Porwanie 10-latka w Gdyni. Belgijski sąd rodzinny wydał wyrok, że Ibrahim ma zostać w Belgii z ojcem

Prokuratura w Antwerpii informuje, że belgijski sąd rodzinny w październiku 2018 roku wydał wyrok, na mocy którego 10-letni Ibrahim miał zostać w Belgii z ojcem, a nie z matką, która wyjechała z nim do Polski. Taką informację przekazał korespondentce RMF FM Katarzynie Szymańskiej-Borginion rzecznik prokuratury Kristof Aerts. Pani Karolina, matka uprowadzonego chłopca, twierdzi jednak coś innego. „On (ojciec – red.) nie ma żadnych praw, ma wyrok sądu z 2017 roku, gdzie zostały mu wszelkie prawa odebrane. Ja jestem jedyną osobą, która ma prawo opieki nad dzieckiem” – mówiła wcześniej dziennikarzom. 10-letni Ibrahim miał zostać uprowadzony przez ojca, Marokańczyka Azeddine’a Oudrissa w niedzielę wieczorem w Gdyni. W związku z porwaniem dziecka w poniedziałek rano ogłoszono Child Alert.

„Decyzją sądu rodzinnego w Antwerpii z 15 października 2018 roku Ibrahim miał zostać z ojcem w Belgii, a nie z matką, która wyjechała z dzieckiem do Polski. Informacja, jakby ojciec został pozbawiony praw rodzicielskich na tę chwilę nie jest prawdziwa. Więcej informacji w tej sprawie nie mogę podać” – to komunikat rzecznika prokuratury w Antwerpii Kristofa Aertsa, nadesłany do biura brukselskiej korespondentki RMF FM Katarzyny Szymańskiej-Borginion.

„Jedyny wyrok, jaki znam, to wyrok z 2017 roku przyznający mi pełnię praw. O żadnym innym wyroku nic nie wiem, dowiaduję się teraz” – mówi z kolei pani Karolina, matka 10-latka.

Z mediów społecznościowych i od Polaków z Belgii wiemy, że wnuczek był widziany na spacerze w Antwerpii. Z tego wynika, że ojciec nie specjalnie się ukrywa – powiedział z kolei dziadek chłopca pan Kazimierz.

We wtorek polskie Ministerstwo Sprawiedliwości zwróci się do resortu sprawiedliwości Belgii z prośbą o dokumentację, dotyczącą wszystkich orzeczeń i postanowień sądowych związanych z zaginionym 10-letnim Ibrahimem. Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik przyznaje w rozmowie z reporterem RMF FM Michałem Dobrołowiczem, że w tej sprawie powstało wiele różnych wersji dotyczących między innymi władzy rodzicielskiej.

Tymczasem pani Karolina, mama uprowadzonego 10-latka twierdzi, że ma pełnię praw do opieki nad synem. Mam wyrok belgijskiego sądu, który przyznaje mi pełnię praw do opieki nad dzieckiem – powiedziała dziennikarzom.

Zdaniem kobiety, jej były partner uciekł z synem do Belgii, gdzie jako obywatel Maroka mieszkał od dziecka. Jak podkreśliła, próbowała bronić syna, ale została pobita, a mężczyzna odebrał jej dziecko siłą.

O decyzji belgijskiego sądu rodzinnego z października 2018 roku jako pierwszy informował portal Polsat News.

Kobieta twierdzi, że została pobita, a dziecko uprowadzone przez ojca

Do tego zdarzenia doszło w niedzielę wieczorem w Gdyni przed blokiem przy ul. Ledóchowskiego. Zaparkowałam auto, wyszłam z synem. Jak staliśmy pod klatką, to ten człowiek zaczął mnie bić, wyrwał mojego syna, który bardzo płakał, krzyczał: „Mamo, pomóż mi”. Podbiegłam do tego samochodu, on się ze mną zaczął szarpać – opisała zdarzenia kobieta.

Opowiedziała też dziennikarzom o rozmowie ze swoim synem. Zadzwonił do mnie mój były partner, rozmawiałam z synem, jest on bardzo spokojny, prawdopodobnie został mu podany jakiś środek uspokajający – przekazała. Musieliśmy ze sobą rozmawiać w języku niderlandzkim, bo on nie miał żadnego tłumacza. Moje dziecko powiedziało, że jest wszystko dobrze i że tata miał mu dać jeść i pytał się, czy po niego przyjadę – opisała.

Child Alert po raz czwarty w Polsce

W związku z uprowadzeniem 10-letniego Ibrahima w poniedziałek rano ogłoszono Child Alert – system wsparcia poszukiwań, umożliwiający rozpowszechnienie wizerunku chłopca w mediach.

Matka Ibrahima skrytykowała polskie służby za zbyt opieszałe działanie. Tak jak zostałam potraktowana przez funkcjonariuszy, tego się po prostu nie da odpisać. Wiedziałam, że mój były partner chce go wywieźć z Polski. Policjanci powiedzieli mi, że Child Alert był trzy razy zrobiony w Polsce i to się nie kwalifikuje, nie ma na to szansy. Ja o to zabiegałam od samego początku. Wiedziałam, że on się kieruje do granicy polsko-niemieckiej, żeby ją przekroczyć i żeby dostać się do Belgii – powiedziała.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Porwanie 10-latka w Gdyni. To matka dziecka złamała prawo i wywiozła Ibrahima do Polski?

Do szokujących informacji z prokuratury w Antwerpii dotarła Dorota Bawołek, korespondentka telewizji Polsat News w Brukseli. Według jej relacji, to matka Ibrahima złamała prawo, wywożąc go do Polski. Belgijski sąd rodzinny w październiku 2018 r. wydał wyrok, na mocy którego dziecko miało zostać w Belgii z ojcem, a nie z matką w Polsce. Taką informację podano w serwisie polsatnews.pl.

Według prokuratury w Antwerpii, informacja o tym, że ojciec dziecka jest pozbawiony władzy rodzicielskiej „nie jest prawdziwa”.

– W świetle przekazanych przez Polsat News informacji, jestem gotowy wystąpić do belgijskiego ministra sprawiedliwości o informację, co w tej sprawie działo się w tym kraju – powiedział na antenie Polsat News Michał Wójcik, wiceminister sprawiedliwości.

Matka chłopca twierdzi z kolei, że nic nie wie o wyroku sądu z 2018 roku.

Przypomnijmy, 10-letni Ibrahim został uprowadzony w niedzielę w godzinach wieczornych. Procedura Child Alert została uruchomiona w poniedziałek około godziny 7 rano. Ibrahim ma ok. 150 cm wzrostu, włosy koloru ciemny brąz czesane do góry, oczy brązowe. W chwili porwania chłopiec ubrany był w kurtkę ortalionową koloru pomarańczowego, białą bluzę z wizerunkiem Kaczora Donalda, jasne jeansy ze ściągaczami przy nogawkach oraz czarne buty z odblaskowymi elementami.

Osoby posiadające jakiekolwiek informacje mogące przyczynić się do odnalezienia dziecka i zatrzymania sprawcy porwania, proszone są o kontakt telefoniczny na specjalnie uruchomioną bezpłatną infolinię alarmową 995 lub z najbliższą jednostką Policji.
Źródło info i foto: se.pl

Ciało Dawida Ż. odnaleziono po 10 dniach poszukiwań. Zamordował go ojciec. Znamy wyniki sekcji

Dawidek Ż. zaginął 10 lipca 2019 roku. Przez kolejne dni cała Polska żyła nadzieją, że chłopiec odnajdzie się cały i zdrowy. Po 10 dniach poszukiwań odnaleziono ciało Dawidka. Chłopca zamordował jego własny ojciec Paweł Ż., który następnie odebrał sobie życie. Prokuratura otrzymała właśnie wyniki badań toksykologicznych i sekcji zwłok Dawidka. Ojciec zadał chłopcu aż 11 ran! Z naszych informacji wynika, że Dawidek nawet się nie bronił. Jak dowiedział się Fakt24, morderca nie był pod wpływem alkoholu.

– Dysponujemy już opinią końcową biegłych. Wynika z niej, że na ciele chłopca było 11 ran kłutych klatki piersiowej i brzucha – powiedział w rozmowie z Fakt24 prokurator Łukasz Łapczyński z warszawskiej prokuratury okręgowej. – Przyczyną śmierci był wstrząs krwotoczny, do którego doszło w wyniku zadanych obrażeń – mówił Łapczyński. Prokuratura dysponuje również wynikami badań toksykologicznych. – W organizmie chłopca nie wykryto substancji odurzających, ani innych środków, które mógłby mu podać ojciec – powiedział Łapczyński, co wyklucza scenariusz, iż ojciec odurzył chłopca, by ulżyć jego cierpieniu.

To o tyle szokujące, że na – jak ustalił Fakt24 – na ciele chłopca nie znaleziono ran obronnych, czyli takich, które wskazywałyby na to, że chłopiec bronił się przed zadawanymi ciosami! – Faktycznie, nie było informacji o ranach o charakterze obronnym – potwierdził prokurator Łapczyński.

Prokuratura posiada również informacje, dotyczące stanu trzeźwości ojca. – Z opinii biegłych nie wynika, żeby Paweł Ż. był pod wpływem alkoholu w momencie śmierci – powiedział Fakt24 Łapczyński. Na informacje dotyczące tego, czy był pod wpływem innych używek, będzie jeszcze trzeba poczekać.

Śmierć Dawidka

Tragedią, która rozegrała się w Grodzisku Mazowieckim, wstrząsnęła cała Polską. 10 lipca 2019 roku o godzinie 17.00 Paweł Ż., odebrał swojego syna Dawida od dziadków. Miał on odwieźć Dawidka do jego matki Julii, z którą był w separacji. Dawidek nie wrócił już do domu. Cztery godziny po odebraniu syna od dziadków, 32-letni Paweł Ż. rzucił się pod pociąg. Około północy kobieta zgłasza zaginięcie chłopca, pokazując policji SMS-a o treści „nigdy nie zobaczysz już syna”, którego przed śmiercią wysłał jej mąż. Przez ponad tydzień cała Polska szukała Dawidka. Były to największe policyjne poszukiwania w historii. Szukano go z powietrza, na lądzie i w wodzie. Przeczesano teren o powierzchni ponad 4 tysięcy hektarów. Wykorzystywano śmigłowce i psy tropiące. Ciało chłopca znaleziono 20 lipca.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zatrzymano poszukiwanego obywatela Uzbekistanu. Przywłaszczył sobie auta o ogromnej wartości.

Obywatel Uzbekistanu był poszukiwany przez litewski wymiar sprawiedliwości. 36-latek od kilku lat mieszkał w Niemczech. Zatrzymany został przez funkcjonariuszy Straży Granicznej na przejściu w Grzechotkach (woj. warmińsko-mazurskie). Mężczyzna przywłaszczył sobie auta o ogromnej wartości.

Funkcjonariusze Straży Granicznej na przejściu w Grzechotkach zatrzymali obywatela Uzbekistanu poszukiwanego europejskim nakazem aresztowania. Cudzoziemiec przywłaszczył sobie auta o szacunkowej wartości 67 tys. euro. Z Placówki Straży Granicznej w Grzechotkach cudzoziemiec został przekazany policjantom. Mówi Mirosława Aleksandrowicz, rzecznik prasowy Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Straży Granicznej.

– „Mężczyzna stawił się do odprawy granicznej na kierunku wjazdowym do Polski 31 stycznia. W trakcie kontroli funkcjonariusze straży granicznej ustalili, że obcokrajowca mieszkającego w Berlinie od 5 lat poszukuje litewski wymiar sprawiedliwości. Okazało się, że 36-latek na terenie Niemiec obiecał sprzedać Audi Q7 i zarejestrować Audi A6, należące do obywatela Litwy. W rezultacie jednak obywatel Uzbekistanu wraz z powierzonymi mu pojazdami zniknął”.
Źródło info i foto: se.pl

Ilu skazanych ułaskawił obecny prezydent?

Jeszcze żaden prezydent nie korzystał z prawa łaski tak ostrożnie, jak obecny. Zrobił to tylko 83 razy – pisze piątkowa „Rzeczpospolita”. Lech Wałęsa ułaskawił 3454 osoby, Aleksander Kwaśniewski w ciągu obu kadencji – 4288, Lech Kaczyński 201 osób, a Bronisław Komorowski 360 – podaje gazeta.

„Jan Śpiewak, który przyczynił się do ujawnienia afery reprywatyzacyjnej w stolicy, został skazany za zniesławienie jednej z jej rzekomych bohaterek. Stara się o ułaskawienie u Andrzeja Dudy, w Kancelarii Prezydenta trwają procedury w tej sprawie. Jeśli dojdzie do ułaskawienia, będzie to jeden z najgłośniejszych przypadków podczas prezydentury Dudy, jednak statystyk to znacząco nie zmieni. Kadencja Dudy powoli się skończy i już wiadomo, że będzie najmniej łaskawym z dotychczasowych prezydentów. Po prawo łaski sięgnął tylko 83 razy” – czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Jak pisze dziennik, takie wnioski płyną z przeprowadzonej przez „Rzeczpospolitą” analizy komunikatów w sprawie ułaskawień, które zamieszcza w sieci Kancelaria Prezydenta. „Obliczyliśmy nie tylko liczbę przypadków prawa łaski, ale również jego odmów. Było ich 482. To, jak surowym prezydentem jest Duda, widać, zestawiając go z poprzednikami. Lech Wałęsa ułaskawił 3454 osoby, a Aleksander Kwaśniewski w ciągu obu kadencji – 4288. O wiele wstrzemięźliwiej z prawa łaski korzystali kolejni prezydenci: Lech Kaczyński (201 przypadków) i Bronisław Komorowski (360)” – napisano.

„Rz” pisze, że z komunikatów na stronie prezydenta wynika, iż korzystając z prawa łaski, prezydent kieruje się najczęściej względami humanitarnymi, przykładowo pogorszeniem stanu zdrowia skazanego. „Nie zawsze ułaskawienie jest darowaniem kary w całości, lecz może przykładowo mieć postać jej warunkowego zawieszenia” – czytamy.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Kradzież pieniędzy operacyjnych w CBA. Bejda podał się do dymisji

Z centrali antykorupcyjnej służby zniknęło 10 mln zł, połowa w gotówce. Lecą głowy.

W ostatnich dniach 2019 r., kiedy cała Polska była na świętach, pod centralę Centralnego Biura Antykorupcyjnego zajechała pancerna furgonetka, żeby odebrać z gotówkę jaka została w funduszu operacyjnym, niewykorzystana przez funkcjonariuszy. Praktyka jest taka, że na początku roku CBA odbierają z NBP pieniądze na operacje zaplanowane na najbliższe miesiące. Część trafia na różne konta, część wypłacana jest w gotówce na wydatki, które nie powinny po sobie zostawić śladu. Agenci z terenowych delegatur przyjeżdżają pobrać pieniądze na konkretne akcje, a na koniec roku zdają to co zostało. Z rocznego rozliczenia wynikało, że w kasie biura na koniec 2019 r. powinno zostać kilka milionów nadwyżki. Rozliczeniami pieniężnymi zajmowała się agentka CBA, pracownica z kilkuletnim stażem.

Po wejściu do budynku agenci z konwoju zauważyli, że punkt kasowy jest otwarty, a w kasie nie ma gotówki. Natychmiast zadzwonili do kasjerki z pytaniem co stało się z pieniędzmi, ta jednak odpowiedziała, że są święta i zajmuje się dziećmi. To samo agenci usłyszeli podczas wizyty w domu pracownicy CBA.

Afera na koniec kadencji

Wrócili do centrali z niczym. W biurze została uruchomiona procedura sprawdzająca, która wykazała brak co najmniej 5,5 mln zł w gotówce.

– Zaczęły się gorączkowe telefony i rozmowy, bo stało się jasne, że nie mamy do czynienia ze zwykłą malwersacją, jednorazową akcją, ale z zaplanowanym procederem, realizowanym przez dłuższy czas. 5 mln zł w gotówce to masa pieniędzy o wadze kilkudziesięciu kilogramów, które można spakować do furgonetki. Wszystko wskazuje na to, że pieniądze były porcjami wynoszone z CBA w torbie – mówi osoba zbliżona do resortu spraw wewnętrznych, zastrzegając sobie anonimowość.

Fakt, że nikt nie zauważył jak pracownica metodą na mrówkę wynosi pieniądze to jedno. Drugie pytanie dotyczy zasad i skrupulatności rozliczeń w CBA i kontroli nad przepływami finansów, bo manko na kilka milionów to nie pomyłka w sklepowej kasie na kilkadziesiąt złotych.

Konfuzja w centrali CBA była tym większa, że to nie pierwsze manko w funduszu operacyjnym. W połowie 2019 r. też zniknęły z niego pieniądze – milion złotych, który miał zostać przeznaczony na okup. Pieniądze w trakcie operacji wyparowały.

I najważniejsza kwestia: do malwersacji doszło na miesiąc przed upływem kadencji Ernesta Bejdy, szefa CBA. W kierownictwie biura jest od 2015 r., przez pierwszy rok w randze p.o. szefa, a od 2016 r. jako pełnoprawny szef. CBA to jego dziecko. Zakładał biuro wspólnie z Mariuszem Kamińskim i w latach 2006-09 był jego zastępcą w nowo utworzonej jednostce.

Jeszcze kilka miesięcy temu nie było jasne, czy będzie się on ubiegał o kolejną kadencję. Ernest Bejda jest prawnikiem, typem naukowca, nie funkcjonariusza służb i w związku z brakiem poważniejszych sukcesów na koncie wydawało się, że po skończeniu służby poszuka zatrudnienia gdzie indziej. Nasi rozmówcy wskazują jednak, że niedawna akcja CBA, które wezwało w mediach społecznościowych do informowania o przypadkach korupcyjnych z udziałem Tomasza Grodzkiego, marszałka senatu wskazuje, że Ernest Bejda postanowił zdobyć punkty w obozie władzy przed zbliżającymi się wyborami na kolejną kadencję. Szefa CBA powołuje i odwołuje premier po zasięgnięciu opinii prezydenta, kolegium ds. służb specjalnych i sejmowej komisji ds. służb specjalnych.

Według naszych źródeł, afera z kasą z funduszu operacyjnego z każdym dniem stawała się coraz poważniejsza. Nasi rozmówcy twierdzą, że podejrzani o wyprowadzenie gotówki z centrali odmówili współpracy i wskazania miejsca, gdzie pieniądze zostały zdeponowane. W mediach pojawiła się informacja, że pracownica CBA, odpowiedzialna za kasę wydała pieniądze na gry hazardowe a Prokuratura Krajowa zabezpieczyła część funduszy na rachunku jednego z internetowych bukmacherów. Nasze źródła kwitują te doniesienia krótko: „fake news”.

Główny problem centrali CBA polega na tym, że nie wiadomo na co pieniądze poszły, czy główni podejrzani zorganizowali cały proceder, czy są jedynie uczestnikami większej akcji.

10 mln zł a nie 5 mln

Jak na razie poleciały pierwsze głowy. W czwartek szef CBA zwolnił szefa pionu finansowego oraz szefa pionu bezpieczeństwa wewnętrznego. Dymisje świadczą o wadze sprawy i powadze sytuacji. Obydwaj dyrektorzy to ważne postacie CBA i bliscy współpracownicy Ernesta Bejdy.

Z naszych informacji wynika, że sprawy zaszły tak daleko, iż poświęcono ludzi bezpośrednio odpowiedzialnych za brak nadzoru oraz przeoczenie przestępczego procederu, licząc że to przetnie trudny temat. Nie wystarczyło. W piątek kolejne media (najpierw Onet, potem Polska The Times) zaczęły pisać o manku w CBA i o sprawie zrobiło się głośno.

Nasze źródła twierdzą, że najnowsze ustalenia kontrolne wskazują na znacznie większą lukę w finansach niż pierwotnie się wydawało. Możliwe, że skala malwersacji jest prawie dwukrotnie większa i wynosi około 10 mln zł. Takie mają być wnioski z audytu finansowego przeprowadzonego w biurze po ujawnieniu manka w kasie. Przy czym połowa tej kwoty to gotówką, która zniknęła z funduszu operacyjnego. Druga połowa to nieprawidłowości do jakich mało dojść we wcześniejszym okresie.

W świetle tych ustaleń Ernest Bejda, jak twierdzą nasze źródła, miał złożyć dymisję na ręce Mariusza Kamińskiego, ministra spraw wewnętrznych. Rezygnacja nie została przyjęta.

Nie udało nam się uzyskać żadnej odpowiedzi na szereg pytań zadach w tej sprawie od biura prasowego CBA.
Źródło info i foto: pb.pl

Chiński narkobiznes rozkwitał w Polsce. Przemycali ogromne ilości narkotyków

Polskie macki chińskiej triady. Jak dowiedzieli się reporterzy śledczy RMF FM – Sun Yee On, największa organizacja przestępcza w Chinach, miała w naszym kraju ludzi, którzy zajmowali się przemytem narkotyków na wielką skalę. Środki odurzające z Europy Zachodniej przez Polskę trafiały głównie do Australii. Osoby te organizowały też przemyt do Polski transportów kokainy z Kolumbii. Chodzi o setki kilogramów tego narkotyku.

W śledztwie przewija się m.in. nazwisko Tse Chi-Lop. To urodzony w Kanadzie Chińczyk, najbardziej poszukiwany człowiek w Azji, domniemany szef syndykatu Sam Gor. Odpowiada on za przemyt narkotyków o wartości kilkudziesięciu miliardów dolarów. Tylko w ciągu roku. Według śledczych, Tse Chi-Lop to „ta sama liga”, co El Chapo – słynny meksykański boss narkotykowy, czy Pablo Escobar – zwany królem kokainy.

Polski wątek sprawy

Informacje w sprawie polskiego wątku tej międzynarodowej afery przemytniczej Centralne Biuro Śledcze Policji z Bieska Białej uzyskało od policji australijskiej. Tamtejsze organy ścigania prowadziły postępowanie w sprawie syndykatu zajmującego się importem substancji psychotropowych z Europy do Australii.

Na tej podstawie Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej wszczął śledztwo. Ustalono, że w zorganizowanej grupie na terenie Śląska działali Igor D., Tomasz N. oraz Czesław M. W sprawie pojawia się również obywatel Czech Zbigniew M. oraz nieustalone na razie osoby działające w Wielkiej Brytanii, Holandii, a także w Chinach, m.in. w Hongkongu i Makao. Ich pseudonimy to Old Guy, Old Belgium Guy, Jack Sparrow, czy Dandi.

Łącznikiem polskich członków grupy z mocodawcami z Chin miał być Tomasz N. To on miał dostawać szczegółowe informacje na temat dostawców środków odurzających. Igor D. odpowiadał – jak twierdzą śledczy – za logistykę – wynajmował firmy, magazyny, organizował transport i wymyślał sposoby na przemyt znacznych ilości narkotyków.

Z kolei techniczne sprawy, związane m.in. z ukryciem przemyconych substancji w Czechach i na Śląsku, zlecano Zbigniewowi M.

Początek: Trefny płyn do naczyń

Październik 2014 rok. 23-letni wówczas Igor D. oraz 29-letni Tomasz N. spędzają wakacje na Filipinach. Tam zapada decyzja o współpracy w handlu narkotykami. Obaj mężczyźni ustalają szczegóły zakupu i transportu do Europy ponad 1000 litrów Safrolu – prekursora służącego do produkcji MDMA, czyli ekstazy. Substancja z Laosu przez Wietnam, a dalej statkiem do Włoch, miała trafić do Czech. Stamtąd planowano przewieźć ją do Holandii. W Laosie Safrol wlano do 5-litrowych butelek z oznaczonych jako płyn do mycia naczyń. Pojemniki umieszczono w transporcie, który przewoził prawdziwy środek myjący.

Polacy cały czas mieli kontakt z rezydującym w Hongkongu mężczyzną o pseudonimie Old Guy. Półprodukt trafił najpierw do magazynów na północy Czech, a następnie został przetransportowany do garaży w Katowicach i Zawierciu. W trakcie śledztwa to tam funkcjonariusze odnaleźli substancję.

Patent na aluminiowe rurki

Przemyt do Holandii nie udał się, ale Chińczycy zaproponowali Polakom udział w dostawach MDMA z Europy do Australii. 60 kilogramów substancji w dwumetrowej drewnianej skrzyni, wiosną 2015 roku dotarło z Holandii do Czech w transporcie części samochodowych. Grupa szukała metody na bezpieczne przesłanie towaru do Australii, gdzie znaleziono odbiorcę.

Towar został ukryty w aluminiowych rurkach. Wykorzystany ołów miał uniemożliwić prześwietlenie kontrabandy przez celników. Rurki zrobione w Tychach i napełnione MDMA w transporcie legalnego aluminium z Włoch popłynęły do Australii. Narkotyki odebrali ludzie związani z Chińczykami o pseudonimach Old Guy, Old Belgium Guy i Jack Sparrow. To był pierwszy poważny zarobek Igora D. i Tomasza N. Za udany przemyt dostali ćwierć miliona euro.

Australijska wpadka

Pierwszy sukces sprawił, że Chińczycy zaproponowali kolejny przerzut MDMA z Holandii do Australii – tym razem chodziło już o pół tony substancji. Ponownie skorzystano z metody aluminiowych rurek. Zostały wypełnione środkami odurzającymi i popłynęły do Australii. Dotarły tam w październiku 2016 roku. Wtedy zaczęły się problemy. Z interesu wycofała się firma, która miała odebrać aluminium. Poszukiwano kolejnej spółki.

W Polsce wpadł współpracujący z grupą Czech Zbigniew M. W Australii nie było zaufanej osoby, by otworzyć przesyłkę. Tomasz N. w Hongkongu i Makau spotkał się przedstawicielami szefostwa syndykatu. Ustalono nowe miejsce odbioru pół tony narkotyków. W tym czasie jednak australijska policja prowadząca akcję „Ingenika” namierzyła i przejęła kontrabandę. Zatrzymała też dwóch Chińczyków.

Pięć dolarów

Wiosną 2016 roku „Jack Sparrow”, przedstawiciel chińskiej mafii, zlecił Igorowi D. i Tomaszowi N. zorganizowanie przemytu do Australii pół tony kokainy z Ameryki Południowej. Polacy odpowiadali za logistykę. W Brazylii w Rio de Janeiro wynajęli magazyn. W Sao Paulo poznali córkę plantatora kawy. Zamierzali podjąć współprace z producentem, żeby razem z kawą przemycać narkotyki.

Igor D. spotkał się też z osobami, które miały dostarczyć kokainę. Ostatecznie stanęło na tym, że będzie to 300 kilogramów. Przed spotkaniem Polak uwiarygodnił się przedstawiając banknot o nominale 5 dolarów z Hongkongu. Kontrahenci znali numery banknotu. Zapewnili, że narkotyki są gotowe do przewiezienia do magazynu. Po kilku dniach jednak kontakt z potencjalnymi dostawcami urwał się.

300 tysięcy euro łapówki

Sprawa przemytu kokainy nie została zakończona. Igor D. szukał w Ameryce Południowej dostawcy 150 kilogramów narkotyków. Miały trafić do Gdańska. W czerwcu 2018 roku wyleciał do Kolumbii. Najpierw w Bogocie spotkał się z ludźmi, którzy mieli dostęp do kokainy. Potem szukał dostawcy w Medellin, a następnie pojechał do Cartageny. Ostatecznie, narkotyki znalazł w Ekwadorze. Ruszyły one transportem drogą morską.

W Polsce Igor D. – według śledczych – znalazł człowieka, który miał załatwić bezproblemowe oclenie kontenera i odebranie go z portu. Mężczyzna miał znajomą, która pracowała w Urzędzie Celnym w Gdańsku. Za pomoc mężczyzny Igor D. miał zaoferować 300 tysięcy euro, zaliczka wynosiła 5 procent.

Ostateczna wpadka

Koniec sierpnia 2018 roku. Igor D. jedzie na spotkanie z człowiekiem, który miał odebrać 150 kilogramów kokainy ze statku płynącego do Gdańska. Okazuje się, że opisanego kontenera nie ma. Wyładowano go w niemieckim Bremerhaven. Mężczyzna stara się ustalić, jakie są losy transportu. 30 sierpnia w restauracji podczas spotkania z mężczyzną, który miał odebrać kontrabandę ze statku, zostaje zatrzymany przez policjantów.

Oskarżenie

Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej zakończył śledztwo w tej sprawie. Akt oskarżenia trafił już do sądu. Prokuratorzy chcą, by Igor D. odpowiedział za dwanaście zarzutów, Tomasz N. – za sześć. Czesław M. usłyszał trzy zarzuty. Jak dowiedzieli się reporterzy RMF FM, w toku postępowania nie udało się dokładnie ustalić danych personalnych osoby, która kierowała grupą przestępczą.

Podczas śledztwa skierowano jednak do Kanady wniosek o udzielenie międzynarodowej pomocy prawnej, której celem ma być potwierdzenie personaliów osoby wskazanej jako Tse Chi-Lop.

„El Chapo Azji”. Kim jest Tse Chi Lop?

Baron narkotykowy Tse Chi Lop jest obecnie najbardziej poszukiwanym przestępcą na świecie. Urodzony w Chinach Kanadyjczyk kieruje azjatyckim syndykatem. Jak do tej pory jest nieuchwytny. Jako ochroniarzy zatrudnia tajskich kick bokserów, lata tylko prywatnymi odrzutowcami, co nie przeszkadza mu wydać miliony euro w ciągu jednego wieczora w kasynie.

Współpracuje z innymi mafiami w regionie: japońską Yakuzą, gangami motocyklowymi w Australii i grupami przestępczymi w Azji Południowej.

Przypuszcza się, że w 2018 roku kierowany przez niego syndykat zarobił co najmniej 8 miliardów dolarów, ale są tacy, którzy twierdzą, że może to być nawet 17 miliardów dolarów.

Tse jest ścigany przez 20 agencji Azji, Ameryki Północnej oraz Europy. Operacji nadano kryptonim Kungur.
Źródło info i foto: interia.pl

Izraelczyk Arik Lederman uznany winnym napaści na polskiego ambasadora

65-letni Izraelczyk Arik Lederman został uznany za winnego oplucia polskiego ambasadora w Izraelu Marka Magierowskiego – informuje „The Times of Israel”. Mężczyzna się przyznał. W maju 2019 roku doszło w Tel Awiwie do incydentu z udziałem ambasadora Marka Magierowskiego. 65-letni Izraelczyk Arik Lederman otworzył drzwi samochodu dyplomaty i dwukrotnie go opluł. Mężczyzna utrzymuje, że nie wiedział, kto podróżuje autem. Lederman przyznał się do winy i poszedł na ugodę.

Do zdarzenia doszło w okresie wzmożonego sporu dyplomatycznego pomiędzy Izraelem i Polską. Jak informuje „The Times of Israel”, adwokat Izraelczyka twierdzi, że Arik Lederman udał się do polskiej ambasady, aby zapytać o restytucję mienia pozostałego w Polsce po Holokauście. Mężczyzna utrzymuje, że pracownik ambasady zwrócił się do niego w sposób obelżywy i odmówił mu wstępu. Członek personelu miał wypowiedzieć długie zdanie po polsku, w którym pojawiło się słowo „Żyd”. Jak podkreśla gazeta, nie jest jasne, czy Lederman mówi po polsku. Nagranie z monitoringu ambasady nie potwierdza wersji o tym, że pracownik obrażał 65-latka.

Jak czytamy w the „Jerusalem Post” po tym, jak odmówiono mu wejścia do ambasady, Izraelczyk miał iść po drodze przed siedzibą polskiego przedstawicielstwa. Jak twierdzi, podjechał do niego samochód i zatrąbił, co go przestraszyło. Mężczyzna zatrzymał samochód i zaczął uderzać w jego dach. Myślał, że w środku siedzą pracownicy ambasady. Okazało się jednak, że to sam ambasador.

Marek Magierowski zdecydował się uchylić okno i sfotografować agresywnego mężczyznę. Jak twierdzi, jedyne, co był w stanie zidentyfikować wśród krzyków Ledermana, to „polski, polski”. Izraelczyk otworzył drzwi i dwukrotnie splunął na ambasadora. Później miał się oddalić.

Po tym, jak Magierowski zawiadomił policję, mężczyzna został aresztowany. Jak informowała agencja Reutersa, Lederman usłyszał zarzut napaści i gróźb karalnych. Prezydent Andrzej Duda nazwał to zdarzenie antypolskim aktem, a premier Mateusz Morawiecki ksenofobicznym aktem agresji. Ostatecznie sąd uznał całe wydarzenie za awanturę drogową. W sprawie osiągnięta została ugoda, w ramach której prokuratura w zamian za przyznanie się do winy wycofała zarzut gróźb karalnych. Sąd poinformował, że gdyby nie fakt zaangażowania w zajście polskiego ambasadora, Izraelczyk nie zostałby aresztowany. Arik Lederman przyznał się do winy i przeprosił Magierowskiego. Ostateczna kara dla mężczyzny zostanie ogłoszona w późniejszym terminie.
Źródło info i foto: interia.pl

Szwecja: Stefan Michnik nie zostanie wydany Polsce

Sąd Rejonowy w Goeteborgu nie zgodził się na wydanie polskim władzom byłego stalinowskiego sędziego Stefana Michnika. Postanowienie zostało wydane bez udziału obu stron.

Sędzia Robert Eneljung przychylił się do wcześniejszej oceny szwedzkiej prokurator Ulriki Bentelius Egelrud, która oponowała przeciwko przewiezieniu Michnika do Polski. Śledcza zwracała uwagę na fakt, że sędzia legitymuje się szwedzkim obywatelstwem. Twierdziła również, że zarzucane mu czyny uległy przedawnieniu, w związku z czym nie ma podstaw, by zastosować Europejski Nakaz Aresztowania.

ENA ws. Michnika został wydany w listopadzie 2018 roku na wniosek IPN. Byłemu stalinowskiemu sędziemu zostało wówczas postawionych kilkadziesiąt zarzutów, w tym zbrodni sądowych. Chodzi m.in. o wydawanie wyroków śmierci na działaczach podziemia niepodległościowego na podstawie sfałszowanych dowodów. Miało do tego dochodzić w okresie od 27 marca 1951 roku do 20 listopada 1953 roku. Kilka lat wcześniej Michnik wstąpił do partii komunistycznej.

Poprzedni Europejski Nakaz Aresztowania ws. Michnika wydano w 2010 roku. Wówczas sąd w Uppsali również uznał, że zarzuty wobec sędziego uległy przedawnieniu. Szwedzka prokuratura wówczas nie odwołała się od tej decyzji.
Źródło info i foto: wp.pl

Tajlandia: Krzysztof Rutkowski szuka zaginionego Polaka

Poszukiwany to mieszkaniec Ełku – 26-letni Mateusz Juszkiewicz. W towarzystwie innych turystów, mężczyzna oraz jego 23-letnia dziewczyna, która pochodzi z Tajlandii, wybrali się na wycieczkę kajakową. Do tej pory nie wrócili z wyprawy. Para zaginęła w sobotę 7 grudnia 2019 roku. Brała udział w wyprawie kajakowej z plaży Ya Nui na wyspie Phuket w Tajlandii.

„Około godziny 18 warunki na morzu podczas opływania wyspy w pobliżu plaży pogorszyły się na tak złe, że brat z towarzyszącą mu dziewczyną nie mieli możliwości sterowania kajakiem. Prąd był za silny i ściągał ich na pełne morze” – czytamy w informacji zamieszczonej na facebookowym profilu Krzysztofa Rutkowskiego.

Na początku był jeszcze z nimi kontakt

Para miała zadzwonić do znajomych, towarzyszących im podczas wyprawy po Azji, by zawiadomić ich, że potrzebują pomocy.

„Znajomi w kajaku im najbliższym też mieli podobne problemy. Zostali pociągnięci przez przepływającą łódkę i dociągnięci do brzegu” – czytamy.

Ludzie, gdy tylko znaleźli się na plaży, zawiadomili osoby pracujące w wypożyczalni o tym, że Mateusz i jego towarzyszka mają problem z powrotem. Wysłano za nimi łódkę, niestety 26-latek i jego dziewczyna nie zostali odnalezieni.

Mówili, że „czekają na pomoc, że jest pięknie”

Warkan, bo tak ma na imię zaginiona kobieta, jest Tajką, więc nie mogła mieć problemu z tym, by porozumieć się z ratownikami. Kiedy jeszcze przebywali w kajaku, mieli wykonać ostatni telefon.

„Rozmawiali jeszcze ze spokojem z przyjaciółmi, że czekają na pomoc, że jest pięknie” – poinformował Rutkowski.

To był ostatni kontakt z zaginionymi. Kolejne próby połączenia się z Polakiem i Tajką nie przynosiły skutków.
Źródło info i foto: polsatnews.pl