Dwaj byli strażnicy graniczni oskarżeni o pomoc w przemycie miliona paczek papierosów

Lubelski wydział Prokuratury Krajowej oskarżył dwóch byłych funkcjonariuszy Straży Granicznej o współpracę z przemytnikami wyrobów tytoniowych. Strażnicy mieli przyjmować łapówki i ułatwić przemyt przez Bug ponad miliona paczek papierosów.

– Dwaj byli funkcjonariusze Straży Granicznej są oskarżeni o przyjmowanie korzyści majątkowych od członków zorganizowanej grupy przestępczej, zajmującej się przemytem papierosów przez rzekę graniczną Bug, na olbrzymią skalę – poinformował w poniedziałek prok. Karol Borchólski z Działu Prasowego Prokuratury Krajowej. Śledztwo w tej sprawie prowadził wydział PK w Lublinie wspólnie z funkcjonariuszami Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej w Chełmie i z Biurem Spraw Wewnętrznych SG w Warszawie.

– W toku śledztwa ustalono, że część przemytów zrealizowanych przez zorganizowaną grupę przestępczą została dokonana na tzw. układzie. Miejsce dokonania przemytu i godzina jego realizacji wskazywana była przez funkcjonariusza Straży Granicznej – podał prok. Borchólski. Chodziło o to, że w czasie przemytu straż nie wysyłała w ten rejon żadnego patrolu. Takie przemyty odbywały się w rejonie działania Placówki Straży Granicznej w Skryhiczynie i Placówki Straży Granicznej we Włodawie.

Jednemu z oskarżonych funkcjonariuszy prokuratura zarzuciła dwunastokrotne przekazanie takich informacji, za co miał przyjąć korzyść lub „obietnicę korzyści majątkowej” w kwotach po 10 tys. zł. Jego działanie ułatwiło przemyt 1,1 mln paczek papierosów produkcji ukraińskiej bez polskich znaków skarbowych akcyzy, wartych ponad 14 mln zł.

– To spowodowało uszczuplenie należności celnej w wysokości nie mniejszej niż 920 tys. zł, uszczuplenie podatku VAT w kwocie co najmniej 4,7 mln zł i należnego podatku akcyzowego w kwocie nie mniejszej niż 17,9 mln zł – podał prokurator. Byłego strażnika oskarżono także o niedopełnienie obowiązków służbowych i ukrywanie na swojej posesji „dokumentacji procesowej”.

Drugiemu funkcjonariuszowi przedstawiono zarzuty dziewięciokrotnego udzielenia pomocy przestępcom, za co miał dostać od 5 do 8 tys. zł łapówki lub zgodzić się na przyjęcie takiej kwoty. Według ustaleń prokuratury papierosy produkcji białoruskiej zostały przemycone trzy razy. – W sumie było to 28 tys. paczek o wartości ponad 371 tys. zł – powiedział prokurator Borchólski.

W wyniku tych działań doszło do uszczuplenia podatku VAT na 123 tys. zł i podatku akcyzowego na kolejne 466 tys. zł.

Aktem oskarżenia objęto także mężczyznę, który pośredniczył między przestępcami i strażnikami. Oprócz zarzutów wręczania lub obiecywania łapówek ma także zarzut posiadania środków odurzających, bo podczas zatrzymania miał przy sobie marihuanę.

– Każdemu z oskarżonych przedstawiono ponadto zarzuty pomocnictwa do przestępstw karnoskarbowych – doprecyzował prokurator.

Strażnik, który ułatwił przemyt ponad miliona papierosów i pośrednik przebywają w aresztach śledczych. Drugi ze strażników przed sądem będzie odpowiadał z tzw. wolnej stopy. Jest wobec niego zastosowane poręczenie majątkowe.

Oskarżonym grozi do 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Polacy oskarżeni o terroryzm po podpaleniu węgierskiej placówki na Zakarpaciu

Po tysiąc złotych mieli dostać Polacy, którzy w lutym 2018 r. podpalili budynek Towarzystwa Węgierskiej Kultury Zakarpacia na Ukrainie – wynika z ustaleń zakończonego właśnie śledztwa stołecznych „pezetów”. Jak dowiedział się portal tvp.info, akt oskarżenia w tej sprawie trafił właśnie do sądu. Mężczyźni powiązani z radykalnymi ugrupowaniami prawicowymi odpowiadają m.in. za przestępstwo o charakterze terrorystycznym. Nieoficjalnie śledczy sugerują, że pomysł akcji zrodził się w Rosji.

Prokuratura uznała, że działania trzech młodych Polaków mają charakter terrorystyczny. Portal tvp.info dotarł do ustaleń śledztwa prowadzonego przez Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej oraz Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

– Ta prowokacja miała doprowadzić do pogorszenia stosunków ukraińsko-węgierskich. A taki ferment jest na rękę Rosji, która jest zainteresowana destabilizacją u swego zachodniego sąsiada, gdzie trwa już wojna hybrydowa w Donbasie – wyjaśnia oficer ABW. – A wynajęcie polskich opryszków było korzystne dla Rosji, bo w razie wpadki wykonawców była możliwość zantagonizowania relacji między Polakami a Ukraińcami, które i tak nie są najlepsze – dodaje rozmówca portalu tvp.info.

Przestępstwo o charakterze terrorystycznym

Głównym oskarżonym jest 28-letni Michał P., mający wyższe wykształcenie specjalista ds. bezpieczeństwa. Według śledczych miał on powiązania z organizacją neofaszystowską Falanga i prorosyjska partią Zmiana, której lider Mateusz P. odpowiada przed sądem za współpracę z chińskim i rosyjskim wywiadem.

Zarzut ciążący na Michale P. brzmi bardzo poważnie: „W styczniu i lutym 2018 r., w celu osiągnięcia korzyści majątkowej wykonał zlecenie dokonania na terytorium Ukrainy czynów zabronionych polegających na publicznym nawoływaniu do nienawiści na tle narodowościowym pomiędzy obywatelami Ukrainy i Węgier: wywołania zakłócenia ustroju Ukrainy i pogłębienia podziałów narodowościowych pomiędzy Ukraińcami i Węgrami; oraz w zamiarze sfinansowania przestępstwa o charakterze terrorystycznym, polegającego na namalowaniu symboli faszystowskich i podpalenia budynku organizacji społecznej Towarzystwo Węgierskiej Kultury Zakarpacia w Użhorodzie, przekazał Adrianowi M. i Tomaszowi Sz., 1000 zł na zakup paliwa do podpalenia budynku, a także dał ww. telefony komórkowe, karty sim oraz kurtki i zleciał aby nagrać całe zdarzenie”.

Ponadto Michał P. miał namawiać pięć osób do przyjęcia tego zlecenia. Mężczyzna nie przyznał się do zarzutów i odmówił składania wyjaśnień, odpowiadał jednak na pytania. Podobnie jak dwaj bezpośredni wykonawcy akcji: Adrian M. i Tomasz Sz.

Szybki werbunek

Chętnych do wzięcia udziału w akcji ukraińskiej Michał P. szukał w Krakowie wśród zwolenników krakowskiej jednostki strzeleckiej SJS2039 oraz Falangi. W połowie stycznia P. namówił 22-letniego Adriana M., z zawodu elektryka, na spotkanie. Rozmawiali w samochodzie. Wtedy Michał P. powiedział, że chciałby, aby Adrian namalował na budynku w Użhorodzie swastykę oraz cyfry 88 (ósma litera alfabetu to H, w organizacjach faszystowskich tak kamufluje się zawołanie: Heil Hitler).

P. Przekonywał, że akcja ma na celu skompromitowanie „ukraińskich banderowców”. Najpierw jednak M. miał wybrać się sam na Ukrainę, aby sprawdzić, czy przejedzie granicę bez żadnych przeszkód. Michał P. polecił także koledze, aby ten zainstalował w telefonie specjalny, „bezpieczny” komunikator. 13 stycznia Adrian M. pojechał do Lwowa. Nie miał żadnych problemów na granicy.

Obydwaj mężczyźni spotkali się jeszcze raz kilka dni później. Michał P. powiedział, że odebrał przesyłkę. Była w niej książka, zaś pomiędzy stronami ukryto 500 euro. – To jest kasa od Węgrów – wyjaśnił P. Kiedy indziej miał jednak powiedzieć, że „zleceniodawca jest z Unii Europejskiej”. Organizator uprzedził wszystkich, że „konwersacja na ten temat nie istnieje”.

Później Michał P. zwerbował jeszcze 26-letniego Tomasza Sz., tłumacza z wyższym wykształceniem. Jego rolą było nagranie całej akcji, tak aby zdjęcia i film można było opublikować w internecie.

Atak pod okiem kamer

Adrian M. i Tomasz Sz. wyruszyli na Ukrainę 3 lutego 2018 r. przez Koszyce na Słowacji. Wcześniej, dla bezpieczeństwa, zostawili swoje telefony komórkowe, a zabrali aparaty otrzymane od Michała P. W Użhorodzie zapomnieli jednak o zasadach konspiracji, bo pokój w miejscowym hostelu wynajęli na nazwisko M.

4 lutego około godz. 1 wyruszyli pod „węgierski dom”. Na miejscu Adrian M. namalował na budynku swastykę oraz cyfry 88. Rzucił też w budynek „koktajlem Mołotowa”, jednak butelka z benzyną odbiła się od ściany i zgasła. Tomasz Sz. , który wszystko nagrywał, przesłał film i zdjęcia Michałowi P. – Węgrzy nie są zadowoleni. Dobrze by było, gdyby jakaś ściana się mocniej okopciła – miał polecić P.

Wykonawcy poszli więc około godz. 4 na stację paliw, gdzie kupili pojemnik z benzyną. Tym razem nasączyli nią kurtkę jednego z zamachowców, którą włożyli za kraty na oknach i podpalili. Uwiecznili ten moment i dostali odpowiedź, że „jest OK.”. Zadowoleni konspiratorzy wyczyścili pamięć telefonów. Nie zwrócili uwagi na kamery na „węgierskim domu” oraz na stacji benzynowej, które przyczyniły się do ich namierzenia. Na szczęście pożar budynku został szybko ugaszony.

Adrian M. i Tomasz Sz. przekroczyli granicę Ukrainy ze Słowacji 4 lutego o godz. 8. Zabrali ze sobą większą ilość papierosów niż jest dopuszczalna i musieli za nie dodatkowo zapłacić.

ABW wkracza do akcji

W Krakowie Adrian M. i Tomasz Sz. spotkali się w Michałem P., odebrali od niego swoje telefony i otrzymali po 1000 zł. Byli przekonani, że nie ma jak ich powiązać z wydarzeniami w Użhorodzie. Już jednak 22 lutego funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymali Adriana M. Ten, najwyraźniej przestraszony konsekwencjami, przyznał się do ataku na Ukrainie i powiedział, że chce skorzystać z art. 60, który daje skruszonemu przestępcy możliwość nadzwyczajnego złagodzenia kary. Przyznał się, że działał na zlecenie Michała P. i opowiedział o całej akcji.

Tego samego dnia funkcjonariusze ABW zatrzymali Michała P. i Tomasza Sz. Trwa śledztwo w sprawie osoby, od której Michał P. przyjął zlecenie na działania na Ukrainie. Z ustaleń śledczych wynika, że jest to niemiecki dziennikarz, działający prawdopodobnie na rzecz rosyjskich służb specjalnych.

W ukraińskim obwodzie zakarpackim mieszka 150-tysięczna mniejszość węgierska. Między Budapesztem a Kijowem trwa konflikt związany z ukraińską ustawą o oświacie, która – według Węgier – poważnie narusza prawa mniejszości narodowych dotyczące nauki w języku ojczystym.
Źródło info i foto: TVP.info

Oskarżeni w aferze reprywatyzacyjnej Jakub R. i jego matka wyjdą z aresztu za kaucją

Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł w czwartek, że areszt wobec głównych oskarżonych w związku z tzw. aferą reprywatyzacyjną Jakuba R. i jego matki Aliny D. będzie mógł zostać uchylony po wpłaceniu kaucji – poinformował PAP obrońca Jakuba R. adwokat Artur Pietryka.

W sierpniu Sąd Apelacyjny we Wrocławiu przedłużył Alinie D. i Jakubowi R. areszt do 21 października. Przebywają oni w areszcie od ponad półtora roku. Na początku października do warszawskiego sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko D. i R. oraz siedmiu innym osobom. Pietryka przekazał PAP, że w warszawskim sądzie okręgowym odbyło się w czwartek posiedzenie niejawne „w przedmiocie rozstrzygnięcia o dalszym stosowaniu aresztu wobec Jakuba R. i jego matki”.

Adwokat dodał, że decyzją sądu były urzędnik Biura Gospodarki Nieruchomościami w stołecznym ratuszu Jakub R. będzie mógł wyjść z aresztu po wpłaceniu do 16 listopada 2 mln zł poręczenia majątkowego. Natomiast kwota kaucji wobec jego matki wynosi 500 tys. zł. „Zamiast aresztu obowiązuje wtedy poręczenie majątkowe i inne środki nieizolacyjnie, typu dozór policji, zakaz opuszczania kraju zatrzymanie paszportu” – dodał mecenas Pietryka.

Obrońca przekazał też, że oskarżeni nadal przebywają w areszcie; nie poinformował, czy zamierzają oni wpłacić kaucje.

Jakub R. przebywa w areszcie pod zarzutem m.in. przyjęcia ponad 30 mln zł między innymi w związku z nieuczciwą reprywatyzacją działki na Placu Defilad, tuż przy Pałacu Kultury i Nauki. Natomiast jego matce Alinie D. prokuratura zarzuciła, że wspólnie i w porozumieniu z synem brała udział w oszustwie dot. m.in. reprywatyzacji działki na Placu Defilad, tuż przy Pałacu Kultury i Nauki.

D. miała też – zdaniem prokuratury – wspólnie i w porozumieniu z Jakubem R. oraz adwokatem Robertem N. brać udział w oszustwie dotyczącym wydania decyzji administracyjnych dot. 11 innych nieruchomości położonych w Warszawie.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Wrocław: Sędzia i jego żona oskarżeni o kradzież. Łupem miały być głośniki, pendrive’y i kabel

Wydział Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej skierował do Sądu Rejonowego w Wałbrzychu akt oskarżenia przeciwko sędziemu Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu Robertowi W. i jego żonie – Ewie W.

Jak dowiedziała się Informacyjna Agencja Radiowa, sędzia został oskarżony o popełnienie dwóch przestępstw kradzieży z artykułu 278 paragraf 1 kodeksu karnego, Ewa W.- o popełnienie jednego przestępstwa kradzieży.
Sędzia z Wrocławia i jego żona oskarżeni o kradzież

Obszerny materiał dowodowy wskazuje, że 4 lutego 2017 roku w sklepie Media Markt w Wałbrzychu sędzia ze swoją żoną ukradli dwa głośniki, dwa pendrive’y i kabel o łącznej wartości 2 tysięcy 175 złotych.

Według prokuratury, dwa dni później – 6 lutego 2017 roku – w tym samym sklepie Robert W. ukradł dwa głośniki, trzynaście pendrive’ów, dwie karty Micro SD i słuchawki o łącznej wartości 2 tysięcy 444 złotych i 40 groszy.

Kamery monitoringu w sklepie zarejestrowały, jak 6 lutego sędzia Robert W. wkładał do koszyka różnego rodzaju akcesoria i przy pomocy cążek oraz nożyka przełamywał ich zabezpieczenia przed kradzieżą. Puste opakowania sędzia odkładał na półki w dowolnym miejscu sklepu, a znajdujący się w nich wcześniej sprzęt wkładał do kieszeni swojego płaszcza.

Pracownicy ochrony obserwowali, jak Robert W. porusza się po różnych działach sklepu i próbuje rozerwać opakowania urządzeń. W sytuacji, kiedy mu się to nie udawało, sędzia odkładał opakowania z urządzeniami na półki znajdujące się także na innych działach niż te, z których je wziął. W pewnym momencie sędzia Robert W. podszedł do kas, wyjął z koszyka plastikową podstawkę i wyłącznie za nią zapłacił.
Sędzia z Wrocławia został zatrzymany przy kasach przez ochronę

Pracownicy ochrony podjęli decyzję o zatrzymaniu Roberta W. za linią kas. W kieszeni płaszcza mężczyzna miał skradzione tego dnia akcesoria, a także cążki i nożyk, które służyły do przełamywania zabezpieczeń i niszczenia opakowań.

Ustalono, że wcześniej, 4 lutego, kradzieży tych przedmiotów dokonały dwie osoby – podejrzana Ewa W. i mąż Robert W. – sędzia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu.

Podczas przeszukania w mieszkaniu małżeństwa znaleziono i zabezpieczono m.in. dwa głośniki i kabel o takich samych numerach seryjnych, jak numery seryjne znajdujące się na pustych opakowaniach ujawnionych w sklepie Media Markt.

Ogłoszenie zarzutów Robertowi W. i skierowanie przeciwko niemu aktu oskarżenia było możliwe po tym, jak Sąd Najwyższy utrzymał w mocy uchwałę Sądu Apelacyjnego – Sądu Dyscyplinarnego w Warszawie z 21 września 2017 roku zezwalającą na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Brazylia: Udana akcja policji. 650 osób oskarżonych o zabójstwa

W piątek brazylijska policja aresztowała w 16 z 27 stanów 650 osób formalnie oskarżonych o zabójstwa. Przestępstwa te motywowane były w większości „dyskryminacją wobec kobiet” – poinformował rząd brazylijski. Brazylijski minister bezpieczeństwa publicznego Raul Jungmann zapowiedział na konferencji prasowej zwołanej w toku akcji policji, że do końca dnia spodziewa się aresztowania w sumie około tysiąca oskarżonych o zabójstwa.

Wśród dotąd aresztowanych jest ponad 60 osób niepełnoletnich.

„Wcielamy właśnie w życie Jednolity System Bezpieczeństwa Publicznego i będziemy dokonywali coraz więcej tego typu operacji” – zapowiedział Jungmann.

Przeprowadzenie piątkowej akcji aresztowań Jungmann zapowiedział już w lipcu na nieoficjalnym spotkaniu szefów policji cywilnej. Powiedział wówczas, że na liście oskarżonych o morderstwa, ale przebywających na wolności, jest wielu sprawców zabójstw na tle seksualnym.
Źródło info i foto: interia.pl

Akt oskarżenia przeciwko policjantom z Zabrza. Grozi im więzienie

Jest akt oskarżenia przeciwko funkcjonariuszom policji z Zabrza. Komunikat w tej sprawie wydała Prokuratura Krajowa. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach skierowała dwa akty oskarżenia przeciwko Tamarze C.-K. i Adamowi R. oraz przeciwko Łukaszowi Ch. – funkcjonariuszom Komisariatu V Policji w Zabrzu. Zostali oni oskarżeni między innymi o popełnienie przestępstw niedopełnienia obowiązków (art. 231 par. 1 kodeksu karnego).

Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Gliwicach dotyczyło nieprawidłowości, jakie zostały ujawnione w sprawach prowadzonych w Komisariacie V Policji w Zabrzu, a zwłaszcza doprowadzenia do bezpodstawnego zwolnienia sprawcy przestępstwa.

Zarzuty popełnienia przestępstw polegających na niedopełnieniu obowiązków służbowych oraz poświadczeniu nieprawdy w dokumentacji procesowej w maju 2017 roku przedstawiono pełniącej funkcję Komendanta Komisariatu V Policji w Zabrzu – Tamarze C.- K. i podległemu jej funkcjonariuszowi – Adamowi R. Z kolei funkcjonariuszowi Łukaszowi Ch. przedstawiono zarzuty niedopełnienia obowiązków oraz utrudniania śledztwa.

Podejrzanym policjantom grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności. Łukaszowi Ch.za czyn kwalifikowany z art. 239 par. 1 kodeksu karnego grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności. Sprawę będzie rozpoznawał Sąd Rejonowy w Zabrzu.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Indie: 18 mężczyzn oskarżonych o gwałty na 12-latce. Zostali pobici przez prawników

Mężczyźni zostali aresztowani w indyjskim Chennai. Przez siedem miesięcy mieli regularnie odurzać i gwałcić 12-letnią dziewczynkę. Oskarżeni to pracownicy bloku, w którym mieszkało dziecko. Przed rozprawą mężczyźni zostali pobici przez grupę obecnych w gmachu sądu prawników. Prześladowanie dziewczynki miał rozpocząć 66-letni operator windy. Według policji to właśnie on miał zgwałcić 12-latkę w jednym w niezamieszkałych apartamentów na początku stycznia.

Mieli ją szantażować i odurzać narkotykami

Następnie mężczyzna miał nakłonić innych pracowników bloku, by nagrali jego następny atak na dziewczynkę. Po nagraniu gwałtu, mężczyźni mieli szantażować ją opublikowaniem wideo i zmuszać ją do kolejnych aktów seksualnych.

Gdy 12-latka próbowała protestować, mężczyźni grozili jej śmiercią lub odurzali narkotykami. Dziewczynka o swoim dramacie opowiedziała starszej siostrze, która przyjechała do rodziny w odwiedziny. W ostatnią sobotę sprawa została zgłoszona na policję.

„Nie mamy zamiaru ich reprezentować”

W poniedziałek 18 mężczyzn w wieku od 23 do 66 lat zostało oskarżonych o gwałty, usiłowanie zabójstwa i zastraszanie. Kamera agencji Asian News International zarejestrowała moment, w którym oskarżeni mężczyźni zostali zaatakowani przez grupę prawników i część osób postronnych w gmachu sądu w Madrasie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

11 oskarżonych o handel danymi z policyjnych baz

Do warszawskiego sądu rejonowego wpłynął akt oskarżenia przeciwko 11 osobom, które nielegalnie pozyskiwały i wykorzystywały dane z systemów informatycznych policji – poinformował w środę PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Łukasz Łapczyński.

Jak zaznaczył prokurator, od stycznia 2012 r. do czerwca 2015 r. firma detektywistyczna z Torunia pozyskiwała, a następnie przekazywała informacje z systemów policyjnych innym przedsiębiorstwom detektywistycznym i windykacyjnym. Dane udostępniał Krzysztof M. z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. W zamian za informacje dot. prawie 400 osób uzyskał łącznie 55 tys. zł.

Prokuratura zaznaczyła, że Krzysztof M. przekazywał firmie prowadzonej przez Justynę Z.-K. i Piotra K. m.in. KSIP, PESEL, CEPiK, REGON osób i podmiotów znajdujących się w systemach informatycznych będących w dyspozycji policji. Następnie informacje te trafiały do prywatnych detektywów, pracowników firm detektywistycznych i windykacyjnych z Warszawy i okolic, Łodzi oraz Lublina.

Oskarżona Justyna Z.-K. przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia. Jej mąż Piotr K. nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i odmówił złożenia wyjaśnień. Z kolei b. funkcjonariusz policji Krzysztof M. przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia. Natomiast pozostali oskarżeni nie przyznali się.
Źródło info i foto: Bankier.pl

Byli ochroniarze z Elektromisu oskarżeni o porwanie i pomoc w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary

Dwaj byli ochroniarze Elektromisu właśnie zostali oskarżeni o porwanie i pomocnictwo do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary. Chodzi o Mirosława R., ps. Ryba i Dariusza L., ps. Lala. Obaj kiedyś byli policyjnymi antyterrorystami w Poznaniu, potem zaczęli pracować w ochronie Elektomisu Mariusza Świtalskiego. 1 września 1992 roku mieli porwać Jarosława Ziętarę, bo ten miałby opisać aferalną działalność firmy Elektromis.

Mirosław R., ps. Ryba o Dariusz L., ps. Lala 1 września 1992 roku mieli porwać Jarosława Ziętarę spod jego mieszkania przy ul. Kolejowej. Zdaniem prokuratury, podeszli do młodego dziennikarza idącego do redakcji „Gazety Poznańskiej”, przedstawili się jako policjanci. Byli ubrani po cywilnemu. „Zaprosili” Ziętarę do samochodu przypominającego radiowóz.

Rzekomo wcześniej inne osoby pobiły Ziętarę, straszyły go, proponowały pieniądze, byle odpuścił pewne aferalne tematy.

– Następnie oskarżeni przekazali go osobom, które dokonały zabójstwa Jarosława Ziętary, zniszczenia zwłok i ukrycia szczątków. W toku prowadzonego postępowania ustalono ponadto, że działali oni wspólnie z inną, nieżyjącą już osobą – informuje biuro prasowe Prokuratury Krajowej.

Zakończone właśnie śledztwo przeciwko „Rybie” i „Lali” prowadził prokurator Tomasz Dorosz z krakowskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej. Kim była trzecia, nieżyjąca już osoba, która miała współdziałać z „Rybą” i „Lalą” przy porwaniu Ziętary metodą „na policjanta”?

Z naszych ustaleń wynika, że chodzi o Romana K., ps. Kapela. To kolejnego były judoka z niegdyś milicyjnego klubu Olimpia Poznań. Potem „Kapela” trafił do policji, a następnie do ochrony Elektromisu. Firma przyciągała zresztą innych funkcjonariuszy publicznych: byłych esbeków, prokuratorów, eksmilicjantów. „Kapela” miał również porwać Ziętarę wraz z dwoma innymi byłymi policjantami. Dziennikarz miał tego samego dnia zostać przewieziony do siedziby Elektromisu przy ul. Wołczyńskiej w Poznaniu. Tam poddano go podobno torturom. Kto zabił? Co stało się z ciałem? Krażą różne wersje. Te wątki nadal są wyjaśniane przez prokuraturą w trzecim krakowskim śledztwie związanym ze zniknięciem Ziętary.

Podobno po zniknięciu i zabójstwie Ziętary, Roman K., ps. „Kapela” miał wyrzuty sumienia, sięgał po alkohol. Według krążacych wersji został zamordowany przez znajomych mających związek ze zbrodnią na Ziętarze. Oficjalnie uznano jednak, że „Kapela” popełnił samobójstwo. Zmarł jesienią 1993 roku. Przez dwa dni po postrzale walczył o życie w poznańskim szpitalu.
Źródło info i foto: gloswielkopolski.pl

Sprawa śmierci Igora Stachowiaka. Policjanci nie będą oskarżeni o nieumyślne spowodowanie jego śmierci

Wyczerpująco zebrany w toku śledztwa materiał dowodowy, nie daje podstaw do skierowania aktu oskarżenia w zakresie nieumyślnego spowodowania śmierci Igora S. – poinformował w środowym komunikacie rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Prokuratura Okręgowa w Poznaniu zakończyła postępowanie dotyczące zachowania funkcjonariuszy policji podczas interwencji przeprowadzanej w maju 2016r. we Wrocławiu, w trakcie której stosowano środki bezpośredniego przymusu wobec Igora S.

„Wyczerpująco zebrany w toku śledztwa materiał dowodowy, nie daje podstaw do skierowania aktu oskarżenia w zakresie nieumyślnego spowodowania śmierci Igora S.” – czytamy w komunikacie.

Igor Stachowiak zmarł w maju 2016 r., po zatrzymaniu na wrocławskim rynku i przewiezieniu na komisariat. Według funkcjonariuszy, był agresywny i dlatego musieli użyć paralizatora. Na komisariacie stracił przytomność i pomimo reanimacji zmarł. Według pierwszej opinii lekarza, przyczyną śmierci była ostra niewydolność krążeniowo-oddechowa.

Przeciwko policjantowi używającemu paralizatora komendant miejski policji we Wrocławiu wszczął postępowanie dyscyplinarne, a następnie zawiesił go w czynnościach służbowych na okres trzech miesięcy; prokuratura wszczęła śledztwo.

Sprawa wróciła po wyemitowaniu w maju br. reportażu w TVN24, gdzie m.in. pokazano zapis z kamery paralizatora. Później „Fakty” TVN podały, że policja miała dostęp do nagrań ws. śmierci Stachowiaka, choć deklarowała coś innego.

W związku z tymi wydarzeniami ówczesny szef MSWiA odwołał komendanta dolnośląskiej policji, jego zastępcę ds. prewencji oraz komendanta miejskiego we Wrocławiu. Wszyscy funkcjonariusze: zatrzymujący Stachowiaka i używający wobec niego tasera, są już poza policją.
Źródło info i foto: Dziennik.pl