Agenci CBA zatrzymali pięć osób w czterech województwach walcząc z „mafią lekową”

CBA zatrzymało pięć osób w śledztwie dotyczącym tzw. mafii lekowej – wywożenia leków z Polski za granicę – poinformowało CBA. Wcześniej w tej sprawie zatrzymano i postawiono zarzuty 11 osobom.

Temistokles Brodowski z wydziału komunikacji społecznej CBA potwierdził we wtorek w rozmowie PAP, że pięć osób związanych z podmiotami prowadzącymi ogólnodostępne apteki zatrzymali funkcjonariusze z białostockiej delegatury Biura. Do zatrzymań doszło w województwach: podlaskim, małopolskim, pomorskim i łódzkim.

– Prowadzimy czynności z zatrzymanymi, przeszukania ich mieszkań i miejsc pracy – powiedział Brodowski. Zaznaczył, że po zakończeniu działań trafią oni do Podlaskiego Wydziału Zamiejscowego ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Białymstoku. Prokuratura ma im postawić zarzuty.

Według śledczych zatrzymani działali w zorganizowanej grupie przestępczej nielegalnie handlującej lekami – wywieziono z Polski medykamenty o wartości 16 mln zł w latach 2017-18 z 38 aptek.

Odwrócony łańcuch dystrybucji leków

– Wszystko wskazuje na to, że zatrzymane przez CBA osoby współpracowały z rozbitą grupą przestępczą w ramach tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji leków. Z powiązanych z nimi aptek, na rzecz wskazanej grupy przestępczej, zbywane były w niemal hurtowych ilościach produkty lecznicze – powiedział Brodowski. Później – według śledczych – leki, które trafiły do hurtowni, były wywożone z Polski.

W maju 2018 r. CBA w tej sprawie zatrzymało 7 osób, a w marcu 2019 r. kolejne 4 związane z hurtowniami leków kooperującymi z rozbitą grupą przestępczą.

– Skupowane leki były w wykazie Ministerstwa Zdrowia, jako zagrożone brakiem dostępności na terenie Polski – m.in. przeciwnowotworowe, przeciwzakrzepowe, przeciwpsychotyczne oraz przeciwzapalne. Za granicą sprzedawano je za wyższą cenę, niż w Polsce.

Według śledczych sprawa nadal będzie się rozwiała – powiedział Brodowski.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Marek Falenta chce uniknąć polskiego więzienia

Obrońca zatrzymanego w Hiszpanii biznesmena Marka Falenty twierdzi, że jego klientowi może grozić niebezpieczeństwo w polskim zakładzie karnym. Zanim Falenta zostanie wydany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości, hiszpański sąd sprawdzi, czy obawy biznesmena są uzasadnione.

Przed tygodniem, po dwóch miesiącach unikania stawienia się w więzieniu, Marek Falenta został zatrzymany w Hiszpanii. Polskie władze od razu zapowiedziały, że zwrócą się o przekazanie Marka Falenty do Polski, aby mógł tutaj odbyć karę pozbawienia wolności.

– Nie ufa polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Otrzymaliśmy ewidentne ostrzeżenie, że grozi mu niebezpieczeństwo w zakładzie karnym – powiedział w rozmowie z dziennikiem adwokat Marek Małecki. Hiszpański sąd będzie teraz analizować, czy obawy Falenty są uzasadnione. Jeśli uzna, że tak, może wstrzymać wydanie biznesmena Polsce.

Zatrzymanie Marka Falenty

Marek Falenta został zatrzymany w Walencji 5 kwietnia. Mariusz Ciarka, rzecznik komendanta głównego policji mówił, że mężczyzna był zaskoczony pojawieniem się funkcjonariuszy.

– Miejsce jego pobytu wskazali polscy policjanci, którzy są na miejscu. Poprosiliśmy kolegów z policji hiszpańskiej, aby wraz z polskimi funkcjonariuszami dokonali zatrzymania – mówił rzecznik KGP.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Polscy kierowcy próbowali przemycić do WB irackiego migranta

Dwaj polscy zawodowi kierowcy ciężarówek zostali skazani przez sąd w Boulogne-sur-Mer na północy Francji na 14 miesięcy więzienia każdy za próbę przemytu irackiego migranta. Chcieli go przewieźć w ciężarówce z trumnami załadowanej na pociąg jadący pod Kanałem La Manche do Wielkiej Brytanii.

Polacy pojawili się 2 kwietnia na miejscu załadunku pociągu Eurostar, deklarując, że wiozą w ciężarówce puste trumny do Wielkiej Brytanii – powiedział agencji AFP prokurator z Boulogne-sur-Mer, Pascal Marconville, potwierdzając informację regionalnego dziennika „La Voix du Nord”.

Dzięki dokładnej kontroli „wykryto nielegalnego imigranta z Iraku, który znajdował się z jednej z trumien” – dodał.

Dwaj kierowcy, którzy zostali aresztowani, tłumaczyli, że nie wiedzieli, że mężczyzna był w pojeździe. Jednak „trumna nie była dostępna z zewnątrz, bez zdjęcia plomby i bez pomocy osoba leżąca w niej nie mogła wyjść” – powiedział Marconville.

Obu kierowców skazano za „pomoc cudzoziemcom o nieuregulowanym statusie, w transporcie (…) w niegodnych warunkach”.

– W tym przypadku istnieją okoliczności obciążające, ponieważ umieszczenie człowieka w trumnie w celach transportowych nie jest godne szacunku – skomentował prokurator.
Źródło info i foto: onet.pl

Marek Falenta musi zostać wydany w ciągu 100 dni od zatrzymania

Zgodnie z procedurami unijnymi ścigany musi zostać wydany lub zwolniony z aresztu w ciągu 100 dni od zatrzymania. Taką informację przekazał Sąd Okręgowy w Warszawie odnośnie sytuacji zatrzymanego w piątek w Walencji w Hiszpanii Marka Falenty.

Sąd Okręgowy w Warszawie, który 28 marca wydał za Markiem Falentą Europejski Nakaz Aresztowania (ENA) poinformował, że obecnie tłumaczony jest oryginał tego dokumentu na język hiszpański. Dodano, że sąd ma na to czas do 10 kwietnia. Posiedzenie w sprawie przekazania Falenty stronie polskiej wyznaczy sąd hiszpański.

„Zgodnie z procedurami unijnymi ścigany musi być wydany lub zwolniony z aresztu w państwie wykonującym ENA w maksymalnym terminie 100 dni od dnia zatrzymania” – informuje Sąd Okręgowy w Warszawie.

Sąd zaznacza przy tym, że po wydaniu przez sąd hiszpański postanowienia o przekazaniu Falenty do Polski możliwe są dwa scenariusze. W pierwszym przypadku – jeżeli ścigany wyrazi zgodę na wydanie go do Polski, jego przekazanie musi nastąpić w terminie trzy dni. Natomiast w przypadku gdy Falenta nie wyrazi zgody na przekazanie, wówczas musi ono nastąpić w terminie 10 dni od daty uprawomocnienia się postanowienia sądu hiszpańskiego. W takim wypadku termin na złożenie zażalenia wynosi trzy dni od ogłoszenia postanowienia.

W poniedziałek agencja Associated Press informowała, że Marek Falenta sprzeciwia się przekazaniu go do Polski. AP cytowała anonimowego przedstawiciela Sądu Najwyższego Hiszpanii, który potwierdził, że do czasu ekstradycji ujętego w piątek przez policję Falenty polski przedsiębiorca pozostanie w więzieniu w tym kraju.

Przedstawiciel SN ujawnił, że obrońcy Marka Falenty sprzeciwili się ekstradycji, a procedura przekazania go polskiemu wymiarowi sprawiedliwości może trwać nawet kilka miesięcy.

Z kolei „Rzeczpospolita” poinformowała we wtorek, że obrońcy biznesmena będą wstrzymywać jego ekstradycję do kraju do czasu rozpoznania kasacji od skazującego wyroku. Według informacji „Rz” hiszpański sąd już w przyszłym tygodniu może się zająć wnioskiem strony polskiej o jego wydanie.

„Zapowiada się na zaciętą batalię, bo – jak twierdzi nasze źródło – ‘Falenta jest w fatalnej kondycji psychicznej’, a jego obrońcy już opracowują strategię, jak zablokować przekazanie biznesmena do kraju” – czytamy w artykule.

Marek Falenta został skazany w 2016 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie na 2,5 roku więzienia, w związku z tzw. aferą podsłuchową. Wyrok uprawomocnił się w grudniu 2017 roku. Obrońcy Falenty złożyli kasację do Sądu Najwyższego, czekają także na decyzję prezydenta Andrzeja Dudy, do którego w styczniu ubiegłego roku trafił wniosek o ułaskawienie Falenty.

Ujawnione w tygodniku „Wprost” nagrania wywołały w 2014 r. kryzys w rządzie Donalda Tuska. Chodziło o nagrywane od lipca 2013 r. do czerwca 2014 r. na zlecenie Falenty w warszawskich restauracjach osoby z kręgów polityki, biznesu i funkcjonariuszy publicznych. Nagrano m.in. ówczesnych szefów: MSW – Bartłomieja Sienkiewicza, MSZ – Radosława Sikorskiego, resortu infrastruktury i rozwoju – Elżbietę Bieńkowską, prezesa NBP Marka Belkę i szefa CBA Pawła Wojtunika.

O tym, że Falenta ma odbyć zasądzoną mu karę 2,5 roku więzienia, zdecydował 31 stycznia Sąd Apelacyjny w Warszawie. Odrzucił tym samym zażalenia obrońców, którzy ubiegali się o odroczenie wykonania kary m.in. ze względu na stan zdrowia skazanego.

Falenta miał stawić się w zakładzie karnym w celu odbycia kary 1 lutego, ale nie zrobił tego. Od tamtego momentu ukrywał się i był poszukiwany w związku z nakazem doprowadzenia do aresztu śledczego, który trafił do jednego ze stołecznych komisariatów 6 lutego 2019 roku.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Hiszpania: Marek Falenta sprzeciwił się ekstradycji do Polski

Podczas rozprawy przed hiszpańskim sądem Marek Falenta sprzeciwił się ekstradycji do Polski. Biznesmen poszukiwany Europejskim Nakazem Aresztowania został w piątek zatrzymany nieopodal Walencji. Rzecznik hiszpańskiego Sądu Narodowego, który zajmował się sprawą ekstradycji Marka Falenty, poinformował, że do czasu decyzji w sprawie jego powrotu do Polski, biznesmen pozostanie w areszcie. 

Falenta podczas przesłuchania sprzeciwił się ekstradycji do Polski. Taka deklaracja nie oznacza, że do ekstradycji nie dojdzie, ale z pewnością przedłuży proces – może on potrwać od kilku tygodniu nawet do kilku miesięcy, a sprawa Falenty może zostać ponownie rozpatrzona. 

Groził skokiem z 9. piętra

Falenta został zatrzymany w piątek miejscowości Cullera, 50 kilometrów od Walencji. Miejscowe służby blisko współpracowały z polską policją od kiedy za skazanym wystawiono Europejski Nakaz Aresztowania. Dzięki wspólnym wysiłkom, Falenta został zlokalizowany w luksusowym mieszkaniu w Cullerze, gdzie – jak opisują służby – „dyskretnie mieszkał” wraz ze swoją partnerką.

Kiedy policja dotarła na miejsce, Falenta wszedł na balustradę i groził, że wyskoczy z balkonu na 9. piętrze. Ostatecznie udało się go odwieść od tego zamiaru.

Próba ucieczki przed więzieniem

Za zlecenie nagrywania rozmów polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach Marek Falenta został prawomocnie skazany w styczniu 2017 roku. Policja poinformowała sąd, że skazany nie został zatrzymany na podstawie listu gończego i opuścił terytorium Polski.

Obrońca Marka Falenty mówił, że nie wie, gdzie jest jego klient, ale składał do sądu kolejne wnioski w jego imieniu. Cały czas walczy o odroczenie wyroku w czasie. Pod koniec lutego pełnomocnik Falenty złożył wniosek o odroczenie wykonania kary pozbawienia wolności, ale sąd go odrzucił. 
Źródło info i foto: Gazeta.pl

30-latka kierowała gangiem sutenerów

Centralne Biuro Śledcze Policji rozbiło grupę sutenerów, którzy mieli czerpać korzyści z prostytucji świadczonej przez kobiety w Polsce i podczas zagranicznych wyjazdów. Gangiem kierować miała 30-letnia „Judith”. O zatrzymaniu pięciu osób związanych z grupą Judyty D. „Judith” poinformowała PAP w poniedziałek rzecznik CBŚP kom. Iwona Jurkiewicz.

„Na początku minionego tygodnia przeprowadziliśmy skoordynowane działania w Warszawie, Radomiu, Nowym Sączu, a także na terenie województwa śląskiego. W ramach akcji funkcjonariusze zatrzymali cztery kobiety i jednego mężczyznę. Jedna z podejrzanych została zatrzymana na warszawskim lotnisku, gdy wracała do kraju z jednego z państw w Europie Zachodniej” – podała rzecznik CBŚP.

Policjantów z biura śledczego wspierali funkcjonariusze z komend wojewódzkich w Radomiu, Krakowie, Katowicach i z Komisariatu Portu Lotniczego Warszawa-Okęcie.

Ustalenia prokuratury

Śledztwo w sprawie „działalności zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się m.in. czerpaniem korzyści majątkowych ze świadczonych przez kobiety na terenie kraju i za granicą usług seksualnych” nadzoruje Wielkopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Poznaniu.

Prokuratura ustaliła, że grupa, na której czele miała stać „Judith”, działała w latach 2015-2018 w Warszawie, Szczecinie, Sopocie, Poznaniu i Krakowie. Przestępcy mieli działać także za granicą, organizując wyjazdy kobietom świadczącym usługi seksualne, m.in. na Teneryfę, do Londynu, Mediolanu i do Belgradu.

„Członkowie grupy dopuścili się przestępstw polegających na nakłanianiu kobiet do uprawiania prostytucji, ułatwianiu kobietom uprawiania prostytucji, a następnie na czerpaniu korzyści majątkowych ze świadczonych przez kobiety usług seksualnych” – przekazał PAP Dział Prasowy PK.

Czym zajmowała się „Judith”?

Jurkiewicz podała, że Judyta D. miała zajmować się pozyskiwaniem klientów i ustalać stawki za usługi seksualne. Jej prawa ręka Grażyna N. pełniła funkcję księgowej, zajmowała się rozliczeniami z klientami i wypłatami pieniędzy dla prostytutek.

„Klientami byli między innymi zagraniczni biznesmeni, którzy za towarzystwo młodych kobiet byli gotowi zapłacić nawet równowartość kilku tysięcy złotych” – poinformowała rzecznik CBŚP. Według śledczych „Judith” werbowała Polki, Ukrainki i Białorusinki.

Judyta D. usłyszała zarzut kierowania gangiem sutenerów i zarzut udzielania narkotyków. Grozi jej do 10 lat więzienia. Pozostałe cztery osoby mają odpowiedzieć za czerpanie korzyści z nierządu, w tym trzy w ramach zorganizowanej grupy przestępczej.

Dwie osoby zostały tymczasowo aresztowane przez sąd, a pozostałe trzy prokurator objął poręczeniami majątkowymi i dozorami policji. Jedna osoba ma także zakaz opuszczania kraju i zbliżania się do określonych osób.

Postępowanie ma charakter rozwojowy, prokuratorzy nie wykluczają dalszych zatrzymań.
Źródło info i foto: interia.pl

O. Tadeusz Rydzyk idzie do sądu z byłym premierem

Na 4 marca Sąd Rejonowy w Toruniu wyznaczył termin rozpatrzenia zażalenia na decyzję prokuratury, która odmówiła ścigania byłego premiera Włodzimierza Cimoszewicza za krytyczne słowa na temat dotacji, jaką władze przyznały ojcu Rydzykowi.

Chodzi o muzeum dziejów chrześcijaństwa w Polsce. W czerwcu 2018 r. Ministerstwo Kultury na swojej stronie ogłosiło, że razem z założoną przez ojca Rydzyka fundacją Lux Veritatis poprowadzi muzeum.

Placówka zostanie zbudowana w Toruniu. Podatnicy w ciągu trzech najbliższych lat zapłacą za nią 70 mln zł. Placówka przedstawi m.in. bohaterstwo Polaków ratujących Żydów podczas II wojny światowej oraz życiorys Jana Pawła II.

O co poszło Cimoszewiczowi i Rydzykowi? O słowa byłego premiera z wywiadu, jakiego udzielił Wirtualnej Polsce. – Papież się w grobie przewraca, kiedy robią z niego złotego cielca. To jest skandal, żeby w takim sposób obchodzić się z człowiekiem, który miał zupełnie inne zasady i nigdy nie pogodziłby się z tym, żeby dla jego wizerunku wydawać takie pieniądze, zamiast przekazać je tym, którzy ich potrzebują – mówił Cimoszewicz.
Źródło info i foto: wp.pl

Polska i USA prowadzą wspólne śledztwo ws. chińskich wpływów w naszym kraju

Warszawa i Waszyngton prowadzą wspólne śledztwo ws. wpływów chińskich w Polsce – informuje „Wall Street Journal”. 11 stycznia polskie służby zatrzymały pracownika Huawei Weijinga W. i byłego oficera ABW Piotra D., podejrzanych o szpiegostwo na rzecz chińskiego wywiadu.

Jak donosi „WSJ”, śledztwo dotyczy m.in. wydarzeń w Wojskowej Akademii Technicznej, gdzie Piotr D. był wykładowcą. Weijing W. również odwiedził uczelnię w związku z konkursem organizowanym przez Huawei „Seeds fot the Future”. Najzdolniejsi studenci mogli w nim wygrać wycieczkę do Chin, w tym do głównej siedziby Huawei w Shenzhen.

Amerykańscy dziennikarze zaznaczają, że śledztwo w tej sprawie trwa już od co najmniej dwóch lat. W wyniku dochodzenia zwrócono uwagę na zwiększające się wpływy chińskie w Polsce, co mogło naruszyć bezpieczeństwo kraju. Szacuje się, że Huawei może posiadać nawet prawie 50 proc. polskiego rynku telekomunikacyjnego.

Chińczycy byli bardzo aktywni od lat – mówi jeden z polskich polityków w rozmowie z „Wall Street Journal”. Przesadą było danie im takiej wolności i przestrzeni do manewru – dodaje. Polscy i amerykańscy urzędnicy obawiają się, że Chiny mogły uzyskać dostęp do danych wywiadowczych udostępnianych Polsce. Pekin mógłby takie informacje przekazać do Moskwy.

Amerykanie teraz pracują nad planem, który miałby naprawić sytuację i wykluczyć chińskie firmy z Polski i innych europejskich krajów.

Według dziennikarzy „WSJ”, polskie służby utrzymują śledztwo w sprawie Piotra D. i Weijinga W. w tajemnicy, by nie prowokować Chin. Problematyczny będzie jednak proces, który z pewnością będzie głośny. Cały świat będzie się przyglądał, gdyż zawsze były plotki o działaniach Huawei, ale nigdy nie było dowodów. Przynajmniej Amerykanie nigdy żadnych nie zaprezentowali – powiedział polski polityk w rozmowie z „Wall Street Journal”.

Polskie służby sprawdzają teraz, kto zasiadający na wysokich rządowych stanowiskach mógł mieć powiązania z Chinami. Wywiad sprawdza także działalność Piotra D. w państwowych instytucjach – mężczyzna pracował w przeszłości w MSWiA i w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Piotr D. to były wiceszef Departamentu ds. Bezpieczeństwa Teleinformatycznego w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Odszedł w związku z tzw. infoaferą, dotyczącą korupcji przy przetargach informatycznych. Miał dostęp do kluczowych informacji, np. o Sieci Łączności Rządowej, wewnętrznym systemie pozwalającym na przekazywanie tajnych informacji najważniejszym osobom w państwie.

Weijing W. jest z kolei absolwentem Pekińskiego Uniwersytetu Studiów Zagranicznych, uważanego za kuźnię kadr chińskiego wywiadu. Studiował polonistykę. Od 2006 roku pracował w konsulacie Chińskiej Republiki Ludowej w Gdańsku, a w 2011 roku został zatrudniony w polskim oddziale Huawei.

Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy. Zostali aresztowani na trzy miesiące.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Afgańczycy zatrzymani w transporcie owoców do Polski

Policję o nielegalnie przewożonych dwóch Afgańczykach powiadomił serbski kierowca, który był zaniepokojony odgłosami dochodzącymi z naczepy. Najpierw pomyślał, że to uszkodzona opona, jednak wkrótce zdał sobie sprawę, że to raczej pasażerowie na gapę. Przez cztery dni nie opuszczali naczepy i żywili się tylko jabłkami.

Serbski kierowca tira zaalarmował policję, kiedy wjeżdżając na parking w Polsce w miejscowości Ździary (pow. niżański), usłyszał dochodzące z naczepy niepokojące dźwięki. Po sprawdzeniu z zewnątrz ciężarówki i zorientowaniu się, że mógł zabrać nielegalnych imigrantów, poinformował policję. Na miejsce niezwłocznie wezwano patrol Straży Granicznej.

Po zatrzymaniu imigranci przyznali, iż swoją czterodniową podróż rozpoczęli w Serbii i nie opuszczali naczepy. Jak dodali, przez ten czas żywili się tylko jabłkami. Pasażerowie na gapę jechali z Serbii przez Węgry i Słowację, a w Polsce zostali zatrzymani. Byli wyziębieni i głodni. Zostali przebadani przez lekarza, który nie stwierdził uszczerbku na ich zdrowiu.

Afgańczycy zapytani, do jakiego państwa chcieli pojechać, odpowiedzieli, że „początkowo Niemcy albo Francja”. Jednak nie zostali przy jednej wersji i na koniec stwierdzili, że chcieli dotrzeć do Polski.

Zaznaczyli, że już w Serbii za przerzut do zachodniej Europy każdy z nich zapłacił organizatorom po 3 tys. euro.

Zarzuty

Cudzoziemcom postawiono zarzut nielegalnego przekroczenia granicy, do czego się przyznali. Dobrowolnie poddali się karze 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na okres próby 2 lat. Decyzją Sądu Rejonowego w Rzeszowie mężczyźni zostali umieszczeni na okres 3 miesięcy w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców w Białymstoku.
Źródło info i foto: TVP.info

Polska: Zatrzymania za groźby pod adresem samorządowców

53-letni mieszkaniec Grudziądza został zatrzymany w środę, niedługo po tym jak zadzwonił pod numer alarmowy i poinformował, że zamierza zabić prezydenta miasta Macieja Glamowskiego. Okazało się, że mężczyzna był pijany. W całej Polsce zatrzymano już kilka osób, który groziły samorządowcom, przedstawicielom rządu, prezydentowi, czy szefowi Rady Europejskiej.

– Mężczyzna zatelefonował do centrum powiadamiania ratunkowego, powiedział, że znajduje się w Grudziądzu i ma zamiar zabić pana prezydenta. Taka informacja trafiła do naszej jednostki – mówi o wydarzeniach ze środy Jacek Jeleniewski, oficer prasowy policji w Grudziądzu. Funkcjonariusze szybko namierzyli skąd wykonane zostało połączenie. Jeszcze tego samego dnia weszli do jednego z mieszkań na terenie miasta i zatrzymali zaskoczonego 53-latka. Był pijany, miał ponad 1,5 promila alkoholu w organizmie.

– Po wytrzeźwieniu w celi, następnego dnia usłyszał zarzut kierowania gróźb pozbawienia życia prezydenta Grudziądza. Prokurator zastosował wobec niego dozór policyjny, zakaz wszelakiego kontaktu z pokrzywdzonym, zakaz zbliżania się do niego, a także poręczenie majątkowe w wysokości 5 tysięcy złotych – wymienia Jeleniewski.

53-latkowi grozi do dwóch lat więzienia. Maciej Glamowski – prywatnie szwagier tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza – złożył już do prokuratury zawiadomienie w tej sprawie.

Zatrzymania w całej Polsce

W niedzielę wieczorem Pawła Adamowicza zaatakował nożem mężczyzna, który podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gdańsku wtargnął na scenę. Prezydent Gdańska trafił do szpitala, jego stan był bardzo poważny, przeszedł kilkugodzinną operację. Obrażenia okazały się jednak zbyt poważne. W poniedziałek zmarł. Po wydarzeniach w Gdańsku policja w całej Polsce została wyczulona na wszelkie groźby kierowane do włodarzy miast i innych polityków. W ciągu ostatnich dni zatrzymano co najmniej kilka osób. Zarzuty m.in. publicznego nawoływania do stosowania przemocy wobec prezydenta Poznania i prezydenta Wrocławia z uwagi na ich przynależność polityczną przedstawiono zatrzymanemu w poniedziałek 41-letniemu mieszkańcowi podpoznańskiej miejscowości. Również w poniedziałek zatrzymano 24-latka, który komentując tekst w internecie na temat ataku na Pawła Adamowicza, groził prezydentowi Olsztyna Piotrowi Grzymowiczowi.

W czwartek zarzuty usłyszało trzech innych mężczyzn. Pierwszy to 48-letni mieszkaniec Gdańska, który telefonicznie groził zamordowaniem przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Drugi, 38-letni mieszkaniec Szczecina, skomentował w internecie tekst „Gazety Wrocławskiej” o groźbach w stosunku do Jacka Sutryka i Jacka Jaśkowiaka. Napisał, że to „dopiero początek”, a prezydenci będą „patroszeni jak świnie”. Trzecią osobą z zarzutem jest 35-latek z Radomia, który wykonał zdjęcie i zamieścił wpis na portalu społecznościowym.

Fotografia przedstawiała drzewo z wbitym w pień nożem i podpisem grożącym śmiercią prezydentowi Radomia Radosławowi Witkowskiemu. Zatrzymania dotyczyły także osób grożącym politykom najwyższego szczebla. W poniedziałek stołeczna policja zatrzymała 72-letniego mieszkańca Warszawy, który zadzwonił do Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie i groził prezydentowi Dudzie. Z kolei w Bydgoszczy policjanci weszli do jednego z mieszkań na Fordonie i zatrzymali 43-latka, który groził śmiercią premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Okazało się, że mężczyzna cierpi na zaburzenia natury umysłowej. Już został zamknięty z zakładzie psychiatrycznym.
Źródło info i foto: tvn24.pl