Policjanci rozbili grupę oszustów. Poszkodowanych może być nawet 1800 osób

Dolnośląscy policjanci rozbili grupę przestępczą, której członkowie podejrzani są o oszustwa na dużą skalę. W wyniku przestępczego procederu pokrzywdzonych zostało blisko 1800 osób, które poprzez zawarcie umów z działająca spółką zostały wprowadzone w błąd i doprowadzone do niekorzystnego rozporządzenia mieniem o łącznej wartości blisko 13 mln złotych. Zatrzymanych w tej sprawie zostało już 17 osób, którym za popełnione przestępstwa może grozić kara nawet do 15 lat pozbawienia wolności.

Funkcjonariusze Wydziałów do walki z Przestępczością Gospodarczą i Dochodzeniowo – Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu prowadząc śledztwo pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze rozbili grupę przestępczą dokonującą oszustw na duża skalę. Policjanci zatrzymali na terenie województwa dolnośląskiego kolejne dwie osoby pełniące funkcje kierownicze w spółce i powiązanych z nią podmiotach. Do chwili obecnej w tej sprawie zatrzymanych zostało już 17 osób.

Jak ustalili prowadzący postępowanie policjanci, członkowie grupy w latach 2016/2017 oferowali swoim klientom świadczenie różnego rodzaju usług. Były to usługi skierowane głównie do osób starszych tj. pomoc w czynnościach dnia codziennego, pośrednictwo w uzyskaniu pomocy medycznej lub usługi remontowe. Pokrzywdzeni w trakcie rozmów byli wprowadzani w błąd co do podpisywanych dokumentów i zawieranych umów. Zaciągnięte zobowiązania dotyczyły okresu kilku lat, a miesięczne kwoty za usługi wynosiły nawet kilkaset złotych. Zebrany w tej sprawie materiał dowodowy przez prowadzących postępowanie wskazuje, że poszkodowanych w wyniku oszustwa może być prawie 1800 osób z całego kraju. Jak ustalili śledczy łączna kwota zaciągniętych zobowiązań szacowana jest na kwotę blisko 13 milionów złotych.

Do chwili obecnej zarzuty popełnienia szeregu oszustw, a także udziału w grupie przestępczej usłyszało już 17 osób. Wśród nich są m. in. właściciele spółki, kurierzy, telemarketerzy i osoby oferujące klientom produkty, które to doprowadziły pokrzywdzonych do podpisanie niekorzystnych dla nich umów. Wobec 3 z zatrzymanych dotychczas osób sąd podjął decyzję o tymczasowym areszcie na okres 3 miesięcy. a za popełnione przestępstwa grozić może im kara nawet do 15 lat pozbawienia wolności.

Policjanci i prokuratorzy nie wykluczają kolejnych zatrzymań w tej sprawie.
Źródło info i foto: Policja.pl

Ofiary firmy Exeos Cars same postanowiły wymierzyć sprawiedliwość

Prokuratura oraz policja wyjątkowo ślamazarnie zajmowały się sprawą osób oszukanych przez Exeos Cars. Dlatego ofiary postanowiły same wymierzyć sprawiedliwość.

Koniec maja 2017 r., na zamkniętej grupie dyskusyjnej na Facebooku pojawiają się kolejne wpisy. „Bardzo mi się spodobał pomysł mocniejszego rozprawienia się z oszustami. Jestem chętny”. „Tylko musi nas być kilkanaście osób, żeby wszystkich wyłapać i do jednego worka”. „Ale nie można tylko lać w mordę. Trzeba przedstawić im zaświadczenia o zgłoszeniu na policji, o skierowaniu sprawy do sądu itd.”. „Od razu wszystkich trzeba spisać z dowodów, z każdego papierka, jaki mają przy sobie, bo nie wiadomo, jaki mają prawdziwy, a jaki podrobiony. Będzie potrzeba kilku chłopa, jakby w tym opór stawiali”. „Walić w łeb to tylko na osobności, bo zrobi się chryja, jak nie ma świadków”.

Trzy kominiarki i straszak

5 czerwca 2017 r., Warszawa. Kilkanaście osób pokrzywdzonych przez firmę Exeos Cars umawia się, by wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy ich oszukali. Na miejsce zbiórki przybywa tylko trzech mężczyzn. Pozostali się wykruszyli – jednemu podobnież zachorowało dziecko, inny spóźnił się na pociąg. Ta trójka jednak nie rezygnuje. Jadą – jak przyznają później – jedynie porozmawiać z ludźmi z Exeos. No, może trochę ich nastraszyć.

Zajeżdżają golfem pod siedzibę firmy przy ul. Smolnej. Dowiadują się od ochroniarza, że ten adres to lipa. Na grupie dyskusyjnej na FB padły jeszcze trzy inne lokalizacje. Jadą na ul. Przemysłową. Pudło. Ul. Ogrodowa. Kolejne pudło. Zrezygnowani sprawdzają ostatni adres. Sukces. Przy ul. Augustówka 22 mieści się lokal handlowy Exeos. Jest godz. 10.10.

Dalej wszystko wygląda jak w filmie akcji. W biurze są dwie osoby: mężczyzna, który rozmawia przez telefon z klientem, i kobieta. Trójka intruzów doskonale kojarzy pracownika. To on obiecywał im złote góry i to przez niego – ich zdaniem – stracili pieniądze. Mężczyzna ląduje szybko na podłodze. Jeden z napastników wyciąga pojemnik z gazem pieprzowym, drugi pistolet – dopiero później się okaże, że to atrapa – i przystawia go do głowy leżącego. Pracownicy zaczynają płakać, a klienci krzyczą o oszustwie. Zabierają karty z telefonów komórkowych oraz dyski twarde komputerów. I wychodzą.

Pracownik firmy Radosław Kozioł dzwoni na policję. Ta przyjeżdża o 10.50. Trzech napastników spokojnie czeka przed budynkiem. Cieszą się na widok funkcjonariuszy, chcą im przekazać nośniki danych. Ich radość staje się mniejsza, gdy zamiast otrzymać gratulacje zostają zatrzymani. Następne kilkadziesiąt godzin spędzają na komisariacie.

Protokoły przesłuchań i notatki urzędowe potwierdzające autentyczność historii znajdują się w komisariacie policji Warszawa-Wilanów.

666 złotych

Exeos Cars oferowała „innowacyjny” model współfinansowania zakupu auta na kredyt. Na czym polegał? Osoba poszukująca pojazdu natrafiała w internecie na ofertę Exeos lub w niektórych przypadkach na komis współpracujący z tą firmą. Cena pojazdu była zawyżona, widać to było zresztą na pierwszy rzut oka – np. skoda warta 50 tys. zł, była do nabycia za 70 tys. zł. Dlaczego znajdowali się chętni? Exeos proponował zawarcie umowy sponsorskiej – obiecywał, że będzie pokrywał 666 zł miesięcznie z raty kredytu. W zamian nabywca zobowiązywał się do przejechania autem co najmniej 400 km miesięcznie. Pojazd był też oklejany reklamami sponsorów, wśród nich dominowały firmy z listy Fortune 500. Exeos oferował również – przy pomocy zaprzyjaźnionego pośrednika – pośrednictwo kredytowe. Tak, by zainteresowany człowiek nie musiał sam załatwiać w banku pożyczki. Za zawarcie umowy firma pobierała opłatę w wysokości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.

Czy biznes nie wydawał się podejrzany?

– Nie. Pieniądze w zamian za oklejanie samochodów to nic nowego. A kilkutysięczną opłatę tłumaczono prosto: żeby ktoś się nie wycofał w ostatniej chwili. Uwierzyłam – mówi nam jedna z pokrzywdzonych osób.

– Oferta Exeos wyglądała bardzo ciekawie i sam model biznesowy prezentował się innowacyjnie. Mieszkałem przez pięć lat we Francji i tam tego typu rozwiązania to nic nowego. Ludzie z Exeosa byli dobrze przygotowani, bardzo podobały mi się ich zapewnienia – twierdzi Andrzej Nodzyński, jeden z uczestników napaści na siedzibę spółki.

– Nie podejrzewałem, że mam do czynienia z oszustami, bo zarejestrowano na mnie samochód. Pracownik firmy chętnie odpowiadał na moje wątpliwości, miał naprawdę świetne podejście do ludzi – mówi Dariusz Różański. To właśnie jego do podpisania umowy telefonicznie zachęcał Radosław Kozioł tuż przed przystawieniem mu broni do głowy.

Chęć do odpowiadania na pytania kończyła się jednak ponoć po podpisaniu umowy i wpłaceniu opłaty początkowej. W niektórych przypadkach Exeos wywiązywał się przez 2–3 miesiące z umowy, przez co przelał od 1200 do 1800 zł. I tak się opłacało, gdyż więcej zarobił z tytułu samej opłaty początkowej. W przypadku zakupu pojazdu w zaprzyjaźnionym komisie, zysk się zwiększał o różnicę pomiędzy realną wartością auta a tą ustaloną w umowie. W części spraw właściciele samochodów nie doczekali się ani jednego przelewu. Przez co zostali z oklejonym reklamami samochodem kupionym za znacznie więcej, niż jest warty. I kredytem do spłacenia.

– Do zakupu tego konkretnego samochodu przy pomocy Exeos skusiła mnie wyłącznie umowa sponsorska, którą firma oferowała na ten pojazd – twierdzi Dariusz Różański. A kilkoro innych pokrzywdzonych, z którymi rozmawialiśmy, przytakuje. Niemal każdy przyznaje: jedynym powodem, dla którego decydowali się na wejście w biznes z Exeos, były proponowane dopłaty w zamian za zrobienie ze swojego samochodu nośnika reklamowego. – Wiedziałem, że auto było przeszacowane, ale pomyślałem, że to nie ma znaczenia, skoro firma zobowiązała się dopłacać do kredytu – potwierdza pokrzywdzony Piotr Wenta.

Większość rozmówców przyznaje, że ich czujność uśpił wzór dokumentu, który otrzymali do podpisu. Część konsultowała go z prawnikami i każdy z nich przyznawał, że w umowie nie ma żadnych kruczków, jest ona bardzo korzystna dla nabywcy. – Rzeczywiście sama umowa była bardzo korzystna dla klienta i przewidywała nawet możliwość nałożenia kar umownych na Exeos. Już sam ten fakt wskazuje, że firma od początku wiedziała, że spółka będzie wkrótce goła i wesoła. Dlatego jej przedstawicielom było zupełnie obojętne, czy ktoś będzie mógł obciążyć spółkę karami – spostrzega Oskar Możdżyn, prawnik specjalizujący się w prawie motoryzacyjnym i założyciel strony Autoprawo.pl.

Exeos jest bowiem spółką z ograniczoną odpowiedzialnością – więc odpowiada jedynie do wysokości swojego kapitału. A ten wynosi 5 tys. zł. W praktyce jeśli tylko Exeos utracił płynność finansową, klienci wpadali w tarapaty. Zostawali z samochodem, którego nie byli w stanie spłacić. Choć i tak nie wszyscy. Dariusz Różański został z kredytem, za to bez auta. – Obejrzałem samochód i podpisałem umowę. Po czym oddałem auto i dowód rejestracyjny, żeby pracownik spółki mógł załatwić ubezpieczenie. Wpłaciłem też 10 tys. zł wadium. Potem nastała cisza ze strony Exeos. Poszedłem zgłosić sprawę na policję, ale do dziś nic się w tym temacie nie zadziało – ubolewa.

Odzyskać cokolwiek od tych, którzy wpędzili ludzi w tę kabałę – nie sposób. Pracownicy spółki powoływali się na przejściowe trudności finansowe, gdy ktoś żądał wypłaty należnych mu comiesięcznie 666 zł. Do klientów 28 kwietnia 2017 r. trafiło pismo, w którym spółka poinformowała, że „na chwilę obecną ze względu na zaistniałą sytuację jest zmuszona do wstrzymania płatności dla kontrahentów wynikających z umów sponsorskich”. Jako przyczynę wskazała to, że zablokowano jej rachunek bankowy wskutek zawiadomienia do prokuratury złożonego przez jednego z klientów. Zawierania dalszych umów, w których Exeos zobowiązywał się do płacenia po kilkaset złotych miesięcznie w ramach umów sponsorskich, mimo to nie zaprzestano.

Pokrzywdzeni twierdzą jednak, że nie może być mowy o żadnych tarapatach finansowych. Od początku było to perfidnie zaplanowane oszustwo. Dowody? – Moduł GPS zainstalowany w samochodzie, który powinien rejestrować, czy spełniony jest wymóg przejechania 400 km miesięcznie, jest pusty, więc nie można nic nim sprawdzić. A reklamodawcy, których logotypy znajdowały się na pojazdach, nie mieli o sprawie pojęcia – przekonuje Grzegorz Bednarski, inicjator siłowego wejścia do lokalu przy ul. Augustówka.

Sprawdziliśmy to ostatnie. – Nie współpracowaliśmy z firmą Exeos – zapewnia Katarzyna Pilarska-Wrona z Oracle. Logo technologicznego giganta widnieje na pojazdach pokazywanych na facebookowym profilu spółki. O współpracy z tą spółką nic nie wie również rzecznik prasowy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Krzysztof Dobies. – Akurat logo WOŚP wzbudziło moje wątpliwości. Po co orkiestra miałaby się odpłatnie reklamować na samochodach? Ale zainteresowało mnie to już po podpisaniu umowy i wzięciu kredytu, więc było za późno – mówi jeden z pokrzywdzonych.

Co na to wszystko Exeos? Spółka nie odpowiedziała na nasze pytania. Z kolei Radosław Kozioł podkreśla, że był jedynie pracownikiem spółki i w związku z tym nie może wypowiadać się w imieniu firmy. Przypomina też, że w postępowaniu prokuratorskim to on jest osobą pokrzywdzoną. – Nigdy też nie posługiwałem się innym nazwiskiem niż swoje własne, ponieważ jest to karalne – dodaje.

Tyt, tyk… odliczaj czas

Dlaczego trójka rozczarowanych klientów najechała biuro firmy? Mężczyźni przyznają, że ich trochę poniosło. Jeden zapewnia, że poszedł tylko rozmawiać i po prostu wydarzenia wymknęły się spod kontroli wskutek krewkości kolegów. – Byłem wściekły. Inne osoby, także te, których nie było wtedy z nami, również. Dlatego postanowiliśmy znaleźć oszustów. Chcieliśmy spróbować odzyskać od nich pieniądze na własną rękę – tłumaczy Grzegorz Bednarski. I dodaje, że gdy zobaczył Kozioła, który podpisywał większość umów (w niektórych przypadkach używając fikcyjnego nazwiska Rafalski, w innych Nafalski – jak przekonują poszkodowani), rozmawiającego z kolejnym klientem, coś w nim pękło. Tym bardziej że na tablicy były wypisane nazwiska osób, które dały się już nabrać na przekręt. – To dlatego położyłem go na ziemię i wyciągnąłem atrapę broni. Domagałem się informacji, kto stoi za przedsięwzięciem – przyznaje Bednarski.

Chodziło też – czego dowodem jest wcześniejsza dyskusja za pośrednictwem FB – o zabranie dokumentów i dysków twardych. Pokrzywdzeni od kilku miesięcy próbowali swoimi problemami zainteresować prokuraturę oraz policję. Często słyszeli jednak, że sprawa nie jest oczywista i że to słowo przeciwko słowu, sama niewypłacalność zaś nie jest jeszcze karalna. Jednemu z pokrzywdzonych policjant zaproponował wręcz wprost: „Idźcie do nich i pogadajcie z nimi po swojemu. Efekt będzie lepszy niż czekać, jak my coś zrobimy”.

To często powtarzający się motyw w przypadku oszustw finansowych i piramid. W tych przypadkach najważniejszy jest czas reakcji. Pokazała to sprawa Amber Gold, gdy organy państwa wiedziały o przekręcie, ale mieliły postępowania, podczas gdy kolejni konsumenci byli oszukiwani. – A proszę mi wierzyć, nie ma nic gorszego niż zostać oszukanym i widzieć, że kanciarze bezkarnie naciągają kolejne osoby – mówiła DGP w zeszłym roku ofiara Pay Trade International Club, piramidy finansowej, którą opisaliśmy w listopadzie 2016 r. (po naszym tekście zainteresowała się nią prokuratura, a piramida upadła).

Tymczasem pokrzywdzeni przez Exeos mówią nam, że po zajściu w siedzibie firmy doświadczyli gróźb ze strony oszustów. – Powiedziano mi, że zadarłem z niewłaściwymi ludźmi i przez to spotka mnie krzywda. Wystraszyłem się. Bałem się o siebie i żonę, bo oszuści mieli moje dane i wiedzieli, gdzie mieszkam. Sąsiedzi mówili mi nawet, że podejrzani ludzie kręcili się przy moim domu – opowiada Andrzej Nodzyński. Pokazuje nam SMS o treści: „Zadarliście z bardzo nieodpowiednimi ludźmi. Wiem o tobie wszystko. Kim jesteś, gdzie pracujesz, gdzie mieszkasz, czym i gdzie jeździsz. Zachciało się gangsterki? To teraz poznasz dużo ciekawych ludzi. See you soon…”. A także fragment wiadomości: „Tyk tyk tyk… odliczaj czas… ciesz się chwilą”.

Z poważniejszymi konsekwencjami musiał zmierzyć się zaś Grzegorz Bednarski. – Dostawałem wiadomości od oszustów, że zrobią wszystko, by mnie zniszczyć. Na seksportalu umieszczono fikcyjny anons z moim zdjęciem. Tam, gdzie mieszkam, rozpowszechniano plakaty mówiące, że jestem groźnym pedofilem, i za złapanie mnie wyznaczono nagrodę pieniężną – mówi Bednarski. On również pokazuje nam jedną z wiadomości od oszustów: „10 tys. zł wydam na kolportaż plakatów. Będzie ich 50 tys. sztuk. Na każdym drzewie, płocie, murku, przy każdym sklepie, stacji benzynowej, w pobliżu każdej szkoły, kościoła. Tam, gdzie jest najwięcej ludzi, będą wisieć te plakaty. Ludzie będą cię wytykać palcami, a mam nadzieję, że trafisz też na takich, którzy nie będą chcieli rozmawiać, tylko cię za***, ty śmieciu pedofilu”.

Nikt nic nie wie

W sprawie Exeos działania służb do czerwca 2016 r. były ślamazarne. Po napaści na lokal firmy nabrały rozpędu. Wszelkie zgłoszenia pokrzywdzonych są przekierowywane do warszawskiej prokuratury. Przemysław Paluch, zastępca prokuratora rejonowego w prokuraturze Warszawa-Wola, przyznaje, że w sprawie Exeos trwa postępowanie. Z ustaleń śledczych wynika, że w ramach realizacji umowy sponsorskiej pokrzywdzeni mieli otrzymywać wynagrodzenie, jednak nie było im ono wypłacane. Nie zwrócono również opłat wstępnych (traktowanych przez firmę jako wadium).

– W sprawie występuje 10 osób posiadających status pokrzywdzonych. Ze względu na fakt gromadzenia w dalszym ciągu materiału dowodowego przedwczesne jest wypowiadanie się przez tutejszą prokuraturę co do pozostałych poczynionych ustaleń w sprawie – ucina prokurator Paluch. Ponoć materiały przekazane przez pokrzywdzonych, wśród nich pełna korespondencja e-mailowa prowadzona przez pracowników spółki, się przydały.

Sprawą zainteresował się też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Agnieszka Majchrzak z UOKiK przyznaje, że dotychczasowe działania spółki mogą wyczerpywać znamiona czynów zabronionych, w tym przede wszystkim oszustwa z kodeksu karnego. – Zamierzamy wystąpić z zawiadomieniem do prokuratury w tej sprawie – zapewnia.

Witold Zembaczyński, poseł Nowoczesnej i członek komisji śledczej ds. wyjaśnienia przyczyn afery Amber Gold, jest jednak załamany dotychczasowymi działaniami państwowych służb. Przekonuje, że wszystko to powinno być zrobione o wiele wcześniej. I że służby powinny ze sobą współpracować. W sprawie Exeos prokuratura nie informowała ani UOKiK-u, ani Komisji Nadzoru Finansowego o prowadzonym postępowaniu. UOKiK zaś do dziś nie powiadomił o sprawie prokuratury. Każdy więc działa niezależnie od siebie. – A sprawa Amber Gold pokazuje, że państwowe organy muszą działać razem. W przeciwnym razie ucięcie oszustwa drastycznie się wydłuża – przekonuje Zembaczyński. – Wygląda na to, że od czasu tamtej afery podejście śledczych do spraw oszustw nie zmieniło się ani na jotę. I to wciąż dziennikarze działają dużo szybciej i skuteczniej niż organy śledcze. A przecież sprawa nie wydaje się być przesadnie skomplikowana jak w przypadku instrumentów parabankowych i nie potrzeba, by śledczy wspinali się na Himalaje swoich umiejętności – dodaje parlamentarzysta.

Na razie jednak główny pomysłodawca biznesu w Exeos chodzi wolno, nie ma nawet postawionych zarzutów. Exeos formalnie nadal działa, ale wszystko wskazuje na to, że działalność została zarzucona. A mózg operacji założył już kolejną firmę. Na Facebooku powstała już grupa pokrzywdzonych przez nią osób. Jej działalnością zaczyna interesować się zarówno UOKiK, jak i KNF. Choć na razie bez konkretów.

Jedyną osobą, która poniosła konsekwencje w sprawie Exeos, jest Grzegorz Bednarski. Został prawomocnie skazany przez sąd na grzywnę za najazd na lokal spółki i grożenie bronią pracownikowi. Nie żałuje.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Pokrzywdzeni przez parabank Pożyczka Gotówkowa mają skontaktować się z sądem

Do 2 listopada pokrzywdzeni przez parabank Pożyczka Gotówkowa, znany wcześniej jako Pomocna Pożyczka oraz Polska Korporacja Finansowa Skarbiec, mogą zgłaszać się do sądu jako wierzyciele. Sąd Rejonowy Gdańsk – Północ ogłosił upadłość firmy wobec, której od lat toczy się prokuratorskie śledztwo. To sprawa większa niż Amber Gold, jeśli chodzi o liczbę oszukanych osób.

Ogłoszenie upadłości oznacza, że pokrzywdzeni – jeśli chcą mieć jakiekolwiek szanse na odzyskanie swoich pieniędzy – powinni samodzielnie i bezpośrednio zgłaszać do Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ. Sprawą zajmuje się tam VI Wydział Gospodarczy.

Sąd ogłosił upadłość już ponad miesiąc temu, ale informacja ukazała się jedynie w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Dziś prokuratura wezwała pokrzywdzonych do skontaktowania się sądem. Wcześniej sama udzielała im cywilnej pomocy prawnej. Teraz – z powodu upadłości – nie może już tego robić. Nawet te osoby, które z takiej pomocy skorzystały, muszą znów zgłosić się do wspomnianego sądu.

Równoległe prowadzone jest śledztwo przeciwko parabankowi.

Zarzuty w tej sprawie usłyszało już ponad 170 pracowników, w tym dwóch członków zarządów. Pokrzywdzonych jest co najmniej 68 tysięcy osób, a ich straty to około 180 milionów złotych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Schwytano oszusta matrymonialnego z Gorzowa Wielkopolskiego

Policja z Gorzowa Wielkopolskiego zatrzymała oszusta matrymonialnego, który rozkochiwał w sobie kobiety, by ostatecznie wyłudzić od nich pieniądze.

Posługiwał się zdjęciami innych mężczyzn o urodzie południowo-europejskiej. Zapewniał, że chce założyć rodzinę i zależy mu na długim związku. Wszystko to sprawiło, że kobiety obdarzały go stuprocentowym zaufaniem – relacjonował komisarz Marcin Maludy z gorzowskiej komendy.

Od jednej z oszukanych kobiet mężczyzna wyłudził ok. 600 tys. złotych.
Żródło info i foto: Dziennik.pl

29-latek oszukał 180 osób. Udawał samotną matkę

Policjanci zajmujący się zwalczaniem przestępczości internetowej zatrzymali 29-letniego mieszkańca Torunia. Mężczyzna udawał samotną matkę dwójki dzieci, która potrzebuje pomocy. Naciągnął 180 osób.

„Mam na imię Maria. Mieszkam w Skłudzewie. Jestem samotną matką dwójki dzieci. Błagam pomóżcie” – brzmiał apel zamieszczany na różnych portalach internetowych. Jak się okazało, autorem prośby nie była samotna matka, a 29-letni mężczyzna z Torunia.
Śledczy wskazują, że 29-latek działał od marca 2013 roku. Od tamtej pory oszukał 180 osób, wyłudzając kilkanaście tysięcy złotych. Aby zmylić śledczych jego ogłoszenia przybierały różną formę, a w niektórych z nich, aby trudniej było go namierzyć, zmieniał też banki i numery kont – informuje policja.

29-latkowi grozi do 8 lat więzienia.
Żródło info i foto: interia.pl

Stworzyli piramidę finansową. Oszukali 600 osób na 50 milionów złotych

Oszukali 600 osób na 50 milionów złotych. Jest areszt dla dwóch mieszkańców okolic Kalisza w Wielkopolsce za stworzenie piramidy finansowej. Oszuści obiecywali klientom inwestycje w nośniki cyfrowe oraz w działalność brokera i operatora kampanii reklamowych, które na nośnikach miały być oferowane. Inwestycja miała oczywiście przynosić same zyski.

Według prokuratury, 40-latek i jego o sześć lat starszy kolega, w ciągu kilku lat stworzyli korzystny tylko dla siebie biznes, przypominający piramidę finansową. Przekonali do swojego „pomysłu” 600 osób, od których uzyskali ponad 50 mln zł. Mężczyźni założyli firmę w 2012 roku. Szukali klientów głównie w internecie. Prokurator postawił obu mieszkańcom wielkopolski zarzuty oszustwa w stosunku do mienia znacznej wartości oraz prowadzenia działalności bankowej bez zezwolenia.

Sąd zgodził się z prokuraturą i zdecydował o tymczasowym areszcie dla obu mężczyzn.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

Zbigniew B. oszukał prawie tysiąc osób

Miał walczyć o odszkodowania i robił to skutecznie. Problem w tym, że „wygranych” pieniędzy nie przekazywał osobom, które wcześniej uległy wypadkowi. W ten sposób Zbigniew B., prezes jednej z łódzkich firm oszukał prawie tysiąc osób na ponad 4 mln złotych. Akt oskarżenia w tej sprawie trafił do sądu. Oskarżonemu grozi do 10 lat więzienia. Jak informuje prokuratura, 40-letni Zbigniew B. jest odpowiedzialny za jedną z największych afer finansowych ostatnich lat w Łodzi.

– Mężczyzna w ciągu pięciu lat, od 2008 do 2013 roku przywłaszczył sobie ponad 4 mln złotych – informuje tvn24.pl Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury. Akt oskarżenia w tej sprawie trafił już do sądu. W czasie śledztwa Zbigniew B. przyznał się do winy. Oskarżony przez kilka miesięcy przebywał w areszcie, potem zastosowano względem niego dozór policyjny. Oskarżonemu grozi do 10 lat więzienia.

Majątek na dramacie

O tym, że łódzka firma walcząca o odszkodowania i zadośćuczynienia może dopuszczać się przestępstw, śledczy zostali poinformowani w 2012 roku.

– Zawiadomienie wysłał ojciec kobiety, która ucierpiała w wypadku komunikacyjnym. Firma Zbigniewa B. i zatrudniani przez niego prawnicy wymogli na ubezpieczycielu wypłatę 100 tys. złotych odszkodowania i 350 tys. renty jednorazowej – informuje prokurator. Na konto poszkodowanej w wypadku kobiety trafiło jednak o ponad 200 tys. złotych mniej niż powinno. Bulwersować może fakt, że oszukana osoba nie jest samodzielna, pieniędzy potrzebowała do normalnego funkcjonowania.

– Podobnie zresztą wygląda sytuacja wielu innych poszkodowanych. To często osoby w ciężkim stanie, najczęściej po wypadkach komunikacyjnych – dodaje Kopania.

Zbigniew B. przywłaszczył pieniądze niemal tysiąca osób. Zamiast do poszkodowanych, na kontach firm oskarżonego zostało ponad 4 mln złotych.
Sami się zgłaszali Jedna z firm prowadzonych przez Zbigniewa B. to Unijne Centrum Odszkodowań. Firma zatrudniała prawników, którzy mieli przed sądem zdobywać zadośćuczynienia i odszkodowania dla poszkodowanych.

– Firma oferowała korzystne warunki. Nie trzeba było wpłacać żadnej kwoty początkowej. Umowa zakładała, że firma potrąci sobie od 15 do 30 proc prowizji od wygranej kwoty – informuje Kopania.

Pieniądze miały być najpierw przelewane na konto firmy Zbigniewa B., potem – teoretycznie – miały trafić do poszkodowanych. Niestety, często działo się inaczej.

– Oskarżony już po wygranych procesach informował swoich klientów, że doszło do „nietypowych komplikacji”, które uniemożliwiały wypłatę pieniędzy – dodają śledczy. Zdarzało się też, że osoby czekające na odszkodowanie nie były w ogóle informowane, że proces w ich sprawie już się zakończył.

Warto dodać, że firma oskarżonego cieszyła się w pewnym momencie dobrą marką – wszystko dzięki dużej skuteczności w wygrywaniu procesów sądowych. To, w połączeniu z atrakcyjnie skonstruowanymi umowami, sprawiało, że do Zbigniewa B. zgłaszały się osoby z całego kraju.
Półtora miliona „wyparowało”

Oskarżony przyznał, że pieniądze z odszkodowań przeznaczał na „rozwój firmy”. Pozwalał sobie też na wystawne życie. Podczas prowadzonego śledztwa zabezpieczono kilka nieruchomości należące do Zbigniewa B. Niektóre – jak mieszkanie w Łodzi – były warte milion złotych. Oskarżony – jeszcze zanim sprawą zajęła się prokuratura – osobiście wypłacił z banku 1,5 mln złotych. Pytany o te pieniądze przez prokuratorów, nie potrafił powiedzieć, co się z nimi stało.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Kolejni oszuści działali metodą „na wnuczka”

Na karę 7 lat więzienia skazał olsztyński Sąd Okręgowy Piotra K., który od starszych osób oszukanych „na wnuczka” odbierał pieniądze, oraz kilka współpracujących z nim osób. W sumie od starszych ludzi wyłudzili ponad pół miliona złotych. Szefów szajki nie odnaleziono. Piotr K. w działającej w całym kraju szajce wyłudzającej od starszych ludzi pieniądze metodą „na wnuczka” był kurierem do odbierania pieniędzy. Przyjeżdżał pod wskazane adresy i zabierał pieniądze od oszukanych, którzy sądzili, że przekazują je „koledze wnuczka”.

Rzekomy wnuczek miał popaść w nagłe tarapaty i telefonicznie prosił babcię, czy dziadka o pomoc finansową mówiąc np., że miał stłuczkę i pilnie potrzebuje pieniędzy, żeby zapłacić poszkodowanym. Ponieważ nie mógł się oddalić z miejsca rzekomego zdarzenia po pieniądze zgłaszał się kolega. W mowie końcowej prokurator podkreślił, że osoby starsze bardzo przeżywały takie telefony nie tylko z powodu tego, że nagle musiały oddać często oszczędności całego życia, ale martwiły się zmyślonymi przez oszustów kłopotami najbliższych. Często ci ludzie byli roztrzęsieni, załamani – mówił prokurator. Jak zaznaczył stan psychiczny starszych ludzi jeszcze się pogarszał, gdy się orientowali, że padli ofiarą oszustów.

Sąd uznał, że Piotr K. w sumie odebrał od starszych ludzi m.in. z Olsztyna, Korsz, czy Lidzbarka Warmińskiego oraz w innych miastach Polski w sumie ok. pół miliona zł. Sąd nakazał K. zwrot tych pieniędzy oszukanym ludziom oraz nałożył na niego 2,5 tys. zł grzywny. Wraz z K. zostało skazanych, na niższe kary, także kilka innych osób m.in. ze środowiska Romów, którzy także uczestniczyli w procederze wyłudzania pieniędzy. Do ich zadań należało m.in. wymienianie wyłudzonych pieniędzy na euro. W ocenie prokuratury miało to charakter prania brudnych pieniędzy. Prawdopodobnie wymienione pieniądze przekazywano dalej do Wielkiej Brytanii nieustalonym dotąd osobom. Prawdopodobnie to one typowały starszych ludzi i telefonowały do nich zmyślając historię, która miała posłużyć wyłudzeniu pieniędzy. Prokurator podkreślił, że osoby pomagające w wyłudzaniu pieniędzy mimo, że nigdzie nie pracowały żyły ponad stan: wyprawiały się często na zakupy do galerii handlowych, korzystały z usług solarium, miały drogie telefony. Znaczną rolę w ustaleniu szczegółów oszustw „na wnuczka” odegrał świadek anonimowy – w piątek przesłuchano go na telekonferencji. Te część rozprawy utajniono.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Piotr O. okradł biznesmenów na 3,5 mln zł!

Piotr O. (46 l.) to król pol­skich oszu­stów. Kie­dyś na­cią­gnął kil­ka­na­ście osób – w tym sa­me­go Ro­ma­rio, słyn­ne­go bra­zy­lij­skie­go gwiaz­do­ra pił­kar­skie­go – na ponad 40 mi­lio­nów zło­tych. Tra­fił za to do wię­zie­nia. Teraz znów go za­trzy­ma­no. Tym razem za oszu­stwa na 3,5 mln zł. Za te pie­nią­dze miał m. in. spro­wa­dzić tani trans­port złota z Afry­ki dla zna­ne­go lu­bel­skie­go ju­bi­le­ra. Pie­nią­dze wziął i za­padł się pod zie­mię… Na szczę­ście już sie­dzi w lu­bel­skim aresz­cie.

Piotr O. to praw­dzi­wy mistrz w swoim fachu. Po­tra­fi tak omo­tać, że więk­szość ofiar bez wa­ha­nia po­wie­rza mu ma­ją­tek. Do po­mno­że­nia. Nie­ste­ty, osób które mogą się po­chwa­lić zy­ska­mi z in­we­sty­cji pro­wa­dzo­nych przez oszu­sta, nie ma. Jest za to coraz więk­sze grono prze­zeń oszu­ka­nych. Za liczne oszustwa finansowe, w tym pozbawienie majątku gwiazdy brazylijskiego futbolu Romario, (Brazylijczyk w kontaktach z polskim oszustem stracił ponad 4,8 mln dol. ) Piotr O. został skazany na 8 lat więzienia. Odsiedział 6. Tymczasem właśnie zaczął się kolejny proces oszusta. Okazuje się, że działał nawet za kratami! Gdy w 2009 r. opuścił więzienie, mógł już na całego rozwinąć skrzydła. Od kilkunastu przedsiębiorców znów wyciągnął grubą kasę – ponad 3,5 mln zł.

Ludzie wierzyli mu, bo działał z rozmachem, np. jeszcze zza krat wpłacając zaliczkę na luksusowego mercedesa. Finalizując transakcję kupna terenówki, w salonie poznał jubilera, któremu wmówił, że załatwi mu tanie złoto z Afryki. Oczywiście nic z tego nie wyszło, a oszust – z pieniędzmi na ten cel w kieszeni – przestał się odzywać. W końcu znów go zatrzymano i trafił do aresztu. Postarzał się, przestał farbować włosy, ale rezonu nie stracił. – Jestem niewinny, obalę całe oskarżenie – straszy sąd i prokuratora.

O Piotrze O. zrobiło się głośno na początku XXI w. Wtedy to nieznany nikomu technik medyczny z Biłgoraja został jednym z największych doradców inwestycyjnych na świecie. Przynajmniej sam tak o sobie mówił. I znalazł mnóstwo ludzi, którzy mu uwierzyli.

Nadzór finansowy odkrył na kontach bezrobotnego technika ogromne pieniądze. Okazało się, że pochodzą z oszustw. „Doradca finansowy” naciągnął kilkanaście osób i firm z całego świata na ponad 40 mln zł. Jednym z oszukanych był Romario, który powierzył mu do pomnożenia swój majątek. Pieniądze stracił.

Podczas zatrzymania mężczyzny, w jego luksusowej rezydencji pod Lublinem znaleziono fałszywe paszporty dyplomatyczne, listy sugerujące, że jest spokrewniony z koronowanymi głowami, nie tylko europejskimi. Śledczy zabezpieczyli także trzy zegarki, z których najdroższy, wysadzany brylantami, wyceniono na blisko 220 tys. zł. Takich cacek jest na świecie zaledwie 25, a to miało numer pierwszy. Dwa pozostałe były nieco tańsze, są warte ok. 112 i 90 tys. zł…
Żródło info i foto: Fakt.pl

Unico Invest – tysiące ludzi oszukanych przez fundusz

Tysiące ludzi mogło zostać oszukanych przez fundusz, który działał podobnie jak piramida finansowa. Oszustwo firmowano nazwą Unico Invest. Oszuści tworzyli swego rodzaju grupę inwestycyjną. Ludzie wpłacali od 200 do nawet 10 tysięcy dolarów – i tylko taką walutę przyjmowano. Ten, kto wpłacił pieniądze zostawał tzw. „oligarchą” i miał prawo do 12,5 procenta zysku. Pieniądze można było przekazywać albo na konto albo w gotówce poprzez tzw. lidera.

Prokuratura szacuje, że do owego funduszu mogło należeć nawet 13 tysięcy osób. Czeka również na ewentualne zgłoszenia tych, którzy mogli stracić pieniądze. Grupa działała najpewniej od 2008 roku. Ci, którzy najwcześniej wpłacili pieniądze, mieli jeszcze szansę na zyski. Ich wypłacanie zakończyło się dwa lata temu.

Oszustwo firmowano nazwą Unico Invest, ale już wiadomo, że w Polsce nigdy taka firma nie była zarejestrowana. Niewykluczone, że oszuści mieli tylko stronę internetową. Katowicka Prokuratura Okręgowa już poprosiła o pomoc śledczych, m.in. w USA, Wielkiej Brytanii, Czechach i na Ukrainie. „Do tej pory zgłosiło się do nas i opowiedziało o wszystkim około 40 osób” – mówi prokurator Agnieszka Wichary. Pokrzywdzeni są w całym kraju. Śledztwo rozpoczęło się jesienią ubiegłego roku w Pszczynie. Ale ponieważ zaczęło przybywać poszkodowanych, w czerwcu przekazano je prokuraturze okręgowej.
Żródło info i foto: RMF24.pl