Są wyroki ws. afery Amber Gold

Po blisko 5 miesiącach gdański sąd kończy odczytywać wyrok w sprawie małżeństwa P., które zostałojuż w maju uznane winnym oszustwa i wprowadzenia klientów w błąd. Sąd skazał Marcina P. na 15 lat więzienia, a jego żonę Katarzynę P. na 12 lat pozbawienia wolności, ale wyrok łączny może być inny.

Marcin i Katarzyna P. m. in. za oszustwo, wprowadzanie klientów Amber Gold w błąd, prowadzenie działalności parabankowej bez zezwolenia skazani odpowiednio na 12 i 15 lat więzienia. To kara jednostkowa za pierwszy z zarzutów – informuje RMF FM. Sąd odczytuje wyrok w sprawie Amber Gold.

Za drugi zarzut Katarzyna P. 4 lata, Marcin P. 8 lat więzienia.

W maju gdański sąd uznał Katarzynę i Marcina P. za winnych oszustwa i niekorzystnego rozporządzenia mieniem. W środę 16 października poznaliśmy wymiar kary. Zajęło to kilka miesięcy, bo sąd odczytywał nazwiska wszystkich kilkunastu tysięcy pokrzywdzonych.

Sprawa ta pokazała, jak bardzo kuriozalny skutek może mieć przepis mówiący o tym, że nawet jeśli wszyscy pokrzywdzeni stali się ofiarami przestępstwa w tych samych okolicznościach, to i tak trzeba odczytać każde z osobna nazwisko oraz kwalifikację czynu. Przepis doczekał się nowelizacji we wrześniu 2019 r. W nowej formule art. 418 par. 1b przewiduje, że jeżeli ze względu na obszerność wyroku jego ogłoszenie wymagałoby zarządzenia przerwy lub odroczenia rozprawy, przewodniczący, ogłaszając wyrok, może poprzestać na zwięzłym przedstawieniu rozstrzygnięcia sądu oraz zastosowanych przepisów ustawy karnej.

Sędzia Lidia Jedynak zdecydowała jednak, że w związku z wątpliwościami interpretacyjnymi nie przerwie odczytywania wyroku. Zadecydowała obawa, że zastosowanie znowelizowanego przepisu Kodeksu postępowania karnego mogłoby dać stronie pozwanej argument do podważenia rozstrzygnięcia.

W sumie sędzia miała do odczytania 59 tomów po 200 stron każdy.
Źródło info i foto: money.pl

Kolejna piramida finansowa. Straty w wysokości 130 mln złotych

Straty na około 130 mln złotych mogła spowodować działalność piramidy finansowej, związaną z emisją obligacji i rynkiem nieruchomości. Grupa poszkodowanych to tysiąc osób. Śledczy szukają kolejnych oszukanych. Jak podała Prokuratura Okręgowa w Warszawie, sprawa dotyczy emisji obligacji korporacyjnych przez spółki z tzw. Grupy Ericius.

Zdaniem śledczych od 2016 do końca 2018 roku spółki powiązane z grupą emitowały obligacje. Miały one służyć do realizacji projektów budowy centrów logistycznych, w tym zakupu nieruchomości, działalności operacyjnej i inwestycyjnej.

Jak wyglądał schemat działania oszustów?

Emitent każdorazowo oferował inwestorom zabezpieczenie emisji poprzez bądź ustanowienie hipoteki na nieruchomości bądź poprzez ustanowienie zastawu rejestrowego na udziałach samego emitenta. Spółki z tzw. Grupy Ericius nie miały żadnych innych dochodów poza środkami pozyskiwanymi z emisji obligacji. Nie prowadziły też żadnej innej działalności operacyjnej poza emisją obligacji.

Środki pieniężne pozyskane z emisji obligacji częściowo przeznaczane były na sfinansowanie bieżącej działalności spółek, w tym na zapłatę wynagrodzenia pośrednikom finansowym oferującym obligacje oraz na zakup nieruchomości, na których ostatecznie nigdy nie powstały projekty logistyczne.

Ponadto środki te były transferowane pod różnymi tytułami prawnymi pomiędzy spółkami z tzw. Grupu Ericius w zależności od tego, w której spółce zachodziła potrzeba uregulowania zobowiązań.

Pewna część tych środków została wypłacona i przekazana osobom związanym ze spółkami-słupami. Biorąc pod uwagę powyższy schemat działania, tzw. Grupa Ericius stanowiła piramidę finansową, w której wierzytelności wcześniejszych obligatariuszy regulowane były ze środków pozyskanych z kolejnych emisji.

Inwestorzy zaś byli wprowadzani w błąd co do szeregu informacji związanych z przeznaczeniem środków pochodzących z emisji, sytuacją poszczególnych emitentów oraz wartością i realnością zabezpieczenia obligacji. 

Ponad 100 mln zł strat

Skala przestępczej działalności – zdaniem śledczych – spowodowały szkodę około 1000 obligatariuszy o wartości około 130 mln zł. Wpłaty poszczególnych obligatariuszy z tytułu zakupu obligacji wynosiły od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych.

Z ustaleń śledztwa wynika, iż formalnie poszczególnymi spółkami z tzw. Grupy Ericius zarządzali Jolanta Z., Juan F. oraz Marek S. – prezesi zarządów spółek. Jednak w praktyce te osoby jedynie współuczestniczyły w procederze, a kluczową rolę w piramidzie odgrywała Beata H.K.

Wszystkie te osoby zostały zatrzymane i usłyszały prokuratorskie zarzuty. 

Beacie H.K oraz Jolancie Z. prokurator przedstawił zarzuty m.in. kierowania zorganizowaną grupą przestępczą działającą na obszarze Polski mającą na celu popełnianie przestępstw oszustwa oraz podawania nieprawdziwych danych przy emisji obligacji korporacyjnych. Pozostałe osoby otrzymały zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Zapadł wyrok w sprawie Amber Gold. Ponad 18 tys. ludzi straciło w piramidzie 851 mln złotych

Sąd Okręgowy w Gdańsku ogłosi dziś wyrok w procesie ws. afery finansowej Amber Gold. W mowach końcowych prokuratura zawnioskowała o wymierzenie twórcy i założycielowi Amber Gold Marcinowi P. i jego żonie Katarzynie P. kar po 25 lat więzienia. Obrońcy obojga oskarżonych domagają się ich uniewinnienia.

Według prokuratury Marcin P. i Katarzyna P. oszukali w latach 2009-12 w ramach tzw. piramidy finansowej ponad 18 tys. klientów spółki, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł. Prokuratura ustaliła, że spółka Amber Gold była tzw. piramidą finansową, a oskarżeni bez zezwolenia prowadzili działalność polegającą na gromadzeniu pieniędzy klientów parabanku

Amber Gold to firma, która miała inwestować w złoto i inne kruszce. Działała od 2009 r., a klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji – od 6 do nawet 16,5 proc. w skali roku – które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych. KNF złożyła doniesienie do prokuratury, która po miesiącu odmówiła wszczęcia śledztwa, nie dopatrując się w działalności firmy znamion przestępstwa. 13 sierpnia 2012 r. Amber Gold ogłosiła likwidację, tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Amber Gold: Adwokat chce uniewinnienia Marcina P.

W gdańskim sądzie zakończyła się mowa końcowa obrońcy Marcina P., twórcy spółki Amber Gold. Mecenas Michał Komorowski przekonywał sąd, że firma prowadziła rzetelną działalność, do czasu aż zostały zablokowane jej konta bankowe. Sam oskarżony przed sądem powiedział tylko jedno zdanie.

Mowa końcowa adwokata Marcina P. trwała nieco ponad kwadrans. Jego zdaniem firma prowadziła rzetelną działalność. Obrońca nie zgodził się też z wyliczeniami prokuratury, co do liczby pokrzywdzonych i sumy strat.

OSKARŻONY NIE BYŁ ROZMOWNY

– Nie była to piramida finansowa, a mój klient nie może odpowiadać za niekorzystne rozporządzanie mieniem wielu osób – mówił mecenas Michał Komorowski.

Oskarżony powiedział jedynie, że wnosi o to samo, co jego obrońca. Wcześniej w toku procesu odmawiał wyjaśnień, a podczas pierwszej rozprawy nie przyznał się do winy.

WYROK 20 MAJA

6 maja mowy końcowe wygłosi druga z oskarżonych, Katarzyna P., a także jej obrońca. Wyrok ma zapaść 20 maja.

Przypomnijmy, że prokuratura żąda dla obojga oskarżonych kar 25 lat więzienia, grzywien i obowiązku naprawienia szkody. Marcina i Katarzynę P. oskarża o oszukanie ponad 19 tysięcy osób, na ponad 850 milionów złotych.

KUSILI WYSOKIM OPROGRAMOWANIEM

Amber Gold to firma, która miała inwestować w złoto i inne kruszce. Działała od 2009 roku, a klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji – od 6 do nawet 16,5 proc. w skali roku – które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych. Komisja Nadzoru Finansowego złożyła doniesienie do prokuratury, która po miesiącu odmówiła wszczęcia śledztwa, nie dopatrując się w działalności firmy znamion przestępstwa. 13 sierpnia 2012 r. Amber Gold ogłosiła likwidację. Tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.
Źródło info i foto: radiogdansk.pl

Amber Gold: Marcin P. zacznie sypać?

Marcin P. daje sygnał swoim mocodawcom, że może zacząć sypać – powiedział we wtorek Witold Zembaczyński (Nowoczesna) odnosząc się do zeznań Marcina P. przed komisją śledczą ds. Amber Gold. Jarosław Krajewski (PiS) dodał, że są dowody na to, że „Marcin P. nie mógł działać samodzielnie”.

We wtorek przed komisją śledczą ds. Amber Gold po raz drugi zeznawał b. szef tzw. piramidy finansowej, Marcin P., który powiedział, że patrząc z perspektywy czasu, mógł stwierdzić, iż był parasol ochronny nad Amber Gold, ale o jego istnieniu w ogóle nie wiedział. Mówił o tym w kontekście działalności urzędów skarbowych.

– Nie umiem ocenić tego, czy to był faktycznie parasol ochronny czy nie, to są moje domysły. Czy ktoś liczył na spłatę tzw. długu, bo tak to można by było nazwać, podejrzewam, że jeżeli taki parasol ochronny by był, to tak – stwierdził P.

Zeznania b. szefa Amber Gold komentowali w TVP Info członkowie komisji śledczej: Witold Zembaczyński (Nowoczesna) i Jarosław Krajewski (PiS).

W opinii Zembaczyńskiego „zeznania Marcina P. ulegają metamorfozie”. – On daje sygnał swoim mocodawcom, że może zacząć sypać – powiedział poseł Nowoczesnej. Podkreślił, że „Marcin P. widzi, iż atmosfera wokół niego się zagęszcza, i to dzięki aktywności komisji śledczej”.

Spółka Amber Gold powstała na początku 2009 r. i miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. W 2011 r. firma zainwestowała też w linie lotnicze – linie OLT Express, które funkcjonowały przez kilka miesięcy 2012 r. 13 sierpnia 2012 r. Amber Gold ogłosiła likwidację; tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Marcin P. zarobił na Amber Gold 20 mln złotych

W warszawskim sądzie okręgowym zakończyło się posiedzenie sejmowej komisji śledczej ds. Amber Gold. Komisja przesłuchała byłego szefa spółki Marcina P., który został przetransportowany na posiedzenie z jednego z aresztów w okolicach Trójmiasta. Świadek odmawiał odpowiedzi na znaczną część pytań, powołując się na toczące się przeciw niemu postępowanie karne.

Ile wiedział Donald Tusk?

Przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) pytała P., czy ma wiedzę o tym, aby w ówczesnej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów była wiedza nt. postępowania w stosunku do niego i, aby w takim razie KPRM interesowała się jego osobą.

„Wiedzy jako takiej nie mam, ale patrząc znowu na cały obraz sytuacji i na zdarzenia, które miały miejsce, taka wiedza musiała być. Począwszy od drugiej połowy 2011 r., kiedy Michał Tusk odmówił pracy w OLT Express ze względu na to, że tata mu zabronił, następnie poprzez informacje, które KPRM dostawała z ABW, które były wysyłane zarówno do prokuratury i do KPRM” – powiedział P.

„Więc Kancelaria Prezesa Rady Ministrów musiała mieć wiedzę o tym, co się dzieje ze sprawą Amber Gold. A z racji tego, że tam był pracownikiem pan Michał Tusk, no to Donald Tusk na pewno miał, nie wierzę, ja bym miał tę wiedzę, gdyby pracował mój syn w takiej spółce i by wobec niej toczyło się postępowanie” – powiedział P.

Nie chodziło o przejęcie LOT-u

Pytany o sprawę ewentualnego przejęcia LOT-u, Marcin P. mówił, że przy tworzeniu linii lotniczych, planem było zdobycie rynku i sprzedaż. „A to, że LOT i Eurolot w tym momencie miały ogromne problemy finansowe, to powodowało to, że to się po prostu idealnie wpisywało i pozwalało przejąć z dnia na dzień dodatkowych, nie wiem, 3 mln klientów bez ponoszenia dużych kosztów marketingowych. I taki był plan” – powiedział P. „Ale planem nie było doprowadzenie do upadku LOT-u, tylko do zbudowania rynku w Polsce i sprzedaży go, tym bardziej, że my na innych trasach lataliśmy” – dodał.

„Pan Tomasz Wicherek, oprócz LOT-u przyniósł mi do zakupu jeszcze chyba sześć innych linii lotniczych w całej Europie” – zeznał P. Dodał, że przyniósł mu on wszystkie dokumenty, w tym audyty m.in. spółki OLT Express Germany czy rumuńskiej spółki TransAvia.

Stan konta Marcina P.

Andżelika Możdżanowska (PSL) pytała P., kto pomagał mu w początkowej działalności w 2009 r., w tym – w opracowaniu modelu biznesowego Amber Gold. Świadek odmówił odpowiedzi. Na pytanie z jakich środków spółka pokrywała koszty stałe, P. odparł: „Z wypracowywanych dochodów”. Nie odpowiedział zaś na pytanie, z jakich czy czyich środków pokrywano koszty stałe w pierwszym okresie działalności spółki.

Indagowany, czy w 2009 r. jego stan konta wynosił 45 tys. zł, P. odmówił odpowiedzi. „Niezwykle istotny jest ten pierwszy milion inwestycji w Amber Gold” – zaznaczyła posłanka. P. kwestionował dane przez nią podawane, jako pochodzące z opinii Ernst And Young, która opracowała ją na podstawie – jak powiedział – „niekompletnych danych”. Według P., Amber Gold miała ok. 40 rachunków bankowych do obsługi rozliczeń. Dokonywał ich system, a on je tylko zatwierdzał. Do 2010 r. P. sam prowadził księgowość.

„Amber Gold składowało złoto, srebro i platynę” – oświadczył P., pytany przez Możdżanowską, co spółka składowała. Odmówił odpowiedzi na pytanie, ile złota zakupiono. „Są określone faktury zakupu na to złoto” – dodał.

Po dłuższym namyśle P. odmówił też odpowiedzi na pytanie Marka Suskiego (PiS), czy obawia się o swe bezpieczeństwo. „Rozumiem” – skwitował poseł.

Suski pytał też świadka, ile pieniędzy ma obecnie na koncie i czy może to być kilkanaście tys. zł. „W roku pewnie tak” – odparł P., który dodał, że teraz na koncie ma „może 600 zł”. Dodał, że pieniądze te dostaje od siostry, a przeznacza je na zakup m.in. książek prawniczych i na opłatę kosztów sądowych.

„Zarobiłem 20 mln zł”
Możdżanowska (PSL) pytała świadka, ile zarobił w trakcie swojej działalności w Amber Gold i OLT Express. „W OLT Express zero złotych, w Amber Gold nie pamiętam, w granicach 20 milionów złotych” – powiedział Marcin P. Nie umiał odpowiedzieć na pytanie, ile zarobiła jego żona.

Posłanka PSL kolejny raz spytała świadka, ile zarobił w Amber Gold. „Powiedziałem, około 20 milionów złotych w ciągu całej działalności, nie wiem, czy pani jest głucha?”. „Jest pan bezczelny, wyprowadzam pana z równowagi, dlatego, że zadaję szczegółowe pytanie i pan jest tym poirytowany” – replikowała Możdżanowska.

Marcin P. poinformował też, że od roku 2008 posiada rozdzielność majątkową z żoną.

Marcin P.: Amber Gold nie była piramidą finansową. Nie mam nic do zwrócenia Polakom

Operacja „Ikar”

Andżelika Możdżanowska (PSL) pytała świadka, czy miał jakieś kontakty z funkcjonariuszami Agencji Wywiadu. Marcin P. odpowiedział: „Nie, żadnych kontaktów z funkcjonariuszami Agencji Wywiadu nie miałem”.

Pytany, kiedy otrzymał notatkę ABW, która miała dotyczyć operacji „Ikar”, Marcin P. powiedział, że otrzymał ją w lipcu 2012 roku, drogą mailową od Pawła Mitera. Dopytywany, czy zapłacił za tę notatkę, świadek powiedział: „Za samą notatkę nie, za jej przywiezienie zasponsorowałem panu Miterowi, ale tu mogę się mylić, koło czterech tysięcy złotych. Związane to było z kosztem noclegu w Warszawie, przejazdu, wynajęcia samochodu. Paweł Miter miał określone wymogi, co do modelu samochodu”.

„Później (Miter) chciał 12-16 tysięcy złotych i chciał zostać takim łącznikiem między służbą bezpieczeństwa, którą on sobie wymyślił chyba w swojej własnej głowie, że jest (jej) przedstawicielem, a spółką Amber Gold” – dodał świadek. Przypomniał, że Paweł Miter ma postawione zarzuty, a on jest oskarżycielem posiłkowym w postępowaniu karnym, prowadzonym przeciwko Miterowi.

Marcin P. stwierdził., że ABW prowadziła tajną operację „Ikar” wymierzoną w jego spółkę. Na dowód przedstawiał dziennikarzom rzekomą tajną notatkę ABW. Agencja natychmiast poinformowała, że notatka została sfałszowana i zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa „posłużenia się sfałszowanym dokumentem”.

Ktoś opóźniał zatrzymanie P.?

Przewodnicząca komisji pytała Marcina P. czy ma wiedzę na temat tego, że jego zatrzymanie było przez kogoś celowo opóźniane.

„W dniu 16 sierpnia 2012 r. do spółki Amber Gold weszło ABW zabezpieczyć dokumenty, złoto, materiały elektroniczne. Trwało to zabezpieczanie około trzech dni łącznie. W szczególności bardzo długo trwało kopiowanie tych dysków serwera, gdyż nie potrafiono tego zrobić, albo inaczej, nie chciano tego zrobić tak jak powinno się zrobić. Bo ja tak to odbieram, że to było celowe działanie” – powiedział Marcin P.

„Pan Dariusz Listowicz wręczył mi zawiadomienie na przesłuchanie na 17 lub 18 sierpnia 2012 r. z informacją taką, że mam się nie obawiać, bo w tym dniu nie będę aresztowany. Informację o aresztowaniu przyniósł mi do domu funkcjonariusz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego pan Mikołajczyk, o ile dobrze pamiętam, z Gdańska, na tydzień przed moim aresztowaniem albo na półtora tygodnia przed moim aresztowaniem z informacją taką, że mam się przygotować, że pójdę siedzieć” – mówił świadek.

Wassermann dopytywała, czy ma wiedzę, że ten moment był przez kogoś celowo przyśpieszany lub opóźniany. „Z rozmów, które prowadziłem – jak siedzieliśmy do godziny chyba drugiej w nocy wtedy z funkcjonariuszami ABW – to było takie stwierdzenie, że nic mi teraz jeszcze nie zrobią, bo jeszcze nie mają takich dowodów, by mogli złożyć wniosek o areszt, I że do chwili obecnej je dopiero zbierają” – odpowiedział Marcin P.

Jak mówił, takie sformułowanie padło, od funkcjonariuszy ABW. „Nie wiem ilu tych funkcjonariuszy było, ale było ich dość sporo” – stwierdził. „Siedzieli u mnie w gabinecie przy stole. I wszyscy siedzieli i żartowali” – dodał.

„Ja powiem tak: ja mogę powiedzieć, że ani funkcjonariusze ABW, ani prokuratura, oprócz ostatniej fazy postępowania karnego przed złożeniem aktu oskarżenia nigdy w stosunku do mnie nie zachowywała się w jakiś sposób nieprzyjemny – nie wiem jak to określić – nie naciskała na mnie” – powiedział Marcin P.

Według niego, zabezpieczanie odbywało się tak, że mógł wyznaczyć pracownika, a sam pójść gdzie indziej, nie musiał przy niczym uczestniczyć.

„Wszystko było tak robione, w cudzysłowie: ‚po ludzku, humanitarnie’, i dopiero po przeniesieniu sprawy do Łodzi, ta atmosfera zaczęła się zmieniać. I no, w zasadzie, nie wiem jak to określić, bo nie chciałbym wysnuwać zbyt daleko idących wniosków, ale ja odnosiłem wrażenie, że nikomu nie zależy na prowadzeniu tej sprawy” – powiedział Marcin P.

Plan śledztwa i tajemniczy sms

Część pytań Małgorzaty Wassermann (PiS) dotyczyło przecieków i informacji, jakie świadek miał na temat śledztwa w jego sprawie i działań ABW.

Zdaniem świadka informacje o planie śledztwa „musiały pochodzić z wysokiego szczebla”, raczej z Warszawy niż z Gdańska.

P. zeznał, że informacje, „jak wyprzedzić medialnie, to co chce zrobić ABW” i „żeby to co oni mówili, nie miało już znaczenia medialnie”, przekazywał mu natomiast Emil Marat.

„Pan Paweł Kunachowicz uczestniczył we wszystkich moich spotkaniach z Emilem Maratem, mówię Emil Marat, mając na myśli ich dwóch” – dodał Marcin P.

Wassermann pytała, kto weryfikował domniemaną notatkę, dostarczona przez dziennikarza Pawła Mitera. „W tej kwestii zaoferował się, że jest w stanie to zweryfikować, oprócz pana Emila Marata, który zaproponował wprost, że można wykorzystać kontakty Pawła Kunachowicza w tej kwestii, jeszcze mój pracownik, dyrektor departamentu bezpieczeństwa pan Krzysztof Kuśmierczyk” – powiedział.

To on weryfikował, mówił Marcin P., „czy notatka, którą przedstawił pan Paweł Miter jest prawdziwa”. Jego informator stwierdził, że jest prawdziwa. „Dziś w mojej ocenie jest to wymysł pana Pawła Mitera” – powiedział. Zebrane w tej sprawie materiały świadczą dziś jednak o tym, że „pan Paweł Miter chciał wykorzystać okazję, żeby dobrze zarobić i po prostu sfabrykował notatkę”.

Dopytywany skąd jeszcze miał informacje, jakie służby się nim interesują, powiedział: „Jeszcze miałem informacje od dziennikarzy ‚Gazety Polskiej Codziennie’, która była związana z Miterem”. „Pan Miter nakreślił nam nawet spotkania z dziennikarzami GPC” – dodał.

„Był też jeden sms konkretny z numeru, który później nie był aktywny, treści mniej więcej takiej: uciekaj, 16 będzie u ciebie ABW” – zeznał. (chodzi o 16 sierpnia 2012 – PAP)

Z kolei – według zeznań – po tym jak Marcin P. rozstał się z Emilem Maratem i Pawłem Kunachowiczem, Marat wysłał Marcinowi P. sms-a, że „gratuluje mu i przeprasza”. „Jaki miał cel, wysyłając mi tego sms-a? Nie wiem, ja do współpracy z nimi już nie powróciłem” – powiedział świadek.

Wniosek o ochronę
Marcin P. był pytany przez posła Kukiz’15 Tomasza Rzymkowskiego, dlaczego w dniu 30 sierpnia 2012 r. po znalezieniu się w areszcie śledczym w Gdańsku złożył wniosek do dyrektora aresztu o objęcie go ochroną.

„W uzasadnieniu wniosku czytamy m.in.: ‚wniosek uzasadniam koniecznością odizolowania od pozostałych osadzonych, w związku z możliwością zagrożenia mojego życia w związku z informacjami, jakie mam'” – mówił Rzymkowski. Poseł Kukiz’15 zapytał Marcina P. kogo się obawiał.

„Taka informacja wpłynęła do akt aresztu śledczego, że mam być objęty szczególnym nadzorem i opieką psychologiczną, o ile dobrze pamiętam, Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, przesłała ją także prokuratura w Gdańsku, która prowadziła postępowanie i w czasie rozmowy z dyrektorem aresztu śledczego w Gdańsku zostało mi zakomunikowane, powiedziane, że takie dokumenty wpłynęły i w związku z tym, czy chcę wystąpić z takim wnioskiem i ja zdecydowałem się wystąpić z takim wnioskiem” – mówił.

Pytany „kogo się obawiał” Marcin P. odmówił odpowiedzi. Również na pytania Rzymkowskiego: kto mógł zagrażać jego życiu, jakie wiadomości posiada, które mogą skutkować narażeniem życia i czy ma to związek z oszustwem w działalności piramidy finansowej Amber Gold, czy są to informacje dotyczące nieujawnionych do tej pory osób zaangażowanych w działalność Amber Gold oraz czy zagrożenie jego życia jest nadal realne, Marcin P. odmówił odpowiedzi.

Poseł Zembaczyński indagował natomiast P. o trzy przypadki jego odnotowanej „samoagresji” w zakładzie karnym – w kwietniu 2013 r., sierpniu 2013 r. i w styczniu 2017 (kiedy – według posła odnotowano „cięcie o podłożu emocjonalnym”). „Czy chciał pan popełnić samobójstwo?” – spytał.

„Każde moje zadrapanie jest traktowane jako samookaleczenie, próba samobójcza” – oświadczył P. „Jeśli chodzi o kwestie z 2013 r. to odmawiam odpowiedzi, bo jest to związane z moją prywatną sytuacją rodzinną; nie uważam, że jest konieczne omawiać to przy mediach” – dodał.

Politycy w bazie danych Amber Gold
Marcin P. był pytany o listę nazwisk polityków, którą rozsyłał Emil Marat, a którzy mieli lokować środki w Amber Gold.

„W chwili obecnej nie jestem w stanie (powiedzieć), bo tych nazwisk było około trzydziestu, na pewno było nazwisko Adamowicz, na pewno była pani Kopacz Ewa, na pewno był znany polityk PiS” – powiedział Marcin P. Jak dodał, w bazie były wszystkie opcje polityczne na szczeblach: centralnym i wojewódzkim. „Wszystkie partie polityczne były, po prostu Ewa Kopacz i Paweł Adamowicz, to są takie nazwiska, które medialnie często występują, dlatego je wymieniłem” – wyjaśnił.

Jak mówił, to były imiona i nazwiska osób, których wyszukiwał system danych Amber Gold. „Żadna z osób, która była na tej liście, nie potwierdziła dziennikarzom, że jest osobą, która lokowała środki (w Amber Gold). Nie umiem powiedzieć, czy to była zbieżność nazwisk, czy nie. Według mojej wiedzy na dzień dzisiejszy, mogła to być zbieżność nazwisk. Nazwisko Ewa Kopacz, czy Paweł Adamowicz występuje wielokrotnie” – powiedział świadek.

„Wszyscy się wyparli i powiedzieli, że nie lokowali (środków w Amber Gold)” – powiedział Marcin P.

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz napisał w środę po południu na Twitterze: „Kłamstw Marcina P. ciąg dalszy. Nigdy nie lokowałem środków w Amber Gold. Co jeszcze usłyszymy od człowieka, który oszukał tysiące osób”.

Marcin P. o klientach Amber Gold

Stanisław Pięta (PiS) pytał P., czy klienci Amber Gold mogą się czuć rozczarowani. „Podejrzewam, że też pewnie byłbym rozczarowany, gdybym stracił swoje środki” – odpowiedział świadek. „Jednakże, jest coś takiego, jak warunki umowy i czytając warunki umowy, każdy, kto zwiera umowę, powinien mieć świadomość konsekwencji, jakie ponosi” – oświadczył P.

„W chwili obecnej wiemy, że nikt o niczym nie wiedział i przychodził i podpisywał, bo myślał, że „coś tam”; to jest jego ryzyko” – powiedział P. „Nie jestem w stanie zakazać każdemu podejmowania ryzyka” – dodał. „Tak, można stracić środki” – zaznaczył, mówiąc o zawieraniu umów na „produkty obarczone ryzykiem”.

Według P. „zapominamy o tych osobach, które uzyskały nawet więcej niż zakładała umowa w Amber Gold, bo takich osób też jest dość sporo”.

Pięta pytał też P., czy był kiedykolwiek „informatorem Centralnego Biura Śledczego”. „Nie, nigdy nie byłem informatorem żadnej agencji, czy CBŚ, czy CBA, czy ABW i nigdy nie miałem takiej propozycji” – odparł świadek.

Zarzuty pod adresem prokuratury
B. prezes Amber Gold, na prośbę Stanisława Pięty (PiS) doprecyzował swe wcześniej sformułowane zarzuty pod adresem prokuratury w Gdańsku i w Łodzi, że celowo działała tak, by został on jedynym skazanym w sprawie Amber Gold.

Świadek ocenił, że postępowanie prokuratorskie było „bardzo wybiórcze”, nastawione wyłącznie na znalezienie dowodów, dokumentów mogących świadczyć na niekorzyść jego lub jego żony, Katarzyny P.

„Ogólnie sama działalność spółki Amber Gold, co zresztą, w którymś z postanowień podkreślił także sąd przedłużający tymczasowe aresztowanie, nigdy nie została przez prokuraturę zbadana i składając akt oskarżenia, prokuratura oparła się tylko na wyrywku działalności, niedokładnie badając całą sferę działalności” – powiedział Marcin P.

„To nie było stado 500 baranów”
„Jeżeli ja miałbym oceniać, to wszyscy pracownicy spółki Amber Gold, którzy się nie zwolnili dobrowolnie, powinni zasiadać także na ławie oskarżonych, bo wiedzieli jak ta spółka zarabia, jak ta spółka funkcjonuje, jakimi wzorami się posługuje” – dodał.

Zarzucił przy tym byłym pracownikom firmy, że „udają” teraz, że nie pamiętają jak działała Amber Gold. „To nie było stado pięciuset baranów, które pracowało w dziale sprzedaży, które szło ślepo i wykonywało polecenia. To były osoby, które podpisywały, że zaznajamiały się z wszystkimi aktami normatywnymi wydawanymi przez spółkę, miały dostęp – fakt faktem, nie każdy w bardzo rozszerzonym zakresie, bo to w zależności od uprawnień – do systemu AGNET, który ewidencjonował wszystkie umowy, miały dostęp do tabeli kursów, która ustalała wartość po której kupują klienci złoto, srebro i platynę. Oni to wszystko wiedzieli” – przekonywał b. szef Amber Gold.

Policjantka kłamie?
Poseł Pięta zwrócił się też do świadka o rozwinięcie jego wcześniejszej wypowiedzi, w której zarzucił kłamstwo Katarzynie Tomaszewskiej-Szyrajew, policjantce prowadzącej dochodzenia w sprawie jego firmy. Świadek powiedział, że to prokuratura naciskała na funkcjonariuszkę, by zajęła się Amber Gold. Policjantka zeznała w listopadzie ubiegłego roku, iż miała wrażenie, że sprawa ta była lekceważona przez nadzorującą tę sprawę prokuraturę Gdańsk-Wrzeszcz, m.in. przez prok. referenta, prowadzącą sprawę Amber Gold, Barbarę Kijanko.

Według relacji P., Tomaszewska-Szyrajew miała skontaktować się z nim po drugim lub trzecim uchyleniu przez Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe decyzji tamtejszej prokuratury o umorzeniu lub odmowie wszczęcia śledztwa dotyczącego jego spółki.

„Stwierdziła, że pani prokurator (Kijanko) zażyczyła sobie, że (policjantka) ma przesłuchać wszystkie osoby, które zawarły umowę w okresie do 2010 r. ze spółką Amber Gold (…) I ona w rozmowie telefonicznej, czy którejś rozmów pisanych, mailowych, stwierdziła, że to jest głupota, bo ona nie widzi podstaw i to jest wymysł pani prokurator i jak ona ma to zrobić skoro ona nie ma na to nawet żadnych środków, ani możliwości technicznych, żeby to zrobić” – mówił b. szef Amber Gold.

Jak dodał, rozmowa z funkcjonariuszką stanęła na tym, że otrzymała ona od niego pełną listę umów, wraz z adresami osób, które należało przesłuchać oraz wszystkie kserokopie zawartych umów. „To jest w chwili obecnej w postępowaniu karnym, w sprawie, w której jestem oskarżony, dowód rzeczowy, więc te dokumenty także są, łącznie z listą osób i kserokopią wszystkich umów zawartych przez te osoby” – zaznaczył Marcin P.

1,5 mln zł na klasztor
Andżelika Możdżanowska (PSL) zapytała natomiast P. o jego znajomość z gdańskim dominikaninem, o. Jackiem Krzysztofowiczem. B. prezes Amber Gold powiedział, że z duchownym łączyły go przyjacielskie relacje; wsparł też gdański klasztor dominikanów kwotą 1,5 miliona złotych. Były to – jak zeznał – pieniądze Amber Gold, które zostały przeznaczone na remont trzech ołtarzy i kaplicy w kościele św. Mikołaja.

A jakie korzyści były dla świadka za ten rodzaj wsparcia finansowego? – zapytała posłanka PSL. „Żadne korzyści” – odparł P. „Modlitwa, rozumiem?” – podpowiedziała Możdżanowska. „Nawet o modlitwę nie prosiłem” – odpowiedział świadek.

„Nigdy nie wręczyłem łapówki”
Witold Zembaczyński (Nowoczesna) zapytał Marcina P., czy kiedykolwiek stanął wobec sytuacji, w której wręczał komukolwiek łapówki. „Nie, nigdy” – odpowiedział P.

Zembaczyński odnosząc się do wcześniejszych zeznań, zapytał Marcina P. o jego stan wiedzy nt. „konieczności korumpowania urzędników przez osoby związane” z jego spółkami.

„W związku z tym, że jest to także rozpatrywane w sądzie karnym w Gdańsku, ten wątek, i on jest w kwestii oszustwa i wydania środków opisany, ja odmawiam odpowiedzi na to pytanie” – powiedział P.

Dopytywany przez Zembaczyńskiego, czy nie zaprzecza takim okolicznościom, P. powiedział: „nie, nie zaprzeczam”. Polityk Nowoczesnej pytał jakich kręgów to dotyczyło, czy samorządowych. „Samorządowych, wysoko postawionych urzędników urzędu miasta Gdańsk” – powiedział P.

Zembaczyński pytał również, gdzie Marcin P. „wyprowadził ze spółki majątek”. „Po pierwsze nie wyprowadziłem żadnego majątku ze spółki Amber Gold, co ma bardzo dokładne odzwierciedlenie m.in. w aktach sprawy karnej, nie mam żadnego zarzutu, co do wyprowadzania majątku ze spółki Amber Gold” – powiedział P.

Dodał, że nie ma również postawionego zarzutu o ukrywanie majątku osobistego. Podkreślił, że „żadnego wyprowadzania majątku spółki w postaci złota, tak jak to jest obecnie cytowane w mediach, nie było”. „To także jest potwierdzone w aktach sprawy karnej” – powiedział P.

Przyznał, że były próby sprzedaży złota, ale skończyły się odmową zakupu przez Narodowy Bank Polski. Reszta złota – dodał – została zabezpieczona przez ABW.

Afera Amber Gold
Spółka Amber Gold powstała na początku 2009 r. i miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. W 2011 r. firma zainwestowała też w linie lotnicze – linie OLT Express funkcjonowały przez kilka miesięcy w 2012 r. 13 sierpnia 2012 r. Amber Gold ogłosiła likwidację; tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.Według ustaleń, w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała w sumie niemal 19 tys. klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł.

Szef Amber Gold Marcin P. został zatrzymany i trafił do aresztu w sierpniu 2012 r., a jego żona została aresztowana w kwietniu 2013 r. Od marca 2016 r. przed gdańskim Sądem Okręgowym trwa ich proces.

Marcin zeznał, że dostał z Ministerstwa Gospodarki propozycję kupna (przejęcia?) PLL LOT. W tej chwili prokurator powinien pisać wezwanie do Waldemara Pawlaka, ówczesnego szefa MG. Do Tuska nie, on był wtedy tylko premierem.

Operacja „Ikar”
A
ndżelika Możdżanowska (PSL) pytała świadka, czy miał jakieś kontakty z funkcjonariuszami Agencji Wywiadu. Marcin P. odpowiedział: „Nie, żadnych kontaktów z funkcjonariuszami Agencji Wywiadu nie miałem”.

Pytany, kiedy otrzymał notatkę ABW, która miała dotyczyć operacji „Ikar”, Marcin P. powiedział, że otrzymał ją w lipcu 2012 roku, drogą mailową od Pawła Mitera. Dopytywany, czy zapłacił za tę notatkę, świadek powiedział: „Za samą notatkę nie, za jej przywiezienie zasponsorowałem panu Miterowi, ale tu mogę się mylić, koło czterech tysięcy złotych. Związane to było z kosztem noclegu w Warszawie, przejazdu, wynajęcia samochodu. Paweł Miter miał określone wymogi, co do modelu samochodu”.

„Później (Miter) chciał 12-16 tysięcy złotych i chciał zostać takim łącznikiem między służbą bezpieczeństwa, którą on sobie wymyślił chyba w swojej własnej głowie, że jest (jej) przedstawicielem, a spółką Amber Gold” – dodał świadek. Przypomniał, że Paweł Miter ma postawione zarzuty, a on jest oskarżycielem posiłkowym w postępowaniu karnym, prowadzonym przeciwko Miterowi.

Marcin P. stwierdził., że ABW prowadziła tajną operację „Ikar” wymierzoną w jego spółkę. Na dowód przedstawiał dziennikarzom rzekomą tajną notatkę ABW. Agencja natychmiast poinformowała, że notatka została sfałszowana i zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa „posłużenia się sfałszowanym dokumentem”.

Ktoś opóźniał zatrzymanie P.?

Przewodnicząca komisji pytała Marcina P. czy ma wiedzę na temat tego, że jego zatrzymanie było przez kogoś celowo opóźniane.

„W dniu 16 sierpnia 2012 r. do spółki Amber Gold weszło ABW zabezpieczyć dokumenty, złoto, materiały elektroniczne. Trwało to zabezpieczanie około trzech dni łącznie. W szczególności bardzo długo trwało kopiowanie tych dysków serwera, gdyż nie potrafiono tego zrobić, albo inaczej, nie chciano tego zrobić tak jak powinno się zrobić. Bo ja tak to odbieram, że to było celowe działanie” – powiedział Marcin P.

„Pan Dariusz Listowicz wręczył mi zawiadomienie na przesłuchanie na 17 lub 18 sierpnia 2012 r. z informacją taką, że mam się nie obawiać, bo w tym dniu nie będę aresztowany. Informację o aresztowaniu przyniósł mi do domu funkcjonariusz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego pan Mikołajczyk, o ile dobrze pamiętam, z Gdańska, na tydzień przed moim aresztowaniem albo na półtora tygodnia przed moim aresztowaniem z informacją taką, że mam się przygotować, że pójdę siedzieć” – mówił świadek.

Wassermann dopytywała, czy ma wiedzę, że ten moment był przez kogoś celowo przyśpieszany lub opóźniany. „Z rozmów, które prowadziłem – jak siedzieliśmy do godziny chyba drugiej w nocy wtedy z funkcjonariuszami ABW – to było takie stwierdzenie, że nic mi teraz jeszcze nie zrobią, bo jeszcze nie mają takich dowodów, by mogli złożyć wniosek o areszt, I że do chwili obecnej je dopiero zbierają” – odpowiedział Marcin P.

Jak mówił, takie sformułowanie padło, od funkcjonariuszy ABW. „Nie wiem ilu tych funkcjonariuszy było, ale było ich dość sporo” – stwierdził. „Siedzieli u mnie w gabinecie przy stole. I wszyscy siedzieli i żartowali” – dodał.

„Ja powiem tak: ja mogę powiedzieć, że ani funkcjonariusze ABW, ani prokuratura, oprócz ostatniej fazy postępowania karnego przed złożeniem aktu oskarżenia nigdy w stosunku do mnie nie zachowywała się w jakiś sposób nieprzyjemny – nie wiem jak to określić – nie naciskała na mnie” – powiedział Marcin P.

Według niego, zabezpieczanie odbywało się tak, że mógł wyznaczyć pracownika, a sam pójść gdzie indziej, nie musiał przy niczym uczestniczyć.

„Wszystko było tak robione, w cudzysłowie: ‚po ludzku, humanitarnie’, i dopiero po przeniesieniu sprawy do Łodzi, ta atmosfera zaczęła się zmieniać. I no, w zasadzie, nie wiem jak to określić, bo nie chciałbym wysnuwać zbyt daleko idących wniosków, ale ja odnosiłem wrażenie, że nikomu nie zależy na prowadzeniu tej sprawy” – powiedział Marcin P.

Plan śledztwa i tajemniczy sms

Część pytań Małgorzaty Wassermann (PiS) dotyczyło przecieków i informacji, jakie świadek miał na temat śledztwa w jego sprawie i działań ABW.

Zdaniem świadka informacje o planie śledztwa „musiały pochodzić z wysokiego szczebla”, raczej z Warszawy niż z Gdańska.

P. zeznał, że informacje, „jak wyprzedzić medialnie, to co chce zrobić ABW” i „żeby to co oni mówili, nie miało już znaczenia medialnie”, przekazywał mu natomiast Emil Marat.

„Pan Paweł Kunachowicz uczestniczył we wszystkich moich spotkaniach z Emilem Maratem, mówię Emil Marat, mając na myśli ich dwóch” – dodał Marcin P.

Wassermann pytała, kto weryfikował domniemaną notatkę, dostarczona przez dziennikarza Pawła Mitera. „W tej kwestii zaoferował się, że jest w stanie to zweryfikować, oprócz pana Emila Marata, który zaproponował wprost, że można wykorzystać kontakty Pawła Kunachowicza w tej kwestii, jeszcze mój pracownik, dyrektor departamentu bezpieczeństwa pan Krzysztof Kuśmierczyk” – powiedział.

To on weryfikował, mówił Marcin P., „czy notatka, którą przedstawił pan Paweł Miter jest prawdziwa”. Jego informator stwierdził, że jest prawdziwa. „Dziś w mojej ocenie jest to wymysł pana Pawła Mitera” – powiedział. Zebrane w tej sprawie materiały świadczą dziś jednak o tym, że „pan Paweł Miter chciał wykorzystać okazję, żeby dobrze zarobić i po prostu sfabrykował notatkę”.

Dopytywany skąd jeszcze miał informacje, jakie służby się nim interesują, powiedział: „Jeszcze miałem informacje od dziennikarzy ‚Gazety Polskiej Codziennie’, która była związana z Miterem”. „Pan Miter nakreślił nam nawet spotkania z dziennikarzami GPC” – dodał.

„Był też jeden sms konkretny z numeru, który później nie był aktywny, treści mniej więcej takiej: uciekaj, 16 będzie u ciebie ABW” – zeznał. (chodzi o 16 sierpnia 2012 – PAP)

Z kolei – według zeznań – po tym jak Marcin P. rozstał się z Emilem Maratem i Pawłem Kunachowiczem, Marat wysłał Marcinowi P. sms-a, że „gratuluje mu i przeprasza”. „Jaki miał cel, wysyłając mi tego sms-a? Nie wiem, ja do współpracy z nimi już nie powróciłem” – powiedział świadek.

Wniosek o ochronę
Marcin P. był pytany przez posła Kukiz’15 Tomasza Rzymkowskiego, dlaczego w dniu 30 sierpnia 2012 r. po znalezieniu się w areszcie śledczym w Gdańsku złożył wniosek do dyrektora aresztu o objęcie go ochroną.

„W uzasadnieniu wniosku czytamy m.in.: ‚wniosek uzasadniam koniecznością odizolowania od pozostałych osadzonych, w związku z możliwością zagrożenia mojego życia w związku z informacjami, jakie mam'” – mówił Rzymkowski. Poseł Kukiz’15 zapytał Marcina P. kogo się obawiał.

„Taka informacja wpłynęła do akt aresztu śledczego, że mam być objęty szczególnym nadzorem i opieką psychologiczną, o ile dobrze pamiętam, Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, przesłała ją także prokuratura w Gdańsku, która prowadziła postępowanie i w czasie rozmowy z dyrektorem aresztu śledczego w Gdańsku zostało mi zakomunikowane, powiedziane, że takie dokumenty wpłynęły i w związku z tym, czy chcę wystąpić z takim wnioskiem i ja zdecydowałem się wystąpić z takim wnioskiem” – mówił.

Pytany „kogo się obawiał” Marcin P. odmówił odpowiedzi. Również na pytania Rzymkowskiego: kto mógł zagrażać jego życiu, jakie wiadomości posiada, które mogą skutkować narażeniem życia i czy ma to związek z oszustwem w działalności piramidy finansowej Amber Gold, czy są to informacje dotyczące nieujawnionych do tej pory osób zaangażowanych w działalność Amber Gold oraz czy zagrożenie jego życia jest nadal realne, Marcin P. odmówił odpowiedzi.

Poseł Zembaczyński indagował natomiast P. o trzy przypadki jego odnotowanej „samoagresji” w zakładzie karnym – w kwietniu 2013 r., sierpniu 2013 r. i w styczniu 2017 (kiedy – według posła odnotowano „cięcie o podłożu emocjonalnym”). „Czy chciał pan popełnić samobójstwo?” – spytał.

„Każde moje zadrapanie jest traktowane jako samookaleczenie, próba samobójcza” – oświadczył P. „Jeśli chodzi o kwestie z 2013 r. to odmawiam odpowiedzi, bo jest to związane z moją prywatną sytuacją rodzinną; nie uważam, że jest konieczne omawiać to przy mediach” – dodał.

Politycy w bazie danych Amber Gold
Marcin P. był pytany o listę nazwisk polityków, którą rozsyłał Emil Marat, a którzy mieli lokować środki w Amber Gold.

„W chwili obecnej nie jestem w stanie (powiedzieć), bo tych nazwisk było około trzydziestu, na pewno było nazwisko Adamowicz, na pewno była pani Kopacz Ewa, na pewno był znany polityk PiS” – powiedział Marcin P. Jak dodał, w bazie były wszystkie opcje polityczne na szczeblach: centralnym i wojewódzkim. „Wszystkie partie polityczne były, po prostu Ewa Kopacz i Paweł Adamowicz, to są takie nazwiska, które medialnie często występują, dlatego je wymieniłem” – wyjaśnił.

Jak mówił, to były imiona i nazwiska osób, których wyszukiwał system danych Amber Gold. „Żadna z osób, która była na tej liście, nie potwierdziła dziennikarzom, że jest osobą, która lokowała środki (w Amber Gold). Nie umiem powiedzieć, czy to była zbieżność nazwisk, czy nie. Według mojej wiedzy na dzień dzisiejszy, mogła to być zbieżność nazwisk. Nazwisko Ewa Kopacz, czy Paweł Adamowicz występuje wielokrotnie” – powiedział świadek.

„Wszyscy się wyparli i powiedzieli, że nie lokowali (środków w Amber Gold)” – powiedział Marcin P.

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz napisał w środę po południu na Twitterze: „Kłamstw Marcina P. ciąg dalszy. Nigdy nie lokowałem środków w Amber Gold. Co jeszcze usłyszymy od człowieka, który oszukał tysiące osób”.

Marcin P. o klientach Amber Gold

Stanisław Pięta (PiS) pytał P., czy klienci Amber Gold mogą się czuć rozczarowani. „Podejrzewam, że też pewnie byłbym rozczarowany, gdybym stracił swoje środki” – odpowiedział świadek. „Jednakże, jest coś takiego, jak warunki umowy i czytając warunki umowy, każdy, kto zwiera umowę, powinien mieć świadomość konsekwencji, jakie ponosi” – oświadczył P.

„W chwili obecnej wiemy, że nikt o niczym nie wiedział i przychodził i podpisywał, bo myślał, że „coś tam”; to jest jego ryzyko” – powiedział P. „Nie jestem w stanie zakazać każdemu podejmowania ryzyka” – dodał. „Tak, można stracić środki” – zaznaczył, mówiąc o zawieraniu umów na „produkty obarczone ryzykiem”.

Według P. „zapominamy o tych osobach, które uzyskały nawet więcej niż zakładała umowa w Amber Gold, bo takich osób też jest dość sporo”.

Pięta pytał też P., czy był kiedykolwiek „informatorem Centralnego Biura Śledczego”. „Nie, nigdy nie byłem informatorem żadnej agencji, czy CBŚ, czy CBA, czy ABW i nigdy nie miałem takiej propozycji” – odparł świadek.

Zarzuty pod adresem prokuratury
B. prezes Amber Gold, na prośbę Stanisława Pięty (PiS) doprecyzował swe wcześniej sformułowane zarzuty pod adresem prokuratury w Gdańsku i w Łodzi, że celowo działała tak, by został on jedynym skazanym w sprawie Amber Gold.

Świadek ocenił, że postępowanie prokuratorskie było „bardzo wybiórcze”, nastawione wyłącznie na znalezienie dowodów, dokumentów mogących świadczyć na niekorzyść jego lub jego żony, Katarzyny P.

„Ogólnie sama działalność spółki Amber Gold, co zresztą, w którymś z postanowień podkreślił także sąd przedłużający tymczasowe aresztowanie, nigdy nie została przez prokuraturę zbadana i składając akt oskarżenia, prokuratura oparła się tylko na wyrywku działalności, niedokładnie badając całą sferę działalności” – powiedział Marcin P.

„To nie było stado 500 baranów”
„Jeżeli ja miałbym oceniać, to wszyscy pracownicy spółki Amber Gold, którzy się nie zwolnili dobrowolnie, powinni zasiadać także na ławie oskarżonych, bo wiedzieli jak ta spółka zarabia, jak ta spółka funkcjonuje, jakimi wzorami się posługuje” – dodał.

Zarzucił przy tym byłym pracownikom firmy, że „udają” teraz, że nie pamiętają jak działała Amber Gold. „To nie było stado pięciuset baranów, które pracowało w dziale sprzedaży, które szło ślepo i wykonywało polecenia. To były osoby, które podpisywały, że zaznajamiały się z wszystkimi aktami normatywnymi wydawanymi przez spółkę, miały dostęp – fakt faktem, nie każdy w bardzo rozszerzonym zakresie, bo to w zależności od uprawnień – do systemu AGNET, który ewidencjonował wszystkie umowy, miały dostęp do tabeli kursów, która ustalała wartość po której kupują klienci złoto, srebro i platynę. Oni to wszystko wiedzieli” – przekonywał b. szef Amber Gold.

Policjantka kłamie?
Poseł Pięta zwrócił się też do świadka o rozwinięcie jego wcześniejszej wypowiedzi, w której zarzucił kłamstwo Katarzynie Tomaszewskiej-Szyrajew, policjantce prowadzącej dochodzenia w sprawie jego firmy. Świadek powiedział, że to prokuratura naciskała na funkcjonariuszkę, by zajęła się Amber Gold. Policjantka zeznała w listopadzie ubiegłego roku, iż miała wrażenie, że sprawa ta była lekceważona przez nadzorującą tę sprawę prokuraturę Gdańsk-Wrzeszcz, m.in. przez prok. referenta, prowadzącą sprawę Amber Gold, Barbarę Kijanko.

Według relacji P., Tomaszewska-Szyrajew miała skontaktować się z nim po drugim lub trzecim uchyleniu przez Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe decyzji tamtejszej prokuratury o umorzeniu lub odmowie wszczęcia śledztwa dotyczącego jego spółki.

„Stwierdziła, że pani prokurator (Kijanko) zażyczyła sobie, że (policjantka) ma przesłuchać wszystkie osoby, które zawarły umowę w okresie do 2010 r. ze spółką Amber Gold (…) I ona w rozmowie telefonicznej, czy którejś rozmów pisanych, mailowych, stwierdziła, że to jest głupota, bo ona nie widzi podstaw i to jest wymysł pani prokurator i jak ona ma to zrobić skoro ona nie ma na to nawet żadnych środków, ani możliwości technicznych, żeby to zrobić” – mówił b. szef Amber Gold.

Jak dodał, rozmowa z funkcjonariuszką stanęła na tym, że otrzymała ona od niego pełną listę umów, wraz z adresami osób, które należało przesłuchać oraz wszystkie kserokopie zawartych umów. „To jest w chwili obecnej w postępowaniu karnym, w sprawie, w której jestem oskarżony, dowód rzeczowy, więc te dokumenty także są, łącznie z listą osób i kserokopią wszystkich umów zawartych przez te osoby” – zaznaczył Marcin P.

1,5 mln zł na klasztor

Andżelika Możdżanowska (PSL) zapytała natomiast P. o jego znajomość z gdańskim dominikaninem, o. Jackiem Krzysztofowiczem. B. prezes Amber Gold powiedział, że z duchownym łączyły go przyjacielskie relacje; wsparł też gdański klasztor dominikanów kwotą 1,5 miliona złotych. Były to – jak zeznał – pieniądze Amber Gold, które zostały przeznaczone na remont trzech ołtarzy i kaplicy w kościele św. Mikołaja.

A jakie korzyści były dla świadka za ten rodzaj wsparcia finansowego? – zapytała posłanka PSL. „Żadne korzyści” – odparł P. „Modlitwa, rozumiem?” – podpowiedziała Możdżanowska. „Nawet o modlitwę nie prosiłem” – odpowiedział świadek.

„Nigdy nie wręczyłem łapówki”

Witold Zembaczyński (Nowoczesna) zapytał Marcina P., czy kiedykolwiek stanął wobec sytuacji, w której wręczał komukolwiek łapówki. „Nie, nigdy” – odpowiedział P.

Zembaczyński odnosząc się do wcześniejszych zeznań, zapytał Marcina P. o jego stan wiedzy nt. „konieczności korumpowania urzędników przez osoby związane” z jego spółkami.

„W związku z tym, że jest to także rozpatrywane w sądzie karnym w Gdańsku, ten wątek, i on jest w kwestii oszustwa i wydania środków opisany, ja odmawiam odpowiedzi na to pytanie” – powiedział P.

Dopytywany przez Zembaczyńskiego, czy nie zaprzecza takim okolicznościom, P. powiedział: „nie, nie zaprzeczam”. Polityk Nowoczesnej pytał jakich kręgów to dotyczyło, czy samorządowych. „Samorządowych, wysoko postawionych urzędników urzędu miasta Gdańsk” – powiedział P.

Zembaczyński pytał również, gdzie Marcin P. „wyprowadził ze spółki majątek”. „Po pierwsze nie wyprowadziłem żadnego majątku ze spółki Amber Gold, co ma bardzo dokładne odzwierciedlenie m.in. w aktach sprawy karnej, nie mam żadnego zarzutu, co do wyprowadzania majątku ze spółki Amber Gold” – powiedział P.

Dodał, że nie ma również postawionego zarzutu o ukrywanie majątku osobistego. Podkreślił, że „żadnego wyprowadzania majątku spółki w postaci złota, tak jak to jest obecnie cytowane w mediach, nie było”. „To także jest potwierdzone w aktach sprawy karnej” – powiedział P.

Przyznał, że były próby sprzedaży złota, ale skończyły się odmową zakupu przez Narodowy Bank Polski. Reszta złota – dodał – została zabezpieczona przez ABW.

Afera Amber Gold

Spółka Amber Gold powstała na początku 2009 r. i miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. W 2011 r. firma zainwestowała też w linie lotnicze – linie OLT Express funkcjonowały przez kilka miesięcy w 2012 r. 13 sierpnia 2012 r. Amber Gold ogłosiła likwidację; tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.Według ustaleń, w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała w sumie niemal 19 tys. klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł.

Szef Amber Gold Marcin P. został zatrzymany i trafił do aresztu w sierpniu 2012 r., a jego żona została aresztowana w kwietniu 2013 r. Od marca 2016 r. przed gdańskim Sądem Okręgowym trwa ich proces.
Źródło info i foto: interia.pl

Nowa piramida finansowa na miarę Amber Gold?

Mieli dostać 500 proc. rocznie od ulokowanego kapitału. Wiedzą już, że połowa zainwestowanych środków przepadła, a spółką, której zaufali, interesuje się KNF.

Recyclix. Tak nazywa się spółka, która postanowiła wzniecić ekologiczną rewolucję. Pomysł na biznes – przedstawiany potencjalnym inwestorom – jest prosty. Człowiek wpłaca Recycliksowi pieniądze, w zamian za to otrzymuje wirtualne… śmieci. Firma skupuje odpady, po czym je przetwarza i sprzedaje. Zyskiem dzieli się zaś z inwestorami. Ile można na tym zarobić? 14 proc. miesięcznie. Co daje dokładnie 481 proc. w skali roku. Według szacunków samej firmy zaufało jej ok. 100 tys. Polaków. Według naszych wyliczeń ta liczba może być nawet trzykrotnie mniejsza, choć nadal imponująca.

Spółka chwaliła się, że jej model biznesowy popiera nawet łotewskie ministerstwo ochrony środowiska. A jak jest w rzeczywistości?

Recyclix to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, której jedynym udziałowcem jest obywatel Łotwy. Jej kapitał zakładowy wynosi 5 tys. zł. Renoma na rynku?

– Nie znamy takiego podmiotu w branży. Jedynie widziałem ich trywialne filmy na YouTubie. Jeśli zajmują się recyclingiem, w co wątpię, to na pewno nie na deklarowaną skalę – twierdzi Dariusz Matlak, prezes zarządu Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. I dodaje, że na pierwszy rzut oka działanie tej firmy przypomina mu piramidę finansową. Model jest prosty: póki nie brakuje chętnych do zainwestowania swych pieniędzy, ci, którzy włożyli kapitał jako pierwsi, dostają solidny zwrot. Gdy jednak zainteresowanie się zmniejsza, firma zwija się z rynku.

– Obiecywane przez Recyclix zyski to bzdura. Dziwi mnie, że w czasach, gdy wszędzie mówi się o Amber Gold, ludzie wciąż dają się nabierać na podobne schematy – twierdzi Matlak.

Faktem jest, że środki w jej działalność zainwestowały tysiące Polaków. Poparcie łotewskiego rządu to mit. Ta, która miała go udzielić, czyli Natalija Cudečka-Purina, starszy ekspert w ministerstwie ochrony środowiska, mówi nam kategorycznie, że nigdy nie wspierała działalności spółki. Jedyna jej styczność z firmą była taka, że dostała zaproszenie na konferencję, w której uczestniczył Recyclix, i wypowiadała się na niej ogólnie na temat gospodarowania odpadami.

Działalnością śmieciowego biznesu zainteresowała się w ostatnich tygodniach Komisja Nadzoru Finansowego (KNF). Oficjalne jej stanowisko brzmi: „Komisja dostrzega przesłanki mogące wskazywać na możliwość naruszenia przepisów prawa”. W grę wchodzi osławiony po aferze Amber Gold zarzut z art. 171 prawa bankowego. Określa on, że nie można bez zezwolenia prowadzić działalności polegającej na gromadzeniu środków pieniężnych innych osób przy jednoczesnym obciążaniu ich ryzykiem utraty pieniędzy. Grozi za to nawet 5 lat pozbawienia wolności.

Co ciekawe, sprawą zainteresowała się już w sierpniu 2016 r. Commissione Nazionale per le Societa e la Borsa (CONSOB), czyli włoska odpowiedniczka KNF. A to dlatego, że w zmysł biznesowy polskiej spółki uwierzyło ok. 40 tys. Włochów. Recyclix bowiem intensywnie się reklamował nie tylko na polskim rynku, lecz również właśnie we Włoszech, w Niemczech i na Łotwie.

CONSOB stwierdziła, że działalność zarejestrowanej w Polsce spółki świadczy o tym, że działa ona jak piramida finansowa. Co jest zabronione nie tylko prawem polskim, lecz także włoskim.

KNF swoje wstępne stanowisko wypracowała w połowie lutego. A Recyclix 27 lutego włożył organowi nadzoru oraz prokuraturze w ręce solidny oręż. Tego dnia bowiem spółka poinformowała inwestorów, że… odbiera im połowę uiszczonych pieniędzy. I – co więcej – robi to zgodnie z własnym regulaminem podanym na stronie internetowej. Co ciekawe, tak jak większość jego postanowień jest w języku polskim, tak adnotacja o tym, że wpłacone środki mogą przepaść w razie siły wyższej – po angielsku.

Dlaczego Recyclix zabrał ludziom wpłacone pieniądze? Jak tłumaczy, to efekt pożaru z 14 lutego br. w Brożku (województwo lubuskie), wskutek którego spłonęło jedno z ich wysypisk śmieci. Mówiąc więc obrazowo, tak jak z dymem poszły odpady spółki, tak samo z dymem poszły pieniądze inwestorów. Rzecz w tym, że wskazane przez spółkę wysypisko, które spłonęło, wcale do niej nie należało.

– Właścicielem wysypiska jest Deko-Proces sp. z o.o. – informuje nas Zbigniew Fąfera, prokurator Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze. Podmiot ten, przynajmniej formalnie, nie jest w żaden sposób powiązany z Recycliksem.

– Wychodzi więc na to, że zabrali mi 1400 zł, bo komuś spaliła się góra śmieci. A co mnie to obchodzi?! – mówi nam jeden z oburzonych inwestorów. I dodaje, że pierwsze co zrobił, gdy się dowiedział o zamieszaniu wokół spółki, to zlecił wypłatę pozostałych na rachunku środków. Tych jednak także nie otrzymał.

Chcieliśmy porozmawiać z przedstawicielem Recycliksu. Na nasze pytania wysłane e-mailem jednak nikt nie odpowiedział, a telefon odebrała pani mówiąca z wyraźnie wschodnim akcentem, która na prośbę o odpowiedź powiedziała jedynie: „dobzie, pośtaramy się”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Są już akta ze służb specjalnych ws. Amber Gold

Do kancelarii w Sejmie wpłynęły akta z różnych służb specjalnych i tam zapewne jest bardzo interesująca wiedza w sprawie Amber Gold – powiedziała w środę przewodnicząca sejmowej komisji śledczej Małgorzata Wassermann (PiS). Wassermann była pytana w „Kwadransie politycznym” TVP1 o środowe posiedzenie komisji, podczas którego zeznania ma złożyć prokurator Barbara Kijanko. To ona pierwsza prowadziła postępowanie dotyczące Amber Gold.

„Komisja zrobiła to, co powinna. Przeprowadziliśmy postępowanie. Uznaliśmy, iż jest bardzo wysokie prawdopodobieństwo popełnienia przez nią przestępstwa. Zawiadomienie (do prokuratury – PAP) zostało złożone. Zostało wszczęte postępowanie” – powiedziała Wassermann.

„Tutaj materiał jest tak bogaty, że pani prokurator ma szansę odpowiedzieć na zarzuty, które są w opinii publicznej. Jeżeli z tej szansy nie skorzysta, drugą będzie miała przed prokuratorem” – dodała.

Kijanko była prokuratorem referentem prowadzącym sprawę Amber Gold w Prokuraturze Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz po zawiadomieniu Komisji Nadzoru Finansowego – od grudnia 2009 r. do czerwca 2012 r., gdy postępowanie trafiło do prokuratury okręgowej.

Miała być pierwszym świadkiem przesłuchanym przez komisję śledczą jeszcze w zeszłym roku. Wassermann podkreślała w październiku, że Kijanko „to kluczowy świadek do rozpoczęcia tej historii, by zarówno członkowie komisji, jak i opinia publiczna szli od początku i zobaczyli, jak wyglądał przebieg tej sprawy”. Kijanko przedstawiła jednak wówczas zaświadczenie lekarskie, z którego wynikało, że nie może się stawić na przesłuchaniu.

W marcu 2013 r. – już po wybuchu afery – w analizie przygotowanej przez Komitet Stabilności Finansowej jako „czynniki krytyczne” ws. Amber Gold wymieniono m.in.: „niedostateczne działania prokuratora-referenta na etapie prowadzenia postępowania sprawdzającego, w szczególności ograniczenie się do zgromadzenia szczątkowej dokumentacji, w wyniku czego podjęto decyzję o odmowie wszczęcia śledztwa”, „wadliwe wykonanie przez prokuratora-referenta zalecenia Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, w szczególności niewykonanie szeregu czynności wskazanych w zaleceniu, co skutkowało umorzeniem dochodzenia” i „brak odpowiedniej reakcji” na zawiadomienia kierowane przez KNF.

Amber Gold – firma powstała na początku 2009 r. – miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. 13 sierpnia 2012 r. ogłosiła likwidację; tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich. Według ustaleń, w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej oszukano w sumie niemal 19 tys. klientów spółki, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł.

Pierwszy zarzut oszustwa znacznej wartości wraz z wnioskiem o areszt wobec szefa Amber Gold Marcina P. Prokuratura Okręgowa w Gdańsku postawiła pod koniec sierpnia 2012 r. Jesienią 2012 r. śledztwo przeniesiono do Prokuratury Okręgowej w Łodzi, która w czerwcu 2015 r. sporządziła akt oskarżenia ws. Amber Gold.

Według łódzkich śledczych, Marcin P. i jego żona oszukali w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej w sumie niemal 19 tys. klientów spółki, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł. Marcin P. został oskarżony o cztery przestępstwa, a Katarzyna P. o 10. Grożą im kary do 15 lat więzienia. Proces Marcina P. i jego żony trwa przed gdańskim Sądem Okręgowym.
Żródło info i foto: interia.pl

Sąd uznał, że Marcin P. nie jest ojcem dziecka Katarzyny P.

Sąd Rejonowy w Gdańsku uznał, że Marcin P. (32 l.) twórca piramidy finansowej Amber Gold, nie jest ojcem dziecka swojej żony Katarzyny P. (32 l.). Do wyjaśnienia sytuacji wystarczyła jedna rozprawa, bo wnioski o zaprzeczenie ojcostwa złożyły obie strony.

Żona szefa Amber Gold zaszła w ciążę ze strażnikiem więziennym w areszcie. Przypomnijmy – do zbliżenia miało dojść w listopadzie 2014 r. w pokoju wychowawców łódzkiego zakładu karnego. W efekcie wszczęto 11 postępowań dyscyplinarnych oraz prokuratorskie śledztwo. Ale zostało ono umorzone. Dyscyplinarka dla strażnika, który jest domniemanym ojcem dziecka Katarzyny P., skończyła się zaś zaledwie naganą – dalej pracuje w Zakładzie Karnym w Łodzi. Katarzynie P. i Marcinowi P. za oszukanie ok. 19 tys. klientów grozi 15 lat więzienia. Co ciekawe, doprowadzana na rozprawę Katarzynę P., która tryskała dobrym humorem, posyłała dziennikarzom zebranym przed salą serdeczne uśmiechy…
Żródło info i foto: se.pl

Stworzyli piramidę finansową. Oszukali 600 osób na 50 milionów złotych

Oszukali 600 osób na 50 milionów złotych. Jest areszt dla dwóch mieszkańców okolic Kalisza w Wielkopolsce za stworzenie piramidy finansowej. Oszuści obiecywali klientom inwestycje w nośniki cyfrowe oraz w działalność brokera i operatora kampanii reklamowych, które na nośnikach miały być oferowane. Inwestycja miała oczywiście przynosić same zyski.

Według prokuratury, 40-latek i jego o sześć lat starszy kolega, w ciągu kilku lat stworzyli korzystny tylko dla siebie biznes, przypominający piramidę finansową. Przekonali do swojego „pomysłu” 600 osób, od których uzyskali ponad 50 mln zł. Mężczyźni założyli firmę w 2012 roku. Szukali klientów głównie w internecie. Prokurator postawił obu mieszkańcom wielkopolski zarzuty oszustwa w stosunku do mienia znacznej wartości oraz prowadzenia działalności bankowej bez zezwolenia.

Sąd zgodził się z prokuraturą i zdecydował o tymczasowym areszcie dla obu mężczyzn.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl