Gotowe akty oskarżenia w sprawie wielomilionowej korupcji

Policjanci z Wydziału do Walki z Korupcją KWP w Katowicach zakończyli kilka wątków śledztwa, prowadzonego pod nadzorem Prokuratory Regionalnej w Łodzi, dotyczącego nieprawidłowości w branży górniczej. Efektem pracy śledczych jest skierowanie przez Prokuraturę Regionalną w Łodzi dwóch aktów oskarżenia do sądów. Straty, jakie spowodowali oskarżeni, sięgają prawie 14 mln zł.

Pierwszy z aktów oskarżenia został skierowany do Sądu Okręgowego w Katowicach przeciwko dwóm osobom. Wątkiem wiodącym w tym śledztwie było postępowanie przetargowe, prowadzone w latach 2015-2016 w trybie przetargu nieograniczonego przez holding węglowy, dotyczące ochrony osób i mienia na terenie mysłowickiej kopalni. Wartość zamówienia opiewała na kwotę 12 mln 680 tys. zł. Dwaj członkowie zarządu, reprezentujący konsorcjum, które wygrało przetarg, działając wspólnie i w porozumieniu, przedłożyli zamawiającemu nierzetelną ofertę na świadczenie usług ochrony osób i mienia. Posłużyli się w niej podrobioną dokumentacją, zawierającą nieprawdziwe dane osób zatrudnionych na umowę o pracę, jak również poświadczyli nieprawdę w dokumentach o ich zatrudnieniu. Wskazali, że byli oni zatrudnieni na umowę o pracę, gdy faktycznie świadczyli pracę na podstawie umowy zlecenia.

Swoim działaniem usiłowali doprowadzić holding węglowy do niekorzystnego rozporządzenia mieniem na kwotę nie mniejszą niż 12 mln 680 tys. zł. Jednocześnie, składając w ramach tego postępowania przetargowego nieprawdziwe dane co do dysponowania odpowiednią liczbą pracowników, wyrządzili kierowanemu przez nich konsorcjum szkodę majątkową w kwocie 1 mln 268 tys. zł.

Kolejny akt oskarżenia przeciwko czterem osobom, oskarżonym o popełnienie przestępstw, został skierowany do Sądu Rejonowego Katowice-Wschód. Osoby objęte aktem oskarżenia to m.in. dwaj górnicy zatrudnieni w mysłowickiej kopalni oraz lekarz. Jeden z górników został oskarżony o nakłonienie lekarz neurolog z województwa małopolskiego, do wystawienia mu na przełomie 2016 i 2017 roku kilku zwolnień lekarskich, poświadczających nieprawdę co do jego stanu zdrowia. Przedstawiając następnie pracodawcy zaświadczenia stwierdzających niezdolność do pracy, doprowadził Zakład Ubezpieczeń Społecznych oraz mysłowicką kopalnię do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w kwocie około 5 tys. zł.

W tej sprawie policjanci z Wydziału do Walki z Korupcją KWP w Katowicach przeprowadzili realizacje na terenie województwa śląskiego i małopolskiego, podczas której zatrzymali sześć osób. Po wykonaniu czynności procesowych z udziałem podejrzanych prokurator zastosował wobec nich wolnościowe środki zapobiegawcze w postaci poręczeń majątkowych na łączną kwotę 120 tys. zł, dozorów policji i zakazu opuszczania kraju.

Oskarżonym za popełnione przestępstwa grozi kara do 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: Policja.pl

Valery Giscard d’Estaing, były prezydent Francji, oskarżony o molestowanie seksualne

Valery Giscard d’Estaing miał dopuścić się nękania niemieckiej dziennikarki po tym, jak udzielił jej wywiadu w grudniu 2018 roku. Jego pełnomocnik broni go przed zarzutami, twierdząc, że były prezydent „nie pamięta” tego spotkania. Jak informuje „Le Monde”, 37-letnia Ann-Kathrin Stracke, pracująca dla niemieckiej telewizji WDR, złożyła stosowny pozew już w marcu, a teraz zdecydowała się ujawnić całą sprawę.

Wywiad, który przeprowadziła z 94-letnim dziś politykiem, zorganizowano z okazji setnych urodzin byłego kanclerza RFN Helmuta Schmidta, będącego u władzy w tym samym czasie, co Giscard d’Estaing (prezydent Francji w latach 1974-1981). Kiedy po wywiadzie Stracke poprosiła go o zdjęcie, polityk miał ją objąć w talii, a drugą rękę położyć na pośladkach.

„Byłam zaskoczona i oburzona tym zachowaniem. Czułam się niekomfortowo. Próbowałam odepchnąć rękę pana d’Estainga, jednak na nic się to zdało” – napisała Stracke w swoim pozwie.

Po powrocie do miejsca pracy, szefowie telewizji poradzili jej, aby złożyła stosowny wniosek do prokuratury. Jak sama stwierdziła, „nie myślała o tym, tym bardziej, że nie miała pojęcia, jak funkcjonuje francuski wymiar sprawiedliwości”. Jednak po sukcesie ruchu #MeToo zdecydowała się działać.

Pełnomocnik byłego prezydenta Olivier Revol powiedział w rozmowie z „Le Monde”, że 94-latek „nie pamięta spotkania z panią Stracke”.

Giscard d’Estaing, jak wielu prezydentów Francji, od początku wzbudzał zainteresowanie pod kątem relacji z kobietami. W latach 80. mówiło się nawet o jego romansie z księżną Dianą, która była już żoną następcy tronu brytyjskiego, Karola.
Źródło info i foto: onet.pl

Szwecja: Ludzie buntują się wobec liberalnego państwa. „Zatrzymać ludobójstwo!”

W Sztokholmie przed szwedzkim parlamentem codziennie przybywa kwiatów składanych przez tych, którzy w epidemii Covid-19 stracili bliskich. Tak jak każdego dnia wzrasta liczba zgonów. „To nie są tylko statystyki” – ocenia córka jednej z ofiar.

Do wielu bukietów dołączane są bardzo osobiste listy, na części z nich widnieją oskarżenia skierowane do szwedzkiego państwa. „Zatrzymać ludobójstwo!”, „Tlen dla wszystkich (pacjentów)”, „Ocalmy Szwecję” – można przeczytać na kartkach. Rozgoryczone rodziny twierdzą, że ich bliscy są ofiarami liberalnej strategii walki z koronawirusem, polegającej na dobrowolnych zaleceniach zachowania dystansu zamiast zakazów. Zwracają uwagę na niedostateczną pomoc ze strony służby zdrowia oraz pozostawienie osób w podeszłym wieku „samym sobie” w domach opieki.

Na transmitowanych przez media konferencjach prasowych epidemiolodzy mówią tylko o liczbach albo o krzywych, które utrzymują się na względnie płaskim poziomie. – A to nie są tylko statystyki. To ludzie, którzy mogliby nadal żyć – mówi w rozmowie z PAP Asa, która przyszła pod parlament pożegnać się ze swoimi ojcem. Nie zdążyła go odwiedzić. Jan zmarł w wieku 88 lat w jednym z domów spokojnej starości w Sztokholmie.

Inna kobieta, Mirrey, która jako pierwsza w spontanicznym odruchu serca złożyła kwiaty i zapaliła znicz przed parlamentem, twierdzi, że jej będący w sile wieku ojciec miałby większe szanse przeżycia, gdyby służba zdrowia wcześniej postawiła właściwą diagnozę i przeprowadziła testy na Covid-19. – Josef przestrzegał zaleceń urzędów. Dziś nie żyje – napisała na dołączonej do żółtych róż kartce.

– W połowie marca mój tata źle się poczuł i dostał gorączki. Zgodnie z rekomendacją lekarzy został w domu. Gdy lepiej się poczuł, wrócił do pracy, ale po dwóch dniach pojawił się u niego duszący kaszel. Znów leczył się sam w domu, aż trafił do szpitala, z którego już nie wrócił – twierdzi Mirrey.

Na założonym przez Mirrey w mediach społecznościowych forum internetowym „dla osób, które straciły bliskich w związku z Covid-19”, podobnych historii można przeczytać więcej. Część osób szuka wsparcia i chce wyrazić żal, inni wymieniają się doświadczeniami, czy i w jaki sposób złamane zostały prawa pacjentów czy osób starszych.

W niedzielę szwedzki Urząd Zdrowia Publicznego poinformował o kolejnych 10 ofiarach śmiertelnych koronawirusa. Bilans ten wzrósł do 2 679. W Szwecji dotychczas potwierdzono 22 317 przypadków Covid-19 (253 w ciągu doby).
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Norwegia oskarża Polskę o konfiskatę środka dezynfekującego. Jest reakcja naszego MSZ

Norweskie media podają, że Polska zablokowała transport żeli antybakteryjnych prywatnej firmy do tego kraju. Ministerstwo Spraw Zagranicznych podkreśla, że te doniesienia są nieprawdziwe. „Rodzima produkcja ma być przeznaczona w pierwszej kolejności na terytorium Polski” – podaje MSZ.

„Setki tysięcy butelek płynu antybakteryjnego, które mogą być dostarczone do Norwegii, są blokowane przez Polskę” – podaje norweski portal nrk.no a za nim inne tamtejsze media. W artykule czytamy, że chodzi o polsko-norweską firmę Norenco z siedzibą w Białej Podlaskiej, która dostarcza środki dezynfekujące do Polski, Norwegii i Szwecji.

Koronawirus. Norwegia oskarża Polskę

Z powodu koronawirusa norweskie władze zwiększyły zapotrzebowanie na płyn. Środki dezynfekujące, 20 tys. litrów butelek, miały trafić do Norwegii pod koniec ubiegłego tygodnia, ale „transport miał zostać zablokowany przez Polskę”. Żele miały zostać skonfiskowane. Norenco miało otrzymać list od wojewody lubelskiego, że środki mają być sprzedane państwu polskiemu po ustalonej cenie.

Polska miała przez to naruszyć porozumienie Europejskiego Obszaru Gospodarczego o wolnym handlu. W sprawę włączyło się norweskie MSZ. Norwegia nie może nic zrobić z tą decyzją, ale może potem ubiegać się o odszkodowanie. Na te doniesienia zareagowało polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które stanowczo podkreśla, że doniesienia są nieprawdziwe.

Koronawirus w Polsce. Specjalne przepisy

MSZ przypomina rozporządzenie Łukasza Szumowskiego z 20 marca, ws. ogłoszenia stanu epidemii. Chodzi o towary produkowane na terytorium Polski lub zakupione przez polskiego przedsiębiorcę w celu dalszej dystrybucji. W przypadku zamiaru wywiezienia lub sprzedaży poza granice kraju konieczne jest powiadomienie wojewody. Ten przekazuje sprawę ministrowi zdrowia. „Rodzima produkcja ma być przeznaczona w pierwszej kolejności na terytorium Polski” – podaje resort.
Źródło info i foto: wp.pl

Abp Sławoj Leszek Głódź wydał oświadczenie odnośnie najnowszych oskarżeń

„Chcę podkreślić, że nie wykazałem żadnej opieszałości w sprawie jakichkolwiek duchownych, którzy dopuścili się przestępstwa” – pisze abp Sławoj Leszek Głódź w specjalnym oświadczeniu. Metropolita gdański stwierdza, że jego „bezpieczeństwo i życie zostało zagrożone”, a także stan zdrowia spowodowany chorobą nowotworową nieustannie się pogarsza”. Z tego względu hierarcha zapowiada wystąpienie na drogę działań prawnych.

Przypomnijmy. Metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź znalazł się pod lupą wyznaczonego przez Watykan obserwatora. To pokłosie skarg 16 księży, którzy zarzucają duchownemu mobbing.

W związku z powyższymi doniesieniami abp Sławoj Leszek Głódzia wydał krótkie oświadczenie, którego treść publikujemy poniżej.

„Po raz kolejny został przeprowadzony przez niektóre media brutalny atak na moją osobę. W używanej przez nie narracji w sposób wyraźny uwidaczniają się próby podjudzania opinii publicznej do nienawiści względem mnie przez stosowanie manipulacji i rozpowszechnianie niesprawdzonych informacji.

Chcę podkreślić, że nie wykazałem żadnej opieszałości w sprawie jakichkolwiek duchownych, którzy dopuścili się przestępstwa. Prowadzone są one zgodnie z procedurami określonymi przez Stolicę Apostolską i Konferencję Episkopatu Polski.

W związku z tym, że moje bezpieczeństwo i życie zostało zagrożone, a także stan mojego zdrowia spowodowany chorobą nowotworową nieustannie się pogarsza, będę zmuszony wystąpić na drogę działań prawnych. Taką możliwość otwiera przykład św. Pawła Apostoła, który w sytuacji zagrożenia życia skorzystał z obwiązującego wówczas prawa (zob. Dz 25,1-12).” + Sławoj Leszek Głódź

Skargi ws. abp. Głódzia były kierowane już wcześniej do papieskiego nuncjusza w Polsce abp. Salvatore Pennacchio. Korespondencja ta nie trafiła jednak do samego papieża. Jak czytamy w tygodniku „Wprost”, „abp Pennacchio jest w zażyłych stosunkach z abp. Głódziem (…). Kilkanaście dni temu nuncjusz gościł też prywatnie u abp. Głódzia w jego trójmiejskiej rezydencji”.

Jak informuje tygodnik, papież Franciszek o postępowaniu abp. Głódzia miał dowiedzieć się dopiero teraz. Od razu jednak podjął działania, w związku z tym w najbliższym czasie do Gdańska przyjedzie specjalny wizytator, który ma zbadać sytuację w archidiecezji gdańskiej.

Chcą odwołania abp. Głódzia

W wysłanym w połowie lutego liście Nuncjatura Apostolska w Polsce poinformowała, że „od dłuższego czasu trwają szerokie konsultacje, mające na celu obsadzenie archidiecezji gdańskiej”.

Adresatem dokumentu jest Justyna Zorn, gdańszczanka, jedna z organizatorek protestów przed kurią. Uczestnicy tych manifestacji, głównie osoby wierzące, nie ukrywały, że ich celem było i jest odwołanie arcybiskupa Głódzia. Arcybiskup – jak przekonywali – nie reagował odpowiednio na przypadki pedofilii w Kościele.

Na początku lutego Zorn zapowiedziała protest przed siedzibą nuncjatury w Warszawie. Gdańscy wierni czuli się ignorowani przez władze Kościoła, bo przez kilka miesięcy duchowni nie potrafili odpowiedzieć na ich postulaty.

W ubiegłym tygodniu nuncjatura poinformowała jednak, że nuncjusz mógłby się spotkać na prywatywnej audiencji „z dwiema, trzema zaufanymi osobami” i bez udziału mediów. Wstępnie takie spotkanie mogłoby się odbyć 2 lub 3 marca. Data ta nie jest przypadkowa. Na 29 lutego aktywiści zapowiedzieli protest przed budynkiem nuncjatury.

„W świetle Pani listu, jest oczywiste, że zgromadzenie zapowiedziane na 29 lutego br. zostanie przez Panią odwołane. Tego typu wydarzenia nie sprzyjają rozmowom prowadzonym w atmosferze spokoju i poszanowania” – napisali duchowni.

Oskarżenia wobec abp. Głódzia

W październiku w programie „Czarno na białym” w TVN24 przedstawiony został reportaż, w którym zaprezentowano relacje księży archidiecezji gdańskiej, oskarżających arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia o poniżanie podlegających mu duchownych. Jeden z nich, ks. Piotr, przyznał, że metropolita gdański bardzo często używa wulgaryzmów wobec swoich współpracowników.

Rozmówcy ujawnili też inny proceder związany z abp. Sławojem Leszkiem Głódziem, który ma wymuszać na proboszczach pieniądze. – Za przewodniczenie uroczystości trzeba przyjechać do kurii i podziękować – mówił jeden z nich i dodał, że ofiara za bierzmowanie wynosi kilka tysięcy złotych. Zbyt małe opłaty spotykają się z formą upokarzania. Metropolita ma budować hierarchię podległych mu księży pod względem udzielanych „prezentów”. Okazją do ich wręczania są m.in. imieniny arcybiskupa. – Ci, którzy lojalnie składali te ofiary (…) no to zyskiwali takie intratniejsze placówki – mówił TVN24 jeden z kapłanów.

Naganne praktyki abp. Głódzia potwierdzili też inni anonimowi księża archidiecezji gdańskiej. Przekonywali, że o nieprawidłowościach informowali również nuncjusza apostolskiego w Polsce. W rozmowach z TVN24 mówili o publicznym upokarzaniu wybranych osób i wszechobecnym strachu przed każdą wizytą hierarchy w danej parafii. Proboszcz jednej z nich przyznał, że postępowanie przełożonego wywoływało u niego myśli samobójcze.

O arcybiskupie Głódziu w kontekście poniżania podwładnych mówiono już wcześniej. W 2013 r. Magdalena Rigamonti rozmawiała we „Wprost” z księdzem, który wysuwał podobne oskarżenia. „U nas panuje ustrój feudalny. Jest pan i są podwładni. I wszystko byłoby dobrze, bo przecież ślubujemy arcybiskupowi posłuszeństwo. Ale jeśli ten arcybiskup nie zachowuje się jak duchowny katolicki, tylko jak okrutny władca, to musimy o tym zacząć mówić” – mówił ksiądz.
Źródło info i foto: onet.pl

Dwóch fikarów z Morskiego Oka skazani za znęcanie się nad końmi

Sąd Rejonowy w Zakopanem uznał dwóch furmanów, którzy w 2016 roku prowadzili przewóz osób wozami konnymi na trasie do Morskiego Oka, winnymi znęcania się nad końmi – informuje „Rzeczpospolita”. W ramach kary maja oni zapłacić grzywny i nawiązki na rzecz Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami. Jak informuje „Rz”, oskarżycielami w tej sprawie była Fundacja Viva! oraz Tatrzańskie Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Według Katarzyny Topczewskiej, pełnomocnik Fundacji Viva!, „kara jest niewspółmierna do stwierdzonej przez sąd winy”. Rozważają oni wniesienie apelacji.

Dwóch fiakrów skazanych za znęcanie się nad końmi

W sprawie skazanych zostało dwóch mężczyzn, którzy przewozili turystów wozami konnymi (fasiągami) do Morskiego Oka w Tatrach. Według wyroku sądu w 2016 r. furman Jan W. zmuszał konia do pracy pomimo pękniętego kopyta, które sprawiało mu ogromny ból. Po incydencie Tatrzański Park Narodowy zawiesił woźnicy licencję na wykonywanie transportu na okres pół roku.

Kolejny furman, Wojciech Ch., w 2016 r. zmuszał dwa konie do pracy ponad ich siły. W dzienniku pracy wpisywał fałszywe dane, by móc zmuszać jedną parę koni do wykonywania trasy do Morskiego Oka trzy razy dziennie, chociaż nawet jednokrotny przejazd może być dla zwierząt zbyt wyczerpujący. Furman łamał również inne przepisy związane z dbaniem o stan koni, aż jeden z nich upadł i nie był w stanie wstać. Tatrzański Park Narodowy chciał zawiesić licencję Wojciecha Ch., jednak zanim do tego doszło mężczyzna zrezygnował z dalszego wykonywania przewozów.

Tatrzańskie Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami apeluje od lat o zmianę regulaminu Tatrzańskiego Parku Narodowego, dotyczącego norm przejazdów. Dotychczasowy ma być oparty na błędnych wyliczeniach hipologa i prowadzi do przeciążania zwierząt.

Dalsze losy koni, które były wykorzystywane przez skazanych, nie są znane.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zlecił porwanie zza więziennych murów

Do Sądu Okręgowego we Wrocławiu trafił akt oskarżenia w sprawie usiłowania porwania dla okupu – poinformowała we wtorek Prokuratura Krajowa. Uprowadzenie dwóch zakładników zlecić miał przebywający w więzieniu Marcin M. Dolnośląski Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu skierował do Sądu Okręgowego we Wrocławiu akt oskarżenia przeciwko Marcinowi M., Ryszardowi Ł., Andrzejowi W. i Stanisławowi W.

Prokurator zarzucił im popełnienie dwóch zbrodni polegających na usiłowaniu wymuszeń rozbójniczych oraz usiłowaniu wzięcia i przetrzymywania dwojga zakładników, w celu zmuszenia ich do zapłaty okupu w zamian za uwolnienie. Podstawą wszczęcia śledztwa były uzyskane przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji Zarządu w Wrocławiu informacje o planowanym uprowadzeniu mieszkanki Wrocławia. Pomysł miał się zrodzić w jednym z Zakładów Karnych.

Wszyscy oskarżeni byli wielokrotnie karani

– Przesłuchania świadków, liczne przeszukania, zatrzymania rzeczy oraz kontrole operacyjne polegające na utrwalaniu treści rozmów telefonicznych prowadzonych przez osoby planujące porwania, pozwoliły na ustalenie zarówno zleceniodawcy, jak i sprawcy kierowniczego planowanych uprowadzeń. Był nim przebywający w jednym z wrocławskich zakładów karnych 39-letni Marcin M. Trzej pozostali sprawcy przez niego zwerbowani mieli bezpośrednio zająć się porwaniami oraz stosowaniem przemocy wobec zakładników – przekazała we wtorek rzeczniczka prasowa Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.

Jak podała, Marcinowi M. przypisano działanie w ramach tzw. sprawstwa kierowniczego. – Wszyscy oskarżeni byli dotychczas wielokrotnie karani sądownie, a Marcin M. i Ryszard Ł. będą odpowiadać w tej sprawie w warunkach recydywy – poinformowała Ewa Bialik.

„Mieli zastosować wobec ofiar drastyczną przemoc”

Według śledczych, oskarżeni przygotowując się do uprowadzenia pozyskali m.in. lornetki, paralizator, pałkę teleskopową, taśmy, kastet i sekator. – Zgodnie z ustalonym podziałem ról i zadań sprawcy mieli zastosować wobec ofiar drastyczną przemoc polegającą m.in. na przetrzymywaniu, związywaniu i skrępowaniu ofiar, pobiciu ich, spowodowaniu poważnych obrażeń ciała, w tym także poprzez obcięcie im palców przy pomocy sekatora – poinformowała Ewa Bialik.

Dodała, że w ten sposób chcieli zmusić pokrzywdzonych do wydania luksusowych samochodów osobowych, a także pieniędzy, kart płatniczych i złota.

Mężczyźni zostali zatrzymani zanim dokonali przestępstwa. – Ryszard Ł., Andrzej W. i Stanisław W. 1 września 2019 roku przystąpili do realizacji uzgodnionych planów, jednakże działania podjęte przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji skutecznie zapobiegły wymuszeniom rozbójniczym i wzięciu zakładników – przekazała Ewa Bialik.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Biskup Jan Szkodoń opuścił Archidiecezję Krakowską. Chodzi o oskarżenia o molestowanie seksualne

Agencja KAI informuje, że biskup Jan Szkodoń opuścił Archidiecezję Krakowską. Ma to związek z reportażem, który w poniedziałek ukaże się w „Dużym Formacie”. Publikacja ma dotyczyć molestowania 15-latki. „W związku z oskarżeniami, jakie mają ukazać się w jutrzejszym wydaniu „Gazety Wyborczej” bp Jan Szkodoń opuścił Archidiecezję Krakowską” – poinformowała na Twitterze Agencja KAI.

W poniedziałek w „Dużym Formacie” pojawi się artykuł „Zły dotyk biskupa z Krakowa”. Na stronie „Wyborczej” dostępny jest już fragment reportażu, zapowiadający publikację.

Biskup Jan Szkodoń poza Archidiecezją Krakowską. Powodem „wysuwane oskarżenia”

Rzecznik prasowy krakowskiej kurii ks. Łukasz Michalczewski w depeszy PAP, publikowanej w Polsat News, przyznaje, że bp Szkodoń przebywa poza Archidiecezją Krakowską, czego powodem są „wysuwane wobec niego oskarżenia”. Postępowanie w tej sprawie prowadzi watykańska Kongregacja Nauki Wiary. – Ufamy w pełni podjętej przez Kongregację procedurze i oczekujemy szybkiego poznania prawdy w duchu nauczania papieża Franciszka – powiedział ks. Michalczewski.

Do sprawy odniósł się ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który, jak pisze na Facebooku, zna sprawę „z relacji ustnych”. „Sprawa jest b. szokująca. Zwłaszcza, że dotyczy urzędującego biskupa pomocniczego, który był ojcem duchownym i mentorem wielu pokoleń kapłanów” – pisze duchowny. Dalej stwierdza, że bohaterka reportażu w 2019 r. powiadomiła o wszystkim Nuncjusza Apostolskiego w Warszawie. „Było więc wystarczająco dużo czasu, aby podjąć odpowiednie działania” – pisze ks. Isakowicz-Zaleski.

Jak czytamy na stronie Archidiecezji Krakowskiej, bp Szkodoń urodził się 1946 r. Studiował ma Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w kurii jako sekretarz Synodu Archidiecezji Krakowskiej. W 1979 r. został mianowany ojcem duchownym w Krakowskim Seminarium Duchownym. „Napisał wiele książek poświęconych rodzinie, kapłaństwu i życiu rodzinnemu” – informuje kuria.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Bartłomiej R. skazany na 15 lat więzienia za wypchnięcie z balkonu ciężarnej żony

15 lat w więzieniu spędzi 35-letni mężczyzna, oskarżony o znęcanie się nad żoną i usiłowanie pozbawienia jej życia – orzekł Sąd Apelacyjny w Gdańsku. Gdy kobieta była w piątym miesiącu ciąży, wypchnął ją z balkonu na pierwszym piętrze. Wyrok jest prawomocny.

Sąd Apelacyjny podtrzymał tym samym orzeczenie sądu niższej instancji wydane w lutym tego roku. Wyrok 15 lat więzienia objął też karę za zarzut posiadania przez oskarżonego w komputerze treści pornograficznych z udziałem dzieci. Sąd Okręgowy nakazał ponadto zapłatę przez oskarżonego pokrzywdzonej Kamili R. 50 tys. zł zadośćuczynienia. Od tego wyroku apelację wniósł obrońca oskarżonego.

Tylko szczęśliwy zbieg okoliczności – a konkretnie fakt, że w trakcie upadku pokrzywdzona uderzyła w głową parapet balkonu na parterze – spowodował, że szybkość, z jaką pokrzywdzona wypadała została wyhamowana. I nieco zmieniło to położenie ciała. Pokrzywdzona spadając głową na chodnik ten wypadek przeżyła i szczęśliwie przeżyło ten wypadek także jej nienarodzone dziecko – powiedziała w uzasadnieniu wyroku sędzia Marta Urbańska.

Z ustaleń śledztwa wynika, że mężczyzna ze szczególnym okrucieństwem znęcał się psychicznie i fizycznie nad 31-letnią dziś kobietą od 2013 r. do 2 czerwca 2016 r. Tego dnia Bartłomiej R. wypchnął ciężarną żonę z balkonu mieszkania w Gdyni. Po upadku kobieta doznała urazu głowy, płodowi nic się nie stało. Dramatyczną sytuację widzieli robotnicy pracujący przy bloku, którzy zawiadomili policję i pogotowie ratunkowe.

Jak ustaliła prokuratura, znęcanie się polegało m.in. na tym, że oskarżony uderzał Kamilę R. pięścią i otwartą dłonią po całym ciele, bił ją metalową pałką i kablem, rozbił lustro na jej głowie, rzucał nią o podłogę i ścianę, a także przypalał ją papierosami oraz kłuł igłami w okolicy pośladków. Prześladowana kobieta spędzała od czasu do czasu noce w piwnicy lub na dworcu PKP.

Bartłomiejowi R. zarzucono też, że znieważał swoją żonę słowami, kazał nagrywać jej rozmowy z bliskimi, a później je kontrolował.

Zarówno w trakcie śledztwa, jak i podczas procesu przed sądem niższej instancji, który toczył się za zamkniętymi drzwiami, oskarżony nie przyznał się do winy. Zaprzeczał, że znęcał się nad żoną i wypchnął ją z balkonu i że miał materiały pedofilskie.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Prokurator, który oskarżał Tomasza Komendę, został zawieszony za jazdę pod wpływem

Wrocławska policja zatrzymała w sobotę samochód, którego kierowca – jak podejrzewali funkcjonariusze – mógł prowadzić po wpływem alkoholu. Według nieoficjalnych informacji to prokurator, który był oskarżycielem Tomasza Komendy. Został zawieszony w obowiązkach.

Policjanci wrocławskiej drogówki zatrzymali kierowany przez mężczyznę samochód, ponieważ jego zachowanie wskazywało, że może być nietrzeźwy. Potwierdziło to badanie alkomatem, które wykazało, że ma 0,59 promila alkoholu w organizmie. Zgodnie z prawem kierowca mający we krwi więcej niż 0,5 promila popełnia przestępstwo i może grozić za to nawet więzienie.

Jak informuje „Gazeta Wrocławska”, kierowca to prokurator, który w 2001 roku wystosował akt oskarżenia przeciwko Tomaszowi Komendzie. Komenda został skazany niesłusznie, jako okazało się po 18 latach odbywania przez niego wyroku więzienia.

Z kolei wedle informacji wrocławskiej „Gazety Wyborczej” prokurator został zawieszony. Prokuratura we Wrocławiu czeka na wyniki badań toksykologicznych krwi. Jeśli potwierdzą się podejrzenia, to – poza sprawą karną – może mu grozić wydalenie z zawodu.

Sprawa Tomasza Komendy

Komenda został aresztowany w 2000 roku. Postawiono mu zarzuty gwałtu i zabójstwa 15-latki w Miłoszycach na Dolnym Śląsku. Cztery lata później został skazany na karę 25 lat więzienia. Mężczyzna nie przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów. Po 18 latach, jego sprawa została ponownie rozpatrzona. Okazało się wówczas, że Komenda jest niewinny. Został uniewinniony przez Sąd Najwyższy w maju 2018 roku.

Tomasz Komenda domaga się od Skarbu Państwa rekordowo wysokiego zadośćuczynienia w wysokości 18 milionów złotych – po milionie za każdy rok spędzony w więzieniu, a także odszkodowania w wysokości ok. 812 tys. złotych – kwoty, którą mógłby zarobić, gdyby przez te lata pracował. Opolski Sąd Okręgowy we wrześniu przesłuchał dwóch więźniów, którzy odsiadywali karę w tych samych zakładach karnych, co Komenda, o czym Onet poinformował Zbigniew Ćwiąkalski, pełnomocnik niesłusznie skazanego. Teraz, powołani biegli mają ocenić, jak te 18 lat wpłynęło na zdrowie Komendy.
Źródło info i foto: Gazeta.pl