Policjanci rozbili grupę oszustów. Poszkodowanych może być nawet 1800 osób

Dolnośląscy policjanci rozbili grupę przestępczą, której członkowie podejrzani są o oszustwa na dużą skalę. W wyniku przestępczego procederu pokrzywdzonych zostało blisko 1800 osób, które poprzez zawarcie umów z działająca spółką zostały wprowadzone w błąd i doprowadzone do niekorzystnego rozporządzenia mieniem o łącznej wartości blisko 13 mln złotych. Zatrzymanych w tej sprawie zostało już 17 osób, którym za popełnione przestępstwa może grozić kara nawet do 15 lat pozbawienia wolności.

Funkcjonariusze Wydziałów do walki z Przestępczością Gospodarczą i Dochodzeniowo – Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu prowadząc śledztwo pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze rozbili grupę przestępczą dokonującą oszustw na duża skalę. Policjanci zatrzymali na terenie województwa dolnośląskiego kolejne dwie osoby pełniące funkcje kierownicze w spółce i powiązanych z nią podmiotach. Do chwili obecnej w tej sprawie zatrzymanych zostało już 17 osób.

Jak ustalili prowadzący postępowanie policjanci, członkowie grupy w latach 2016/2017 oferowali swoim klientom świadczenie różnego rodzaju usług. Były to usługi skierowane głównie do osób starszych tj. pomoc w czynnościach dnia codziennego, pośrednictwo w uzyskaniu pomocy medycznej lub usługi remontowe. Pokrzywdzeni w trakcie rozmów byli wprowadzani w błąd co do podpisywanych dokumentów i zawieranych umów. Zaciągnięte zobowiązania dotyczyły okresu kilku lat, a miesięczne kwoty za usługi wynosiły nawet kilkaset złotych. Zebrany w tej sprawie materiał dowodowy przez prowadzących postępowanie wskazuje, że poszkodowanych w wyniku oszustwa może być prawie 1800 osób z całego kraju. Jak ustalili śledczy łączna kwota zaciągniętych zobowiązań szacowana jest na kwotę blisko 13 milionów złotych.

Do chwili obecnej zarzuty popełnienia szeregu oszustw, a także udziału w grupie przestępczej usłyszało już 17 osób. Wśród nich są m. in. właściciele spółki, kurierzy, telemarketerzy i osoby oferujące klientom produkty, które to doprowadziły pokrzywdzonych do podpisanie niekorzystnych dla nich umów. Wobec 3 z zatrzymanych dotychczas osób sąd podjął decyzję o tymczasowym areszcie na okres 3 miesięcy. a za popełnione przestępstwa grozić może im kara nawet do 15 lat pozbawienia wolności.

Policjanci i prokuratorzy nie wykluczają kolejnych zatrzymań w tej sprawie.
Źródło info i foto: Policja.pl

Śledczy CBŚP na tropie afery rynku FOREX

20 „maklerów”, którzy naciągnęli klientów platform inwestycyjnych CFD 1000, VORTEX ASSETS, MIB 700 na ponad 18 mln zł, zatrzymali w ostatnich dniach funkcjonariusze warszawskiego CBŚP. W śledztwie prowadzonym przez stołeczną Prokuraturę Okręgową w ciągu dwóch lat zatrzymano w sumie 36 osób, w tym organizatorów przekrętu. Wiadomo, że ofiarami oszustów padło, co najmniej 350 osób z Polski oraz m.in. Włoch, Rosji czy Kazachstanu.

Rynek FOREX miał być narzędziem do szybkiego zdobycia fortuny. Związane z nim platformy inwestycyjne oferowały nawet kilkudziesięcioprocentowe zyski. Szybko jednak okazywało się, że zyski osiągają tylko ludzie związani ze spółkami działającymi na rynkach FOREX, zaś inwestowanie było jednym, wielkim, oszustwem. Według raportu Najwyższej Izby Kontroli, od początku 2012 do połowy 2016 roku straty polskich firm na tym rynku wyniosły 2,1 mld zł.

Polowanie na jeleni

W połowie ubiegłego tygodnia funkcjonariusze Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Ekonomicznej Zarządu CBŚP w Warszawie zatrzymali 20 osób związanych ze spółką spółki Amplio Investments, zarządzającą centralami telefonicznymi platform inwestycyjnych CFD 1000, VORTEX ASSETS oraz MIB 700.

– Zatrzymani pracowali na stanowiskach: sprzedawcy, opiekuna klienta i managera. Byli oni bezpośrednio zaangażowani w proces inwestycyjny – rozmawiali z klientami bądź udzielali wskazówek bezpośrednio podległym im pracownikom. Prokurator przedstawił tym osobom zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze międzynarodowym, a także oszustw na łączną kwotę ponad 18 mln zł na szkodę 350 inwestorów – powiedział prok. Łukasz Łapczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Pokrzywdzeni, którym na zachętę pozwalano osiągnąć wirtualny zysk, byli namawiani do kolejnych wpłat. Kolejnym krokiem było proponowanie nietrafionych inwestycji, które powodowały wyzerowanie kont inwestorów lub takie naliczenie opłat za transakcje, które również prowadziły do zerowego kapitału na rachunku klienta. Po pewnym czasie kontakt z przedstawicielami firmy się urywał.

Wspomniane platformy inwestycyjne często były zarejestrowane w rajach podatkowych czy tak egzotycznym miejscu jak siedziba Vortex Assets, która mieściła się na Wyspach Marshalla.

Struktura przekrętu

„Maklerzy”, choć stali na dole hierarchii oszukańczych firm, odpowiadali za rzecz najważniejszą w całym przestępczym procederze – namawianie kolejnych ludzi do rzekomych inwestycji. Podczas rozmów telefonicznych kłamali, że platformy, dla których pracują są legalnym biznesem prowadzonym przez sprawdzonych i godnych zaufania ludzi. Przekonanie klienta do rejestracji na platformie i dokonania pierwszej wpłaty należało do telefonistów – sprzedawców. Ci, mieli stałe pensje, ale zarabiali na prowizji od każdej wpłaty dokonanej przez inwestorów.

Pracę „sprzedawców” nadzorowali menadżerowie, opłacani na podobnej zasadzie, tyle tylko, że ich prowizja była uzależniona od starań całej grupy telefonistów. Przedostatnim ogniwem w machinie byli szefowie biura, nadzorujący „menadżerów”. – Na szczycie byli trzej polscy zarządcy podlegający Avrahamowi G. Zarządcy zajmowali się prowadzeniem platform i transferowaniem zysków na konta w rajach podatkowych – opowiada jeden ze śledczych.

Wpłaty niedoszłych inwestorów sięgały od 2 tys. zł do nawet miliona. Niektórzy wpompowali w wirtualne inwestycje oszczędności całego życia.

Fałszywy paszport Avrahama G.

Postępowanie w sprawie oszukańczych platform inwestycyjnych ruszyło po zatrzymaniu w listopadzie 2016 roku Avrahama G. vel Rafaela de L.-P. Mężczyźnie przedstawiono zarzuty „posługiwania się podrobionym paszportem Republiki Gwatemali w ramach procedur związanych z otwarciem i likwidacją rachunków bankowych w trzech polskich bankach, a także przyjmowania na rachunki bankowe zakupionych przez niego spółek środków pieniężnych w łącznej kwocie 5 mln zł, 1,5 mln euro oraz 120 tyś dolarów pochodzących z popełniania czynów zabronionych związanych z inwestowaniem na platformach Vortex Assets i CFD 1000 oraz tzw. prania brudnych pieniędzy”.

W październiku ubiegłego roku CBŚP zatrzymało 12 kolejnych osób, w tym wspólnika Avrahama G. – Dawida B. z Izraela. Wówczas pokrzywdzonych w śledztwie było 100 osób, a suma strat klientów szacowano na niemal 10 mln zł.

Przez ostatnie pół roku liczba pokrzywdzonych wzrosła do ponad 350 osób, a wartość wyłudzonego od pokrzywdzonych mienia to ponad 18 mln zł. Śledczym udało się zabezpieczyć majątki podejrzanych o wartości 5,2 mln zł. W trakcie postępowania udało się zwrócić niektórym klientom ok. 700 tys. zł, które zostały zablokowane przez prokuraturę na rachunkach spółek oszustów.
Źródło info i foto: TVP.info

Oszust Rafał K. zatrzymany. Milionowy przekręt na lewych inwestycjach

Dwudniowe „seminaria” w luksusowym hotelu na Mazurach czy spotkania biznesowe w popularnych lokalach – tak Rafał K. wabił klientów, aby powierzyli mu swoje oszczędności celem „inwestycji” na rynku FOREX. Udało mu się omamić żądzą zysków 54 osoby, które łącznie powierzyły mu prawie 5 mln zł. Prokuratura uważa, że doszło do oszustwa; inwestor brak wypłat dla klientów tłumaczy „niepowodzeniem w interesach”.

Do sądu trafił właśnie akt oskarżenia przeciwko Rafałowi K., któremu zarzuca się dokonanie kilkudziesięciu oszustw na łączną kwotę prawie 5 mln zł.

– Mężczyzna odpowie m.in. za prowadzenie bez wymaganego zezwolenia KNF od 14 listopada 2012 r. do 19 grudnia 2013 r. działalności w zakresie obrotu instrumentami finansowymi na rynku FOREX; oszustwa na łączną kwotę prawie 5 mln zł na szkodę 54 osób oraz wyrządzenie szkody wierzycielom i uszczuplenie zaspokojenia ich roszczeń przez zbycie zagrożonych zajęciem składników majątkowych o wartości ponad 1,9 mln zł – wylicza prokurator Łukasz Łapczyński, rzecznik stołecznej Prokuratury Okręgowej.

Prosty pomysł na przekręt

Z ustaleń śledczych wynika, że Rafał K. pracował przed kilku laty w jednej z firm zajmujących się pośrednictwem finansowym. To właśnie wtedy wpadł na pomysł, że namówi klientów, którymi się „opiekował”, aby zainwestowali na rynku FOREX. Od listopada 2012 r. zaczął werbować kolejnych „inwestorów”.

– Mechanizm przestępstwa polegał na otwarciu przez pokrzywdzonych rachunków inwestycyjnych w domach maklerskich i wpłatę na nie środków finansowych jako tzw. depozytu, a następnie udzieleniu pełnomocnictwa do tych rachunków Rafałowi K. i przekazaniu mu loginów i haseł do rachunków oraz zobowiązaniu do zaniechania samodzielnego wykonywania jakichkolwiek transakcji inwestycyjnych i pieniężnych na rachunkach – mówi portalowi tvp.info prok. Łapczyński.

Rafał K. przekonywał klientów, że zarobił na rynku FOREX sumę pozwalającą kupić mu sześć nieruchomości. Wmawiał im, że będą one odpowiednim zabezpieczeniem dla osób, którzy powierzą mu pieniądze. K. zapewniał także, że ma polisę OC gwarantującą bezpieczeństwo inwestycji. W rzeczywistości klienci byli pozbawieni jakiejkolwiek szansy na dochodzenie swoich racji.

Dziesiątki oszukanych

Rafał K. miał od listopada 2012 do października 2013 r. naciągnąć 54 osoby do powierzenia mu pieniędzy na inwestycje. Klienci wpłacali od 14 tys. zł do nawet 340 tys. zł. Mężczyzna intensywnie zabiegał o inwestorów. Zorganizował i opłacił specjalne dwudniowe seminarium w renomowanym hotelu w Mikołajkach, podczas którego przekonywał zaproszonych ludzi o wielkich zyskach, jakie można osiągnąć na rynku FOREX.

K. twierdził w prokuraturze, że przez kilka miesięcy inwestycje przynosiły zysk. – Później straty na rachunkach Rafał K. tłumaczył przyjętą strategią inwestycyjną, polegającą na zarządzaniu kilkoma kluczowymi rachunkami, na które zostały przekazane środki, w celu zwiększenia zysków w dłuższym czasie, a potem przejściowymi trudnościami związanymi z sytuacją ekonomiczną i polityczną. Od września 2013 r. Rafał K. unikał stopniowo kontaktu z pokrzywdzonymi, po czym przestał odpowiadać na wiadomości i telefony pokrzywdzonych – dodaje prok. Łapczyński.

Rafał K. nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył wyjaśniania. Kara łączna, jaka grozi oskarżonemu, to 15 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

Ofiary firmy Exeos Cars same postanowiły wymierzyć sprawiedliwość

Prokuratura oraz policja wyjątkowo ślamazarnie zajmowały się sprawą osób oszukanych przez Exeos Cars. Dlatego ofiary postanowiły same wymierzyć sprawiedliwość.

Koniec maja 2017 r., na zamkniętej grupie dyskusyjnej na Facebooku pojawiają się kolejne wpisy. „Bardzo mi się spodobał pomysł mocniejszego rozprawienia się z oszustami. Jestem chętny”. „Tylko musi nas być kilkanaście osób, żeby wszystkich wyłapać i do jednego worka”. „Ale nie można tylko lać w mordę. Trzeba przedstawić im zaświadczenia o zgłoszeniu na policji, o skierowaniu sprawy do sądu itd.”. „Od razu wszystkich trzeba spisać z dowodów, z każdego papierka, jaki mają przy sobie, bo nie wiadomo, jaki mają prawdziwy, a jaki podrobiony. Będzie potrzeba kilku chłopa, jakby w tym opór stawiali”. „Walić w łeb to tylko na osobności, bo zrobi się chryja, jak nie ma świadków”.

Trzy kominiarki i straszak

5 czerwca 2017 r., Warszawa. Kilkanaście osób pokrzywdzonych przez firmę Exeos Cars umawia się, by wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy ich oszukali. Na miejsce zbiórki przybywa tylko trzech mężczyzn. Pozostali się wykruszyli – jednemu podobnież zachorowało dziecko, inny spóźnił się na pociąg. Ta trójka jednak nie rezygnuje. Jadą – jak przyznają później – jedynie porozmawiać z ludźmi z Exeos. No, może trochę ich nastraszyć.

Zajeżdżają golfem pod siedzibę firmy przy ul. Smolnej. Dowiadują się od ochroniarza, że ten adres to lipa. Na grupie dyskusyjnej na FB padły jeszcze trzy inne lokalizacje. Jadą na ul. Przemysłową. Pudło. Ul. Ogrodowa. Kolejne pudło. Zrezygnowani sprawdzają ostatni adres. Sukces. Przy ul. Augustówka 22 mieści się lokal handlowy Exeos. Jest godz. 10.10.

Dalej wszystko wygląda jak w filmie akcji. W biurze są dwie osoby: mężczyzna, który rozmawia przez telefon z klientem, i kobieta. Trójka intruzów doskonale kojarzy pracownika. To on obiecywał im złote góry i to przez niego – ich zdaniem – stracili pieniądze. Mężczyzna ląduje szybko na podłodze. Jeden z napastników wyciąga pojemnik z gazem pieprzowym, drugi pistolet – dopiero później się okaże, że to atrapa – i przystawia go do głowy leżącego. Pracownicy zaczynają płakać, a klienci krzyczą o oszustwie. Zabierają karty z telefonów komórkowych oraz dyski twarde komputerów. I wychodzą.

Pracownik firmy Radosław Kozioł dzwoni na policję. Ta przyjeżdża o 10.50. Trzech napastników spokojnie czeka przed budynkiem. Cieszą się na widok funkcjonariuszy, chcą im przekazać nośniki danych. Ich radość staje się mniejsza, gdy zamiast otrzymać gratulacje zostają zatrzymani. Następne kilkadziesiąt godzin spędzają na komisariacie.

Protokoły przesłuchań i notatki urzędowe potwierdzające autentyczność historii znajdują się w komisariacie policji Warszawa-Wilanów.

666 złotych

Exeos Cars oferowała „innowacyjny” model współfinansowania zakupu auta na kredyt. Na czym polegał? Osoba poszukująca pojazdu natrafiała w internecie na ofertę Exeos lub w niektórych przypadkach na komis współpracujący z tą firmą. Cena pojazdu była zawyżona, widać to było zresztą na pierwszy rzut oka – np. skoda warta 50 tys. zł, była do nabycia za 70 tys. zł. Dlaczego znajdowali się chętni? Exeos proponował zawarcie umowy sponsorskiej – obiecywał, że będzie pokrywał 666 zł miesięcznie z raty kredytu. W zamian nabywca zobowiązywał się do przejechania autem co najmniej 400 km miesięcznie. Pojazd był też oklejany reklamami sponsorów, wśród nich dominowały firmy z listy Fortune 500. Exeos oferował również – przy pomocy zaprzyjaźnionego pośrednika – pośrednictwo kredytowe. Tak, by zainteresowany człowiek nie musiał sam załatwiać w banku pożyczki. Za zawarcie umowy firma pobierała opłatę w wysokości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.

Czy biznes nie wydawał się podejrzany?

– Nie. Pieniądze w zamian za oklejanie samochodów to nic nowego. A kilkutysięczną opłatę tłumaczono prosto: żeby ktoś się nie wycofał w ostatniej chwili. Uwierzyłam – mówi nam jedna z pokrzywdzonych osób.

– Oferta Exeos wyglądała bardzo ciekawie i sam model biznesowy prezentował się innowacyjnie. Mieszkałem przez pięć lat we Francji i tam tego typu rozwiązania to nic nowego. Ludzie z Exeosa byli dobrze przygotowani, bardzo podobały mi się ich zapewnienia – twierdzi Andrzej Nodzyński, jeden z uczestników napaści na siedzibę spółki.

– Nie podejrzewałem, że mam do czynienia z oszustami, bo zarejestrowano na mnie samochód. Pracownik firmy chętnie odpowiadał na moje wątpliwości, miał naprawdę świetne podejście do ludzi – mówi Dariusz Różański. To właśnie jego do podpisania umowy telefonicznie zachęcał Radosław Kozioł tuż przed przystawieniem mu broni do głowy.

Chęć do odpowiadania na pytania kończyła się jednak ponoć po podpisaniu umowy i wpłaceniu opłaty początkowej. W niektórych przypadkach Exeos wywiązywał się przez 2–3 miesiące z umowy, przez co przelał od 1200 do 1800 zł. I tak się opłacało, gdyż więcej zarobił z tytułu samej opłaty początkowej. W przypadku zakupu pojazdu w zaprzyjaźnionym komisie, zysk się zwiększał o różnicę pomiędzy realną wartością auta a tą ustaloną w umowie. W części spraw właściciele samochodów nie doczekali się ani jednego przelewu. Przez co zostali z oklejonym reklamami samochodem kupionym za znacznie więcej, niż jest warty. I kredytem do spłacenia.

– Do zakupu tego konkretnego samochodu przy pomocy Exeos skusiła mnie wyłącznie umowa sponsorska, którą firma oferowała na ten pojazd – twierdzi Dariusz Różański. A kilkoro innych pokrzywdzonych, z którymi rozmawialiśmy, przytakuje. Niemal każdy przyznaje: jedynym powodem, dla którego decydowali się na wejście w biznes z Exeos, były proponowane dopłaty w zamian za zrobienie ze swojego samochodu nośnika reklamowego. – Wiedziałem, że auto było przeszacowane, ale pomyślałem, że to nie ma znaczenia, skoro firma zobowiązała się dopłacać do kredytu – potwierdza pokrzywdzony Piotr Wenta.

Większość rozmówców przyznaje, że ich czujność uśpił wzór dokumentu, który otrzymali do podpisu. Część konsultowała go z prawnikami i każdy z nich przyznawał, że w umowie nie ma żadnych kruczków, jest ona bardzo korzystna dla nabywcy. – Rzeczywiście sama umowa była bardzo korzystna dla klienta i przewidywała nawet możliwość nałożenia kar umownych na Exeos. Już sam ten fakt wskazuje, że firma od początku wiedziała, że spółka będzie wkrótce goła i wesoła. Dlatego jej przedstawicielom było zupełnie obojętne, czy ktoś będzie mógł obciążyć spółkę karami – spostrzega Oskar Możdżyn, prawnik specjalizujący się w prawie motoryzacyjnym i założyciel strony Autoprawo.pl.

Exeos jest bowiem spółką z ograniczoną odpowiedzialnością – więc odpowiada jedynie do wysokości swojego kapitału. A ten wynosi 5 tys. zł. W praktyce jeśli tylko Exeos utracił płynność finansową, klienci wpadali w tarapaty. Zostawali z samochodem, którego nie byli w stanie spłacić. Choć i tak nie wszyscy. Dariusz Różański został z kredytem, za to bez auta. – Obejrzałem samochód i podpisałem umowę. Po czym oddałem auto i dowód rejestracyjny, żeby pracownik spółki mógł załatwić ubezpieczenie. Wpłaciłem też 10 tys. zł wadium. Potem nastała cisza ze strony Exeos. Poszedłem zgłosić sprawę na policję, ale do dziś nic się w tym temacie nie zadziało – ubolewa.

Odzyskać cokolwiek od tych, którzy wpędzili ludzi w tę kabałę – nie sposób. Pracownicy spółki powoływali się na przejściowe trudności finansowe, gdy ktoś żądał wypłaty należnych mu comiesięcznie 666 zł. Do klientów 28 kwietnia 2017 r. trafiło pismo, w którym spółka poinformowała, że „na chwilę obecną ze względu na zaistniałą sytuację jest zmuszona do wstrzymania płatności dla kontrahentów wynikających z umów sponsorskich”. Jako przyczynę wskazała to, że zablokowano jej rachunek bankowy wskutek zawiadomienia do prokuratury złożonego przez jednego z klientów. Zawierania dalszych umów, w których Exeos zobowiązywał się do płacenia po kilkaset złotych miesięcznie w ramach umów sponsorskich, mimo to nie zaprzestano.

Pokrzywdzeni twierdzą jednak, że nie może być mowy o żadnych tarapatach finansowych. Od początku było to perfidnie zaplanowane oszustwo. Dowody? – Moduł GPS zainstalowany w samochodzie, który powinien rejestrować, czy spełniony jest wymóg przejechania 400 km miesięcznie, jest pusty, więc nie można nic nim sprawdzić. A reklamodawcy, których logotypy znajdowały się na pojazdach, nie mieli o sprawie pojęcia – przekonuje Grzegorz Bednarski, inicjator siłowego wejścia do lokalu przy ul. Augustówka.

Sprawdziliśmy to ostatnie. – Nie współpracowaliśmy z firmą Exeos – zapewnia Katarzyna Pilarska-Wrona z Oracle. Logo technologicznego giganta widnieje na pojazdach pokazywanych na facebookowym profilu spółki. O współpracy z tą spółką nic nie wie również rzecznik prasowy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Krzysztof Dobies. – Akurat logo WOŚP wzbudziło moje wątpliwości. Po co orkiestra miałaby się odpłatnie reklamować na samochodach? Ale zainteresowało mnie to już po podpisaniu umowy i wzięciu kredytu, więc było za późno – mówi jeden z pokrzywdzonych.

Co na to wszystko Exeos? Spółka nie odpowiedziała na nasze pytania. Z kolei Radosław Kozioł podkreśla, że był jedynie pracownikiem spółki i w związku z tym nie może wypowiadać się w imieniu firmy. Przypomina też, że w postępowaniu prokuratorskim to on jest osobą pokrzywdzoną. – Nigdy też nie posługiwałem się innym nazwiskiem niż swoje własne, ponieważ jest to karalne – dodaje.

Tyt, tyk… odliczaj czas

Dlaczego trójka rozczarowanych klientów najechała biuro firmy? Mężczyźni przyznają, że ich trochę poniosło. Jeden zapewnia, że poszedł tylko rozmawiać i po prostu wydarzenia wymknęły się spod kontroli wskutek krewkości kolegów. – Byłem wściekły. Inne osoby, także te, których nie było wtedy z nami, również. Dlatego postanowiliśmy znaleźć oszustów. Chcieliśmy spróbować odzyskać od nich pieniądze na własną rękę – tłumaczy Grzegorz Bednarski. I dodaje, że gdy zobaczył Kozioła, który podpisywał większość umów (w niektórych przypadkach używając fikcyjnego nazwiska Rafalski, w innych Nafalski – jak przekonują poszkodowani), rozmawiającego z kolejnym klientem, coś w nim pękło. Tym bardziej że na tablicy były wypisane nazwiska osób, które dały się już nabrać na przekręt. – To dlatego położyłem go na ziemię i wyciągnąłem atrapę broni. Domagałem się informacji, kto stoi za przedsięwzięciem – przyznaje Bednarski.

Chodziło też – czego dowodem jest wcześniejsza dyskusja za pośrednictwem FB – o zabranie dokumentów i dysków twardych. Pokrzywdzeni od kilku miesięcy próbowali swoimi problemami zainteresować prokuraturę oraz policję. Często słyszeli jednak, że sprawa nie jest oczywista i że to słowo przeciwko słowu, sama niewypłacalność zaś nie jest jeszcze karalna. Jednemu z pokrzywdzonych policjant zaproponował wręcz wprost: „Idźcie do nich i pogadajcie z nimi po swojemu. Efekt będzie lepszy niż czekać, jak my coś zrobimy”.

To często powtarzający się motyw w przypadku oszustw finansowych i piramid. W tych przypadkach najważniejszy jest czas reakcji. Pokazała to sprawa Amber Gold, gdy organy państwa wiedziały o przekręcie, ale mieliły postępowania, podczas gdy kolejni konsumenci byli oszukiwani. – A proszę mi wierzyć, nie ma nic gorszego niż zostać oszukanym i widzieć, że kanciarze bezkarnie naciągają kolejne osoby – mówiła DGP w zeszłym roku ofiara Pay Trade International Club, piramidy finansowej, którą opisaliśmy w listopadzie 2016 r. (po naszym tekście zainteresowała się nią prokuratura, a piramida upadła).

Tymczasem pokrzywdzeni przez Exeos mówią nam, że po zajściu w siedzibie firmy doświadczyli gróźb ze strony oszustów. – Powiedziano mi, że zadarłem z niewłaściwymi ludźmi i przez to spotka mnie krzywda. Wystraszyłem się. Bałem się o siebie i żonę, bo oszuści mieli moje dane i wiedzieli, gdzie mieszkam. Sąsiedzi mówili mi nawet, że podejrzani ludzie kręcili się przy moim domu – opowiada Andrzej Nodzyński. Pokazuje nam SMS o treści: „Zadarliście z bardzo nieodpowiednimi ludźmi. Wiem o tobie wszystko. Kim jesteś, gdzie pracujesz, gdzie mieszkasz, czym i gdzie jeździsz. Zachciało się gangsterki? To teraz poznasz dużo ciekawych ludzi. See you soon…”. A także fragment wiadomości: „Tyk tyk tyk… odliczaj czas… ciesz się chwilą”.

Z poważniejszymi konsekwencjami musiał zmierzyć się zaś Grzegorz Bednarski. – Dostawałem wiadomości od oszustów, że zrobią wszystko, by mnie zniszczyć. Na seksportalu umieszczono fikcyjny anons z moim zdjęciem. Tam, gdzie mieszkam, rozpowszechniano plakaty mówiące, że jestem groźnym pedofilem, i za złapanie mnie wyznaczono nagrodę pieniężną – mówi Bednarski. On również pokazuje nam jedną z wiadomości od oszustów: „10 tys. zł wydam na kolportaż plakatów. Będzie ich 50 tys. sztuk. Na każdym drzewie, płocie, murku, przy każdym sklepie, stacji benzynowej, w pobliżu każdej szkoły, kościoła. Tam, gdzie jest najwięcej ludzi, będą wisieć te plakaty. Ludzie będą cię wytykać palcami, a mam nadzieję, że trafisz też na takich, którzy nie będą chcieli rozmawiać, tylko cię za***, ty śmieciu pedofilu”.

Nikt nic nie wie

W sprawie Exeos działania służb do czerwca 2016 r. były ślamazarne. Po napaści na lokal firmy nabrały rozpędu. Wszelkie zgłoszenia pokrzywdzonych są przekierowywane do warszawskiej prokuratury. Przemysław Paluch, zastępca prokuratora rejonowego w prokuraturze Warszawa-Wola, przyznaje, że w sprawie Exeos trwa postępowanie. Z ustaleń śledczych wynika, że w ramach realizacji umowy sponsorskiej pokrzywdzeni mieli otrzymywać wynagrodzenie, jednak nie było im ono wypłacane. Nie zwrócono również opłat wstępnych (traktowanych przez firmę jako wadium).

– W sprawie występuje 10 osób posiadających status pokrzywdzonych. Ze względu na fakt gromadzenia w dalszym ciągu materiału dowodowego przedwczesne jest wypowiadanie się przez tutejszą prokuraturę co do pozostałych poczynionych ustaleń w sprawie – ucina prokurator Paluch. Ponoć materiały przekazane przez pokrzywdzonych, wśród nich pełna korespondencja e-mailowa prowadzona przez pracowników spółki, się przydały.

Sprawą zainteresował się też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Agnieszka Majchrzak z UOKiK przyznaje, że dotychczasowe działania spółki mogą wyczerpywać znamiona czynów zabronionych, w tym przede wszystkim oszustwa z kodeksu karnego. – Zamierzamy wystąpić z zawiadomieniem do prokuratury w tej sprawie – zapewnia.

Witold Zembaczyński, poseł Nowoczesnej i członek komisji śledczej ds. wyjaśnienia przyczyn afery Amber Gold, jest jednak załamany dotychczasowymi działaniami państwowych służb. Przekonuje, że wszystko to powinno być zrobione o wiele wcześniej. I że służby powinny ze sobą współpracować. W sprawie Exeos prokuratura nie informowała ani UOKiK-u, ani Komisji Nadzoru Finansowego o prowadzonym postępowaniu. UOKiK zaś do dziś nie powiadomił o sprawie prokuratury. Każdy więc działa niezależnie od siebie. – A sprawa Amber Gold pokazuje, że państwowe organy muszą działać razem. W przeciwnym razie ucięcie oszustwa drastycznie się wydłuża – przekonuje Zembaczyński. – Wygląda na to, że od czasu tamtej afery podejście śledczych do spraw oszustw nie zmieniło się ani na jotę. I to wciąż dziennikarze działają dużo szybciej i skuteczniej niż organy śledcze. A przecież sprawa nie wydaje się być przesadnie skomplikowana jak w przypadku instrumentów parabankowych i nie potrzeba, by śledczy wspinali się na Himalaje swoich umiejętności – dodaje parlamentarzysta.

Na razie jednak główny pomysłodawca biznesu w Exeos chodzi wolno, nie ma nawet postawionych zarzutów. Exeos formalnie nadal działa, ale wszystko wskazuje na to, że działalność została zarzucona. A mózg operacji założył już kolejną firmę. Na Facebooku powstała już grupa pokrzywdzonych przez nią osób. Jej działalnością zaczyna interesować się zarówno UOKiK, jak i KNF. Choć na razie bez konkretów.

Jedyną osobą, która poniosła konsekwencje w sprawie Exeos, jest Grzegorz Bednarski. Został prawomocnie skazany przez sąd na grzywnę za najazd na lokal spółki i grożenie bronią pracownikowi. Nie żałuje.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Pokrzywdzeni przez parabank Pożyczka Gotówkowa mają skontaktować się z sądem

Do 2 listopada pokrzywdzeni przez parabank Pożyczka Gotówkowa, znany wcześniej jako Pomocna Pożyczka oraz Polska Korporacja Finansowa Skarbiec, mogą zgłaszać się do sądu jako wierzyciele. Sąd Rejonowy Gdańsk – Północ ogłosił upadłość firmy wobec, której od lat toczy się prokuratorskie śledztwo. To sprawa większa niż Amber Gold, jeśli chodzi o liczbę oszukanych osób.

Ogłoszenie upadłości oznacza, że pokrzywdzeni – jeśli chcą mieć jakiekolwiek szanse na odzyskanie swoich pieniędzy – powinni samodzielnie i bezpośrednio zgłaszać do Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ. Sprawą zajmuje się tam VI Wydział Gospodarczy.

Sąd ogłosił upadłość już ponad miesiąc temu, ale informacja ukazała się jedynie w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Dziś prokuratura wezwała pokrzywdzonych do skontaktowania się sądem. Wcześniej sama udzielała im cywilnej pomocy prawnej. Teraz – z powodu upadłości – nie może już tego robić. Nawet te osoby, które z takiej pomocy skorzystały, muszą znów zgłosić się do wspomnianego sądu.

Równoległe prowadzone jest śledztwo przeciwko parabankowi.

Zarzuty w tej sprawie usłyszało już ponad 170 pracowników, w tym dwóch członków zarządów. Pokrzywdzonych jest co najmniej 68 tysięcy osób, a ich straty to około 180 milionów złotych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

„Odmładzali” sprowadzane auta. CBŚP rozbiło szajkę oszustów

Co najmniej 500 osób padło ofiarą oszustów, którzy sprowadzali używane samochody z zachodu Europy i przy pomocy zaprzyjaźnionych diagnostyków „odmładzali” roczniki produkcji aut. Funkcjonariusze kieleckiego CBŚP zatrzymali sześciu członków szajki, w tym właścicieli autokomisu i stacji diagnostycznych. Na „rewitalizacji” aut przestępcy zarobili ok. 2,5 mln zł.

„Niemiec płakał, jak sprzedawał” – to jedno z najbardziej cwaniackich zapewnień handlarzy samochodów, którzy chcą przekonać naiwnych klientów, że oferowane im auto jest w bardzo dobrym stanie. Znaczna część samochodów w Polsce to pojazdy używane, sprowadzone z Europy Zachodniej.

O ile przez lata zmniejszyła się szansa, że kupimy pojazd kradziony, to jednak wciąż klienci narażeni są na pomysłowość oszustów. Jednym z najpopularniejszym przekrętów jest „cofanie liczników”. Oszuści z woj. świętokrzyskiego chcieli być bardziej finezyjni.

Autospa

– Funkcjonariusze kieleckiego CBŚP wpadli na ślad grupy, która zajmowała się fałszowaniu roku produkcji zagranicznych samochodów. Na podstawie przerobionych dokumentów sprawcy rejestrowali je w Polsce jako auta młodsze niż w rzeczywistości. Tak przygotowane samochody były następnie oferowane do sprzedaży za cenę wg wartości rocznika danej marki. Pojazdy sprzedawano za pośrednictwem autokomisów i portali internetowych – mówi kom. Agnieszka Hamelusz, rzeczniczka CBŚP.

Za przekrętem stał właściciel jednego z autokomisów i jego pracownik oraz czterech diagnostów, w tym dwóch właścicieli stacji diagnostycznych, wykonujących przeglądy pojazdów. Wszyscy są mieszkańcami województwa świętokrzyskiego. Na każdym „odmłodzonym” samochodzie oszuści zarabiali od 3 do 18 tys. zł. Wiadomo, że ofiarami przekrętów padło co najmniej 500 osób, a przestępcy zarobili blisko 2,5 mln zł.

Podczas zatrzymania u członków szajki zabezpieczono ponad 140 tys. złotych w gotówce oraz sześć samochodów wartych ok. 140 tys. zł. Zatrzymanym grozi do 8 lat więzienia.
Żródło info i foto: TVP.info

Oszuści działaja coraz skuteczniej

Oszuści polują na Polaków. Liczba oszustw sięgnęła już w tym roku 100 tysięcy. To o ponad 15 tysięcy więcej niż rok temu o tej porze. Przestępcy próbują od nas wyłudzać pieniądze metodami na wnuczka, na bank, na policjanta, na sanepid, na uchodźców. Ich pomysłowość nie zna granic.

Policja twierdzi, że udaje jej się ustalić większość sprawców. Funkcjonariusze wyliczają, że w tym roku zarzuty usłyszało już 17 tysięcy oszustów. Przestępcy robią się coraz bardziej zuchwali. Próbują wyłudzić coraz większe kwoty.

Niestety najczęściej ich ofiarami padają ludzie starsi, głównie emeryci. Miesięcznie zgłaszanych jest około 12 tysięcy prób wyłudzeń. Rok temu to było tylko 10 tysięcy. Z roku na rok liczba wyłudzeń, głównie na wnuczka, więc rośnie.

Oszuści polują metodą „na bank”

Przestępcy coraz częściej próbują nas oszukać metodą „na bank”. Podszywają się pod pracowników banków i próbują wyciągnąć od nas dane. Instytucje finansowe dostają coraz więcej zgłoszeń o tym problemie.

Oszuści dzwonią i mówią, że telefonują z banku z nową ofertą albo informacją o naszym koncie. Od razu proszą o zweryfikowanie naszej tożsamości: chcą naszego imienia, nazwiska, nazwiska panieńskiego matki, numeru PESEL, numeru karty. Już takie dane umożliwią im wydawanie naszych pieniędzy albo wzięcie kredytu na nasze konto.

Jak się ustrzec? Bankowcy radzą, by się rozłączyć i samemu oddzwonić do banku.

Co ważne, nie dzwońmy pod numer podany przez osobę dzwoniącą, tylko zadzwońmy na oficjalną infolinię banku. Ten numer zawsze znajdziemy w listach z banku albo na stronie internetowej. Czasami oszuści stosują też pewną modyfikacje tej metody. Wysyłają też do nas e-maile, w których informują o kłopotach z naszym kontem. W mailu podają numer telefonu, pod który należy zadzwonić. Tam czeka już fałszywy pracownik banku, który będzie próbował wyłudzić nasze dane i pieniądze.

Oszustwa na „fałszywe mandaty”

Źle zaparkowałeś samochód? Możesz spodziewać się nie tylko mandatu, ale także próby oszustwa. Przestępcy coraz chętniej podszywają się pod policjantów i strażników miejskich.

Przestępcy wydrukowali sobie niemal idealne kopie mandatów za złe parkowanie. Różnica tylko jest taka, że na fałszywym mandacie znajduje się numer konta należący do oszusta. Wszystko inne wygląda jak prawdziwy mandat od mundurowych.

Przestępcy krążą po miastach i szukają źle zaparkowanych aut. Gdy takie znajdą, wkładają kierowcy swój fałszywy mandat za wycieraczkę. Liczą na to, że karę zapłacimy na ich konto. Żeby nie dać się nabrać, lepiej zadzwonić na policję, czy straż miejską i potwierdzić otrzymaną karę. A najlepiej, parkować przepisowo. I w tej metodzie to jedyne skuteczne zabezpieczenie przed oszustami…

Oszustwo „na uchodźcę”

Oszuści mają też nową metodę okradania naszych mieszkań. To tak zwana metoda ” uchodźcę” albo „na Syryjczyka”. Podszywają się pod pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i proszą o udostępnienie mieszkań dla przybyszów z Bliskiego Wschodu.

Zaczyna się listu w naszej skrzynce pocztowej. Oszuści wysyłają do nas pismo, które wygląda jak oficjalny dokument z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

W tym piśmie anonsowana jest wizyta urzędników MSW, którzy chcą zobaczyć nasze mieszkanie, żeby sprawdzić, czy możemy przyjąć uchodźców. Po kilku dniach oszuści przychodzą, cały czas udając pracowników MSW i proszą o oprowadzenie po mieszkaniu.

Jedna osoba nas zagaduje, a druga okrada.

Niektórzy oszuści podsuwają nawet pismo, w którym zobowiązujemy się im przekazać albo użyczyć nasz lokal. Na tej podstawie zaciągają na nasze konto zobowiązania.

Eksperci ostrzegają jednak – urzędnicy ministerstw nigdy nie chodzą po mieszkaniach, a już na pewno nie każą niczego podpisywać. Nie próbują też umieszczać uchodźców w mieszkaniach prywatnych. Gdy dostaniemy taki list, od razu dzwońmy na policję!

„Na rejestr gospodarczy”

Organy ścigania są niemal bezradne wobec oszustów wyłudzających pieniądze metodą „na rejestr gospodarczy”. Chodzi o wysyłanie do przedsiębiorców druków z wezwaniem do zapłaty w związku z wpisem do rejestru działalności. Jak się później okazuje – fikcyjnego. Tylko w Warszawie w ciągu ostatnich 2 lat na 22 postępowania odmówiono wszczęcia bądź umorzono 20.

Przestępcy w wysyłanych pismach małym drukiem piszą, że opłata jest fakultatywna. Wtedy prokuratura stwierdza, że nadawca, jeśli nawet pobrał opłatę, nie popełnia przestępstwa.

W całym kraju takich podmiotów, które naciągają przedsiębiorców jest ponad 30 – wynika z informacji, którą uzyskał nasz reporter z ministerstwa gospodarki. W tym roku resort złożył w związku z ich funkcjonowaniem 10 zawiadomień do prokuratury.

Nazwy tych podmiotów to kompilacja słów Krajowy Rejestr Podmiotów Gospodarczych, Pracowników, Przedsiębiorców, czy Ewidencja Działalności Gospodarczej. Pojawiło się też nowe zgłoszenie o Rejestrze Działalności Gospodarczej i Firm.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Udawał policjanta i wyłudził łapówkę

Fałszywego policjanta zatrzymali w Lublinie prawdziwi mundurowi. 40-letni Paweł P. wyłudził 200 złotych od młodego kierowcy – informuje Radio Lublin. Jak relacjonował pokrzywdzony, jego samochód został zatrzymany do kontroli na alei Kraśnickiej w Lublinie. Zatrzymujący miał przy sobie policyjną tarczę. Twierdził, że kierowca naruszył przepisy ruchu drogowego, ale zaproponował inne rozwiązanie niż mandat. Kierowca i pasażerowie uzbierali 200 zł i przekazali ”policjantowi”. Później jednak nabrali podejrzeń i postanowili sprawdzić, czy nie zostali oszukani.

Prawdziwi policjanci przejrzeli monitoring i znaleźli pojazd, którym poruszali się mężczyzna udający policjanta i jego znajoma. Gdy patrol chciał zatrzymać ich auto, za kierownicą siedziała kobieta. Nie reagowała na sygnały. Cofając, próbowała najechać na jednego z funkcjonariuszy. Policjant w ostatniej chwili zdołał odskoczyć. Zatrzymani to 36-letnia mieszkanka Zamościa oraz 40-latek z Lublina. Mężczyzna odpowie za oszustwo, a jego partnerka za czynną napaść na funkcjonariusza.
Żródło info i foto: onet.pl

Oszukała ludzi na 3 mln złotych

Notoryczna oszustka z Poraja na Śląsku – która na ok. 3 mln zł naciągnęła mieszkańców trzech wsi – szydzi sobie z wymiaru sprawiedliwości. Choć została skazana, nadal wyłudza kolejne kredyty! I to jak bezczelnie! – Myślałam, że zwariuję, kiedy dostałam kolejne wezwanie z policji. Nie dwa kredyty wzięła na nasze konto, ale dziewięć! – nie mogą wprost uwierzyć Zofia i Janusz Wróblowie. Wkrótce ruszy kolejny proces perfidnej oszustki. Dostała aż 70 zarzutów. Na razie.

Po raz pierwszy o Annie M. (65 l.) – w Poraju prowadzącej sklep Grosik – pisaliśmy już w maju. Oszustka w wiejskim sklepie sprzedawała sprzęt AGD i przy okazji prowadziła usługi kredytowe. Sprytna naciągaczka bez skrupułów napychała własną kieszeń. Kredyty brała oczywiście nie na siebie, ale mieszkańców trzech okolicznych wsi: głównie Poraja, ale i Choronia oraz Jastrzębia. Swobodnie posługiwała się ich danymi i fałszowała podpisy! Ludzie w Poraju są w szoku – wciąż dostają kolejne wezwania do zapłaty za sprzęty, których nigdy nie brali na kredyt! – Ta baba żyje jak królowa na nasz koszt i śmieje się nam w oczy – mówi oburzona Wróblowa.

Już w styczniu za oszustwa i wyłudzenia kredytów oszustkę skazano na 3 miesiące w zawieszeniu. Ale wyrok niczego jej nie nauczył. Robi to samo, zmieniła tylko… nazwę sklepu na Ania. A lista oszukanych przez Annę M. jest długa. Są na niej wszyscy: niepełnosprawni, głuchoniemi, sąsiedzi, znajomi, a nawet jej własna rodzina! – Nie przeszkadzało jej nawet to, że jesteśmy kuzynkami. Na moje nazwisko, fałszując mój podpis, nabrała kredytów na jakieś 20 tys. zł. Myślałam, że umrę na zawał, nie wiem, czy komornik nie zastawi mojego domu – skarży się kuzynka oszustki Krystyna B. (68 l.).

Na szczęście policja w Myszkowie zakończyła właśnie kolejny etap śledztwa. – Annie M. postawiono 70 zarzutów, głównie oszustwa i podrabiania podpisów na umowach – przyznaje Magda Modrykamien z myszkowskiej policji. – To niestety nie koniec, bo kolejne sprawy do nas wpływają. Tym razem zawiadomienia składają banki i kolejni oszukani. A oszustka za wyłudzone pieniądze żyje sobie jak królowa. Mieszka w okazałej willi w Choroniu, z bramą na pilota i nadal urzęduje w wiejskim sklepie w Poraju. Jej sprawa w sądzie rozpocznie się 27 października o g. 13.50. Mieszkańcy mają nadzieję, że tym razem sąd nie będzie dla niej taki łaskaw jak poprzednio.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Oszuści mają nową metodę działania

Piszą do ciebie Prokuratura Celna w Zielonej Górze albo Dział Przestępczości Podatkowej Izby Celnej w Rzepinie i oskarżają o kupowanie tytoniu z przemytu. Jak zapłacisz choćby stówę, unikniesz nieprzyjemności. Wczytaj się jednak wnikliwie w nazwy tych urzędów. One nie istnieją! Na wnuczka, montera, pracownika administracji – to już przeszłość. Oszuści nie ograniczają się jedynie do prostego udawania członka rodziny, czy pracownika konkretnej instytucji. Komendy policji przynajmniej kilka razy w miesiącu informują o kolejnych, coraz bardziej wymyślnych sposobach wyłudzeń. W marcu br. 79-latkę z Gorzowa zaczepili na ulicy kobieta i mężczyzna. Załamani prosili o pieniądze potrzebne dla kierowcy, który został ranny w wypadku. Kobieta w porę przejrzała oszustów. W czerwcu 85-letnia mieszkanka Nowej Soli straciła biżuterię wartą 3,5 tys. zł po wizycie młodej kobiety, która podała się za pracownika NFZ. Oferowała darmowe zabiegi.

Dział Przestępczości Podatkowej nie istnieje, ale nazwa robi wrażenie

Od kilku tygodni rozsyłają pozornie urzędowe pisma do ludzi w całym kraju. Brzmią różnie, ale dotyczą jednej sprawy: zakupu tytoniu z przemytu.

– „Jak długo jestem celnikiem, nie pamiętam takiego oszustwa” – przyznaje Beata Zapolska-Downar, rzeczniczka Izby Celnej w Rzepinie. Właśnie do Rzepina przy zachodniej granicy Polski spłynęły pierwsze zgłoszenia. Ktoś, podszywając się pod Dział Przestępczości Podatkowej, wzywa do „stawienia się w urzędzie celnym w Rzepinie lub dobrowolnego poddania się karze”. Czyli wpłacenia 150 zł na wskazane konto, co ma spowodować „zakończenie czynności dochodzeniowych”. Żeby dokument wyglądał wiarygodnie, na wezwaniu można znaleźć nawet pieczęć izby. Oczywiście sfałszowaną, taka instytucja nie istnieje. – „To jawne oszustwo. Służba Celna nigdy nie zwraca się z żądaniem wpłaty bez przeprowadzenia niezbędnych czynności. Pierwszym krokiem jest wszczęcie postępowania, później przesłuchanie i przedstawienie zarzutu, a dopiero na samym końcu następuje wniosek o ukaranie sprawcy” – tłumaczy Zapolska-Downar. I dodaje, że dyrektor izby od razu złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury.

Ale nie tylko fikcyjny Dział Przestępczości Podatkowej stworzyli oszuści. Powołali jeszcze do życia m.in. Wydział IV ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji przy ul. Braniborskiej (przy tej ulicy w Zielonej Górze mieści się obserwatorium astronomiczne) Prokuratury Celnej w Zielonej Górze.

Prokurator Staszak: Nawet mnie zaskoczyli

Mechanizm jest zawsze taki sam. Jan Walczak, rzekomy prokurator, w związku z prowadzonym śledztwem celno-skarbowym nakłada grzywnę w wysokości 1 tys. zł. W piśmie podaje numer konta i termin wpłaty. Do pisma dołącza blankiet.

– „Oszuści potrafią zaskoczyć nawet mnie” – przyznaje Alfred Staszak, szef Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze. – „Po pierwsze, Prokuratura Celna w ogóle nie istnieje. Po drugie, prokuratura nie nakłada grzywien, od tego są powołane sądy. Wprawne oko szybko jednak wyłapie podrobione pisma. Wystarczy przyjrzeć się adresatowi i podpisom. Zgodnie z prawem, w dokumencie powinniśmy znaleźć precyzyjny podpis organu wysyłającego pismo, czyli imię, nazwisko, jej funkcję i stopień służbowy. Tego zwykle brakuje”.

Śledztwo w sprawie oszustów prowadzi Prokuratura Rejonowa w Słubicach. Podejrzewa, że naciągacze pochodzą z Zielonej Góry – na to wskazują m.in. stemple pocztowe z kopert. Jeśli uda się ich zatrzymać, będzie im grozić od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia. Jaka jest skala oszustwa? Trudno oszacować. Do dziś spływają kolejne zgłoszenia. Tylko do Izby Celnej w Rzepinie zgłosiło się 40 osób.

Liczba oszukanych lawinowo rośnie

Zbigniew Fąfera, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze w lokalnej telewizji RTV przyznał, że odebrał kilkanaście telefonów w tej sprawie. – Zadzwonił do mnie m.in. mieszkaniec Poznania. Powiedział, że „właściwie żona pojechała do pracy, wzięła blankiet i wpłaci 1 tys. zł, ale chciałby dopytać o szczegóły, bo różnie to w życiu bywa”. Zdążyłem go przestrzec. Jest bogatszy o 1 tys. zł.

Prokurator Staszak: – „Liczba oszukanych może być zaskakująco duża. Zapewne liczona w setkach. Podejrzewamy, że osoby, które dostają wezwanie, wcześniej nabyły tani tytoń. Oszacowanie skali procederu jest niezwykle trudne, bo oszukani boją się zgłosić do prawdziwej prokuratury. Apelujemy, by ludzie nie bali się złożyć zawiadomienia o przestępstwie, nawet jeżeli nie dokonali wpłaty”.

Chcą cię oszukać, zadzwoń

Izba Celna uruchomiła też specjalny numer telefonu dla osób, które dostały nagłe wezwania do wpłacenia należności – 95 75 09 243. Kontakt e-mail: ic.rzepin@rze.mofnet.gov.pl.
Żródło info i foto: Gazeta.pl