Teksas: 27-latka brutalnie zamordowała ciężarną przyjaciółkę

27-letnia mieszkanka Teksasu w USA została oskarżona o brutalne zamordowanie swojej ciężarnej przyjaciółki. Taylor Parker z łona martwej kobiety wycięła nożem nienarodzone dziecko. Kiedy zatrzymała ją policja, twierdziła, że niedawno sama je urodziła. Do tego dramatycznego zdarzenia doszło w miniony weekend w mieście New Boston. Taylor Parker zbrodni dokonała w domu swojej ofiary – 22-letniej Reagan Hancock. Kobieta była w siódmym miesiącu ciąży.

Po odebraniu życia przyjaciółce 27-latka rozcięła jej łono i wyjęła nienarodzoną córeczkę. Wskutek ataku zmarło również dziecko. Agresorka zabrała ze sobą ciało niemowlęcia. Została zatrzymana przez policję kilka godzin później.

Policjantom tłumaczyła, że dziecko jest jej i właśnie je urodziła. Po tym, jak śledczy dowiedzieli się, że doszło do morderstwa Hancock, Parker została aresztowana. Nie wiadomo, jakimi motywami kierowała się 27-latka.

Według mediów Parker ma własne dzieci.
Źródło info i foto: TVP.info

Ksiądz Jan A. z filmu braci Sekielskich przyznał się do molestowania nieletnich. Prokuratura umorzyła śledztwo

Ksiądz Jan A. to jeden z niechlubnych bohaterów filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Jego ofiara, 39-letnia Anna Misiewicz, odwiedziła go w Domu Księży Emerytów w Kielcach. Podczas rozmowy duchowny przyznał, że wykorzystywał ją seksualnie, gdy była dzieckiem. Potwierdził też, że skrzywdzonych przez niego dziewczynek było więcej. Sprawą zajęła się prokuratura., jednak – jak informuje „Gazeta Wyborcza” – postępowanie zostało umorzone.

Molestowana na plebanii

Anna Misiewicz (39 l.) pojawiła się już w pierwszych kadrach filmu braci Sekielskich. Kobieta po latach traumy spotkała się oko w oko ze swoim oprawcą. Był nim ksiądz kanonik Jan A.

Kobieta ze ściśniętym gardłem odwiedziła go w Domu Księży Emerytów w Kielcach. Kiedy skrzywdził Annę był proboszczem parafii w Topoli w Świętokrzyskiem. Dziewczynka miała zaledwie 7 lat. Kobieta chciała się dowiedzieć, dlaczego ksiądz molestował właśnie ją. Duchowny próbował ją przepraszać. Wyznał, że odezwały się w nim ojcowskie instynkty, a potem… namiętność. Nie mając świadomości, że jest nagrywany – potwierdził, że wykorzystywanych dziewczynek było więcej.

Prokuratura umorzyła śledztwo

Sprawą ks. Jana zajęła się kielecka prokuratura, jednak – jak podaje „Gazeta Wyborcza” – postępowanie zostało umorzone.

– W zakresie, w którym mieliśmy ujawnioną pokrzywdzoną śledztwo zakończyło się umorzeniem z powodu przedawnienia. Co do czynów pozostałych, czyli podejrzenia, że były jeszcze inne ofiary, zostało umorzone z powodu braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie przestępstwa. Nie zdołaliśmy ujawnić żadnej osoby, która byłaby takimi czynami pokrzywdzona – powiedział „Gazecie Wyborczej” Daniel Prokopowicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

Śmierć księdza Jana

Ksiądz Jan A. zmarł w marcu w wieku 85 lat. Według „Gazety Wyborczej”, po śmierci duchownego kuria nie wydała w tej sprawie specjalnego komunikatu, jak robi to zazwyczaj, gdy umierają duchowni z diecezji. Informacja znalazła się tylko w aktualizowanym wykazie zmarłych księży.

– Na pewno postać księdza stała się znana przez film z ubiegłego roku i być może to powodowało, że nie było informacji i rozgłosu na ten temat – powiedział „Wyborczej” rzecznik kieleckiej kurii ks. Mirosław Cisowski.

Uroczystości pogrzebowe odbyły się w kaplicy pogrzebowej Domu Księży Emerytów w Kielcach. Odprawił je biskup Jan Piotrowski.

– Biskup Jan Piotrowski, jeśli to możliwe, uczestniczy w uroczystościach pogrzebowych każdego księdza. A jeśli ma inne obowiązki, zastępuje go inny biskup. Trudno byłoby robić w tym przypadku jakiś wyjątek. Taki jest zwyczaj – mówi rzecznik kurii „Wyborczej”. – Być może w tym przypadku biskup brał pod uwagę także to, że każdy jest grzesznikiem, może być nawet wielkim grzesznikiem, ale jest też prawo miłosierdzia, które przeważa – dodaje.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Brutalny napad w Krakowie. 19-latek rzucił się na trzech mężczyzn

Napad na jednym z osiedli w krakowskiej Nowej Hucie. Trójka mężczyzn zostało zaczepionych przez 19-latka, który chciał od nich papierosa. Gdy tylko zobaczył, że mają oni przy sobie e-papierosy postanowił zaatakować. Nastolatek wyciągnął gaz pieprzowy i napadł na swoje ofiary, a następnie ich okradł.

Mężczyźni wezwali na miejsce policję. Poszkodowani przekazali funkcjonariuszom wszystkie szczegóły zdarzenie oraz opisali, jak wyglądał sprawca napadu. Mundurowi zaczęli przeczesywać pobliskie ulice oraz park, gdzie po chwili zauważyli nastolatka, odpowiadającemu rysopisowi.

Został on natychmiast wylegitymowany i zatrzymany. Na swoje nieszczęście, nie zdążył się jeszcze pozbyć łupów, które zostały zarekwirowane przez funkcjonariuszy. 19-latka przewieziono na komisariat policji, gdzie usłyszał zarzuty rozboju. Młody agresor przyznał się do popełnionego czynu, ale za swoje zachowanie, czeka go kara więzienia.
Źródło info i foto: se.pl

Indonezja: Umówił się na randkę z kobietą poznaną na Tinderze. 32-latek został poćwiartowany

​Brutalne zabójstwo w Dżakarcie w Indonezji. Kobieta zwabiła do swojego mieszkania młodego mężczyznę. Tam został zabity i poćwiartowany. Policja znalazła ciało ofiary w 11 częściach. 32-letni Rinaldi Harley Wismanu pracował jako rekruter dla jednej z firm w Dżakarcie. Poprzez aplikację do randkowania Tinder udało mu się poznać 27-letnią Laei Atik Supriyatin, z która umówił się w kawiarni. Kilka dni później spotkali się w mieszkaniu wynajmowanym przez kobietę.

Nowo poznani szybko zaczęli uprawiać seks. Wtedy z łazienki mieszkania wyszedł inny mężczyzna i trzykrotnie uderzył 32-latka cegłą w głowę, a następnie ugodził go kilka razy nożem.

Napastnikiem był 26-letni Djumadil Al Fajri, jak się okazało – partner kobiety. Para miała kłopoty finansowe i oboje uznali, że rozwiążą problemy mordując i okradając Rinaldiego, który chwalił się swoimi zarobkami.

Para przeniosła ciało zabitego do łazienki. Potem wyszli do sklepu kupić maczetę oraz piłę. Zakupili także nowe prześcieradła i białą farbę, by pomalować ściany zaplamione krwią. Ciało poćwiartowali na jedenaście części i pochowali do plastikowych worków, które następnie upakowali w dwóch walizkach oraz plecaku. Szczątki ukryli na 16. piętrze jednego z apartamentowców.

Zbrodniarze zdobyli kod do konta bankowego ofiary. Wydali z niego równowartość 6,5 tys. dolarów, kupując złoto, laptopy, zegarek i motocykl. Wynajęli także dom. Policji udało się do nich dotrzeć dzięki analizie transakcji prowadzonych za pomocą karty zamordowanego 32-latka.

Podczas zatrzymania policja oddała ogień, raniąc 26-latka w nogę. Zarówno on, jak i jego partnerka zostali oskarżeni o morderstwo i kradzież. Grozi im za to kara śmierci.
Źródło info i foto: RMF24.pl

USA: Dlaczego doszło do strzelaniny w Rochester

Dlaczego doszło do tak krwawej masakry?! Stan Nowy Jork okrył się żałobą po tragicznej strzelaninie, do której doszło na prywatnym przyjęciu w Rochester. Dwie osoby nie żyją, aż 14 jest rannych. Ofiary mają 18-20 lat. Strzelanina była równie krwawa, co tajemnicza. Nie wiadomo, co kierowało sprawcą bądź sprawcami.

Kilkadziesiąt wystrzelonych pocisków, dwie ofiary śmiertelne, czternaścioro rannych – to bilans tragicznej strzelaniny, do której doszło w miniony weekend w Rochester w stanie Nowy Jork. Według czasu miejscowego była noc z piątku na sobotę, gdy podczas prywatnego przyjęcia padły strzały. Ofiary to kobieta i mężczyzna w wieku 18-20 lat, ranni mają od 17 do 23. Kiedy policja przybyła na miejsce, około setki zgromadzonych osób zaczęło uciekać, zapewne obawiając się sankcji związanych z pandemią i zakazem tak dużych zgromadzeń.

To stworzyło problemy z przesłuchaniami świadków. Nie wiadomo jeszcze, kim byli sprawcy bądź sprawca tragedii i co mogło nim kierować. Jak podaje CNN, najprawdopodobniej strzały oddawały 3-4 osoby, a nie tylko jedna. Być może sprawa ma pewien związek z innym dramatem, do jakiego doszło w mieście. W marcu zmarł tam czarnoskóry Daniel Prude, któremu podczas policyjnego zatrzymania założono worek na głowę, by go obezwładnić. Zdarzenie to wywołało protesty i demonstracje na ulicach.
Źródło info i foto: se.pl

USA: Strzelanina w Rochester. Są ofiary

Policja w amerykańskim mieście Rochester (stan Nowy Jork), gdzie odbywają się protesty, poinformowała o śmiertelnym postrzeleniu kilku osób.

„Dokładniej mówiąc, mamy 16 potwierdzonych ofiar strzelaniny i z przykrością informuję, że dwóch z tych 16 zostało śmiertelnie rannych” – powiedział szef policji miejskiej Mark Simmons na konferencji prasowej, którą transmitował lokalny kanał telewizyjny 13 WHAM.

Według telewizji 13 WHAM na miejscu zdarzenia jest wielu policjantów, kilka ulic zostało zamkniętych.

„Funkcjonariusze z Wydziału ds. Zwalczania Ciężkich Przestępstw przybyli na miejsce, gdzie doszło do masowej strzelaniny (…). Są ofiary śmiertelne” – wcześniej poinformowała na Twitterze policja.

Dzień wcześniej w Rochester odbyła się kolejna akcja zwolenników ruchu Black Lives Matter. Protesty w mieście rozpoczęły się po śmierci Afroamerykanina Daniel Prude. Mężczyzna przestał oddychać podczas zatrzymania przez policjantów. Został przewieziony do szpitala, gdzie po tygodniu zmarł. Na nagraniu z kamerki przyczepionej do policyjnego munduru widać, jak funkcjonariusze zarzucili Prude’owi na głowę worek, powalili na ziemię i przyciskali przez 2 minuty.
Źródło info i foto: pl.sputniknews.com

Kraków: Jest wyrok ws. zabójstwa Artura S.

W sądzie apelacyjnym w Krakowie zapadł wyrok w sprawie zabójstwa, do którego doszło w lutym 2018 roku w Kielcach. Artur S. został zaatakowany we własnym mieszkaniu. Ze sprawcą pił wcześniej alkohol. W spotkaniu brały udział też inne osoby. To na ich oczach Tomasz K., który zaledwie dwa dni wcześniej wyszedł z więzienia, zakatował toporkiem i tłuczkiem do mięsa swojego kolegę. 34-latek powiedział później, że na popełnienie zabójstwa dał sobie 102 godziny.

Sąd apelacyjny skazał Tomasz K. na 25 lat więzienia, zmieniając tym samym decyzję kieleckiego sądu pierwszej instancji, która orzekł, że mężczyzna powinien trafić do więzienia na 15 lat.

34-letni Tomasz K. to recydywista, był skazywany m.in. za kradzieże. Jak podawała w 2019 roku „Gazeta Wyborcza” jeszcze podczas odsiadki poprosił koleżankę, żeby sprawdziła w internecie, jaki wymiar kary grozi za pobicie. Kobieta tłumaczyła potem śledczym, że chociaż prośba ją zdziwiła, to wolała nie pytać, po co to Tomaszowi, bo „im mniej się wie, tym lepiej się śpi”.

Dwa dni po wyjściu z więzienia Tomasz K. zjawił się w mieszkaniu swojego kolegi Artura S. przy ul. Orzeszkowej w Kielcach. W lokalu byli też Litwinka Rita B. i Krzysztof, którzy tam pomieszkiwali oraz znajomy ofiary Maksymilian P. Wspólnie pili alkohol. Przyłączył się do nich Tomasz K.

Po jakimś czasie 34-latek zaczął czynić gospodarzowi pretensje, mówił, że wydał policji jego znajomego w sprawie o posiadanie środków odurzających. Potem zaczął przeszukiwać mieszkanie, aż w końcu natrafił na papierek, który miał rzekomo świadczyć o „zdradzie” Artura S. Zaczął krzyczeć, a potem przeszedł do rękoczynów. W końcu chwycił za toporek do mięsa, a potem tłuczek. Bił ofiarę po całym ciele.

Arturowi S. lała się z głowy krew, był opuchnięty i ledwo stał na nogach. Kiedy Tomasz K. przestał go bić, znajomi pomogli mu w dotarciu na łóżko. Potem zauważyli, że nie oddycha. Nikt z nich nie wezwał policji ani pogotowia. Maksymilian P. tłumaczył się potem, że nie zrobił tego ze strachu, bo towarzysze od kieliszka wiedzieli gdzie mieszka.

Funkcjonariuszy na miejsce wezwał sam Tomasz K. Zadzwonił pod numer alarmowy i poinformował, że zabił człowieka. Kiedy stróże prawa przybyli na miejsce, stał przed wejściem do mieszkania. Nie stawiał oporu. Potem okazało się, że nie tylko spożywał alkohol, ale brał też amfetaminę.

Tomasz K. powiedział, że na zabicie znajomego dał sobie 102 godziny. Kupił sobie nawet specjalną koszulę z napisem: „Śmierć konfidentom”, którą miał na sobie, gdy okładał Artura toporkiem.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Arcybiskup Grzegorz Ryś publikuje oświadczenie i zdradza dane ofiary molestowania

W oświadczeniu arcybiskupa Grzegorza Rysia na zarzuty, iż miał nie zareagować na ukrywanie księdza pedofila przez bp. Dziubę, pojawiło się imię i nazwisko osoby wykorzystywanej seksualnie przez duchownego. – To pokazuje, że troska o ofiarę i jej dobro jest tylko pustosłowiem z jego strony – uważa kanonista dr Piotr Szeląg.

W reportażu dziennikarzy OKO.press Daniela Flisa i Sebastiana Klauzińskiego opublikowanym 2 września dotyczącym historii pana Janusza pojawił się zarzut, że abp. Ryś już w maju 2019 roku otrzymał od prymasa Wojciecha Polaka zawiadomienie o skardze na “ukrywanie przez ks. biskupa Andrzeja Dziubę sprawy księdza pedofila, księdza Piotra S.” i nic z tą informacją nie zrobił.

„Dochodzenie w sprawie biskupa Dziuby abp Ryś wszczął dopiero w czerwcu 2020 roku, gdy Janusz zwrócił się do niego bezpośrednio” – piszą autorzy reportażu.

W środę rano na stronie archidiecezji łódzkiej pojawiło się oświadczenie abpa Rysia, który stwierdził, że Interpretację faktów dziennikarzy OKO.press uważa on „za stronniczą, świadomie krzywdzącą i godzącą w moje dobre imię”. Metropolita łódzki przedstawił też bieg wydarzeń dotyczący ks. Piotra S. prezentując pismo, jakie dotarło do niego od Prymasa Polski abpa Wojciecha Polaka.

Problem w tym, że z pisma nie usunięto nazwiska osoby pokrzywdzonej, natomiast usunięto nazwisko księdza, który miał się dopuścić wykorzystywania seksualnego. Po kilku godzinach błąd został naprawiony.

„Z pisma tego wynika jednoznacznie, iż Ksiądz Prymas poinformował Pana Janusza S. o tym, że powinien się zwrócić do mnie z zawiadomieniem o możliwych zaniedbaniach ze strony bpa Andrzeja Dziuby. Wskazuje na to jednoznacznie także i fakt, że kancelaria Księdza Prymasa nie przekazała mi żadnego kontaktu do Pana S., żadnego adresu, nawet e-mail. Miałem więc słuszne prawo oczekiwać, iż pokrzywdzony wkrótce zwróci się do mnie z odpowiednim zawiadomieniem. Nie uczynił tego jednak przez cały rok” – tłumaczy swoje zachowanie abp Ryś.

„To znamienne, że dane księdza pedofila były zanonimizowane”

– Mam nadzieję, że to niedopatrzenie, a nie świadome działanie. Jednak nazwisko pokrzywdzonego poszło w eter. To potęguje brak zaufania do Kościoła – uważa Artur Nowak, który zajmuje się m.in. obroną osób pokrzywdzonych przez duchownych.

Jego zdaniem, znamienne jest to, że w pierwotnej wersji komunikatu dane ofiary zostały upublicznione, natomiast w dane sprawcy wykorzystywania seksualnego nie.

– To znamienne, że dane księdza pedofila były zanonimizowane. Uważam, że gdyby nie presja mediów, biskupi dalej byliby bezkarni. Arcybiskup Ryś zamiast opowiadać, że dziennikarze naruszają jego dobra osobiste, powinien wziąć się do roboty. Na razie sam naruszył dobra osobiste ofiary – dodaje w rozmowie z Onetem Nowak.

– Nie wierzę w takie przypadki. W takich sytuacjach oświadczenie zwykle jest pisane przez prawnika kurii, sprawdza je kanclerz, przechodzi przez rzecznika prasowego, a na koniec podpisuje je biskup. Nie sądzę, by nikt nie wyłapał takiego błędu – dodaje inny prawnik, który od lat zajmuje się tematem pedofilii w kościele katolickim.

Poprosiłem o komentarz również pana Janusza, bohatera reportażu OKO.press, ale ten nie chciał się wypowiedzieć w tej sprawie.

Faktem jest, że arcybiskup Grzegorz Ryś oraz kuria archidiecezji łódzkiej nie tylko naruszyła dobra osobiste pokrzywdzonego, ale również naruszyła zapisy instrukcji motu proprio Vos estis lux mundi, wydanej w 2019 r. przez papieża Franciszka w celu ochrony osób wykorzystywanych seksualnie przez osoby duchowne.

W art. 5 ust. 1 czytamy: „Władze kościelne są zobowiązane, aby ci, którzy twierdzą, że są poszkodowani, wraz ze swoimi rodzinami, byli traktowani z godnością i szacunkiem”.

Natomiast w ust. 2 przykazano: „Należy chronić wizerunek i sferę prywatną zaangażowanych osób, jak również poufność danych osobowych”.

– Oświadczenie arcybiskupa jest dla mnie pokrętną formą uzasadniania swojej bierności w sprawie pana Janusza. Opublikowanie jego nazwiska i tłumaczenie, że nie podjęło się żadnych działań w sprawie przez rok, pokazuje, że troska o ofiarę i jej dobro jest tylko pustosłowiem ze strony. Skoro ofiara się nie zgłaszała, to właśnie abp Ryś mógł sam nawiązać taki kontakt – uważa kanonista dr Piotr Szeląg.

Przypomnijmy, że w niedawnym liście skierowanym do wiernych diecezji kaliskiej abp Ryś pisał, że w obliczu skandali wykorzystywania seksualnego trzeba skupić się na dobru człowieka. „Zwłaszcza osoba skrzywdzona i wykorzystana. Zwłaszcza osoba, która nie ma możliwości dochodzenia i ochrony swoich praw. Dobro osoby jest najwłaściwszym uzasadnieniem poddania się najpierw Bożym przykazaniom” – przekazał wtedy metropolita łódzki.

Arcybiskup nie odpowiada na pytania, ale przeprasza

Zadzwoniłem do rzecznika prasowego kurii archidiecezji łódzkiej ks. Pawła Kłysa z pytaniem, dlaczego abp Ryś opublikował personalia ofiary księdza pedofila. Dowiedziałem się od niego jedynie, że w oświadczeniu nie padło słowo „ofiara”. Drogą mailową zapytałem, czy ordynariusz łódzki zdaje sobie sprawę z krzywdy, jaką wyrządził panu Januszowi. Do momentu publikacji tego tekstu nie otrzymałem odpowiedzi.

Po godz. 17.30 na stronie diecezji łódzkiej pojawiło się oświadczenie abpa Rysia, w którym przeprosił pana Janusza.

„W pierwotnym tekście mojego oświadczenia zamieszczonego na stronie Archidiecezji Łódzkiej i innych mediach znalazło się nazwisko osoby poszkodowanej. Nie powinno się tak stać. Bardzo przepraszam. Nie chciałem naruszyć niczyich dóbr osobistych ani – tym bardziej – pomnażać już doznanych cierpień. Chciałem jedynie udzielić szczegółowych wyjaśnień w związku z postawionymi mi zarzutami. Jeszcze raz przepraszam” – napisano.

Papież wyznaczył arcybiskupa Grzegorza Rysia na administratora apostolskiego diecezji kaliskiej
Grzegorz Ryś w lipcu br. przejął obowiązki bp. Edwarda Janiaka, jednego z negatywnych bohaterów filmu braci Sekielskich o pedofilii w Kościele. Był to efekt decyzji papieża Franciszka, który wyznaczył abp. Rysia na administratora apostolskiego sede plena diecezji kaliskiej.

– Rozwiązanie sytuacji w diecezji kaliskiej jest warunkiem dalszego i owocnego podjęcia tego, do czego powołany jest Kościół, to znaczy ewangelizacji – mówił krótko po tym metropolita łódzki.

– Prawo, tak kanoniczne, jak i państwowe, jest tu jasne: otrzymawszy zgłoszenie, biskup ma obowiązek uruchomić dochodzenie wstępne i jego wyniki przekazać do Stolicy Apostolskiej, i następnie postępować zgodnie z poleceniami Kongregacji Doktryny Wiary. Jeśli natomiast mówimy o państwowym wymiarze prawnym, to biskup ma obowiązek zgłoszenia do prokuratury możliwości popełnienia przestępstwa – przypomniał abp Ryś.

Onet ujawnił z kolei, że nie tylko biskup Janiak jest podejrzewany o tuszowanie przestępstw.
Źródło info i foto: onet.pl

Tajemnice morderstwa w Białymstoku. Mariusz K. zgotował rodzinie piekło

Z każdą godziną śledztwa w sprawie eksplozji w domu przy ul. Kasztanowej w Białymstoku (woj. podlaskie) na jaw wychodzą nowe fakty. Wiadomo już, że to nie wybuch był przyczyną śmierci czterech osób. To Mariusz K. (+47 l.) najpierw zasztyletował własną matkę, żonę i 10-letnią córeczkę, a potem odkręcił gaz i sam odebrał sobie życie. Ofiary nie poddały się jednak potworowi bez walki.

Kiedy po wybuchu na miejscu pojawili się strażacy, pierwsze, co zobaczyli, to leżącą na asfalcie przed domem zakrwawioną dziewczynkę. Jej życie próbował ocalić przypadkowy przechodzień, który odważnie wkroczył do budynku, wydostał ją na zewnątrz i prowadził masaż serca. 10-letniej Izabeli nie udało się już jednak uratować.

Strażacy po odcięciu dopływu gazu i ugaszeniu niewielkiego na szczęście pożaru mogli przeszukać willę. Najpierw znaleźli 72-letnią panią Marię, zaś w kolejnym pomieszczeniu jej 40-letnią synową Joannę – babcię i matkę 10-latki. Obie miały liczne rany od noża. To jednak nie koniec szokujących odkryć. W jeszcze innym pomieszczeniu ratownicy natknęli się na ciało 47-letniego Mariusza K., syna, męża i ojca ofiar. Na szyi miał zaciśniętą pętlę wisielczą.

Wiele wskazuje na to, że tragedia jest finałem wydarzeń z 30 maja tego roku, gdy w domu rodziny doszło do awantury i policja zatrzymała 47-latka. Otrzymał on wówczas od prokuratora zakaz kontaktów z bliskimi i musiał wyprowadzić się z domu. Wywiązywał się z tego obowiązku aż do tragicznego poniedziałku, gdy wrócił i krwawo rozprawił z bliskimi.

Matka, żona i córka nie poddały się jednak bez walki i stawiły opór szaleńcowi.

– „Ślady na ciele ofiar wskazują na to, że broniły się przed napastnikiem” – potwierdza podinsp. Tomasz Krupa (46 l.), rzecznik podlaskich policjantów.

Niestety, nie miały żadnych szans w starciu z uzbrojonym w nóż mężczyzną. Agresor po wszystkim odkręcił gaz i odebrał sobie życie. Dopiero później doszło do wybuchu.
Źródło info i foto: se.pl

Nowe informacje o sprawcy wybuchu w Białymstoku

Mężczyzna, który prawdopodobnie dokonał tzw. rozszerzonego samobójstwa w Białymstoku, miał w związku z zarzutami znęcania się nad bliskimi m.in. czasowy nakaz opuszczenia domu. W białostockim sądzie jest akt oskarżenia; proces miał rozpocząć się pod koniec listopada.

Prokuratura Okręgowa w Białymstoku będzie prowadziła śledztwo dotyczące okoliczności śmierci czterech osób i eksplozji, do której doszło w poniedziałek w jednym z domów jednorodzinnych w mieście. Ofiary, to 10-letnia dziewczynka, jej rodzice w wieku 40 lat (matka) i 47 lat (ojciec) oraz 72-letnia babcia, matka mężczyzny. Pierwsze informacje wskazywały na to, że są to ofiary eksplozji, najprawdopodobniej gazu. Po wstępnych oględzinach zwłok okazało się jednak, że dziewczynka i dwie kobiety mają na ciele rany zadane ostrym narzędziem i ślady wskazujące na to, że się broniły przed atakiem; mężczyzna zaś miał na szyi pętlę.

Stąd wstępna ocena śledczych, że doszło do tzw. rozszerzonego samobójstwa, czyli sytuacji, gdy najpierw dochodzi do zabójstwa (lub zabójstw), a potem ich sprawca sam odbiera sobie życie.

Rodzina miała założoną w maju tzw. niebieską kartę (związaną z przypadkami przemocy domowej). Funkcjonariusze zostali wtedy raz wezwani do przypadku przemocy mężczyzny wobec rodziny, napastnik został zatrzymany; sprawa zakończyła się zarzutami i aktem oskarżenia.

Jak poinformowało biuro prasowe Sądu Rejonowego w Białymstoku, mężczyzna został oskarżony o dwa przestępstwa: znęcanie się psychiczne i fizyczne nad żoną i znęcanie się psychiczne nad małoletnią córką oraz kierowanie gróźb karalnych wobec matki. Sprawa miała być rozpoznana przez sąd 24 listopada.

W ramach postępowania przygotowawczego Prokuratura Rejonowa Białystok-Południe stosowała wobec niego środki zapobiegawcze: dozór policji połączony z obowiązkiem stawiennictwa na komisariacie raz w tygodniu (według policji, mężczyzna bez zarzutu wywiązywał się z tego nakazu), ale też zakaz kontaktowania się z pokrzywdzonymi i zbliżania się do nich na odległość 3 metrów oraz nakaz opuszczenia lokalu mieszkalnego, zajmowanego wspólnie z pokrzywdzonymi.

Jak powiedział zastępca szefa Prokuratury Regionalnej w Białymstoku Paweł Sawoń (prokuratura ta kontroluje akta tej sprawy), nakaz opuszczenia lokalu miał obowiązywać w okresie od 1 czerwca do 1 września 2020 roku.

25 sierpnia Sąd Rejonowy w Białymstoku stwierdził brak podstaw do przedłużenia środka zapobiegawczego w postaci nakazu opuszczenia lokalu. Spotkało się to z reakcją prokuratury w postaci zażalenia na to postanowienie. Naszym zdaniem, sąd zupełnie bezpodstawnie stwierdził, że nie zachodzą podstawy do przedłużenia tego środka zapobiegawczego – dodał prok. Sawoń. Zażalenie nie było jeszcze rozpoznane.
Źródło info i foto: Dziennik.pl