trzeba zgłaszać na policję.

Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe w Katowicach jest największą strukturą pogotowia w Polsce. Obsługuje obszar zamieszkany przez prawie 3 mln osób.
Źródło info i foto: RMF24.pl

26-latek pociął młodym kobietom twarze. Przed sądem odpowie za usiłowanie zabójstwa

26-latek w centrum Katowic rzucił się z rozbitą butelką na dwie młode kobiety, trwale oszpecając im twarz. Zgodnie z aktem oskarżenia, Sebastianowi K. grozi teraz nawet dożywocie, bowiem prokurator potraktował sprawę jak usiłowanie zabójstwa.

Do zdarzenia doszło nocą z 31 marca na 1 kwietnia. Napastnika udało się zatrzymać dopiero pod koniec maja. – Po imprezie czekaliśmy na przystanku na autobus. Podszedł do nas jeden z trzech facetów, spytał o ogień. To była zaczepka, bo przecież palił papierosa. W końcu bezczelnie objął moją koleżankę. Powiedział do niej „ty idziesz ze mną”. Wtedy w jej obronie stanął kolega. I się zaczęło… Bandyta w szarej kurtce wściekł się, rzucił w kolegę kebabem. Rozpoczęła się bójka – relacjonowała 18-letnia Ewelina w rozmowie z „Fakt24.pl”.

Finałem awantury było to, jak Sebastian K. stłukł szklaną butelkę i rzucił się na młode kobiety. Te doznały głębokich ran, głównie twarzy. Napastnikowi został postawiony zarzut usiłowania zabójstwa i równocześnie spowodowanie trwałego zeszpecenia u jednej z pokrzywdzonych oraz spowodowanie obrażeń ciała u drugiej. Grozi mu nawet dożywocie. – Sebastian K. odpowie także za pobicie z użyciem niebezpiecznego narzędzia – w postaci rozbitej butelki – dwóch mężczyzn, którzy byli znajomymi pokrzywdzonych kobiet – mówiła Marta Zawada-Dybek, rzecznik prasowy Prokuratory Okręgowej w Katowicach.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

26-latek odpowie za znęcanie się nad trzema dziewczynkami

Trzy dziewczynki w wieku 10 miesięcy, 4 i 5 lat padły ofiarami znęcania się 26-letniego konkubenta swojej matki. Nad niespełna rocznym dzieckiem mężczyzna znęcał się ze szczególnym okrucieństwem – doznało ono m.in. złamania ręki i nogi, a także oparzeń od papierosa. 26-latkowi, którego właśnie oskarżyła łódzka prokuratura, grozi do 10 lat więzienia.

Według ustaleń prokuratury, mężczyzna, który od połowy 2015 r. był w związku z matką dziewczynek, zaczął znęcać się nad dziećmi niedługo potem. Śledczy twierdzą, że dziewczynki były bite po całym ciele, szarpane a także zastraszane za pomocą krzyków i wulgaryzmów. Ofiarą szczególnie drastycznej przemocy miało paść najmłodsze dziecko, które w okresie kilkunastu dni zostało wielokrotnie dotkliwie pobite. Ślady na ciele niespełna rocznej dziewczynki wskazują, że była ona najprawdopodobniej szarpana, popychana, bita, ciągnięta za uszy. Ślady oparzeń na brodzie i rączce wskazują, że dziewczynka mogła być przypalana zapalniczką i papierosem. Jedno z pobić doprowadziło do złamania nóżki, inne – do złamania ręki.

Według biegłego sądowego sporządzającego opinię w tej sprawie, obrażenia stwierdzone u dziecka pozwalają sądzić, że stosowanie przemocy miało miejsce przez dłuższy czas.

Zawiadomienie o możliwości stosowania przemocy wobec dziecka złożył członek zespołu pogotowia ratunkowego, które w marcu tego roku udzielało dziewczynce pomocy medycznej, gdy miała złamaną rączkę. Wtedy też niemowlę przewiezione zostało do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.
Żródło info i foto: wp.pl

„Diablica ze Stalowej” odpowie za zabójstwo koleżanki

Ta zbrodnia poruszyła nawet największych praskich oprychów. Na osławionej ul. Stalowej, Magdalena M. poderżnęła gardło swojej koleżance. Chciała wyrównać rachunki osobiste, przy okazji zarobić parę groszy. Po zbrodni, M. podpaliła w dwóch miejscach mieszkanie, aby zatrzeć ślady. Uciekła zamykając drzwi, wiedząc, że w lokalu śpią dzieci zamordowanej: ośmioletnia Oliwia i jej roczny brat Norbert. Dzisiaj stanie przed sądem oskarżona o potrójne morderstwo.

Warszawska ul. Stalowa ma opinię, miejsca, w którym lepiej nie pokazywać się ni tylko po zmroku, ale czasem nawet w dzień. Była ważnym elementem tzw. tzw. trójkąta bermudzkiego wyznaczonego umownie przez ulice 11 listopada, Szwedzką i właśnie Stalową. Przez cały PRL i część III RP uchodziła za miejsce bezpieczne właściwie tylko dla „miejscowych”.

I choć stołeczna Praga się zmienia, a lokalny folklor Pragi wypierają pracownie artystyczne czy modne knajpki i kluby, to wciąż jest to miejsce przeklęte. Ale to, co wydarzyło się w nocy z 1 na 2 listopada 2015 r. w jednym z budynków na Stalowej, wzburzyło nawet lokalnych rzezimieszków, którzy jedli chleb z niejednego więziennego pieca.

Kłótnia i zbrodnia

32-letnia Magdalena M. była doskonale znana policjantom. W czerwcu 2015 r. została zatrzymana, po tym jak napadła na jeden z salonów gier na warszawskiej Pradze. Grożąc nożem pracownicy salonu, zabrała dwa telefony. Szybko wpadła, ale wtedy odegrała przed funkcjonariuszami rolę nieszczęsnej kobiety, zmuszonej do przestępstwa przez złego partnera. M. odzyskała wolność, a rzekomy podżegacz wylądował w areszcie. Z 27-letnią Pauliną L., łączyły Magdalenę wspólne biznesy: sprzedawały m.in. pańską skórkę. Starsza kobieta miała się także spotykać z jednym z byłych partnerów, młodszej koleżanki.

Wiadomo, że Magda przyszła do Pauliny 1 listopada ok. godz. 22 lub 23, ponoć pod pretekstem rozliczenia się za sprzedane rzeczy. To, co, dokładnie wydarzyło się w mieszkaniu, prawdopodobnie będzie wiadomo dopiero w czasie procesu. Pewne jest, że po jakimś czasie Magdalena M. chwyciła nóż i zaczęła uderzać nim Paulinę w szyję. Potem poderżnęła rannej gardło. W tym czasie, w drugim pomieszczeniu spały dzieci gospodyni: ośmioletnia Oliwia i roczny Norbert.

Nie miały szans

Po zbrodni, M. zabrała z mieszkania ok. 1,5 tys. zł w gotówce, dwa telefony, oraz biżuterię. Ściągnęła nawet pierścionki z palców zabitej koleżanki. Gdyby tylko na tym poprzestała, być może nie naraziłaby się na spędzenie reszty życia w więzieniu. Ot, nadużywająca narkotyków młoda kobieta, która zabija koleżankę. Mimo brutalność mordu, to jednak zbrodnia, jakich w Polsce wiele.

Ale Magdalena M. miała inne plany. W dwóch miejscach mieszkania rozlała łatwopalną substancję i podłożyła ogień. Chciała zatrzeć ślady zbrodni. Szczelne okna i drzwi w mieszkaniu, przyczyniły się do stłumienia ognia i wytworzenie dużej ilości dymu, który zabił śpiące dzieci. Wiele wskazuje na to, że Norbert i Oliwia zginęli we śnie. Gdyby jednak się przebudzili w czasie pożaru, nie mieli szans na ratunek. Okna były zakratowane, a drzwi zamknięte od zewnątrz.

Ok. godz. 1.15 w poniedziałek 2 listopada, na ul. Stalowej 38 pojawili się strażacy. Ktoś z mieszkańców budynku zawiadomił ich o smrodzie dymu. Strażacy nie wyczuli jednak swądu i nie znaleźli też śladów pożaru, więc odjechali. Kolejny raz zostali wezwani w przed godz. 15. Przyjaciel gospodyni zaniepokoił się, że nie otwiera i próbował dostać się do mieszkania przez okno. Zauważył wydobywający się dym i wezwał straż. Strażacy odkryli wówczas zwłoki kobiety i jej dzieci.

Bez przebaczenia

Magdalena M., już po zatrzymaniu przyznała się do zamordowania Pauliny L. i szczegółowo opisała całą zbrodnię. Przekonywała jednak, że nie chciała śmierci dzieci. Prokuratura nie dała wiary jej wyjaśnieniom. – Magdalena M. została oskarżona o to, że w nocy z 1 na 2 listopada 2015 r. w Warszawie, działając w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia Pauliny L. i w związku z dokonanym rozbojem, zadała jej liczne rany cięte szyi skutkujące śmiercią pokrzywdzonej (…), a następnie działając w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia dzieci pokrzywdzonej i w celu zatarcia śladów przestępstwa, używając ropopochodnej substancji, podłożyła ogień w mieszkaniu (…), po czym je opuściła zamykając drzwi na klucz, wskutek czego doszło do pożaru i śmierci dzieci pokrzywdzonej w wyniku zatrucia tlenkiem węgla. Podejrzana w chwili czynu była poczytalna i może brać udział w postępowaniu karnym – ogłosiła prokuratura w lipcu 2016 r., po skierowaniu do sadu aktu oskarżenia przeciwko M.

„Diablicy ze Stalowej”, bo tak mówili o niej wstrząśnięci mieszkańcy Pragi, grozi dożywocie. Mieszkańcy praskiego „trójkąta bermudzkiego” przekonują, że dla M. będzie lepiej, jeżeli zostanie w więzieniu do końca życia. – Tu nikt jej nie wybaczy tych dzieciaczków – mówi jeden z mieszkańców Stalowej.
Żródło info i foto: TVP.info

Były policjant Marek G. przed sądem za zabójstwo żony

B. policjant z Sosnowca Marek G. odpowie wkrótce przed sądem za zabójstwo żony Anny. Sprawa ma charakter poszlakowy – ciała kobiety nie znaleziono. Sam oskarżony twierdzi, że żona po kłótni opuściła dom i zerwała kontakt.

Informację o skierowaniu aktu oskarżenia w tej sprawie przekazała w środę PAP rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Katowicach Marta Zawada-Dybek. Według ustaleń śledztwa, do zbrodni doszło 7 lipca 2012 roku w Czeladzi. Poza zabiciem żony Marek G. odpowie przed sądem także za usiłowanie podżegania świadka w tej sprawie do składania fałszywych zeznań.

„Mężczyzna będący funkcjonariuszem policji, oskarżony również został o przestępstwa związane z przekroczeniem uprawnień, poprzez sprawdzanie w policyjnych rejestrach, bez podstawy prawnej, danych dotyczących osób trzecich. Czyny te nie mają związku z samym zarzutem zabójstwa” – zaznaczyła prok. Zawada-Dybek.

Po tym jak 9 lipca 2012 r. Marek G. zgłosił zaginięcie żony, kobiety poszukiwali policjanci z Czeladzi i Będzina. 3 grudnia 2012 roku zostało wszczęte śledztwo w tej sprawie. We wrześniu ub.r., na polecenie prokuratora, zatrzymano męża poszukiwanej. Usłyszał on zarzut zabójstwa żony.

„Sprawa ma charakter poszlakowy. Do chwili obecnej nie odnaleziono ciała pokrzywdzonej. Zebrane w sposób skrupulatne dowody zdaniem prokuratury wskazują na to, iż Anna G. została pozbawiona życia przez męża, który następnie zgłosił jej zaginięcie” – powiedziała Zawada-Dybek.
„Żona opuściła mieszkanie i urwała kontakt”

W śledztwie przesłuchano 182 świadków. W akcie oskarżenia złożony został wniosek o bezpośrednie przesłuchanie przed sądem 49 świadków oraz 14 biegłych.

Oskarżony nie przyznał się do zabójstwa żony. Utrzymuje, że Anna – po kłótni, do której doszło 7 lipca 2012 roku – opuściła mieszkanie i nigdy już nie skontaktowała się z nim, rodziną ani znajomymi.

Rzeczniczka śląskiej policji podinspektor Aleksandra Nowara poinformowała PAP, że Marek G. został zwolniony ze służby 6 listopada 2015 r. „Decyzję taką podjął komendant wojewódzki policji, ze względu na ważny interes służby” – powiedziała.

Marek G. jest aresztowany. Jego proces będzie się toczył przed Sądem Okręgowym w Katowicach. Grozi mu dożywocie.

Przed śląskimi sądami zapadały już wyroki skazujące za zabójstwo, mimo nieodnalezienia ciał ofiar. Np. w 2011 r. b. pracownik magistratu w Świętochłowicach Adam Ł. został w poszlakowym procesie skazany na 25 lat więzienia za zabicie byłej żony Alicji C. w 2007 r.

Kilka lat później ten sam mężczyzna został skazany na 25 lat więzienia za zamordowanie swojej dziewczyny w 1991 r. Jej zwłoki odnaleziono w studzience kanalizacyjnej w miejscowości Klucze w Małopolsce. Śledztwo, początkowo umorzone z uwagi nie niewykrycie sprawcy, zostało podjęte po informacjach, które wypłynęły w postępowaniu dotyczącym zabójstwa Alicji C.
Żródło info i foto: interia.pl

Odpowie za zabójstwo kolegi. Daniel D. zatrzymany

Wszyscy wiedzieli, że Daniel D. (30 l.) ma gwałtowny charakter. – Jak sobie wypił, to dostawał białej gorączki i wtedy lepiej było schodzić mu z drogi – mówi jeden z mieszkańców Sielca na Lubelszczyźnie. Nikt jednak nie przypuszczał, że awanturnik może posunąć się do najgorszego – roztrzaskał głowę Zdzisławowi Cz. (†52 l.) drewnianym kołkiem.

Zdzisław Cz., samotnie mieszkający rozwodnik, już dość dawno upodobał sobie towarzystwo dużo młodszego od siebie Daniela D. Znał jego popędliwość, a mimo to przebywał z nim częściej niż z członkami własnej rodziny. – Musieliśmy się rozwieść, mimo że mieliśmy piątkę dzieci. Zdzisław nie nadawał się do ich wychowania. Wyprowadził się do domu po swojej matce i tam żył. Zbyt często zaglądał do kieliszka – wyznaje nam była żona zabitego.

Podobnie było tego feralnego niedzielnego wieczoru. Koledzy spędzali go przy kieliszku, a kiedy wódka się skończyła, Zdzisław Cz. ruszył po nią do sklepu. Wieś jest niewielka, więc daleko nie miał, ledwie kilka domów. Bardzo długo nie wracał. To rozwścieczyło Daniela D. Rozjuszony wyszedł mu na spotkanie z potężnym drewnianym kołkiem w ręku. Kiedy zobaczył nadchodzącego kompana, doskoczył do niego i zaczął go okładać drewnem po głowie. Nieszczęśnik padł po kilku ciosach.Wtedy Daniel D. zostawił go w kałuży krwi, na środku jezdni i poszedł do domu. Zmasakrowane ciało znaleźli przechodnie dopiero następnego dnia rano. Policja od razu zatrzymała Daniela D., ale nawet, gdy wytrzeźwiał i zrozumiał, że za zabójstwo grozi mu dożywocie, nie poczuł skruchy.
Żródło info i foto: Fakt.pl