Nie żyje Szymon K., dawny boss gangu żoliborskiego

47-letni Szymon K. ps. „Szymon” z Łomianek, dawny boss gangu żoliborskiego, współpracownik prokuratury zginął od dwóch strzałów w pierś. Do postrzelenia doszło w mieszkaniu mężczyzny. Śledczy przekonują, że nie ma żadnych dowodów, że mogła to być mafijna egzekucja. Najprawdopodobniej były gangster popełnił samobójstwo.

Okoliczności tragicznej śmierci Szymona K. nie są do końca jasne. Według informacji portalu tvp.info do tragedii doszło 17 kwietnia około godz. 13 w mieszkaniu 47-latka na Śródmieściu. Mężczyzna miał dwukrotnie strzelić sobie w brzuch z legalnie posiadanej broni czarnoprochowej.

Poważnie rannego Szymona K. zabrano do szpitala bielańskiego. Wiadomo, że lekarzom udało się zoperować rany postrzałowe, jednak około godz. 20 pacjent umarł. Ponoć nie wytrzymało jego serce. Śródmiejska prokuratura zarządziła już sekcję zwłok mężczyzny. Biegli ustalą, czy K. przed śmiercią zażywał narkotyki lub pił alkohol.

Z informacji portalu tvp.info wynika, że Szymon K., zanim się postrzelił, zadzwonił dwa razy do swojej partnerki. Podczas jednej z rozmów miał prosić kobietę, aby ta wezwała pogotowie.

Sześćdziesiątka

Śmierć „Szymona z Łomianek” zaskoczyła policjantów i prokuratorów. Mężczyzna był tzw. sześćdziesiątką (od art. 60 KK, który mówi, że przestępca współpracujący z organami ścigania może liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary). Zeznawał przeciwko Rafałowi S. ps. „Szkatuła”. Miała to być zemsta za to, że ludzie Szkatuły mieli grozić nożem jego dziecku i żonie. Szymon K. odgrażał się wielokrotnie, że zrobiłby wszystko, aby dopaść Rafała S.

Z ustaleń policji wynika, że na Szymona wyroki wydały dwa gangi: szkatułowy i mokotowski. – Śmierć Szymona K. to nie porachunki przestępcze, ale samobójstwo. Dlaczego do niego doszło? Może nie wytrzymał tego, że jest „sześćdziesiątką” i musiał zerwać z poprzednim życiem, w którym był kimś. Może bał się, że trafi za kraty, bo na wolności miał problemy z prawem. Na pewno zanim doszło do tragedii, Szymon nie dał żadnego sygnału, że ma myśli samobójcze – mówi oficer stołecznej policji.

Na wolności Szymon K. oficjalnie zajmował się odzyskiwaniem długów. W rozmowie z dziennikarzem portalu tvp.info na początku kwietnia przekonywał, że „odbił od gangsterki”. Tymczasem w ciągu ostatniego półrocza usłyszał kilka zarzutów, m.in. za przestępstwa gospodarcze i posiadanie narkotyków.

– Ludzie tacy jak ja zawsze już będą bandytami. Robiłem wiele złych rzeczy. Nigdy jednak nie posunąłem się do tego, by grozić czyjemuś dziecku. Tu szkatułowi przekroczyli granicę. Byłbym gotów zostać skazany na dożywocie, byleby dano mi szansę zostać sam na sam ze Szkatułą – mówił.

Arena wojny gangów

„Szymon z Łomianek” to legenda stołecznego półświatka i jeden z typowych watażków gangsterskich, którzy na początku XXI wieku walczyli o strefy wpływów w Warszawie i okolicach. W latach 90. był członkiem gangu Stefana K. ps. „Stefan” vel „Ślepak” vel „Ksiądz”. Kiedy stary boss trafił do aresztu, jego przyboczni zbuntowali się i założyli własne grupy, usiłując przejąć strefy wpływów „starych”. Jednym z liderów buntowników był Wojciech B. Współpracował z Piotrem W. ps. „Łańcuch”.

Po opuszczeniu więzienia „Stefan” został pobity przez „młodych”. To oznaczało wojnę. Lojaliści wydali wyrok na Wojciecha B. Zgodnie z ustaleniami warszawskich śledczych, zlikwidowali go Artur H. „Czacha” i Tomasz S. „Komandos”. Obaj trafili na trzy lata do aresztu, ale opuścili go i nigdy nie zostali skazani za zabójstwo. Nie dożyli końca procesu.

Do końca XX wieku zginęło kilku gangsterów, wybuchło kilka bomb, aż wreszcie w styczniu 2000 r. zastrzelono Stefana K., który z kompanami bawił się w swoim klubie na Żoliborzu. Co ciekawe, podczas przesłuchań większość świadków twierdziło, że akurat byli w toalecie i nie widzieli napastników.

Po 2000 r. doszło do przetasowań w stołecznym podziemiu kryminalnym. Wszystko za sprawą uderzenia policji i prokuratury w mafię pruszkowską. Z kraty trafiły dziesiątki gangsterów „Pruszkowa” w tym połowa zarządu gangu. Reszta musiała się ukrywać. Wtedy na ich tereny zaczęli „wchodzić” co bardziej odważni gangsterzy, którzy wcześniej musieli opłacać się „Pruszkowowi”.

Od połowy roku 2000 r. w stolicy pojawiały się coraz to nowsze gangi z krewkimi watażkami na czele. Najbardziej aktywny był wtedy gang mokotowski oraz koalicja gangów ze Śródmieścia i Żoliborza. Obie organizacje przestępcze rywalizowały o prymat w stolicy. Ta ostatnia grupa najpierw zarządzana była przez „Bandziorka”, po jego zatrzymaniu przez „Przeszczepa”, a gdy i ten trafił za kraty – przez Szkatułę. Ten były złodziej samochodów stworzył nowoczesny gang, który kilka lat później był jedną z największych grup przestępczych w centralnej Polsce. W 2002 r. Szymon był bossem większej części gangu żoliborskiego, dowodząc w imieniu gangu Szkatuły.

Druga wojna żoliborska

W 2002 r. Szymon K. pojawił się w kronikach kryminalnych. Dziennikarze donosili, że gangster walczy z niejakim Tomaszem S. ps. Komandos o wpływy na giełdzie Wolumen. Od połowy lat 90. była to prawdziwa żyła złota dla bandyckiego podziemia. Handlowano tam przemycanym alkoholem, kradzionym sprzętem np. radiami samochodowymi, zakazaną pornografią, a nawet narkotykami. Większość handlarzy musiała płacić nie tylko „placowe”, ale i za ochronę ze strony „miasta”.

Rok wcześniej Komandos wyszedł z aresztu. Razem ze swoim ogromnym kompanem – Arturem H. ps. Czacha, chciał odzyskać pozycję w półświatku. Komandos zwrócił się o pomoc do gangu mokotowskiego, który powoli zajmował miejsce Pruszkowa.

– Komandos chciał przejąć Wolumen, zniszczyć naszą grupę i przejąć wpływy. Nie raz strzelał do naszych, najeżdżał na nasze punkty, na agencje i przejmował też komisy samochodowe – zeznawał Piotr K. ps. „Kima”, członek gangu Szkatuły, który poszedł na współpracę z prokuraturą.

Według Kimy Szymon K. oraz Szkatuła i niejaki „Darek Bródnowski” zdecydowali, że Komandosa należy sprzątnąć. Pierwszym kilerem miał być Kima, który zastrzelił swoją narzeczoną i musiał się ukrywać. Z jego zeznań wynika, że załamany i zdesperowany zgodził się przyjąć zlecenie na Tomasza S. – Szkatuła powiedział, żebym za 8 tys. dolarów zabił Komandosa. Zgodziłem się, a Szkatuła miał go wystawić – mówił Kima.

Jeden z podwładnych Szkatuły przekazał mu nawet pistolet maszynowy, jednak Kima nie wykonał zlecenia. Przejął je prawdopodobnie Ahmatov Szarani, ps. „Szach”, Czeczen z kazachskim paszportem. Według policji mężczyzna był płatnym zabójcą na usługach polskich gangów z całej Polski.

Jak na strzelnicy

„O godz. 14.30 oficer dyżurny powiadomił wydział zabójstw o postrzeleniu trzech NN mężczyzn w budynku supermarketu Klif na I piętrze w barze Wiking. Śmierć na miejscu dwóch: Krzysztof B. – ze wstępnych oględzin zwłok wynika, iż denat posiada dwie rany postrzałowe: lewej okolicy skroniowej oraz prawej okolicy ciemieniowo-potylicznej, Artur M. ps. Budyń – denat posiada trzy rany postrzałowe: na tylnej powierzchni prawego ramienia i w okolicy czołowej prawej. Trzeci – ranny mężczyzna – Artur N. ps. Gruby vel Jogi – dwie rany postrzałowe prawego barku”.

Policjanci odnotowali jeszcze, że przed przyjazdem pogotowia Artur N. zjadł kartę SIM ze swojego telefonu – czytamy w policyjnie analizie zabójstwa w centrum handlowym Klif 31 maja 2002 r.

Szybko okazało się, że w chwili strzelaniny w barze Wiking siedziało czterech mężczyzn. Jeden z nich uciekł, gdy kompani zaczęli ginąć. Tym szczęśliwcem był – Tomasz S. To on był celem wyraźnie nieudanego zamachu. Wszystkie ofiary strzelaniny w Klifie miały bogatą kartotekę. Zabici byli związani z gangiem mokotowskim, który przejął pod swoje skrzydła „Komandosa”.

W kilka godzin po masakrze na przesłuchanie trafił Szymon K., typowany jako podejrzany o zlecenie zabójstwa w Klifie. Przyznał, że przed strzelaniną był w Klifie i spotkał się z Komandosem. Ale załatwili swoje interesy i się rozstali. Zdaniem policjantów Szymon chciał w ten sposób pokazać cel kilerowi, którym miał być „Czeczen kręcący się przy Szkatule”.

– Nie miałem interesu, by pokazać się w Klifie przed zabójstwem. Przecież to od razu kierowało na mnie podejrzenia. Byliśmy skonfliktowani z Komandosem, ale nie tak, żebym chciał go zabić. Ponadto, gdyby to był zamach na Tomasza S., to on byłby pierwszym do którego się strzela – przekonywał Szymon.

Egzekucja na stacji benzynowej

Komandos, który wiedział, że stał się łowną zwierzyną, zwiększył czujność, ale nie zmienił swoich starych nawyków. Okazało się, że po strzelaninie w Klifie nie może liczyć na taką pomoc „Mokotowa”, jakiej by chciał. Członkowie tej grupy nie zdecydowali się na wydanie wojny grupie Szkatuły. Jak dotąd gangi za bardzo nie wchodziły sobie w paradę i poza incydentami z łamaniem kości dilerów narkotyków zapędzających się na tereny konkurencyjnych gangów, panowało między nimi zawieszenie broni. Tym razem Mokotów ograniczył się do polowania na Szymona.

Jednak więcej szczęścia miał ten ostatni gangster. 13 sierpnia 2002 r., około godz. 22.15 na stację benzynową Statoil przy ul. Radzymińskiej 90 wjechało czarne bmw. Z samochodu wysiadł Komandos, który spokojnie zatankował i zrobił drobne zakupy na stacji. Następnie podjechał na stanowisko z odkurzaczem przyległym do budynku stacji.

„W trakcie sprzątania wnętrza pojazdu podszedł do niego NN mężczyzna i oddał w jego kierunku kilka strzałów z broni palnej, po czym oddalił się. Według pracownika ochrony w trakcie, gdy przebywał wewnątrz sklepu, usłyszał kilka odgłosów przypominających klaśnięcie w dłonie, dochodzących z zewnątrz obiektu. W chwili, gdy skierował się na zewnątrz budynku, podszedł do niego NN mężczyzna i wskazując na rejon, gdzie znajduje się stanowisko z odkurzaczem samochodowym, powiedział: tam leży zastrzelony człowiek, proszę zadzwonić na policję” – wskazano w policyjnym raporcie.

W czasie oględzin zwłok znaleziono dwie rany szyi i kilka klatki piersiowej oraz pleców. Komandos skonał na miejscu. Jego zabójca zamaskowany był tylko czapką bejsbolówką naciągniętą na oczy. Tak jak strzelec z Klifa. Według policji był to wspominany czeczeński kiler. Jednak dotąd nikomu nie postawiono zarzutów zabójstwa w Klifie lub na stacji benzynowej.

Po śmierci Komandosa Szymon triumfował. Najpierw przygarnął Artura H. „Czachę”, potężnego współpracownika Komandosa. Później dołączył do niego jeden ze zbuntowanych członków gangu mokotowskiego. Według policjantów, to miało rozjuszyć bossa „Mokotowa” – Andrzeja H. ps. „Korek”. Z informacji operacyjnych policji wynikało, że gangster chciałby przejąć władzę nad stołecznym półświatkiem, wytyczając nowe strefy wpływów.

Strefy wpływów

W 2002 r. stołeczni policjanci zdobyli informacje, że rok wcześniej „Mokotów” wydał wyrok śmierci na Szymona. Ten jednak nie przejmował się tym, że stał się zwierzyną łowną. Mało tego, zaczął nawet wchodzić z interesami na teren konkurencyjnego gangu. Chodziło o „wstawienie” własnych dilerów narkotyków na osiedla podlegające konkurentom. Szymon wraz z przedstawicielami Szkatuły spotkali się z reprezentantami Korka w jednej z mokotowskich knajp. Ustalili wtedy, że linią graniczną terytoriów obu gangów będzie Trasa Łazienkowska. Szymon K. już po zakończeniu spotkania zapowiedział, że nie będzie respektował porozumienia. Gangster butnie oświadczył, że jeżeli któremuś z jego ludzi stanie się krzywda, to będą „łamać” przeciwników. Łamanie to w bandyckim slangu porywanie i katowanie.

Od drugiej połowy 2002 r. Szymon unikał pojawiania się w miejscach publicznych. Zapewne dlatego, że polowali na niego kilerzy z tzw. komanda Wojtasa, wykonującego wyroki dla „Mokotowa”. Wspominany Wojciech S. ps. „Wojtas” odpowiada teraz przed warszawskim sądem m.in. za zlecenie zabójstwa Szymona K.

Skruszony członek gangu mokotowskiego powiedział, że na polecenie Wojciecha S. obejrzał film ze ślubu Roberta B. Interesował go fragment, gdy jeden z gości składa życzenia młodej parze. To miał być Szymon z Łomianek. – Dostałem polecenie by pojechać na siłownię w Łomiankach, gdzie on ćwiczy i go dokładnie obserwować. Miałem zwracać uwagę, czy ćwiczy sam, czy z kolegami. O której wychodzi z siłowni. I czy jest sam, czy też ktoś mu towarzyszy – opowiadał Andrzej K.

Pytany, czy wiedział, czemu ma służyć inwigilacja, stwierdził: „To było po tym, jak strzelano do »Budyniów« i »Jogiego« z »Mokotowa«. Mogłem się domyślać, że chodzi o to, aby »Szymona« uprowadzić, albo zabić”.

Do ataku na Szymona nie doszło, ponieważ w 2003 r. zatrzymała go policja. Za udział w gangu, wymuszenia i podżeganie do zabójstwa Tomasza S. został skazany na siedem lat więzienia.
Źródło info i foto: TVP.info

Płońsk: Policja szuka sprawcy postrzelenia 33-latka

Rano, po godzinie 9 w Płońsku przy ulicy Grunwaldzkiej padły strzały. Informację dostaliśmy na Gorącą Linię RMF FM. 38-latek, który wcześniej był już notowany za kradzieże i włamania, postrzelił 33-letniego mężczyznę.

33-letni Dariusz T. został zraniony w klatkę piersiową w okolicach serca. W ciężkim stanie trafił do szpitala w Płońsku. Lekarzom nie udało się go uratować. Jak się okazało, mężczyzna również był wcześniej notowany. Od kilku godzin policjanci z Płońska szukają sprawcy postrzelenia.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Ponowna wizja lokalna po śmiertelnym postrzeleniu 22-latka przez policjanta

Próba przeprowadzenia we wtorek w Szczecinie eksperymentu procesowego w sprawie postrzelenia 22-latka została zakłócona przez mieszkańców. Jedna osoba została zatrzymana za naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza. Teraz policja chce przeprowadzić kolejny eksperyment. Prokuratura prowadzi intensywne śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza policji, który w Szczecinie podczas pościgu śmiertelnie postrzelił 22-letniego kierowcę. Śledztwo jest w fazie przygotowawczej. Nikomu nie postawiono w tej sprawie zarzutów.

Policjant został przesłuchany

– W toku tego postępowania prokurator przesłuchał najważniejszych świadków w sprawie, funkcjonariuszy, którzy brali udział w patrolu w dniu zdarzenia – powiedziała Małgorzata Wojciechowicz, Prokuratura Okręgowa w Szczecinie. Jak dodała, przesłuchano również przełożonych funkcjonariuszy. Jak poinformowała Wojciechowicz, zostały przeprowadzone oględziny miejsca zdarzenia, a prokurator podjął czynności związane z przeprowadzeniem eksperymentu procesowego. Odbyła się również sądowo-lekarska sekcja zwłok.

Wyzwiska, rzucanie petardami w policjantów

We wtorek na miejscu zdarzenia przeprowadzono eksperyment procesowy, który został zakłócony przez mieszkańców i znajomych 22-letniego mężczyzny. Eksperyment procesowy to tzw. wizja lokalna. Na jej miejscu była matka 22-letniego mężczyzny, policjanci i prokuratorzy. Nie pojawił się policjant, który oddał strzał, ponieważ sytuacja była zbyt niebezpieczna. Jak relacjonowała reporterka TVN24, mieszkańcy, sąsiedzi i rodzina bardzo mocno utrudniali przeprowadzenie eksperymentu. W kierunku funkcjonariuszy miały być kierowane wyzwiska, rzucano także petardami.

– To wszystko związane jest z tym, że zarówno rodzina jak i znajomi nie wierzą do końca w wersję przedstawioną do tej pory przez zachodniopomorską policję czyli w to, że do użycia broni doszło tuż po próbie potrącenia policjanta przez 22-latka – poinformowała reporterka TVN24. Jak dodała, przedstawiającą oni inną wersję. Mówią o tym, że policjanci mieli zasadzić się na chłopaka, a użycie broni nie było uprawnione. – Tutaj wszyscy powątpiewają w okoliczność, że meżczyzna mógłby potrącić policjanta – powiedziała Olga Stepczyńska, pełnomocnik rodziny ofiary.

– Faktycznie powinien on być w danym czasie w zakładzie karnym, celem odbycia kary, więc unikał on policji. To jest jakby bezsporne i my tego nie ukrywamy, nie próbujemy wybielać tego człowieka. Niemniej jednak uważamy, że nie zaszły żadne okoliczności, które by uzasadniały użycie broni palnej – dodała. Policja chce powtórzenia eksperymentu procesowego. Przeprowadzenie wizji lokalnej, podczas której policjant, który oddał strzał, dokładnie pokaże śledczym, w którym miejscu stał, w którym miejscu znajdował się samochód i w jaki sposób przemieszczał się po polnej drodze. Będzie to kluczowym elementem śledztwa.

Nie zatrzymał się do kontroli, zaczął uciekać

Do tragicznego zdarzenia doszło w piątek rano w Szczecinie. Zgodnie ze wstępnymi ustaleniami policjanci usiłowali zatrzymać samochód do kontroli. Kierowca zignorował jednak polecenia i zaczął uciekać. Gdy jeden z funkcjonariuszy ruszył w stronę samochodu, kierowca potrącił go, w wyniku czego policjant został ranny. Wtedy oddał on strzał ostrzegawczy, a gdy kierowca nie zatrzymał się, padł kolejny strzał – tym razem śmiertelny. Ofiara piątkowej interwencji w Szczecinie to 22-letni mężczyzna. Był znany policji. Miał już odebrane prawo jazdy, gdyż prowadził samochód pod wpływem alkoholu i środków odurzających. W przeszłości również miał zatargi z prawem. 22-latek miał znajdować się w zakładzie karnym, jednak nie powrócił do niego po wyjściu na przepustkę spowodowaną problemami ze zdrowiem.

– Po niezgłoszeniu się po przerwie w karze wysyłamy wniosek do policji i dalsze czynności podejmuje policja – powiedziała Edyta Gulbinowicz, rzeczniczka prasowa dyrektora okręgowego Służby Więziennej w Szczecinie. Policja wysłała do mieszkania dzielnicowego, jednak nie zastał on mężczyzny. Piątkowa interwencja nie miała jednak z tym związku, bo 22-latek nie miał statusu osoby poszukiwanej. Za przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków policjantowi grozi do trzech lat więzienia.
Żródło info i foto: tvn24.pl

17-latek został postrzelony przez policję w Koninie

17-latek został postrzelony przez policję podczas interwencji w Koninie w woj. wielkopolskim. Jak relacjonują policjanci, chłopak ukradł swojemu ojcu samochód, a podczas próby zatrzymania chciał przejechać jednego z funkcjonariuszy.

– O godzinie 4:40 mężczyzna zgłosił kradzież swojego samochodu. Zanim jednak przyjechał na komendę, dyżurny podał komunikat wraz z marką pojazdu i numerem rejestracyjnym pojazdu patrolom policji, które były na służbie – poinformował w rozmowie z redakcją Kontaktu 24 st. asp. Marcin Jankowski z Komendy Miejskiej Policji w Koninie. Jak wyjaśnił policjant, mężczyzna poinformował funkcjonariuszy, że sprawcą kradzieży renault może być jego syn. Po 20 minutach policjanci zauważyli samochód na ul. Chopina, przy której mieszkał nastolatek z ojcem. – Policjanci jechali z naprzeciwka. Chłopak zauważył policjantów i wycofując samochód uderzył w dwa zaparkowane pojazdy. Potem ruszył do przodu w kierunku radiowozu – relacjonował st. asp. Jankowski.

Policjanci użyli broni

Jak wyjaśnił, policjanci wyszli wówczas z radiowozu. – I wtedy 17-latek jednego z nich próbował przejechać. Policjanci użyli broni. Nastolatek został niegroźnie ranny w ramię – wyjaśnił rzecznik konińskiej policji. Jak dodał, mimo postrzału 17-latek wyszedł z samochodu i próbował uciekać pieszo. – Funkcjonariusze obezwładnili nastolatka i go zatrzymali. Okazało się również, że był nietrzeźwy. Miał 0,6 promila – przekazał st. asp. Jankowski.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Islamista postrzelił policjanta we Francji

Niebezpieczny więzień, który uciekł podczas przepustki strzelił w głowę francuskiego policjanta. Mężczyzna w krytycznym stanie walczy o życie. Groźny więzień, który przebywał na weekendowej przepustce nie wrócił do francuskiego zakładu karnego. Jak podają francuskie media związany był z organizacjami terrorystycznymi i ISIS. Należał do kategorii „S”, co oznacza, że władze antyterrorystyczne miały powody, by sądzić, że jest potencjalnym zagrożeniem.

Po kilku dniach bezskutecznych poszukiwań o więźniu zrobiło się głośno. Zbieg postanowił ukraść samochód zaparkowany przy ulicy Ile- Saint-Denis, na północnych przedmieściach Paryża. Kiedy zauważyli to patrolujący okolicę policjanci, próbowali mu przeszkodzić. Poszukiwany nagle wyjął broń i otworzył ogień do funkcjonariuszy. Jednego z policjantów postrzelił w głowę. Mężczyzna w stanie krytycznym trafił do szpitala. Walczy o życie.

Podczas strzelaniny ranny został także więzień. Zmarł w wyniku poniesionych obrażeń. Francuska minister sprawiedliwości Christiane Taubira znalazła się pod ostrzałem. Związki zawodowe wezwały rząd do wyjaśnień, a obywatele nie mogą zrozumieć, dlaczego tak groźny więzień przebywał bez policyjnego nadzoru.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Strzały na dożynkach

Prokuratorskie śledztwo i wewnętrzne postępowanie w policji mają wyjaśnić okoliczności postrzelenia młodego mężczyzny podczas interwencji policji w Kałuszynie koło Legionowa na Mazowszu. 25-latek z raną nogi trafił do szpitala.

Po gminnych dożynkach, przed jednym z wiejskich sklepów doszło do awantury. Do grupki osób podszedł nieumundurowany policjant, który chciał rozdzielić bijących się. Wtedy jeden z uczestników tej bójki rzucił się na funkcjonariusza i próbował odebrać mu broń. W trakcie szamotaniny padł strzał. 25-latek został ranny w nogę. Trafił do szpitala, gdzie przeszedł operację. Jego życiu nic nie zagraża. Sprawę wyjaśnia prokuratura, wszczęto też wewnętrzne postępowanie w policji.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Umorzono sprawę odnośnie śmiertelnego postrzelenia 19-latka

Sąd Apelacyjny w Poznaniu uchylił w środę w całości zaskarżony wyrok i umorzył postępowanie ws. policjantów, uczestników akcji z 2004 roku, w której został śmiertelnie postrzelony 19-latek. W lipcu ub. roku biorący udział w akcji czterej funkcjonariusze usłyszeli wyrok więzienia w zawieszeniu. Do strzelaniny doszło w nocy 29 kwietnia 2004 roku w Poznaniu. Policjanci chcieli zatrzymać i wylegitymować kierowcę samochodu. Podejrzewali, że autem jedzie mężczyzna podejrzany o rozbój z bronią palną i usiłowanie zabójstwa. Faktycznie pojazdem jechały dwie postronne osoby. Kiedy kierowca auta próbował odjechać, policjanci oddali w stronę samochodu 39 strzałów. Kierowca zginął na miejscu, pasażer do końca życia będzie inwalidą.

W lipcu 2014 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu skazał czterech policjantów biorących udział w akcji na dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Według sądu funkcjonariusze, używając broni, przekroczyli swoje uprawnienia oraz sprowadzili niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia wielu osób. Od wyroku odwołali się obrońcy policjantów. W środę sąd w uzasadnieniu podał, że policjanci mogli się spodziewać, że w aucie poza kierowcą jest inna osoba. Funkcjonariusze mogli usunąć się z toru jazdy pojazdu, a następnie kontynuować pościg. Policjanci mają prawo użycia broni, ale nie w każdej sytuacji – orzekł sąd. Jednocześnie sąd uznał, że funkcjonariusze nie spowodowali realnego zagrożenia dla zdrowia i życia postronnych osób.
Żródło info i foto: interia.pl

Zatrzymano 2 osoby w sprawie postrzelenia 14-latki

14–letnia dziewczyna z Dąbrowy Niemodlińskiej pod Opolem trafiła w środę wieczorem do szpitala z raną nogi po tym jak dwóch mężczyzn strzeliło do niej z wiatrówki. Jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Ratownicy przewieźli ją do szpitala. W jej nodze utkwił śrut, ale rana nie zagraża jej życiu ani zdrowiu. Policja zatrzymała już dwóch mężczyzn w wieku 23 i 28 lat, którzy według wstępnych ustaleń, mieli strzelać do dziewczyny.

Policję powiadomili lekarze

– Nastolatka szła ulicą i nagle padł strzał. Dziewczyna poczuła, że jakieś ciało obce tkwi w jej nodze. Na miejsce przyjechała karetka pogotowia. Lekarze stwierdzili, że mogło dojść do postrzelenia i wezwali policję – mówił reporter TVP Info Mariusz Studzienny.

– Chwilę po zgłoszeniu incydentu, zatrzymaliśmy dwóch mieszkańców powiatu opolskiego, których wiążemy z tą sprawą. W tej chwili policja wyjaśnia okoliczności tego zdarzenia – mówił Hubert Adamek z policji w Opolu. Ze wstępnych informacji, jakie posiadamy wynika, że życiu dziewczyny nic nie zagraża – dodał. Policji udało się również ustalić świadków zdarzenia. Trwa wyjaśnianie okoliczności postrzelenia nastolatki.
Żródło info i foto: TVP.info

26-latek, który postrzelił policjanta trafi na badania psychiatryczne

26-latek, który w nocy z soboty na niedzielę postrzelił w Bydgoszczy policjanta, trafił na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Raniony przez niego funkcjonariusz odzyskał przytomność. Do ataku doszło podczas szamotaniny agresywnego mężczyzny z wezwanymi na interwencję policjantami. Mężczyzna po zatrzymaniu w nocy z soboty na niedzielę zachowywał się wyjątkowo agresywnie. Według policji wyglądało na to, że wziął bardzo silny narkotyk lub zaczęła się u niego objawiać choroba psychiczna. W związku z tym, dopóki nie zostanie zwolniony ze szpitala, nie zostanie też przesłuchany. Ranny policjant odzyskał już przytomność. Rozmawiał z rodziną oraz kolegami, którzy go odwiedzili. Jest w stanie ciężkim, ale stabilnym. Lekarze podkreślają, że przeszedł trudną operację, m.in. wątroby i płuca, więc będzie długo dochodził do siebie.

Z soboty na niedzielę ok. 2. 30 w nocy do komendy policji wpłynęło zgłoszenie, że w jednym z bydgoskich hipermarketów awanturuje się mężczyzna. Po przyjeździe na miejsce funkcjonariusze zobaczyli, że ma on kilka powierzchownych ran, dlatego wezwali karetkę. Po wyprowadzeniu na zewnątrz mężczyzna zaczął się szamotać z policjantami. W pewnym momencie zabrał jednemu z nich pistolet i strzelił. Mężczyzna uciekł, ale został szybko złapany. Był już wcześniej karany m.in. za włamania i przestępstwa narkotykowe.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Strzelanina w jednej z jarocińskich firm

„Po godz. 9 policjanci z Jarocina zostali wezwani do siedziby jednej z jarocińskich firm. Okazało się, że postrzelony został jej właściciel” – mówi Iwona Liszczyńska z zespołu prasowego wielkopolskiej policji. Sprawca, 51-latek z Dolnego Śląska, po zdarzeniu wsiadł do samochodu i odjechał, zanim na miejscu pojawiła się policja. Podczas próby zatrzymania mężczyzna zaczął strzelać do policjantów. Funkcjonariusze odpowiedzieli ogniem. Oddali kilkanaście strzałów.

Nie wiadomo, dlaczego 51-latek strzelał do właściciela jarocińskiej firmy. Przesłuchanie obu rannych mężczyzn nie jest na razie możliwe. Mieszkaniec województwa dolnośląskiego w szpitalu jest pod dozorem policji. Na miejscu zdarzenia pracuje prokurator, który razem z funkcjonariuszami, przesłuchuje świadków. Policjanci, którzy uczestniczyli w zatrzymaniu mężczyzny, nie zostali ranni.
Żródło info i foto: Dziennik.pl