Nielegalne seksparty w Brukseli. Policja sprawdza, czy organizatorem był poszukiwany Polak

Policja w Wadowicach sprawdza, czy organizator słynnej seksimprezy w Brukseli z udziałem węgierskiego polityka, to poszukiwany od ponad roku Polak Dawid Manzheley – ustalili dziennikarze RMF FM. ​Organizator gejowskich seksimprez w Belgii nazywa się tak samo. W wadowickiej komendzie Patryk Michalski dowiedział się, że imię i nazwisko mężczyzny (Dawid Manzheley) się zgadzają, a jego zdjęcia opublikowane przez belgijskie czy holenderskie media są bardzo podobne do zdjęć poszukiwanego Polaka.

Teraz funkcjonariusze – przy współpracy z belgijskimi służbami – będą musieli zweryfikować te informację i potwierdzić, czy to na pewno jest ta sama osoba. Mężczyzna, o którym mowa, jest poszukiwany przez policję za oszustwa, a sprawą zajmuje się wadowicka policja, bo jego ostatnim miejscem zameldowania były właśnie Wadowice.

Tam też miał prowadzoną sprawę karną dotyczącą oszustwa. Wyłudził 2 i pół tys. zł od mężczyzny podając się za prawnika. Został skazany na karę roku i dwóch miesięcy pozbawienia wolności. Do odsiadki nie stawił się. Już od początku się ukrywał. Sąd okręgowy w Krakowie wydał za nim europejski nakaz aresztowania – przekazał Sebastian Gleń, rzecznik małopolskiej policji w rozmowie z reporterem RMF FM Markiem Wiosło.

Dziś ze strony belgijskiej uzyskaliśmy potwierdzenie, że poszukiwany Dawid Manzheley faktycznie jeszcze kilka dni temu był na terenie Belgii – zaznaczył Gleń.
Źródło info i foto: RMF24.pl

7-latek pobity w szkole w Anglii. „Za to tylko, że jest Polakiem”

7-letni Gabryś z Polski został w zeszłym tygodniu pobity w szkole w mieście Halifax w północnej Anglii za to, że jest Polakiem – twierdzi ojciec dziecka.

7-letni Gabryś w miniony wtorek stał wraz z grupą uczniów z innych klas przed szkolną stołówką w jednej ze szkół w Halifax w Wielkiej Brytanii. Na oczach wielu rówieśników został napadnięty i pobity. Upadł i przez chwilę się nie ruszał. Sprawcami napaści byli uczniowie ze szkoły, którzy od dłuższego czasu dokuczali chłopcu za to, że jest Polakiem. Wcześniejsze zaczepki i prośby rodzica kierowane do szkoły o interwencję zbagatelizowano – relacjonuje portal ”Polish Telegraph”.

O pobiciu 7-letniego chłopca powiadomiono jego ojca. Przez telefon poinformowano, że w trakcie pobytu w szkole doszło do zdarzenia, którego skutkiem są obrażenia wymagające wizyty w szpitalu. Dodano zarazem, że nie był to wypadek. „Rano jak zwykle żona zawiozła syna do szkoły. Po drodze planowanie dnia, żółwik i buzi… (O godz.) 11.03 telefon ze szkoły, że syn musi zostać odwieziony do szpitala. To nie był wypadek. Szykany, zastraszanie trwały od początku roku, w końcu doszło do pobicia za to tylko, że jest Polakiem” – napisał w minioną środę na Facebooku Karol Mizgalski. Zamieścił też zdjęcie chłopca z widocznymi obrażeniami wokół lewego oka.

Z wersji przedstawionej ojcu przez szkołę wynikało, że Gabriel został przewrócony, a następnie uderzony jakimś przedmiotem w głowę. Polish Telegraph pisze również, że ojciec chłopca nie otrzymał pomocy ani ze strony szkoły, ani policji.

”Nauczyciel nie zdążył dobiec, bo wszystko odbyło się tak szybko. Uratował go (jednak) od następnych ciosów. I całe szczęście, bo mogłoby być jeszcze gorzej. Dzwonili do mnie rodzice dzieci, które były świadkami tego, co się stało. One trochę inaczej opisują zdarzenie. To była grupa kilku klas razem. Po ataku mój syn upadł i nie ruszał się. (Według rodziców uczniów – red.) to nie nauczyciel dobiegł, bo żadnego nauczyciela tam nie było. Dzieci obroniły mojego syna, a następnie podniosły (go) i zaprowadziły do budynku. Gabi dłuższy czas nie płakał i nie odzywał się. Myślę, że stracił przytomność” – opowiada portalowi Polish Telegraph Karol Mizgalski. O sprawie nie poinformowały dotychczas żadne lokalne media z Halifax ani okolic. 
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Węgierska policja zatrzymała 28-letniego Polaka. Próbował przemycić 10 Syryjczyków

Węgierska policja aresztowała obywatela Polski podejrzanego o próbę przemytu dziesięciu Syryjczyków poza granice kraju – poinformowała komenda policji w Veszprem na zachodzie Węgier. 28-letni podejrzany jechał w kierunku Austrii pojazdem z polskimi tablicami rejestracyjnymi, gdy został zatrzymany przez policję niedaleko miejscowości Varpalota, w zachodniej części Węgier, w sobotę krótko po godz. 21 – przekazała policja w oświadczeniu cytowanym przez agencję MTI.

W samochodzie było 10 pasażerów, którzy twierdzili, że są obywatelami Syrii. Nie byli jednak w stanie przedstawić żadnych dokumentów potwierdzających ich status prawny. Zostali odeskortowani z powrotem do węgierskiej granicy.
,br> Policja przesłuchała kierowcę i zastosowała wobec niego areszt tymczasowy w związku z podejrzeniem przemytu ludzi.

Zatrzymania dokonali funkcjonariusze z Veszprem z pomocą Narodowego Biura Śledczego (NNI) i policji w komitacie Fejer.
Źródło info i foto: TVP.info

Krwawy weekend w Chicago. Nie żyje Polak

Siedem osób, a wśród nich 29-latek polskiego pochodzenia, było śmiertelnymi ofiarami przestępczości w ostatni weekend w Chicago. 26 osób odniosło obrażenia. Miasto od wielu miesięcy zmaga się z falą przemocy. Od piątku do poniedziałku w strzelaninach zginął jeden nastolatek, a troje innych zostało rannych. 15-latek postrzelony w klatkę piersiową w nocy z piątku na sobotę zmarł. Jego rówieśnik doznał obrażeń niezagrażających życiu. Ocalały chłopiec został przewieziony do szpitala. Według policji był „bardzo niechętny do współpracy” i nie podał funkcjonariuszom szczegółów incydentu.

Gazeta „Chicago Sun-Times” podała, że w niedzielę śmiertelnie pchnięty nożem w Humboldt Park w zachodniej części miasta został 29-letni mężczyzna, Sebastian Bobak. Znaleziono go z raną kłutą w klatce piersiowej około godziny 16 czasu miejscowego w mieszkaniu przy West Walton Street.

Zgodnie z relacją urzędników miejskich Bobak, który mieszkał w Portage Park, został uznany za zmarłego na miejscu zbrodni. Już wcześniej wchodził w konflikt z prawem. Był aresztowany i oskarżany o różne przestępstwa i wykroczenia, w tym molestowanie seksualne.

W sobotę zmarł noworodek, którego matkę zabito we wtorek w dzielnicy Jeffery Manor w Chicago. Kobieta była w ósmym miesiącu ciąży, chłopiec przeżył cztery dni. Policja podała, że była to 35-letnia kuratorka z hrabstwa Cook, która miała już dwoje dzieci. Znaleziono ją martwą na werandzie domu, z dwiema ranami postrzałowymi. Strzelaniny ostatniego weekendu miały miejsce w takich częściach Chicago, jak Grand Crossing i Englewood w South Side, Humboldt Park w West Side oraz East Garfield Park.

W weekend wcześniej w wyniku użycia broni w całym mieście zginęło pięć osób. 48 zostało rannych. Dziennik „Chicago Tribune” poinformował, że od 1 stycznia do 11 października w Chicago postrzelono 3304 osoby. Ponad 600 zmarło w rezultacie obrażeń.
Źródło info i foto: TVP.info

Włochy: Zwłoki Polaka na polu. Leżały tam kilka dni

Police tape is seen outside the Tree of Life Synagogue after a shooting there left 11 people dead in the Squirrel Hill neighborhood of Pittsburgh on October 27, 2018. – A heavily armed gunman opened fire during a baby-naming ceremony at a synagogue in the US city of Pittsburgh on October 27, killing 11 people and injuring six in the deadliest anti-Semitic attack in recent American history. (Photo by Brendan Smialowski / AFP)

Zwłoki Polaka znalezione na polu w miejscowości Livorno we Włoszech. O tragicznym odkryciu donosi m.in. „La Repubblica”. Ciało mężczyzny zauważyło kilku chłopców, którzy w sobotę wieczorem weszli na teren nieużytków rolnych. Zdaniem policji, zwłoki leżały tam już kilka dni.

Zwłoki Polaka zostały znalezione w sobotę wieczorem na przedmieściach miejscowości Livorno we Włoszech. Grupa chłopców wybrała się na teren nieużytków rolnych. Na jednym z pól dostrzegli ciało naszego rodaka, niedaleko koszar policyjnych.

Zwłoki były w stanie zaawansowanego rozkładu. Wezwani na miejsce policjanci zdołali ustalić, że należą one do 57-letniego Polaka. Marek I. miał przebywać w tych okolicach mniej więcej od trzech miesięcy. Był osobą bezdomną – informują włoskie media.

Zwłoki Polaka na polu we Włoszech. Leżały tam kilka dni

Służby natychmiast przeszukały okolicę, w której doszło do tragicznego odkrycia. W akcji brał udział również patrol rolniczy – pisze „La Repubblica”. Przeprowadzono też wstępne oględziny ciała. Śledczy stwierdzili, że zgon nastąpił najprawdopodobniej z przyczyn naturalnych  kilka dni temu. Jednak bezpośrednia przyczyna śmierci mężczyzny nie jest znana. Ciało zostało zabezpieczone celem wykonania sekcji.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Zapadnie wyrok ws. polskiego opiekuna Grzegorza W. Zabijał swoich podopiecznych

Nieprzyjemny i leniwy, a w opinii niemieckiej prokuratury także „zimnokrwisty seryjny morderca”. Grzegorz W. oskarżony jest o zabijanie swoich podopiecznych. Sąd w Monachium wyda wyrok w jego sprawie. Polski opiekun Grzegorz W. pracował w co najmniej 69 domach w Niemczech. Prokuratura zarzuca mu zabijanie swoich sędziwych podopiecznych. Miał im aplikować śmiertelne dawki insuliny. Jego wina wydaje się nie do podważenia. Pytanie tylko, czy 38-latek dostanie najwyższy wymiar kary.

Odpychające zachowanie i wygląd

Grzegorz W. dostawał zlecenia za pośrednictwem polskich firm pośredniczących w wysyłaniu opiekunów do Niemiec. Jego podopiecznymi były osoby, które wymagały pomocy, a nie chciały iść do domów opieki. W mowie oskarżycielskiej prokuratura wyraziście nakreśliła sytuację panującą w domach, w których Polak był zatrudniony.

Za każdym razem, gdy Grzegorz W. po raz pierwszy dzwonił do drzwi, wywoływał szok swoim wyglądem i zachowaniem. Zdaniem prokuratury zachowywał się w sposób „naburmuszony i władczy”, a niedbały strój mężczyzny o wzroście 1,62 m i wadze 156 kilo dla niektórych był tak odpychający, że na samym wstępie rezygnowali ze współpracy.

Już wcześniej karany

Negatywne pierwsze wrażenie niemal zawsze potwierdzało się w praktyce. W. wulgarnie ubliżał swoim podopiecznym. Odmawiał wstawania do nich w nocy, dawał im środki nasenne i wyłączał budzik, by móc się wyspać. Zamiast papieru toaletowego używał chusteczek, które następnie rozrzucał w łazience. Opróżniał lodówki i kradł wszystko, co nie było przymocowane na stałe.

38-latek już w Polsce był karany więzieniem za kradzież i oszustwa. Po wyjściu z zakładu karnego skończył 120-godzinny kurs kwalifikujący go do wykonywania zawodu opiekuna. Jego motywacją nie była jednak praca, lecz dostęp do domów w celach rabunkowych. W aktach sprawy odnotowano jego stwierdzenie: „Bogatym Niemcom trzeba kraść ich euro” albo „Forsa jest najważniejsza, bo bez niej umrę”.

Śmiertelne zastrzyki

Prawie zawsze rodziny dążyły do jak najszybszego zakończenia współpracy z Grzegorzem W., w niektórych przypadkach on sam kończył ją po paru dniach. Jednak w sześciu przypadkach było już za późno. W., który przyjmował na stałe insulinę ze względu na cukrzycę, wstrzykiwał swoim pacjentom dawki tej substancji, które prowadziły do zgonu. Kilku osobom udało się przeżyć śmiertelne zastrzyki.

Do serii zarzucanych mu czynów doszło w kilku niemieckich krajach związkowych w ciągu zaledwie 10 miesięcy, od kwietnia 2017 do lutego 2018 roku. Pomoc domowa jednej z ofiar powiedziała w śledztwie, że ofiara w ostatnim dniu swojego życia określiła Grzegorza W. mianem „diabła”. Następnej nocy pacjent już nie żył, najprawdopodobniej zamordowany przez człowieka, który miał być jego opiekunem.

Stawką jest najwyższy wymiar kary

W procesie prokuraturze udało się udowodnić zaledwie trzy zabójstwa, zaś zarzuty co do pozostałych zostały wycofane w imię zasady, że „wątpliwości działają na rzecz oskarżonego”. Nie zmienia to faktu, że prokuratura podtrzymała swoje żądanie: dożywotnie pozbawienie wolności w izolacji. To najwyższy w Niemczech wymiar kary.

Podczas swojej mowy końcowej W. okazał skruchę i prosił rodziny swoich ofiar o przebaczenie. Wielu krewnych po dziś dzień cierpi na traumę. Niektórzy sami popadli w choroby z powodu rozpaczy, że dopuścili tego człowieka do swoich starych rodziców.
Źródło info i foto: interia.pl

Włochy: Zwłoki Polaka owinięte w koc przed supermarketem

Przechodnie zauważyli zwłoki mężczyzny w samochodzie marki Opel zaparkowanym przy supermarkecie na peryferiach miasteczka Orta Nova na południu Włoch. Ciało było zawinięte w koc. Zmarłym okazał się 42-letni Polak. Zwłoki mężczyzny znaleziono w poniedziałek na tylnym siedzeniu Opla Astry w wersji kombi, zaparkowanego przy supermarkecie Penny Market na peryferiach niespełna 18-tysięcznego Orta Nova na południu Włoch (prowincja Foggia). Ciało było zawinięte w koc.

Samochód, w którym leżały zwłoki, nosił ślady otarć po jednej stronie. Tożsamość mężczyzny ustalono po kilku godzinach. Okazał się nim 42-letni robotnik rolny pochodzący z Polski. Karabinierzy nie znaleźli śladów przemocy ani widocznych ran na ciele Polaka, dlatego przypuszczają, że zmarł on z przyczyn naturalnych. Jednak to, jaka była prawdziwa przyczyna jego śmierci, ma wykazać sekcja zwłok.

Mógł umrzeć na polu

Lokalne media nie wykluczają, że Polak, który pracował jako robotnik, mógł rzeczywiście umrzeć z powodu jakieś choroby podczas prac polowych, a jego ciało inni pracownicy załadowali do samochodu odwieźli przed supermarket. Policja prowadzi śledztwo w tej sprawie i zapewnia, że bierze pod uwagę wszystkie hipotezy. Sprawdzane są również kamery monitoringu w okolicy odnalezienia zwłok.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Są wyniki sekcji zwłok Polaka, który zmarł na komisariacie w Belgii

Sekcja zwłok 39-letniego Polaka, który zmarł na komisariacie w Belgii nie wykazała śladów przemocy na ciele, co wyklucza odpowiedzialność policji za śmierć mężczyzny – poinformowała korespondentkę Polsat News Dorotę Bawołek prokuratura. Śledczy czekają jeszcze na wyniki badań toksykologicznych, które będą znane za kilka tygodni.

We wtorek 39-letni Polak mieszkający w belgijskim Kinrooi, miał zachowywać się w „sposób szczególny”. Mężczyzna został zabrany na komisariat w Bree. Po osadzeniu w celi aresztu mężczyzna źle się poczuł, więc wezwano lekarza. Kiedy ten dotarł, Polak już nie żył.

– Prokurator Okręgowy w Limburgii przeprowadził dokładne śledztwo, aby ujawnić przyczynę i okoliczności śmierci – zapewniła prokurator Katja Vandoren.

W czwartek przeprowadzono sekcję zwłok mężczyzny. Zewnętrzną przyczyną śmierci może być nadużycie narkotyków lub lekarstw. Wyniki badań toksykologicznych będą znane z kilka tygodni. Dla prokuratury najważniejsze jest to, że nie znaleziono śladów przemocy fizycznej, co wyklucza odpowiedzialność policji za zgon Polaka na komisariacie.

Lokalne media podają, że w chwili przyjazdu pogotowia ratunkowego Polak miał mieć na rękach kajdanki. Prokuratura nie zgodziła się na rozmowę w tej sprawie, zasłaniając się dobrem toczącego się śledztwa.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

24-letni Polak zatrzymany w Mińsku. Matka błaga o pomoc

Mój syn Kacper Sienicki został zatrzymany przez milicję na Białorusi. Nie mam z nim kontaktu. Płaczę, nie wiem, gdzie go wywieźli – mówi Aneta Sienicka, matka chłopaka.

Kacper Sienicki do Mińska poleciał w piątek. Jak mówi „Wprost” jego mama, uważał, że to przełomowy czas dla Białorusinów. „Bardzo chciał tam być i wspierać swoich znajomych”. 24-latek ukończył Studium Europy Wschodniej na Uniwersytecie Warszawskim, stąd jego zainteresowanie wyborami prezydenckimi na Białorusi.

– Od poniedziałku, od godziny 18:00 nie mam z nim kontaktu. We wtorek o 19:00 miał być w Warszawie, ale nie przyleciał. Wiem, że zdążył się jeszcze odprawić na wtorkowy lot do Polski. Prawdopodobnie wykorzystał chwilowy dostęp do internetu – mówi matka Kacpra, Aneta Sienicka.

Pytana, skąd ma informację o zatrzymaniu syna, odpowiada: – Dowiedziałam się nieoficjalnie z ambasady w Mińsku, która niestety nie uzyskała potwierdzenia, ale od postronnych osób wie, że zatrzymano dwóch Polaków, z których jeden miał wylecieć dzisiaj do Polski.

„Nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ambasada RP w Mińsku nie są obecnie w stanie mi pomóc. Nie wiem, gdzie go wywieziono i nie wiem co robić. Płaczę i błagam was o udostępnianie tego postu, bo tylko nagłaśniając tę sprawę mogę cokolwiek teraz zrobić. Mam nadzieję, że nic mu nie jest i szybko się do mnie odezwie” – apeluje o wsparcie.

W sprawie Kacpra Sienickiego skierowaliśmy pytania do Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ambasady RP w Mińsku. Czekamy na odpowiedź.

W poniedziałek poinformowano o pierwszej ofierze śmiertelnej protestów na Białorusi. Zginął mężczyzna, który brał udział w antyrządowej demonstracji. W dłoni eksplodował mu granat, który chciał rzucić w kierunku milicjantów. Białoruski resort zdrowia poinformował, że po protestach w szpitalach przebywa ponad 200 rannych. Głównie z urazami czaszki, klatki piersiowej i jamy brzusznej.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Marek J. wydany USA. Przez 25 lat ukrywał się w Polsce

9 grudnia 1995 r. w Lake Forest w stanie Illinois doszło do śmiertelnego wypadku. O spowodowanie go oskarżono Polaka, Marka J., który prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Mężczyzna początkowo został aresztowany, ale wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji i uciekł do Polski. Przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości ukrywał się przez blisko 25 lat.

J. został oskarżony o spowodowanie wypadku na trasie 41, w wyniku którego zginął Dennis Bourass. Z ustaleń śledczych wynika, że Polak był pod wpływem alkoholu i jechał pod prąd.

Kierowca został aresztowany, ale wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji. Gdy wydawało się, że mężczyzna będzie czekać na proces w USA, prokurator zaostrzył zarzuty, oskarżając J. o „lekkomyślne zabójstwo”. Wiedząc, że w świetle prawa musi zostać ponownie aresztowany, a kaucja będzie wyższa, oskarżony uciekł do Polski. Z powodu obowiązujących przepisów o ekstradycji, Marek J. nie mógł zostać przekazany Amerykanom.

Aresztowany w 2020 r.

Przez prawie 19 lat sprawa stała w miejscu. Amerykańscy śledczy nie dali jednak za wygraną – na mocy nowej umowy o ekstradycji, polskie służby mogły ostatecznie przekazać go swoim odpowiednikom w USA. W 2014 r. do sprawy przydzielono policjanta Marka Sengera, który nawiązał współpracę z FBI i amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości. Ich celem było ustalenie dokładnego miejsca pobytu oskarżonego.

Poszukiwania J. zakończyły się w 2018 r. Mężczyzna został aresztowany przez polskie służby, a następnie… wypuszczony na wolność. Obiecał wówczas, że będzie pojawiał się w sądzie – słowa dotrzymał.

Decyzję o ostatecznym aresztowaniu mężczyzny polski sąd podjął po otrzymaniu listu, w którym rodzina zmarłego Dennisa Bourassa wyjaśniała całą sytuację ze swojej perspektywy. Ostatecznie J. trafił do aresztu w Przemyślu w lutym tego roku. Po czterech miesiącach i opóźnieniach w związku z pandemią koronawirusa, został przekazany stronie amerykańskiej 25 czerwca.

66-letni Marek J. 27 czerwca trafił do więzienia w Lake County 27 czerwca. Kaucję wyznaczono na milion dolarów.
Źródło info i foto: polsatnews.pl