Afera w elitarnej jednostce SEAL Team 7. Pentagon podjął radykalną decyzję

Molestowanie, pijacka bijatyka, zbrodnie wojenne – to tylko kilka z spraw, o które oskarżeni zostali w ostatnich miesiącach żołnierze SEAL Team 7. Dowódca sił specjalnych marynarki wojennej USA, wobec braku dyscypliny w zespole, podjął radykalną decyzję – podaje Onet. Adm. Colin Green zwolnił w trybie natychmiastowym trzech oficerów dowodzących SEAL Team 7. Tę decyzję podjął po tym, jak w mediach zaczęły się pojawiać informacje o skandalicznym zachowaniu członków jednostki.

Kilku żołnierzy Team 7 zostało oskarżonych o molestowanie seksualne. Jeden z plutonów został całkowicie wycofany ze służby, ponieważ jego żołnierze w Iraku urządzili sobie zakrapianą alkoholem imprezę, która skończyła się bijatyką. Co więcej, jeden z dowódców stanął niedawno przed sądem. Oskarżano go o popełnienie zbrodni wojennych.

Seals uważana jest za najlepszą jednostkę specjalną na świecie. Jest częścią marynarki wojennej USA. „Służy w niej 2,5 tys. osób. Kandydaci do służby w SEALs przechodzą jeden z najtrudniejszych kursów szkoleniowych w siłach zbrojnych i biorą potem udział w operacjach na tyłach wroga w szczególnie trudnych warunkach” – podaje Onet.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Szczecin: Ruszył proces ws. oszustw przy zamianie mieszkań. Notariusze wśród oskarżonych

W Sądzie Okręgowym w Szczecinie rozpoczął się w czwartek proces w sprawie wyłudzania mieszkań. Oskarżonych jest 11 osób, w tym notariusze, którzy usłyszeli zarzuty pomocnictwa.

Siedem osób zostało oskarżonych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która działała w Szczecinie, Policach i Warniku. Oszukanych miało być 50 osób, a wartość wyrządzonej szkody oszacowano na niemal 4 mln zł.

Grupa – według prokuratury – wyłudzała mieszkania. Oskarżeni mieli doprowadzać pokrzywdzonych do niekorzystnego rozporządzania lokalami – osoby, które oszukali, traciły tytuły prawne do zajmowanych mieszkań i nie otrzymywały w zamian ekwiwalentnych świadczeń. Zdaniem śledczych, grupa wykorzystywała niezdolność pokrzywdzonych do zrozumienia podejmowanych czynności prawnych.

Oskarżeni – według prokuratury – docierali do pokrzywdzonych posiadających mieszkania m.in. przez ich znajomych i odpowiadając na ogłoszenia o zamianie mieszkań. Oferowali zamianę mieszkania na mniejsze z jednoczesną spłatą zadłużenia i ewentualną dopłatą.

Jeżeli pokrzywdzeni nie byli właścicielami lokali, w których mieszkali, ale mieli spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu, oskarżeni mieli im przekazywać pieniądze na sfinansowanie przekształcenia tego prawa w spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu.

Po akceptacji zaproponowanych warunków zamiany oskarżeni mieli pokazywać pokrzywdzonym mieszkania, w których ci mogliby zamieszkać. Jeśli pokrzywdzeni byli zainteresowani, zawierano jedną lub kilka umów cywilnoprawnych; ich treść nie odpowiadała jednak ustaleniom.

Pokrzywdzeni byli zawożeni do współpracujących z oskarżonymi kancelarii notarialnych, gdzie podpisywano dokumenty, na których podstawie ofiary traciły tytuły prawne do dotychczas zajmowanych lokali. Mieszkania, które nabywali, nie były tymi, które im pokazywano: miały znacznie gorszy standard. Zdarzało się też, że pokrzywdzeni po zawarciu umowy byli umieszczani w lokalach, które podejrzani jedynie wynajęli albo w ogóle nie otrzymywali w zamian jakiegokolwiek lokalu, lecz byli dokwaterowywani do innych oszukanych osób.

Czworgu notariuszy (dwóch nie wykonuje już zawodu) prokuratura zarzuca pomocnictwo w oszustwie i niedopełnienie obowiązków funkcjonariuszy publicznych: nie udzielali pokrzywdzonym informacji, których powinni udzielić.

Grupą przestępczą miał kierować Robert M. Jego rola – według aktu oskarżenia – polegała m.in. na „założeniu zorganizowanej grupy przestępczej, wydawaniu poleceń pozostałym członkom grupy, koordynowaniu i nadzorowaniu ich działań, zapewnianiu środków finansowych na realizację poszczególnych czynów zabronionych”.

Robert M. miał m.in. uczestniczyć w rozmowach dotyczących zamiany mieszkań, posługując się przy tym fałszywymi danymi osobowymi. Miał też uczestniczyć w zawieraniu aktów notarialnych, nadzorować przewożenie rzeczy osób, które zamieniły mieszkania, i brać udział w sprzedaży wyłudzonych lokali osobom trzecim.

Mężczyzna nie przyznał się do winy. Podczas czwartkowej rozprawy odmówił składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania. Oskarżeni odpowiadają z wolnej stopy (oprócz jednego, który odbywa karę więzienia za inną sprawę). Kolejna rozprawa ma się odbyć 10 września.
Źródło info i foto: TVP.info

Leeds: Dwaj Polacy skazani na 21 lat więzienia za zabójstwo 30-letniego Maksyma Polomki

30-letni Maksym Polomka został zamordowany w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Oskarżeni o jego zabójstwo zostali dwa Polacy, 29-letni Tomasz D. i 28-letni Paweł S. Zostali skazani na 21 lat więzienia. Do zabójstwa 30-letniego Maksyma Polomki doszło w grudniu ubiegłego roku. Mężczyzna dostał osiem ciosów nożem w głowę, szyję i ciało na ulicy Robb Street w brytyjskim Leeds.

– To była niepotrzebna śmierć, żal obiecującego młodego życia. Każde morderstwo przerywa jedno życie, ale niszczy wiele innych – powiedział sędzia Tom Bayliss, uzasadniając wyrok 21 lat więzienia dla oskarżonych.

Maksym Polomka w drugi dzień świąt był na przyjęciu w domu Tomasza D. w Leeds. Towarzyszyła mu dziewczyna, Natalia P. W pewnym momencie para się pokłóciła, a Maksym miał potrząsnąć dziewczyną – informuje portal leeds-live.co.uk.

Nie spodobało się to jednemu z biesiadników, Pawłowi S. Złapał nóż kuchenny i powiedział do Maksyma: – Zaraz cię pokroję na kawałki. Gospodarz, Tomasz D. uderzył maksyma w głowę teleskopową pałką i też złapał za nóż kuchenny. Jego partnerka próbowała go powstrzymać, ale bezskutecznie.

Zdruzgotana rodzina

Maksym Polomka wyszedł z domu, ale mężczyźni poszli za nim i zaatakowali go na ulicy. Dostał osiem ciosów nożem. Karetka zabrała go do szpitala, gdzie zmarł po dwóch dniach. Sędzia odczytał zeznania bliskich i rodziny Maksyma. Jego dziewczyna powiedziała, że „ma złamane serce i po śmierci ukochanego jej życie jest pozbawione sensu”.

„Wciąż mamy łzy w oczach, jak tylko pomyślimy o naszym ukochanym synu. Każde Boże Narodzenie będzie nam przypominało o tym przerażającym dniu” – powiedzieli Andrzej i Małgorzata, rodzice Maksyma.
Źródło info i foto: wp.pl

Afera Huawei: Funkcjonariusz ABW podejrzany o szpiegostwo na rzecz Chin wyszedł z aresztu

Dalszy ciąg afery Huawei. W styczniu aresztowano Weijinga W., jednego z dyrektorów polskiego oddziału firmy i Piotra D., byłego oficera ABW. Polak opuścił areszt za kaucją – podaje RMF FM. Onet pisał o aferze Huawei w styczniu 2019 roku. Weijing W. i Piotr D. zostali oskarżeni o szpiegostwo na rzecz Chin.

– Nigdy świadomie nie miałem kontaktu, a już na pewno nie współpracowałem z jakimkolwiek wywiadem, w szczególności z wywiadem chińskim – podkreślał w oświadczeniu Weijing W.

Po zatrzymaniu zabezpieczono materiały dowodowe, np. telefony i komputery. Warszawski sąd uznał, że Piotr D. raczej nie będzie mataczył, ale prokuratura obawiała się utrudniania śledztwa i wniosła zażalenie. Sąd odrzucił te wnioski i w efekcie umożliwił Piotrowi D. wyjście na wolność za kaucją w wysokości 120 tys. złotych. Weijing W. pozostanie w areszcie do października.

W 2016 roku – za czasów rządu Beaty Szydło – Piotr D. miał być konsultantem w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Do sprawy odniosła się na Twitterze była premier. „Przecinam medialne sensacje – zatrzymany nie był konsultantem u Szydło! Nie doradzał Szydło i nie pracował dla Szydło. Był natomiast przedstawicielem UKE w zespole przygotowującym wizytę Papieża Franciszka podczas ŚDM” – napisała.
Źródło info i foto: onet.pl

Dwaj byli strażnicy graniczni oskarżeni o pomoc w przemycie miliona paczek papierosów

Lubelski wydział Prokuratury Krajowej oskarżył dwóch byłych funkcjonariuszy Straży Granicznej o współpracę z przemytnikami wyrobów tytoniowych. Strażnicy mieli przyjmować łapówki i ułatwić przemyt przez Bug ponad miliona paczek papierosów.

– Dwaj byli funkcjonariusze Straży Granicznej są oskarżeni o przyjmowanie korzyści majątkowych od członków zorganizowanej grupy przestępczej, zajmującej się przemytem papierosów przez rzekę graniczną Bug, na olbrzymią skalę – poinformował w poniedziałek prok. Karol Borchólski z Działu Prasowego Prokuratury Krajowej. Śledztwo w tej sprawie prowadził wydział PK w Lublinie wspólnie z funkcjonariuszami Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej w Chełmie i z Biurem Spraw Wewnętrznych SG w Warszawie.

– W toku śledztwa ustalono, że część przemytów zrealizowanych przez zorganizowaną grupę przestępczą została dokonana na tzw. układzie. Miejsce dokonania przemytu i godzina jego realizacji wskazywana była przez funkcjonariusza Straży Granicznej – podał prok. Borchólski. Chodziło o to, że w czasie przemytu straż nie wysyłała w ten rejon żadnego patrolu. Takie przemyty odbywały się w rejonie działania Placówki Straży Granicznej w Skryhiczynie i Placówki Straży Granicznej we Włodawie.

Jednemu z oskarżonych funkcjonariuszy prokuratura zarzuciła dwunastokrotne przekazanie takich informacji, za co miał przyjąć korzyść lub „obietnicę korzyści majątkowej” w kwotach po 10 tys. zł. Jego działanie ułatwiło przemyt 1,1 mln paczek papierosów produkcji ukraińskiej bez polskich znaków skarbowych akcyzy, wartych ponad 14 mln zł.

– To spowodowało uszczuplenie należności celnej w wysokości nie mniejszej niż 920 tys. zł, uszczuplenie podatku VAT w kwocie co najmniej 4,7 mln zł i należnego podatku akcyzowego w kwocie nie mniejszej niż 17,9 mln zł – podał prokurator. Byłego strażnika oskarżono także o niedopełnienie obowiązków służbowych i ukrywanie na swojej posesji „dokumentacji procesowej”.

Drugiemu funkcjonariuszowi przedstawiono zarzuty dziewięciokrotnego udzielenia pomocy przestępcom, za co miał dostać od 5 do 8 tys. zł łapówki lub zgodzić się na przyjęcie takiej kwoty. Według ustaleń prokuratury papierosy produkcji białoruskiej zostały przemycone trzy razy. – W sumie było to 28 tys. paczek o wartości ponad 371 tys. zł – powiedział prokurator Borchólski.

W wyniku tych działań doszło do uszczuplenia podatku VAT na 123 tys. zł i podatku akcyzowego na kolejne 466 tys. zł.

Aktem oskarżenia objęto także mężczyznę, który pośredniczył między przestępcami i strażnikami. Oprócz zarzutów wręczania lub obiecywania łapówek ma także zarzut posiadania środków odurzających, bo podczas zatrzymania miał przy sobie marihuanę.

– Każdemu z oskarżonych przedstawiono ponadto zarzuty pomocnictwa do przestępstw karnoskarbowych – doprecyzował prokurator.

Strażnik, który ułatwił przemyt ponad miliona papierosów i pośrednik przebywają w aresztach śledczych. Drugi ze strażników przed sądem będzie odpowiadał z tzw. wolnej stopy. Jest wobec niego zastosowane poręczenie majątkowe.

Oskarżonym grozi do 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Polacy oskarżeni o terroryzm po podpaleniu węgierskiej placówki na Zakarpaciu

Po tysiąc złotych mieli dostać Polacy, którzy w lutym 2018 r. podpalili budynek Towarzystwa Węgierskiej Kultury Zakarpacia na Ukrainie – wynika z ustaleń zakończonego właśnie śledztwa stołecznych „pezetów”. Jak dowiedział się portal tvp.info, akt oskarżenia w tej sprawie trafił właśnie do sądu. Mężczyźni powiązani z radykalnymi ugrupowaniami prawicowymi odpowiadają m.in. za przestępstwo o charakterze terrorystycznym. Nieoficjalnie śledczy sugerują, że pomysł akcji zrodził się w Rosji.

Prokuratura uznała, że działania trzech młodych Polaków mają charakter terrorystyczny. Portal tvp.info dotarł do ustaleń śledztwa prowadzonego przez Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej oraz Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

– Ta prowokacja miała doprowadzić do pogorszenia stosunków ukraińsko-węgierskich. A taki ferment jest na rękę Rosji, która jest zainteresowana destabilizacją u swego zachodniego sąsiada, gdzie trwa już wojna hybrydowa w Donbasie – wyjaśnia oficer ABW. – A wynajęcie polskich opryszków było korzystne dla Rosji, bo w razie wpadki wykonawców była możliwość zantagonizowania relacji między Polakami a Ukraińcami, które i tak nie są najlepsze – dodaje rozmówca portalu tvp.info.

Przestępstwo o charakterze terrorystycznym

Głównym oskarżonym jest 28-letni Michał P., mający wyższe wykształcenie specjalista ds. bezpieczeństwa. Według śledczych miał on powiązania z organizacją neofaszystowską Falanga i prorosyjska partią Zmiana, której lider Mateusz P. odpowiada przed sądem za współpracę z chińskim i rosyjskim wywiadem.

Zarzut ciążący na Michale P. brzmi bardzo poważnie: „W styczniu i lutym 2018 r., w celu osiągnięcia korzyści majątkowej wykonał zlecenie dokonania na terytorium Ukrainy czynów zabronionych polegających na publicznym nawoływaniu do nienawiści na tle narodowościowym pomiędzy obywatelami Ukrainy i Węgier: wywołania zakłócenia ustroju Ukrainy i pogłębienia podziałów narodowościowych pomiędzy Ukraińcami i Węgrami; oraz w zamiarze sfinansowania przestępstwa o charakterze terrorystycznym, polegającego na namalowaniu symboli faszystowskich i podpalenia budynku organizacji społecznej Towarzystwo Węgierskiej Kultury Zakarpacia w Użhorodzie, przekazał Adrianowi M. i Tomaszowi Sz., 1000 zł na zakup paliwa do podpalenia budynku, a także dał ww. telefony komórkowe, karty sim oraz kurtki i zleciał aby nagrać całe zdarzenie”.

Ponadto Michał P. miał namawiać pięć osób do przyjęcia tego zlecenia. Mężczyzna nie przyznał się do zarzutów i odmówił składania wyjaśnień, odpowiadał jednak na pytania. Podobnie jak dwaj bezpośredni wykonawcy akcji: Adrian M. i Tomasz Sz.

Szybki werbunek

Chętnych do wzięcia udziału w akcji ukraińskiej Michał P. szukał w Krakowie wśród zwolenników krakowskiej jednostki strzeleckiej SJS2039 oraz Falangi. W połowie stycznia P. namówił 22-letniego Adriana M., z zawodu elektryka, na spotkanie. Rozmawiali w samochodzie. Wtedy Michał P. powiedział, że chciałby, aby Adrian namalował na budynku w Użhorodzie swastykę oraz cyfry 88 (ósma litera alfabetu to H, w organizacjach faszystowskich tak kamufluje się zawołanie: Heil Hitler).

P. Przekonywał, że akcja ma na celu skompromitowanie „ukraińskich banderowców”. Najpierw jednak M. miał wybrać się sam na Ukrainę, aby sprawdzić, czy przejedzie granicę bez żadnych przeszkód. Michał P. polecił także koledze, aby ten zainstalował w telefonie specjalny, „bezpieczny” komunikator. 13 stycznia Adrian M. pojechał do Lwowa. Nie miał żadnych problemów na granicy.

Obydwaj mężczyźni spotkali się jeszcze raz kilka dni później. Michał P. powiedział, że odebrał przesyłkę. Była w niej książka, zaś pomiędzy stronami ukryto 500 euro. – To jest kasa od Węgrów – wyjaśnił P. Kiedy indziej miał jednak powiedzieć, że „zleceniodawca jest z Unii Europejskiej”. Organizator uprzedził wszystkich, że „konwersacja na ten temat nie istnieje”.

Później Michał P. zwerbował jeszcze 26-letniego Tomasza Sz., tłumacza z wyższym wykształceniem. Jego rolą było nagranie całej akcji, tak aby zdjęcia i film można było opublikować w internecie.

Atak pod okiem kamer

Adrian M. i Tomasz Sz. wyruszyli na Ukrainę 3 lutego 2018 r. przez Koszyce na Słowacji. Wcześniej, dla bezpieczeństwa, zostawili swoje telefony komórkowe, a zabrali aparaty otrzymane od Michała P. W Użhorodzie zapomnieli jednak o zasadach konspiracji, bo pokój w miejscowym hostelu wynajęli na nazwisko M.

4 lutego około godz. 1 wyruszyli pod „węgierski dom”. Na miejscu Adrian M. namalował na budynku swastykę oraz cyfry 88. Rzucił też w budynek „koktajlem Mołotowa”, jednak butelka z benzyną odbiła się od ściany i zgasła. Tomasz Sz. , który wszystko nagrywał, przesłał film i zdjęcia Michałowi P. – Węgrzy nie są zadowoleni. Dobrze by było, gdyby jakaś ściana się mocniej okopciła – miał polecić P.

Wykonawcy poszli więc około godz. 4 na stację paliw, gdzie kupili pojemnik z benzyną. Tym razem nasączyli nią kurtkę jednego z zamachowców, którą włożyli za kraty na oknach i podpalili. Uwiecznili ten moment i dostali odpowiedź, że „jest OK.”. Zadowoleni konspiratorzy wyczyścili pamięć telefonów. Nie zwrócili uwagi na kamery na „węgierskim domu” oraz na stacji benzynowej, które przyczyniły się do ich namierzenia. Na szczęście pożar budynku został szybko ugaszony.

Adrian M. i Tomasz Sz. przekroczyli granicę Ukrainy ze Słowacji 4 lutego o godz. 8. Zabrali ze sobą większą ilość papierosów niż jest dopuszczalna i musieli za nie dodatkowo zapłacić.

ABW wkracza do akcji

W Krakowie Adrian M. i Tomasz Sz. spotkali się w Michałem P., odebrali od niego swoje telefony i otrzymali po 1000 zł. Byli przekonani, że nie ma jak ich powiązać z wydarzeniami w Użhorodzie. Już jednak 22 lutego funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymali Adriana M. Ten, najwyraźniej przestraszony konsekwencjami, przyznał się do ataku na Ukrainie i powiedział, że chce skorzystać z art. 60, który daje skruszonemu przestępcy możliwość nadzwyczajnego złagodzenia kary. Przyznał się, że działał na zlecenie Michała P. i opowiedział o całej akcji.

Tego samego dnia funkcjonariusze ABW zatrzymali Michała P. i Tomasza Sz. Trwa śledztwo w sprawie osoby, od której Michał P. przyjął zlecenie na działania na Ukrainie. Z ustaleń śledczych wynika, że jest to niemiecki dziennikarz, działający prawdopodobnie na rzecz rosyjskich służb specjalnych.

W ukraińskim obwodzie zakarpackim mieszka 150-tysięczna mniejszość węgierska. Między Budapesztem a Kijowem trwa konflikt związany z ukraińską ustawą o oświacie, która – według Węgier – poważnie narusza prawa mniejszości narodowych dotyczące nauki w języku ojczystym.
Źródło info i foto: TVP.info

Oskarżeni w aferze reprywatyzacyjnej Jakub R. i jego matka wyjdą z aresztu za kaucją

Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł w czwartek, że areszt wobec głównych oskarżonych w związku z tzw. aferą reprywatyzacyjną Jakuba R. i jego matki Aliny D. będzie mógł zostać uchylony po wpłaceniu kaucji – poinformował PAP obrońca Jakuba R. adwokat Artur Pietryka.

W sierpniu Sąd Apelacyjny we Wrocławiu przedłużył Alinie D. i Jakubowi R. areszt do 21 października. Przebywają oni w areszcie od ponad półtora roku. Na początku października do warszawskiego sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko D. i R. oraz siedmiu innym osobom. Pietryka przekazał PAP, że w warszawskim sądzie okręgowym odbyło się w czwartek posiedzenie niejawne „w przedmiocie rozstrzygnięcia o dalszym stosowaniu aresztu wobec Jakuba R. i jego matki”.

Adwokat dodał, że decyzją sądu były urzędnik Biura Gospodarki Nieruchomościami w stołecznym ratuszu Jakub R. będzie mógł wyjść z aresztu po wpłaceniu do 16 listopada 2 mln zł poręczenia majątkowego. Natomiast kwota kaucji wobec jego matki wynosi 500 tys. zł. „Zamiast aresztu obowiązuje wtedy poręczenie majątkowe i inne środki nieizolacyjnie, typu dozór policji, zakaz opuszczania kraju zatrzymanie paszportu” – dodał mecenas Pietryka.

Obrońca przekazał też, że oskarżeni nadal przebywają w areszcie; nie poinformował, czy zamierzają oni wpłacić kaucje.

Jakub R. przebywa w areszcie pod zarzutem m.in. przyjęcia ponad 30 mln zł między innymi w związku z nieuczciwą reprywatyzacją działki na Placu Defilad, tuż przy Pałacu Kultury i Nauki. Natomiast jego matce Alinie D. prokuratura zarzuciła, że wspólnie i w porozumieniu z synem brała udział w oszustwie dot. m.in. reprywatyzacji działki na Placu Defilad, tuż przy Pałacu Kultury i Nauki.

D. miała też – zdaniem prokuratury – wspólnie i w porozumieniu z Jakubem R. oraz adwokatem Robertem N. brać udział w oszustwie dotyczącym wydania decyzji administracyjnych dot. 11 innych nieruchomości położonych w Warszawie.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Wrocław: Sędzia i jego żona oskarżeni o kradzież. Łupem miały być głośniki, pendrive’y i kabel

Wydział Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej skierował do Sądu Rejonowego w Wałbrzychu akt oskarżenia przeciwko sędziemu Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu Robertowi W. i jego żonie – Ewie W.

Jak dowiedziała się Informacyjna Agencja Radiowa, sędzia został oskarżony o popełnienie dwóch przestępstw kradzieży z artykułu 278 paragraf 1 kodeksu karnego, Ewa W.- o popełnienie jednego przestępstwa kradzieży.
Sędzia z Wrocławia i jego żona oskarżeni o kradzież

Obszerny materiał dowodowy wskazuje, że 4 lutego 2017 roku w sklepie Media Markt w Wałbrzychu sędzia ze swoją żoną ukradli dwa głośniki, dwa pendrive’y i kabel o łącznej wartości 2 tysięcy 175 złotych.

Według prokuratury, dwa dni później – 6 lutego 2017 roku – w tym samym sklepie Robert W. ukradł dwa głośniki, trzynaście pendrive’ów, dwie karty Micro SD i słuchawki o łącznej wartości 2 tysięcy 444 złotych i 40 groszy.

Kamery monitoringu w sklepie zarejestrowały, jak 6 lutego sędzia Robert W. wkładał do koszyka różnego rodzaju akcesoria i przy pomocy cążek oraz nożyka przełamywał ich zabezpieczenia przed kradzieżą. Puste opakowania sędzia odkładał na półki w dowolnym miejscu sklepu, a znajdujący się w nich wcześniej sprzęt wkładał do kieszeni swojego płaszcza.

Pracownicy ochrony obserwowali, jak Robert W. porusza się po różnych działach sklepu i próbuje rozerwać opakowania urządzeń. W sytuacji, kiedy mu się to nie udawało, sędzia odkładał opakowania z urządzeniami na półki znajdujące się także na innych działach niż te, z których je wziął. W pewnym momencie sędzia Robert W. podszedł do kas, wyjął z koszyka plastikową podstawkę i wyłącznie za nią zapłacił.
Sędzia z Wrocławia został zatrzymany przy kasach przez ochronę

Pracownicy ochrony podjęli decyzję o zatrzymaniu Roberta W. za linią kas. W kieszeni płaszcza mężczyzna miał skradzione tego dnia akcesoria, a także cążki i nożyk, które służyły do przełamywania zabezpieczeń i niszczenia opakowań.

Ustalono, że wcześniej, 4 lutego, kradzieży tych przedmiotów dokonały dwie osoby – podejrzana Ewa W. i mąż Robert W. – sędzia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu.

Podczas przeszukania w mieszkaniu małżeństwa znaleziono i zabezpieczono m.in. dwa głośniki i kabel o takich samych numerach seryjnych, jak numery seryjne znajdujące się na pustych opakowaniach ujawnionych w sklepie Media Markt.

Ogłoszenie zarzutów Robertowi W. i skierowanie przeciwko niemu aktu oskarżenia było możliwe po tym, jak Sąd Najwyższy utrzymał w mocy uchwałę Sądu Apelacyjnego – Sądu Dyscyplinarnego w Warszawie z 21 września 2017 roku zezwalającą na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Brazylia: Udana akcja policji. 650 osób oskarżonych o zabójstwa

W piątek brazylijska policja aresztowała w 16 z 27 stanów 650 osób formalnie oskarżonych o zabójstwa. Przestępstwa te motywowane były w większości „dyskryminacją wobec kobiet” – poinformował rząd brazylijski. Brazylijski minister bezpieczeństwa publicznego Raul Jungmann zapowiedział na konferencji prasowej zwołanej w toku akcji policji, że do końca dnia spodziewa się aresztowania w sumie około tysiąca oskarżonych o zabójstwa.

Wśród dotąd aresztowanych jest ponad 60 osób niepełnoletnich.

„Wcielamy właśnie w życie Jednolity System Bezpieczeństwa Publicznego i będziemy dokonywali coraz więcej tego typu operacji” – zapowiedział Jungmann.

Przeprowadzenie piątkowej akcji aresztowań Jungmann zapowiedział już w lipcu na nieoficjalnym spotkaniu szefów policji cywilnej. Powiedział wówczas, że na liście oskarżonych o morderstwa, ale przebywających na wolności, jest wielu sprawców zabójstw na tle seksualnym.
Źródło info i foto: interia.pl

Akt oskarżenia przeciwko policjantom z Zabrza. Grozi im więzienie

Jest akt oskarżenia przeciwko funkcjonariuszom policji z Zabrza. Komunikat w tej sprawie wydała Prokuratura Krajowa. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach skierowała dwa akty oskarżenia przeciwko Tamarze C.-K. i Adamowi R. oraz przeciwko Łukaszowi Ch. – funkcjonariuszom Komisariatu V Policji w Zabrzu. Zostali oni oskarżeni między innymi o popełnienie przestępstw niedopełnienia obowiązków (art. 231 par. 1 kodeksu karnego).

Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Gliwicach dotyczyło nieprawidłowości, jakie zostały ujawnione w sprawach prowadzonych w Komisariacie V Policji w Zabrzu, a zwłaszcza doprowadzenia do bezpodstawnego zwolnienia sprawcy przestępstwa.

Zarzuty popełnienia przestępstw polegających na niedopełnieniu obowiązków służbowych oraz poświadczeniu nieprawdy w dokumentacji procesowej w maju 2017 roku przedstawiono pełniącej funkcję Komendanta Komisariatu V Policji w Zabrzu – Tamarze C.- K. i podległemu jej funkcjonariuszowi – Adamowi R. Z kolei funkcjonariuszowi Łukaszowi Ch. przedstawiono zarzuty niedopełnienia obowiązków oraz utrudniania śledztwa.

Podejrzanym policjantom grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności. Łukaszowi Ch.za czyn kwalifikowany z art. 239 par. 1 kodeksu karnego grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności. Sprawę będzie rozpoznawał Sąd Rejonowy w Zabrzu.
Źródło info i foto: Wprost.pl