Polak, który pomógł powstrzymać terrorystę na London Bridge, „nadal jest w szpitalu”

Jak podaje brytyjski „Sunday Mirror”, Polak, który pomógł powstrzymać terrorystę z London Bridge, nadal jest w szpitalu. Tabloid powołuje się na słowa kolegi mężczyzny, który jest z nim w kontakcie. Jak podaje „Sunday Mirror” Polak znajduje się pod opieką lekarzy w związku z ranami, które odniósł podczas próby obezwładnienia terrorysty na London Bridge. Gazeta powołuje się na słowa jego kolegi z pracy. – Pracowników poproszono, by nie mówili zbyt wiele, ale mam do niego numer telefonu i on nadal jest w szpitalu – mówi.

Polak pomógł obezwładnić terrorystę z Londynu

Według brytyjskich mediów Polak o imieniu Łukasz pracuje w Fishmongers’ Hall, tuż przy London Bridge. W piątek odbywała się tam konferencja poświęcona ponownej integracji przestępców ze społeczeństwem. W panelu brał udział zamachowiec Usmain Khan.

Gdy napastnik zaatakował, Polak użył jednego z dwóch kłów narwala, które zdobiły ścianę Fishmongers’ Hall. Według brytyjskich mediów został ranny w rękę. W sobotę Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło, że wśród osób, które obezwładniły Khana, był polski obywatel. Jak powiedział wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński, brytyjskie służby, które prowadzą w tej sprawie śledztwo, prosiły polskie władze o zachowanie w tajemnicy szczegółów zdarzenia i okoliczności udziału Polaka.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Malezja: Zaginęła 15-letnia Nora Quoirin. Została porwana?

​15-letnia Brytyjka zaginęła w Malezji, do której pojechała z rodzicami na „wakacje życia”. Policja uważa, że mogło dojść do porwania. Nora Quoirin jest nastolatką wymagającą ciągłej opieki. W sobotę przyleciała z rodzicami do Malezji na „wakacje życia”.

W niedzielę ojciec 15-latki wszedł do jej pokoju. Zauważył puste łóżko i otwarte okno. Natychmiast wezwał policję. Funkcjonariusze przeszukali okolicę, wysłano także jednostki z psami tropiącymi. Według śledczych, mogło dojść do porwania, gdyż nastolatka prawdopodobnie nie oddaliłaby się z własnej woli.

15-letnia Nora ma problemy z nauką i komunikowaniem się. „Nie wiedziałaby nawet jak poprosić o pomoc, nie opuściłaby rodziny sama” – mówi ciotka nastolatki.
Źródło info i foto: interia.pl

USA: 44-letnia Sylwia P. oskarżona o zabicie 11-miesięcznego dziecka. Zatrzymana w Bydgoszczy

W okolicy Bydgoszczy doszło do zatrzymania 44-letniej Polki, której prokuratura z Minnesoty postawiła zarzut morderstwa 11-miesięcznego chłopca – wynika z ustaleń TVN 24. Kobieta była opiekunką i pracowała w domowym przedszkolu. Znajdujący się pod jej opieką chłopiec zmarł w 2017 roku. Miał ciężkie obrażenia ciała, a zdaniem śledczych kobieta zadała mu je, wymierzając kary fizyczne.

44-letnia Sylwia P. pracowała jako licencjonowana opiekunka w domowym przedszkolu mieszczącym się w budynku na przedmieściach Minneapolis w stanie Minnesota. TVN 24 informuje, że do śmierci 11-miesięcznego chłopca znajdującego się pod jej opieką doszło 12 lipca 2017 roku. Policję powiadomili okoliczni mieszkańcy, którzy donieśli, że słyszą krzyki kobiety wzywającej pomoc. Po przyjeździe do domu, w którym pracowała P., zastali leżące na stole nieprzytomne dziecko, które nie reagowało na próby reanimacji przez kobietę. Po przewiezieniu do szpitala u chłopca stwierdzono śmierć mózgu i bardzo rozległe obrażenia głowy. Mimo wysiłków lekarzy zmarł.

USA. Polska opiekunka z zarzutem zabójstwa dziecka

Podczas trwającego w sprawie śledztwa prokuratura wraz z biegłymi ustaliła, że obrażenia mogły zostać spowodowane silnym potrząsaniem dzieckiem. Z zeznań kobiety wynikało z kolei, że w dniu, gdy doszło do tragedii, 11-miesięczny Gabriel nieustannie płakał i mocno tęsknił za rodzicami. Jak opisuje TVN24, kobieta utrzymywała, że posadziła chłopca w foteliku w kuchni i dała mu wafelka, a następnie zajęła się innymi dziećmi. Gdy wróciła do kuchni, niemowlak miał być już nieprzytomny.

Amerykańska prokuratura nie dała wiary zeznaniom 44-latki. W lutym 2018 roku postawiono jej zarzut morderstwa drugiego stopnia (bez premedytacji), za co grozi do 40 lat więzienia. Zdaniem śledczych kobieta miała stosować wobec chłopca kary fizyczne, który doprowadziły do jego śmierci. Kobieta wyjechała do Polski na trzy miesiące przed postawieniem zarzutów, wydano za nią list gończy.

Do zatrzymania 44-latki doszło 3 lipca na terenie województwa kujawsko-pomorskiego, w okolicy Bydgoszczy. Kobieta została przesłuchana w charakterze podejrzanej. Przydzielono jej także dozór policji i zakazano opuszczanie kraju. Obecnie – jak ustalili dziennikarze TVN 24 – prokuratura czeka na wniosek o jej ekstradycję od strony amerykańskiej.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zabójstwo 9-miesięcznej Blanki z Olecka. Psycholog: „Powrót dziecka do rodziny biologicznej to nie zawsze najlepsze wyjście”

Dziewięciomiesięczna Blanka z Olecka na kilka miesięcy przed swoją tragiczną śmiercią trafiła do rodziny zastępczej. Sąd jednak zdecydował, aby przywrócić opiekę nad dzieckiem rodzicom. Taka decyzja jest zgodna z polityką prowadzoną przez PiS, który w znowelizowanej w 2018 roku Ustawie o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej stawia za cel jak najszybszy powrót dziecka do rodziny biologicznej. Ale czy to faktycznie jest najlepsze wyjście? O tym rozmawiamy z dr Magdaleną Kruk-Rogucka, psycholog i psychoterapeutką.

Lena Gontarek, Gazeta.pl: Co jest lepsze dla dziecka – powrót do rodziny biologicznej, która jest dysfunkcyjna czy pozostanie w domu dziecka lub innej placówce opiekuńczej?

Dr Magdalena Kruk-Rogucka, psycholog i psychoterapeutka: Najprawdopodobniej żadne z tych wyjść nie zabezpieczy wszystkich potrzeb dziecka. Powrót do rodziny biologicznej, która jest dysfunkcyjna, nie jest dla dziecka wyjściem optymalnym. Podobnie jednak trwanie w zawieszeniu, jakim jest np. pozostawanie w domu dziecka. To nie jest sytuacja, która daje możliwości nawiązywania trwałych i bezpiecznych więzi z opiekunami.

Jaki wpływ na dziecko może mieć to „trwanie w zawieszeniu”?

To najtrudniejsza dla niego sytuacja, kiedy nie wie, co się z nim wydarzy: czy wróci do rodziców, czy trafi do innej rodziny, czy będzie przez lata mieszkać w domu dziecka. Dziecko często marzy, aby wrócić do rodziny biologicznej, która częściej lub rzadziej je odwiedza, a która niestety nie zawsze podejmuje kroki, aby dziecko faktycznie mogło wrócić do domu rodzinnego. Jeżeli rodzina podejmuje faktyczną pracę i wykazuje autentyczne starania, żeby dziecko wróciło do domu, to wszyscy na tym zyskują. I rodzice, którzy mogą wychować swoje dziecko, i samo dziecko, które może wychowywać się w rodzinie biologicznej. Problem pojawia się, kiedy rodzina nie podejmuje żadnego wysiłku, kiedy jest on niewielki w stosunku do potrzeb dziecka albo chwilowy i nie niesie za sobą trwałej zmiany.

Jak w takim razie może wpłynąć na dziecko powrót do tego rodzaju rodziny?

W takiej sytuacji możemy mówić o powtórnej traumatyzacji dziecka. Załóżmy, że dziecko trafia do rodziny zastępczej, która – w optymalnej sytuacji – zaczyna je wprowadzać w proces zdrowienia z ran, które zadała rodzina. Potem nagle po raz kolejny z powrotem trafia tam, gdzie jest przemoc, gdzie są różne zaniedbania, a jego potrzeby nie są w ogóle brane pod uwagę, realizowane ani zabezpieczone. Dziecko jest ponownie poddane traumie. Jest to straszne, bo dzieci uczą się w ten sposób, że nie mogą polegać na dorosłych, nie mogą nigdy się czuć bezpiecznie. Nawet jeżeli przez chwilę tak się czują, to nie wiedzą, jak długo będzie to trwało i kiedy znowu będzie gorzej.

Może w takim razie rozwiązaniem jest rodzina zastępcza?

Jeżeli daje ona dziecku możliwość kontaktu z rodziną biologiczną, również w tym pierwszym momencie, kiedy jest z nią podejmowana praca, jeżeli to dobrze przeszkolona rodzina, która zna sytuację dziecka i potrafi odpowiedzieć na jego potrzeby, to nie jest to złe wyjście. Dla dziecka optymalną sytuacją jest taka, kiedy ono ma bezpieczne środowisko, które zabezpiecza jego potrzeby, w tym te emocjonalne, zapewnia mu bezpieczeństwo, stałość, przewidywalność tego, co się będzie działo. I przede wszystkim odpowiada na jego potrzebę miłości.

W nowelizacji Ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej kładzie się nacisk na jak najszybszy powrót dziecka do rodziny biologicznej.

Presja czasu w odniesieniu do pracy z rodzinami dysfunkcyjnymi ma swoje dobre i złe strony. Zła jest taka,
że zmiana jest procesem i potrzeba na to czasu i pracy. Dobra zaś, że czas mobilizuje nie tylko specjalistów zaangażowanych w pracę nad rodziną, lecz także samą rodzinę, która musi się zebrać do działania. Praca z rodziną biologiczną powinna być podejmowana w każdym przypadku, bo to pierwsze środowisko, z którego dziecko się wywodzi. Powinien być jednak również taki moment, w którym wszystkie służby, które są zaangażowane, odpowiadają sobie na pytanie, czy to rokuje, czy nie. Jeżeli nie rokuje, to trzeba otwarcie i jednoznacznie stwierdzić: rodzina nie pójdzie do przodu. W mojej ocenie dziecko nie powinno być jedynym motywem, który napędza rodzinę do tego, żeby się zmieniała.

Czyli reintegracja z rodziną biologiczną za wszelką cenę nie ma sensu?

Rodzinie biologicznej zawsze trzeba dać szansę. Nawet jeśli mamy do czynienia z rodziną z przemocą w wywiadzie, ofiara może wyjść z kręgu przemocy i dać dzieciom bezpieczny i kochający dom. Nigdy jednak ta zmiana w rodzinie biologicznej nie powinna się dziać kosztem dziecka, które czeka w placówce lub wraca do bliskich z nadzieją, że po wstępnych deklaracjach będą trwać dalej w zmianie np. abstynencji, farmakoterapii czy innych. W tej pracy potrzeba dużo mądrości i indywidualnego patrzenia na każdą rodzinę osobno.

Czy w swojej pracy spotkała się pani z sytuacjami, kiedy dzieci cierpią w wyniku przywrócenia ich rodzinie biologicznej lub trwania w tym „zawieszeniu”?

Znam takie rodziny, ale ze względu na tajemnicę zawodową wolałabym nie opisywać konkretnych sytuacji. Ale przebywanie latami w domu dziecka i czekanie na zrealizowanie deklaracji rodziców biologicznych lub adopcję, w zależności od sytuacji, przynosi cierpienie każdemu dziecku, które w takiej sytuacji się znajduje. W rodzinie zastępczej może być o tyle inaczej, że może ona dać namiastkę rodziny i nawet bez zapewnienia pełnej przynależności poprzez adopcję może być dać poczucie bezpieczeństwa i trwałą więź między dzieckiem i rodzicami. W domach dziecka dzieci też mogą nawiązać głębszą więź z ulubionym wychowawcą czy innym pracownikiem, co daje szanse na budowanie zaufania i przywiązania do ludzi w ogóle. Bez wątpienia jednak jest to znacznie trudniejsze niż w prawidłowo funkcjonującej rodzinie.

Jakie koszty społeczne ponosi dziecko, które dorasta lub dorastało do pewnego momentu w rodzinie dysfunkcyjnej?
Wszystko zależy od tego, z jakimi trudnościami rodzinie przyszło się mierzyć i tego, jak długi czas dziecko w niej spędziło. Koszty te jednak zawsze są znaczące. Wychowywanie się w środowisku, które nie zabezpiecza potrzeb dziecka i nie daje mu poczucia bezpieczeństwa, przede wszystkim utrudnia mu nawiązanie bezpiecznego przywiązania z dorosłymi i zdrowy rozwój emocjonalny. W przyszłości może mieć trudności z nawiązywaniem bezpiecznych, dojrzałych relacji w społeczeństwie, począwszy od rówieśniczych, poprzez miejsce pracy, kończąc na relacjach w jego przyszłej rodzinie. W końcu zaufania do innych ludzi uczymy się od dzieciństwa.

Dr Magdalena Kruk-Rogucka – psycholog, psychoterapeuta systemowy, doktor nauk społecznych w zakresie psychologii, ekspert na forum adopcyjnym Stowarzyszenia „Nasz Bocian”, pracuje dla Ośrodka Adopcyjnego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Przedszkolanka znalazła amfetaminę u 5-latka. Narkotyki należały do ojca dziecka

Przedszkolanka odkryła, że jej 5-letni wychowanek przyniósł ze sobą woreczek z narkotykami. Okazało się, że należały one do ojca dziecka. Mężczyzna tłumaczył, że znalazł je w lesie.

Do zdarzenia doszło w gminie Jelcz-Laskowice w woj. dolnośląskim. Dyżurny oławskej komendy policji otrzymał zgłoszenie od dyrektora jednego z lokalnych przedszkoli, że opiekunka znalazła u 5-letniego chłopca woreczek z białym proszkiem w środku. Ponieważ podejrzewała, że mogą to być narkotyki, zdecydowała się powiadomić dyrekcję.

Jej przypuszczenia okazały się słuszne. Policjanci, którzy pojawili się w przedszkolu, zbadali substancję i potwierdzili, że była to amfetamina. W toku dalszych czynności okazało się, że chłopiec najprawdopodobniej przyniósł narkotyki z domu. Funkcjonariusze udali się na miejsce i przeszukali mieszkanie rodziców dziecka. Tam znaleźli niecałe 10 gramów amfetaminy i niecałe 13 gramów marihuany.

Jak się okazało, środki te należały do 28-letniego ojca przedszkolaka. Tłumaczył, że znalazł je w lesie. Mężczyzna został zatrzymany, doprowadzony do komendy w Oławie i osadzony w policyjnym areszcie. Otrzymał zarzut posiadania narkotyków. Policja wystąpiła z wnioskiem o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci dozoru, na co przystała Prokuratura Rejonowa w Oławie.

Mężczyzna popadał wcześniej w konflikty z prawem. Policja sprawdza, czy nie zajmował się sprzedażą narkotyków. Za ich posiadanie grozi mu do 3 lat więzienia.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

9-latka uwięziona w wersalce. Nowe szczegóły śledztwa

Dlaczego oddała własne dziecko potworowi? Dlaczego nie szukała Sary? Dlaczego zaufała obcemu mężczyźnie? Anna W. (36 l.) miała już dość medialnych domysłów i sąsiedzkich plotek. Wczoraj przerwała milczenie i opowiedziała portalowi gorzowianin.com jak to się stało, że jej córeczka padła ofiarą pedofila, który podstępnie wkradł się w łaski rodziny.

Koszmar! Tak jednym słowem można opisać to, co przeżywają Anna W. i jej dzieci – 9-letnia Sara i 14-letni Boguś. Sara powoli dochodzi do siebie w szpitalu, a jak z niego wyjdzie, trafi tam, gdzie już jest jej starszy brat – do ośrodka opiekuńczo-wychowawczego. Bo o to, co się stało, śledczy obwiniają również ich matkę, dlatego czasowo ograniczono jej prawa rodzicielskie.

Anna W. nie zgadza się z tym. – To nieprawda, że nie obchodziło mnie, co się dzieje z Sarą. Dzwoniłam do niej, a kiedy nie odebrała, od razu pojechałam do mieszkania Mateusza. Powiedział mi, że uciekła mu podczas spaceru. Nie uwierzyłam! Poszłam do domu na wypadek, gdyby Sara wróciła, a szukać jej zaczęli Boguś z kolegą – opowiada.

Dlaczego Sara w ogóle poszła do Mateusza K.? – Znaliśmy go dwa lata. Dzieci bywały u niego, bo dostał od nich na przechowanie trzy szczury. Odwiedzały swoje zwierzaki. Nigdy nic się nie stało. A o przeszłości Mateusza, że był w psychiatryku, nie mieliśmy pojęcia. Gdybym wiedziała, że on miał taka przeszłość, na pewno nie powierzyłabym mu dziecka

O tym, co wydarzyło w mieszkaniu mężczyzny w minioną niedzielę, opowiedziała mamie Sara. – Dał jej jakieś tabletki, a później zgwałcił moją córkę, związał, zakleił jej usta taśma i zamknął ją w wersalce. Udało się jej odkleić taśmę z ust, przez kilka godzin wołała o pomoc, aż w końcu usnęła. Obudziło ją kopanie w drzwi Bogusia.

To starszy bat Sary zawiadomił policję. Usłyszał zza drzwi jej głos i sprowadził pomoc. Drzwi do mieszkania zostały wyważone. – W sama porę, bo Sara już by nie żyła – mówi Anna W.

Gwałciciel został schwytany kilka godzin później. Prokuratura zarzuciła mu gwałt ze szczególnym okrucieństwem na 9-latce i pozbawienie jej wolności ze szczególnym udręczeniem. Decyzją sądu trafił do tymczasowego aresztu.
Źródło info i foto: se.pl

Dwuletni chłopiec błąkał się po parku. Policja zatrzymała pijaną matkę

Gdańscy policjanci zaopiekowali się dwuletnim chłopcem, który błąkał się samotnie po jednym z miejscowych parków. Funkcjonariusze odnaleźli matkę chłopca: miała ponad 2 promile alkoholu w organizmie. Dziecko zostało umieszczone w placówce opiekuńczej.

O incydencie poinformowała w środę rzecznik prasowa Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku asp. Karina Kamińska.

Jak wyjaśniła, zdarzenie miało miejsce w wielkanocną sobotę wieczorem. Z policją skontaktowali się przechodnie zaniepokojeni widokiem malucha, który samotnie błąkał się po parku ciągnąc za sobą dziecięcy wózek.

Funkcjonariusze poprosili o pomoc lekarza, który – po zbadaniu dziecka, orzekł, że maluch jest w dobrym stanie. Dziecko trafiło pod opiekę pracowników gdańskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, a następnie do placówki opiekuńczej.

Policjanci sprawdzili rzeczy, które były w wózku. Znaleźli w nim m.in. recepty, na których znajdował się prawdopodobny adres zamieszkania chłopca. W mieszkaniu nikogo nie było, jednak policjantom udało się ustalić, gdzie może przebywać matka dziecka.

„Nie było z nią kontaktu”

Godzinę po znalezieniu malucha policjanci odnaleźli 24-letnią matkę. Kobieta była w jednym z mieszkań w gdańskiej dzielnicy Wrzeszcz.

– Kobieta była pijana, miała ponad 2 promile alkoholu w organizmie. Z uwagi na stan upojenia rozmowa z nią nie była możliwa. Kobieta trafiła do wytrzeźwienia – poinformowała Kamińska.

Gdy wytrzeźwiała, kobieta została przesłuchana przez policjantów. Kamińska poinformowała, że funkcjonariusze będą ustalać, jak długo chłopiec pozostawał bez opieki, kto pozostawił go w parku i w jakich okolicznościach. Policjanci przeglądają m.in. zapisy z kamer monitoringu.

– Niewykluczone, że 24-letnia kobieta usłyszy zarzut narażenia chłopca na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu – poinformowała rzecznik wyjaśniając, że za to przestępstwo grozi do 5 lat więzienia.

Kamińska poinformowała też, że zebrany w tej sprawie materiał dowodowy zostanie przekazany również do sądu rodzinnego.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Pijany dwulatek trafił do szpitala w Bełchatowie. Miał we krwi prawie 2 promile alkoholu

Dwuletni chłopiec trafił do szpitala mając 1,8 promila alkoholu we krwi. Był pod opieką dziadka i wujka. Matka dziecka opisała w jaki sposób doszło do tej sytuacji.

We wtorek 13 listopada 2018 roku do jednego ze szpitali w Bełchatowie zostało przywiezione dziecko. – Trafiło do nas dziecko, które na izbę przyjęć przywiozła matka. Chłopczyk zataczał się i miał problemy ze świadomością – poinformowała Katarzyna Babczyńska, rzecznik prasowy bełchatowskiego szpitala. Dziecko było pijane. Miało we krwi 1,8 promila alkoholu.

Matka chłopca opisała w jaki sposób doszło do tej sytuacji. Opowiadała, że wraz ze swoją matką pojechała do lekarza. Dzieckiem mieli się zająć podczas jej nieobecności dziadek i wujek. Kiedy dziadek obsługiwał klientów w sklepie, chłopiec poszedł do wujka, którego niestety nie spotkał. Wtedy dziecko zainteresowało się butelką z wódką, którą prawdopodobnie pozostawił jeden z klientów. Po chwili dziadek poczuł od wnuka silny zapach alkoholu.

Chłopiec w jednym z bełchatowskich szpitali spędził noc podłączony do kroplówki. Odczuwał silne pragnienie. Jego stan był na tyle dobry, że następnego dnia opuścił placówkę.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Opiekunka katowała niewidomą 80-latkę

Opiekunka społeczna katowała niewidomą panią Halinę Chłopicką (80 l.) z Gniezna. Ukryta przez rodzinę kamera zarejestrowała przerażające sceny – jak opiekunka Karina G. znęca się nad niewidomą podopieczną! Pani Halina miała wylew, nie wstaje z łóżka i potrzebuje stałej opieki. Tę miała jej zapewnić Karina G. (43 l.), opiekunka Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Gnieźnie.

– Miała babcię myć, ćwiczyć z nią, karmić – opowiada Kinga Bednarczyk (23 l.), wnuczka staruszki. Opiekunka przychodziła do pani Haliny od dwóch lat.

– W sierpniu zaniepokoiły nas siniaki na ciele babci, stała się płaczliwa i nerwowa. Postanowiliśmy zamontować kamerę w jej mieszkaniu, żeby zobaczyć, co się dzieje – opowiada wnuczka. Pierwsze nagrania zaszokowały rodzinę. Widać, jak opiekunka bije starszą panią.

Drobniutka, niewidoma kobieta nawet nie nie umie się zasłonić przed potężnymi ciosami w twarz, głowę i szczękę. Gdy prosi o picie, opiekunka-potwór każe jej samej wstać. Gdy pani Halina przestaje ćwiczyć, szarpie ją za ręce do góry, popycha albo okłada otwartą ręką. W pewnym momencie staruszka zaczyna płakać.

– Przestań wyć, bo Cię wypier…lę na ulicę – wrzeszczy Karina G. i dalej bije.

– Nasiusiała nawet babci do miski z wodą do mycia – mówi roztrzęsiona wnuczka.

Przełożeni Kariny G. w MOPS-ie są w szoku.

– Ta pani została zwolniona w trybie natychmiastowym. Dyscyplinarnie. Nie próbowała się nawet tłumaczyć. Nie padło też słowo przepraszam. To dziwne, że przez 10 lat nikt się na nią nie skarżył. Ona miała dwie twarze – przekonuje Hanna Adamczak, dyrektorka MOPS.

Śledztwo w tej sprawie wszczęła również prokuratura.

– Jesteśmy gotowi do postawienia Karinie G. zarzutów znęcania się psychicznego i fizycznego nad osobą nieporadną – zapowiada prokurator Małgorzata Rezulak-Kustosz.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Gwałt na 14-latce w Tychach. Opiekowała się dzieckiem oprawcy

Koszmar w Tychach. 14-latka przychodziła do małżeństwa opiekować się ich 2-letnim dzieckiem. Została uwięziona i brutalnie zgwałcona przez ojca chłopca. Prokuratura ujawnia szokujące szczegóły.

Jak informuje TVN24, zaczęło się od 14-letniej dziewczyny, która przychodziła opiekować się dwuletnim synem pary. – W czerwcu tego roku nastolatka została brutalnie zgwałcona przez 26-latka. W tym czasie jego żona spała – tłumaczy Monika Stalmach-Ćwikowska z prokuratury rejonowej w Tychach.

Dziewczynka była też bita, a do domu wypuszczona po kilku godzinach.

Na policję zgłosiła się także 46-latka, która również została zgwałcona. Przyszła do domu małżeństwa, bo miała zaopiekować się wieczorem ich synem. Prokurator relacjonuje, że kobieta została uwięziona i wielokrotnie zgwałcona zarówno przez mężczyznę jak i kobietę. W tym czasie w mieszkaniu miał przebywać także 2-latek. 46-latka została wypuszczona dopiero następnego dnia.

Prokurator potwierdza, że to małżeństwo rzeczywiście ma dwuletnie dziecko, ale, jak się okazało, poszukiwania opiekunki były tylko przykrywką do planowanego gwałtu. Pokrzywdzonych może być więcej.

Policjanci z Wydziału Kryminalnego tyskiej komendy, prowadząc śledztwo pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Tychach, apelują, by osoby, które zostały potraktowane w podobny sposób, jak i osoby, które mają jakiekolwiek informacje w tej sprawie zgłosiły się do Komendy Miejskiej Policji w Tychach lub skontaktowały się telefonicznie pod numerem telefonu (32) 32- 56- 235, 32-56-280 lub 32-56-255.

Małżeństwo zostało zatrzymane w czerwcu. Przebywa obecnie w areszcie. Para nie przyznaje się do winy. Nie okazuje też skruchy.
Źródło info i foto: wp.pl