Zwłoki noworodka znalezione w kontenerze na śmieci przy polskiej granicy

Zwłoki noworodka znaleziono w kontenerze na śmieci w Karwinie na Śląsku Cieszyńskim – podaje ”Onet”. Czeska policja apeluje do Polaków o pomoc w wyjaśnieniu okoliczności śmierci dziecka.

Do makabrycznego odkrycia przy polsko-czeskiej granicy w Karwinie doszło na początku lipca. Zwłoki noworodka umieszczone w kontenerze na śmieci odnalazł bezdomny mężczyzna. Ciało było zawinięte w ubrania i pościel. Policja w Czechach nie jest w stanie ustalić tożsamości matki dziecka – podaje ”Onet”.

„Zwracamy się do opinii publicznej z prośbą o pomoc. Interesują nas informacje związane z kobietą, która była w ciąży i nie ma z nią dziecka. Zwracamy się również do lekarzy o pomoc” – GABRIELA POKORNÁ, RZECZNIK POLICJI W KARWINIE

Czeska policja opublikowała zdjęcie pościeli znalezionej przy dziecku. W wyjaśnienie okoliczności śmierci dziecka może zaangażować się polska policja. Każda osoba posiadająca informacje na temat śmierci noworodka, proszona jest o kontakt z najbliższym posterunkiem policji.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Wielka Brytania: Renomowana kancelaria broni Polaków skazanych za zabójstwo. Prawdziwy winny jest na wolności?

Dwaj mężczyźni odsiadują w Wielkiej Brytanii wyroki dożywocia za zabójstwo innego Polaka. Jak opisuje „Superwizjer”, skazano ich w procesie poszlakowym, a ławnicy nie byli zgodni. Winny może być trzeci z oskarżonych, który został uniewinniony.

Grzegorz Pietrycki w wieku 25 lat wyjechał do pracy do Wielkiej Brytanii. Po dwóch latach, w sierpniu 2016 roku, został zamordowany wynajmowanym m.in. przez niego mieszkaniu w Londynie – opisuje Superwizjer TVN. O morderstwo oskarżono trzech innych Polaków – Patryka Pacheckę, Grzegorza Szala i Grzegorza G. Pierwsi dwaj zostali uznani za winnych i skazani na dożywocie. Trzeciego uniewinniono.

Teraz prestiżowa kancelaria Carmelite Chambers za darmo broni Pachecki i złożyła w jego imieniu apelację. Także prawnicy Szali odwołują się od wyroku. Według brytyjskiej prawniczki Siobhan Grey znaczenie dla ławników – którzy nie zdecydowali o winie jednogłośnie – miał m.in. fakt, że Pachecka i Szal mieli na koncie wyroki w Polsce, zaś Grzegorz G. teoretycznie nie miał konfliktów z prawem. Jednak reporterzy ustalili, że on także był kiedyś skazany, ale wyrok uległ zatarciu. Ponadto prawnicy mają wątpliwości m.in. co do zeznań świadków, których nie wzięto pod uwagę.

Skazani twierdzą, że słabo znali Grzegorza G. Przed zabójstwem mężczyzna miał być zdenerwowany, ponieważ rzuciła go partnerka. Zażywał amfetaminę i razem z Szalą pił alkohol. W nocy obaj udali się do domu późniejszej ofiary, Grzegorza Pietryckiego. Pachecka wtedy już tam był. Wywiązała się kłótnia między Pietryckim a Grzegorzem G. Skazani mężczyźni twierdzą, że nie byli w pokoju, gdy G. miał wyciągnąć nóż i zaatakować Pietryckiego (choć ich wersje nie są całkowicie spójne).

„W relacji Pachecki, sytuacja wyglądała tak: – Wróciłem się do tego pokoju i zobaczyłem miejsce rzeźni. Zobaczyłem dwie osoby, Grzegorza Pietryckiego, który nie żyje i Grzegorza G, który go trzymał. Trzymali się oburącz, jak zapaśnicy. Cały pokój był we krwi. Z Pietryckiego leciało jak z rynny. Jedyne na co było mnie stać, to po prostu krzyczałem: ‚Weź go zostaw, debilu’. Wybiegłem z tego domu. Nogi same pobiegły” – podaje Superwizjer.

Pachecka został zatrzymany i przeszukany krótko po zdarzeniu. Nie stwierdzono na nim śladów krwi. Grzegorz G. uciekł z miejsca zdarzenia, zmienił numer telefonu i z pomocą byłej dziewczyny wynajmował mieszkanie na fałszywe nazwisko. Zatrzymano go dopiero pięć miesięcy później.

Skazani mężczyźni na początku sprawy zmieniali zeznania i prezentowali różne wersje historii, co także wpłynęło na ich niekorzyść. Tłumaczą to tym, że przez wcześniejsze zatargi z prawem i wyroki na początku nie mówili prawdy. – Siedziałem w kryminale i bym nie potrafił iść na policję i sprzedać – mówił dziennikarzom Pachecka. Z kolei Grzegorz G. odmówił składania wyjaśnień i – według relacji Pachecki – przekonywał, że boi się dwóch pozostałych, ponieważ są kryminalistami. Pachecka zapowiada, że będzie walczył, by udowodnić swoją niewinność i móc wrócić na wolność i do rodziny.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Ile osób zatrzymało CBA w 2018? Nowy raport

721 osób podejrzewanych o dokonanie przestępstw korupcyjnych zatrzymało w 2018 r. Centralne Biuro Antykorupcyjne – wynika z rocznego sprawozdania służby, do którego dotarła PAP. CBA jest wysoko w rankingu zaufania społecznego – według ostatnich badań ufa mu 47 proc. Polaków.

Z przygotowywanego co roku sprawozdania wynika, że agenci Biura doprowadzili w 2018 r. do ujawnienia szkód w mieniu Skarbu Państwa na blisko 1,6 mld zł. CBA zabezpieczyło 448 mln zł mienia na potencjalne kary.

145 osób zatrzymanych przez CBA trafiło do aresztu, wobec pozostałych najczęściej stosowano poręczenia majątkowe. Biuro zweryfikowało też w ubiegłym roku 4 tys. 581 oświadczeń i deklaracji majątkowych urzędników i samorządowców.

W 2018 r. wzrosła o 406 osób obsada Biura – 354 funkcjonariuszy i 52 pracowników. Na koniec roku w służbie było 1171 funkcjonariuszy i 151 pracowników. CBA m.in. w Warszawie uzyskało nową siedzibę dla delegatury stołecznej – przy ul. Krzywickiego.

Budżet, którym dysponowało Biuro, to 228,8 mln zł z budżetu państwa i dodatkowe 31,3 mln z rezerwy celowej. Najwięcej z tej puli środków wydawane jest na wynagrodzenia – 118,8 mln zł. Nie wydano blisko 19 mln zł – to wydatki niewygasające w 2018 r.

W 2018 roku funkcjonariusze CBA prowadzili 567 postępowań przygotowawczych – 189 wszczęto w zeszłym roku, a zakończono 173. Aktem oskarżenia skończyły się 73 z nich, 71 spraw umorzono. Biuro prowadziło też działania w sprawie blisko 200 warszawskich nieruchomości – w związku z podejrzeniem nieprawidłowości przy ich reprywatyzacji. Kontynuowane działania w tej sprawie z poprzednich lat w 2018 r. doprowadziły do postawienia aktów oskarżenia w kluczowych sprawach i przedstawienie zarzutów kolejnym kilkudziesięciu podejrzanym.

W całym 2018 r. zarejestrowano 470 spraw operacyjnych – 185 wszczęto w tym roku i 154 zakończono. Prowadzono też 37 śledztw dotyczących wyłudzeń skarbowych i 36 śledztw dotyczących wyłudzeń środków unijnych.

CBA prowadzi też działalność kontrolną – w 2018 r. funkcjonariusze przeprowadzili 145 kontroli, 727 analiz przedkontrolnych i 1,4 tys. spraw kontrolnych. W przypadku stwierdzenia podczas kontroli, że mogło dojść do przestępstwa, CBA kieruje zawiadomienia do prokuratury – w 2018 r. było 30 takich zawiadomień.

Oprócz pracy dochodzeniowej, śledczej i kontrolnej Biuro przygotowuje też analizy dla najważniejszych osób w państwie. W ubiegłym roku takich specjalistycznych opracowań agenci CBA przygotowali czterdzieści. Ich zakres dotyczył informatyzacji urzędów państwowych, ochrony zdrowia i farmaceutyków, sektora paliwo-energetycznego i sektora finansowego w Polsce.

Dzięki specjalistycznym umiejętnościom agentów biura i wyposażeniu prowadzone są też w CBA analizy kryminalne – w 2018 r. było ich blisko 400 – ponad połowa – 230 dotyczyła analizy bilingów połączeń telekomunikacyjnych, a w 71 przypadkach przepływów finansowych.

Istotną częścią działań jest prewencja korupcyjna i szkolenia antykorupcyjne – w 2018 roku przeszkolono prawie 5,7 tys. urzędników podczas 126 szkoleń w 79 instytucjach. Znacznie więcej osób przeszkoliło się samemu, w ramach e-learningu na platformie internetowej CBA. Takie szkolenia od początku istnienia platformy przeszło i certyfikat uzyskało aż 137 tys. 189 osób.

Zaufanie społeczne, które wobec CBA w ostatnich badaniach CBOS zadeklarowało 47 proc. badanych, jest najwyższym wskaźnikiem od początku istnienia CBA.
Źródło info i foto: onet.pl

Wkrótce wyrok ws. Hansa G., który otwarcie mówił o swojej nienawiści do Polaków i chęci zabijania

Spytałam kilku koleżanek, czy im nie przeszkadza, gdy Hans G. określa Polaków m.in. mianem „shit” (z ang. g*wno), przecież one też są Polkami. Spotykałam się z odpowiedzią, że przesadzam, że one czują się Europejkami – tak Natalia Nitek-Płażyńska wspomina w rozmowie z portalem tvp.info wymianę zdań z innymi pracownicami na temat zachowania niemieckiego biznesmena Hansa G., prowadzącego firmę na Pomorzu. Już we wtorek Sąd Okręgowy w Gdańsku może wydać wyrok w sprawie wytoczonej mu przez żonę Kacpra Płażyńskiego, kandydata Zjednoczonej Prawicy w minionych wyborach samorządowych.

Od chwili gdy upubliczniła pani nagrania z wypowiedziami Hansa G., minęły już blisko trzy lata. Z jakimi reakcjami spotkała się pani w związku z tą sprawą?

Generalnie spotykałam się z przychylnym przyjęciem. Zdecydowana większość była oburzona działaniem niemieckiego pracodawcy, który zachowywał się w Polsce w sposób kolonialny. W mediach społecznościowych czy w bezpośrednich kontaktach gratulowano mi odwagi, dostrzegano konieczność walki z antypolonizmem.

Czy przypomina sobie pani rozmowę, po której powiedziała: dość, dłużej tego nie zniosę, trzeba coś z tym zrobić?

Przełamywałam się stopniowo. Nigdy nikogo wcześniej nie nagrywałam z ukrycia i teraz przychodziło mi to z trudem. Miałam też wątpliwości ze względu na moje własne bezpieczeństwo. Mój szef był człowiekiem porywczym i agresywnym. Jednak takim punktem granicznym był moment, w którym powiedział, że jego najszczęśliwszym dniem w życiu był ten, kiedy wydarzyła się tragedia smoleńska. Cieszył się, że zginęli prezydent Lech Kaczyński i tylu ważnych dla Polski ludzi. To był również moment, kiedy chciałam go uderzyć w twarz. Zawsze rozmawiałam, polemizowałam nawet z najbardziej prymitywnymi argumentami. Jednak tym razem uznałam, że miarka się przebrała i trzeba coś z tym wreszcie zrobić.

Czy czuła pani fizyczne zagrożenie z jego strony?

Opinia o agresywnym zachowaniu pana Hansa G. była powszechnie znana. Podczas przewodu sądowego sam przyznał, że jest osobą porywczą. Potrafił rzucać różnymi przedmiotami w pobliżu pracowników, wymachiwać rękami w bardzo bliskiej od nich odległości. Musiałam często kryć swoje emocje, swój lęk, ponieważ wykazywał wręcz satysfakcję, jeśli widział czyjś strach czy smutek. Czasami pracownice płakały lub uciekały z miejsca, w którym zachowywał się skandalicznie. Gdyby więc zauważył, że go nagrywam, można byłoby spodziewać się różnych reakcji.

Gdy zdecydowała się pani działać, czy próbowała pani jednocześnie znaleźć sojuszników, rozmawiała pani z innymi pracownikami na ten temat? Jakie były nastroje w firmie?

Gdy przyszłam do tej firmy, trafiłam do środowiska, które akceptowało skandaliczne zachowanie Hansa G. Mam na myśli zarówno obrzydliwe wypowiedzi na temat Polaków, jak i zdecydowanie nie do przyjęcia rzucanie przedmiotami czy wyzywanie od najgorszych. Ci ludzie w takich sytuacjach po prostu spuszczali wzrok, udawali, że nic nie widzą, nic nie słyszą. A ja mam inny charakter i reagowałam. Byłam wtedy ostrzegana przez innych pracowników, że to nic nie da, że trzeba się przyzwyczaić, bo w razie reakcji może być tylko gorzej.

Wybory w 2015 r. raczej nie polepszyły sytuacji.

Na pewno ją jeszcze pogorszyły. Należę do Prawa i Sprawiedliwości i brałam udział w kampanii wyborczej. Wtedy mój szef zaczął mnie wręcz traktować jak szpiega w firmie, jako człowieka, który jest przeciwny Niemcom, który chce, jak mówił, zniszczyć Polskę, gdzie Niemcy tyle zainwestowali. W tym czasie tym bardziej nie znalazłam wsparcia u innych pracowników, odsuwających się w imię świętego spokoju. Spytałam kilku koleżanek, czy im to nie przeszkadza, gdy Hans G. nadzwyczaj często określa Polaków m.in. mianem „shit” (z ang. g*wno), przecież one też są Polkami. Spotykałam się wówczas z odpowiedzią, że przesadzam, że one czują się Europejkami. Nie było więc możliwości porozumienia. Kilka osób zgadzało się ze mną, ale w obawie przed utratą pracy bało się zareagować.

Czy wasz pracodawca stosował również groźby karalne? Pamięta pani podobne zajścia, gdzie osobiście komuś groził?

P. Hans G. potrafił dojść do pracownika z dłonią ułożoną na kształt pistoletu i udawał, że do niego strzela. Sama tego doświadczyłam. Pracownica z innej firmy zeznała w sądzie, że podszedł do niej i powiedział: – Możesz sobie wybrać drewno na trumnę, Polko. Zaakcentował przy tym „Polko”. Ta kobieta zwolniła się z pracy tego samego dnia. Zresztą jeśli w mojej obecności Niemiec mówi, że nienawidzi Polaków i chce ich wszystkich pozabijać, to znaczy, że mówi on to również do mnie. Przy czym dochodził do tego kontekst historyczny. Hans G. powtarzał, że ceni Hitlera, mówił, jak to żałuje, że jego dzieło nie zostało skończone, a obozy koncentracyjne to była według niego najlepsza rzecz, którą można było zrobić z Polakami. Znam historię i odbierałam to za każdym razem osobiście.

Mówiła pani, że w chwilach dobrego nastroju pani były szef swoje wywody wygłaszał w formie swego rodzaju wykładu. Czy instruował wtedy, co oglądać? Co czytać?

Gdy wybory prezydenckie wygrał Andrzej Duda, Hans G. często włączał Onet.pl i gdy tylko portal napisał jakiś paszkwil o prezydencie, kazał mi się z tego tłumaczyć, ponieważ byłam, jak to on mówił, „fucking pisior”. Mówił, że PiS jest antyniemiecki i ja też jestem antyniemieckim agentem w jego firmie. Przechwalał się też, że zna się ze światkiem polityków Platformy Obywatelskiej, chwalił się, że spotykał się z Janem Kulczykiem na bankietach.

Po ostatniej rozprawie kontaktowałem się Amnesty International, Helsińską Fundacją Praw Człowieka i Stowarzyszeniem Nigdy Więcej. Wszystkie zajmują się tropieniem ksenofobii i mowy nienawiści.

Ale nie wobec Polaków.

Żadna nie podjęła jakichkolwiek działań w tej sprawie, czy próbowała pani zainteresować nią którąś z podobnych instytucji, np. Rzecznikiem Praw Obywatelskich?

Wiem, że internauci zgłaszali tę sprawę do Rzecznika Praw Obywatelskich. Od żadnej z tych instytucji nie dostałam jakiegokolwiek wsparcia, nie było nawet jakiegokolwiek zainteresowania. Zgłosiła się do mnie tylko Reduta Dobrego Imienia, na którą mogłam liczyć od początku. Naprawdę w Polsce dużo się mówi o nierówności, o mowie nienawiści, ale nie chce się zauważyć, gdy rasizm i ksenofobia jest skierowana przeciwko zwykłym Polakom. Zbyt mało jest w Polsce organizacji, które chciałyby się temu przeciwstawić.

Zaraz po ukazaniu się pani nagrań w internecie Hans G. robił z siebie ofiarę prześladowań w Polsce. Sam siebie określał jako najbardziej znienawidzonego Niemca w Polsce obok Eriki Steinbach. A pani dostawała maile z pogróżkami?

Hans G. rzeczywiście starał się postawić siebie w roli ofiary. Mówił, że dostawał jakieś pogróżki. Nie jestem w stanie tego zweryfikować, wiem, że zajmowała się tym prokuratura. Jeśli chodzi o mnie, zdarzały się obraźliwe wiadomości, w zdecydowanej większości w języku niemieckim, ale to był niewielki margines. W toku samego postępowania zaskoczyło mnie, jak pracownicy z mojej byłej firmy niewiele pamiętają. Niektórzy przyznawali, że Hans G. istotnie wyzywał Polaków, ale nie czuli się oni tym dotknięci osobiście. Uraziło ich natomiast, jak w jednym z programów powiedziałam, że podczas wojny w ten sposób zachowywali się volksdeutsche. To ich dopiero ubodło, ale na pytanie sędziego, co oznacza ich zdaniem słowo volksdeutsch, część z nich nie potrafiła odpowiedzieć. Nie potrafili też zresztą do końca powiedzieć, co zrobił Hitler, co to jest nazizm. Dlatego byli tak podatni na zmanipulowaną wersję historii, jaką przedstawiał im Hans G.

Czy gdy Hans G. dowiedział się, że złożyła pani pozew przeciwko niemu, próbował jakoś znaleźć z panią kontakt?

Nie, na samym początku jego adwokat próbował doprowadzić do ugody, zresztą też na skandalicznych warunkach, na co się nie zgodziłam.
Źródło info i foto: TVP.info

Vancouver: Wandale zniszczyli fasadę polskiego kościoła

Budynek kościoła St. Casimir został zdewastowany napisami, które zszokowały Polonię. Na murze budynku, tuż przy wejściu pojawiły się hasła: „AntiFa”, „refugees welcome” i „Nazi Raus”. Zdarzenie jest szczególnie przykre dla Polonii z uwagi na to, że do dewastacji prawdopodobnie doszło 11 listopada, kiedy obchodzone jest Święto Niepodległości. – Jesteśmy zszokowani – mówi w rozmowie z Global News jedna z osób, która uczęszcza do kościoła znajdującego się przy 1187 East 27th Avenue.

Global News zastanawia się, czy zdarzenie nie jest efektem marszów, jakie odbywają się co roku 11 listopada w Warszawie. – Wiele osób na świecie nazywa Polaków faszystami, a my nie jesteśmy faszystami. Polacy oddawali życie walcząc z faszystami… a my, żyjący w Kanadzie, sami jesteśmy uchodźcami, którzy uciekli z komunistycznego kraju – mówi kolejny rozmówca Global News.

– Jak można nazywać Polaków nazistami? To szaleństwo – mówi anonimowy rozmówca Global News. – To, co zostało napisane na murach kościoła, to wyraz nienawiści do Polaków – podkreśla.
Źródło info i foto: onet.pl

Dane ABW dotyczące 11 listopada. 100 osób zatrzymanych, prawie 400 na czarnej liście

Służby podsumowały swoje działania przed 11 listopada. Łącznie przed Świętem Niepodległości zatrzymano prawie 100 osób, a niemal 400 znalazło się na specjalnej liście straży granicznej. Rzecznik ministra-koordynatora ds. służb specjalnych Stanisław Żaryn poinformował, że przed 11 listopada sporo pracy miała przede wszystkim Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

ABW we współpracy z policją i Strażą Graniczną zatrzymała prawie stu Polaków, powiązanych ze środowiskiem skrajnych nacjonalistów, czy wręcz neofaszystowskim.

Żaryn powiedział, że osoby te umawiały się w internecie, żeby przyjechać do Warszawy i zakłócić uroczystości Święta Niepodległości. Dalsze działania wobec zatrzymanych będą zależały od przeprowadzonych w miejscach ich zamieszkania przeszukań. W niektórych mieszkaniach znaleziono materiały propagujące ustrój totalitarny.

Działania ABW przed Świętem Niepodległości

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego przekazała również straży granicznej listę prawie czterystu cudzoziemców powiązanych z różnymi środowiskami ekstremistycznymi między innymi w Szwecji, Federacji Rosyjskiej i Ukrainie. „Większość nie została wpuszczona do Polski” – przekazał Żaryn.

Według ABW te osoby mogły dopuścić się zakłócenia uroczystości państwowych w Polsce. Działania służb doprowadziły ponadto do zablokowania konferencji i koncertów, które planowały zorganizować w Warszawie środowiska ekstremistyczne, nacjonalistyczne i rasistowskie, i które to wydarzenia miały gromadzić również osoby spoza Polski.

Warto dodać, że mimo tego na Marszu Niepodległości w niedzielę można było zobaczyć np. członków neofaszystowskiej grupy Forza Nuova z Włoch (Nowa Siła).
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Niemcy: Muzyk zamordowany przez Polaków. Sąd był bezlitosny

Sąd krajowy w Berlinie wymierzył we wtorek kary długoletniego więzienia dwóm polskim robotnikom budowlanym, oskarżonym o zamordowanie z motywów homofobicznych 47-letniego muzyka Jima Reevesa. Do zbrodni doszło w lutym 2016 roku.

31-letni współsprawca zabójstwa został skazany na 14 lat pozbawienia wolności, a jego 24-letni kompan na 13 lat. Jak głosi sentencja wyroku, obaj są winni szczególnie ciężkiego przypadku zabójstwa oraz szczególnie ciężkiego przypadku wykorzystania osoby niezdolnej do stawiania oporu. W chwili popełniania zbrodni znajdowali się w stanie silnego upojenia alkoholowego.

Biseksualny Reeves i jego zabójcy nocowali w 6-osobowym pokoju w jednym z hosteli w Berlinie. Jak podano w wyroku, muzyk zaproponował najpierw obu mężczyznom kontakt seksualny. Został pobity do nieprzytomności, a następnie sprawcy „w zdegenerowany, będący przejawem homofobicznych uczuć sposób kilkakrotnie nadziali go na nogę od krzesła”. Ofiara ataku zmarła wskutek wewnętrznego krwotoku.

Prokurator żądał dla każdego z oskarżonych kary 14 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności. 24-latek przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów, natomiast drugi współsprawca twierdził, iż jest niewinny. Sąd orzekł ponadto umieszczenie 31-latka na oddziale odwykowym. Wyrok sądu krajowego nie jest jeszcze prawomocny.

24-latek zatrzymany został w Polsce 18 dni po dokonaniu zbrodni. Po odbyciu w Polsce kary za inne przestępstwo został wydany władzom niemieckim.

Drugi z Polaków wpadł w ręce policji pod Barceloną w Hiszpanii w lutym ubiegłego roku. Funkcjonariusze znaleźli przy nim dwa sfałszowane dowody osobiste, paralizator, trzy telefony komórkowe i 7 tys. euro w gotówce.

Pochodzący z Kolonii Reeves był liderem zespołu Squeezer, który największe sukcesy osiągał w latach 90. Do największych przebojów zespołu należały utwory „Blue Jeans” i „Sweet Kisses”. W okresie późniejszym artysta pracował jako aktor i model.
Źródło info i foto: TVP.info

Mamy nowe informacje dotyczące porwania statku z Polakami na pokładzie

„Dziewięciu marynarzy, którzy pozostali na statku, jest bezpiecznych” – zapewnia rzecznik armatora kontenerowca Pomerenia Sky, z którego w weekend, u wybrzeży Nigerii, piraci porwali 11 marynarzy. Wśród uprowadzonych jest 8 Polaków, Ukrainiec i 2 Filipińczyków. Ekspert, z którym rozmawialiśmy, podał, że statystycznie rozwiązanie podobnych spraw trwa około miesiąca. Nie chciał natomiast ujawnić, jaka jest praktyka w kwestii płacenia piratom okupu.

W rozmowie z korespondentem RMF FM Bogdanem Frymorgenem Dustin Eno, rzecznik armatora Pomerenia Sky, zapewnił, że firma jest w stałym kontakcie z władzami Nigerii i organizacjami, które pomagają w sytuacjach kryzysowych.

Dla dobra sprawy nie chciał udzielać szczegółowych informacji – przekazał jednak naszemu dziennikarzowi jedną optymistyczną wiadomość.

Zamierzamy wymienić załogę, która pozostała na statku – podał Dustin Eno.

Nie ujawnił konkretnego terminu – zapewnił natomiast, że dziewięciu marynarzom, którzy pozostali na pokładzie, nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Statek znajduje się na bezpiecznym akwenie, poza zasięgiem porywaczy.

„Statystycznie takie sytuacje rozwiązywane są średnio w ciągu miesiąca”
O schemat działań w sytuacji porwania statku czy samych marynarzy Bogdan Frymorgen pytał Jake’a Longwortha – analityka z londyńskiej firmy konsultingowej, która zajmuje się analizą ryzyka porwań przez piratów i często pomaga armatorom w tego typu sytuacjach.

Wbrew powszechnemu przekonaniu lokalne władze najczęściej nie uczestniczą w negocjacjach z porywaczami. Armator powierza te sprawy firmom konsultingowym, które mają w takich sytuacjach doświadczenie – powiedział naszemu korespondentowi Longworth.

Na pytanie, czy sukces takich negocjacji zależy od wypłacenia piratom okupu, odpowiedział jednak wymijająco.

Na ten temat nie mogę się wypowiadać. Ale wiadomo, że porywaczom chodzi o pieniądze – stwierdził.

Mogę natomiast powiedzieć, że statystycznie takie sytuacje rozwiązywane są średnio w ciągu miesiąca – ujawnił.

Analityk podał również, że „do dnia dzisiejszego nigeryjscy piraci porwali w tym roku 68 marynarzy: 15 jest przetrzymywanych, reszta została zwolniona”.

Do porwania z pokładu Pomerenia Sky 11 marynarzy doszło w sobotę około godz. 4 nad ranem. Statek płynął z Angoli do nigeryjskiego portu Omme. Gdy znajdował się około 60 mil morskich od wybrzeża, podpłynęły do niego dwie motorówki. Porywacze wdarli się na pokład i sterroryzowali załogę, która zdążyła jednak nadać przez radio komunikat o problemach.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Włochy: Kary dla oprawców Polaków w Rimini utrzymane

Sąd apelacyjny w Bolonii zdecydował o utrzymaniu wyroku 16 lat więzienia dla sprawcy napaści na dwoje Polaków w 2017 roku w Rimini na północy Włoch, Kongijczyka Guerlina Butungu. Sąd odrzucił apelację złożoną przez obronę skazanego, która wnosiła o uniewinnienie.

Dwoje młodych Polaków, turystów zaatakowanych w nocy na plaży – zgwałconą i pobitą kobietę oraz ciężko zranionego mężczyznę – reprezentował na rozprawie w Bolonii adwokat Maurizio Ghinelli. Jest on również pełnomocnikiem władz miasta Rimini, które jest stroną poszkodowaną w procesie.

Przed rozprawą mecenas Ghinelli wysłał do sądu odpowiedź na apelację złożoną przez obronę Butungu, w której podkreślił, że motywy zaskarżenia wyroku, wydanego w Rimini przed prawie rokiem są niespójne i bezpodstawne, zwłaszcza – jak zaznaczył – wobec tego, jakim okrucieństwem wykazał się napastnik i trzech jego nieletnich wspólników z gangu.

Obrona domagała się odrzucenia wyroku w całości twierdząc, że Butungu nie uczestniczył w napaści, gdyż zasnął na plaży po spożyciu alkoholu. Jako powody wskazywała także między innymi młody wiek skazanego i jego trudną przeszłość w kraju pochodzenia.
Źródło info i foto: onet.pl

Ponowny proces Guerlina Butungu. Brutalnie zgwałcił Polkę na plaży w Rimini

W Bolonii we Włoszech rozpocznie się proces apelacyjny Guerlina Buntungu, Kongijczyka, który był jednym z czterech sprawców brutalnego ataku na parę polskich turystów w Rimini latem 2017 roku. Obrońcy wnioskują o uniewinnienie 21-letniego obecnie Kongijczyka lub zmniejszenie kary. Wskazują, że miał traumatyczne dzieciństwo i młodość.

Argumentują, że padł ofiarą fałszywych zeznań i zmowy trzech pozostałych członków ataku – dwóch synów marokańskich imigrantów i Nigeryjczyka. Zostali oni skazani w lutym tego roku przez sąd dla nieletnich w Bolonii na 9 lat i 8 miesięcy więzienia. Sąd apelacyjny potwierdził ten wyrok.

Reprezentujący w procesie Polaków i miasto Rimini mecenas Maurizio Ghinelli powiedział Polskiemu Radiu, że będzie domagał się utrzymania kary. Przypomniał, że sąd pierwszej instancji w Rimini odrzucił wskazywane przez obronę Buntungu okoliczności łagodzące.

Proces odbędzie się w trybie przyśpieszonym za zamkniętymi drzwiami.
Źródło info i foto: TVP.info