Nowe informacje dotyczące ataku nożownika w Poznaniu

Najpewniej dopiero w poniedziałek odbędzie się przesłuchanie i przedstawienie zarzutów napastnikowi, który w sobotę późnym popołudniem śmiertelnie ranił nożem mężczyznę na przystanku w Poznaniu – poinformował w niedzielę PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

„Obecnie przesłuchiwani są świadkowie tego zdarzenia, natomiast czynności z udziałem zatrzymanego prowadzone będą najprawdopodobniej w poniedziałek od rana. Nadal zbieramy materiał dowodowy, więc co do kwalifikacji czynu i zarzutu nie chciałbym się jeszcze w tej chwili wypowiadać” – powiedział PAP w niedzielę rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu prok. Michał Smętkowski.

Jak dodał, w poniedziałek o godz. 9 ma się także rozpocząć sekcja zwłok ofiary. Do ataku doszło w sobotę ok. godz. 18 na przystanku MPK przy Alejach Solidarności w Poznaniu. Zaatakowany mężczyzna został ugodzony nożem; zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Miał ok. 40 lat.

29-letni napastnik został zatrzymany kilka minut po godz. 21 w jednym z mieszkań na poznańskich Winogradach. Podinsp. Iwona Liszczyńska z wielkopolskiej policji powiedziała PAP w niedzielę, że „sprawca w chwili zatrzymania przez policję był nietrzeźwy”.

Jak dodała, „z dotychczasowych ustaleń śledczych wynika, że ofiara i napastnik znali się; krótko przed zdarzeniem razem spożywali alkohol i wtedy właśnie doszło między nimi do kłótni” – podkreśliła.
Źródło info i foto: interia.pl

Zabójstwo na przystanku w Poznaniu. Zaatakował nożownik

Przy przystanku na Alejach Solidarności w Poznaniu mężczyzna został ugodzony nożem; zmarł w trakcie przewożenia karetką pogotowia do szpitala – podało dziś RMF FM. Policja nie udziela informacji o zdarzeniu. Według RMF FM, do ataku nożownika miało dojść po godz. 18 na przystanku przy Alejach Solidarności w Poznaniu. Zaatakowany mężczyzna został ugodzony nożem; zmarł w trakcie przewożenia karetką pogotowia do szpitala.

– Jak ustalono, do ataku na mężczyznę doszło na przystanku MPK. Sprawca zaatakował najprawdopodobniej przy użyciu jakiegoś ostrego narzędzia. W wyniku poniesionych obrażeń mężczyzna zmarł – powiedziała Iwona Liszczyńska z poznańskiej policji.

Jak dodała, „wiemy kim jest napastnik, ten mężczyzna jest teraz przez nas poszukiwany”. Liszczyńska podkreśliła, że „zawsze przy tego typu zdarzeniach korzystamy ze wszystkich dostępnych możliwości i sposobów, aby ustalić sprawcę i przebieg zdarzenia. Czynności nadal trwają”.

RMF FM, które jako pierwsze poinformowało o zdarzeniu podało, że policja zabezpieczyła m.in. monitoring, a na miejsce ataku skierowano przewodnika z psem tropiącym.
Źródło info i foto: poznan.onet.pl

Sprawa śmierci Ewy Tylman. Adam Z. uniewinniony

Poznański sąd okręgowy uznał, że Adam Z. nie zabił Ewy Tylman i uniewinnił go od zarzutu zabójstwa z zamiarem ewentualnym. Wyrok nie jest prawomocny. Prokuratura w mowach końcowych wnosiła o karę 15 lat pozbawienia wolności. Rodzina Ewy Tylman żądała dla oskarżonego dożywocia, zaś obrona – całkowitego uniewinnienia Adama Z.

Sąd uzasadnił swoją decyzję tym, że po pierwsze, podstawą do postawienia zarzutu były wyłącznie zeznania policjantów, którym oskarżony miał się przyznać do zepchnięcia koleżanki ze skarpy i wrzucenia jej do wody. Twierdził później, że do tych zeznań został zmuszony.

Po drugie, po analizie eksperymentu procesowego – w ocenie sądu niewiele ponad 5 minut to zbyt mało, by móc dokonać zabójstwa w taki sposób, jak opisano to w akcie oskarżenia. Prokuratura zapowiedziała apelację.

Jeżeli chodzi o materiał dowody, my go oceniamy zupełnie odmiennie, niż sąd. Nie można uważać, że czuł się coraz gorzej, zachowywał się coraz gorzej, że miał coraz większe luki w pamięci. Wręcz odwrotnie – powiedziała prokurator Magdalena Mazur-Prus.

Ogłoszeniu wyroku przysłuchiwał się też ojciec Ewy Tylman. To jest porażka tego kraju. Nie ma sprawiedliwości w Polsce – powiedział Andrzej Tylman.

Na sali był też oskarżony i jego obrońcy, którzy nie chcieli komentować wyroku. Opuścili budynek sądu bocznym wyjściem, unikając spotkania z dziennikarzami.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ewakuacja Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu po informacji o podłożeniu bomby

Pracownicy Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu zostali we wtorek przed południem ewakuowani z budynku, z powodu zgłoszenia o możliwym podłożeniu bomby w urzędzie. Budynek sprawdza i przeszukuje policja. Jak tłumaczył PAP we wtorek rzecznik wielkopolskiej policji mł. insp. Andrzej Borowiak, „przed godziną 11 zostaliśmy poinformowani, że Urząd Wojewódzki w Poznaniu otrzymał sygnał o możliwym niebezpieczeństwie, o podłożeniu bomby”.

„Zrobiliśmy analizę sytuacji, wystawiliśmy rekomendację, że wiarygodność tej informacji jest bardzo mała, i że nie zalecamy ewakuacji. Mimo to, urząd zdecydował się na ewakuację pracowników. W związku z tą decyzją, będziemy ten budynek teraz przeszukiwać i sprawdzać” – dodał.

Borowiak wskazał, że podobne zgłoszenia o możliwej bombie odebrały także inne urzędy na terenie całego kraju.

Jak informuje Centrum Zarządzania Kryzysowego Miasta Poznania, w związku z ewakuacją Urzędu Wojewódzkiego występują utrudnienia na Al. Niepodległości.
Źródło info i foto: interia.pl

Śledztwo ws. nieprawidłowości w Wiśle Kraków przeniesione do Poznania

Poznańska prokuratura zajmie się śledztwem w sprawie niegospodarności w Wiśle Kraków. Informację podało radio RMF FM. To efekt prośby ze strony krakowskich prokuratorów, chcących uniknąć posądzeń o stronniczość. W tej sytuacji wybór padł na śledczych z Poznania.

Postępowanie wszczęto 31 grudnia. Prokuratorzy sprawdzają czy zarząd Wisły Kraków na czele z prezes Marzeną Sarapatą działał na szkodę klubu. Wisła ma ogromne długi, a przed końcem roku zawarto umowę sprzedaży spółki akcyjnej kontrowersyjnym inwestorom ze Szwecji i Kambodży. Transakcja ostatecznie nie doszła do skutku, a obecnie trwa proces ratowania Białej Gwiazdy, w który włączył się m.in. Jakub Błaszczykowski, pożyczając klubowi 1,3 mln zł.

W ramach śledztwa dokonano już przeszukań w kilkunastu miejscach, m.in. siedzibach firm i prywatnych mieszkaniach.

W ubiegłym roku Superwizjer TVN opublikował materiał opisujący proces przejmowania faktycznej władzy w klubie przez osoby zrzeszone w chuligańskiej grupie „Wisła Sharks”. Paweł M. „Misiek” prowadził nawet w stadionowych pomieszczeniach siłownię.
Źródło info i foto: epoznan.pl

41-latek groził prezydentom Wrocławia i Poznania. Mężczyźnie postawiono zarzuty

Dwa zarzuty usłyszał dziś w prokuraturze okręgowej w Poznaniu 41-latek, który po śmierci Pawła Adamowicza w swoim internetowym wpisie groził prezydentom Wrocławia Jackowi Sutrykowi i Poznania Jackowi Jaśkowiakowi.

Pierwszy zarzut dotyczy publicznego nawoływania do przemocy. Drugi propagowania ustroju faszystowskiego, poprzez zamieszczenie swastyki na profilu w portalu społecznościowym. Śledczy we wpisie Cezarego O. nie dopatrzyli się gróźb karalnych.

Przyznał się do zamieszczenia tych symboli, jak również wpisów w internecie, natomiast zaprzeczył, by jego zamiarem było nawoływanie do stosowania przemocy. Wyraził skruchę, przeprosił za swoje zachowanie, stwierdził, że nie zdawał sobie sprawy, że za takie zachowanie będzie musiał ponieść takie konsekwencje – mówił rzecznik prokuratury okręgowej w Poznaniu Michał Smętkowski.

Podejrzany nie trafi do aresztu. Zastosowano wobec niego dozór policyjny, poręcznie majątkowe i zakaz opuszczania kraju. W sumie za oba przestępstwa Cezaremu O. może grozić 7 lat więzienia.

Cezary O. nawiązując do ataku na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, napisał w niedzielę wieczorem na jednym z portali społecznościowych: „Jeszcze Jaśkowiaka i prezydenta Wrocławia… stają się ofiarą swojego lewackiego i bezbożnego podejścia do swoich stanowisk”.

Od wczoraj policjanci zatrzymali kilkanaście osób podejrzanych o groźby w internecie. Poinformował o tym szef MSWiA Joachim Brudziński. Mają odpowiadać za wzywanie w sieci do zabójstw, a także innych aktów agresji między innymi przeciwko politykom.

Cześć z zatrzymanych nie korzystało z internetu, a z groźbami wobec konkretnych osób dzwoniło na przykład do Centrów Powiadamiania Ratunkowego. Zatrzymań policjanci dokonywali praktycznie w całym kraju – między innymi w Gdańsku, Bydgoszczy, Białymstoku czy Radomiu. Joachim Brudziński ostrzega, że w tej sprawie działania policji będą konsekwentne i surowe.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Dziś rusza proces ws. uprowadzenia i pomocy w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary

We wtorek w poznańskim sądzie okręgowym rozpocznie się proces przeciwko Mirosławowi R. ps. Ryba i Dariuszowi L. ps. Lala. Według prokuratury, oskarżeni mieli uprowadzić poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętarę, a następnie przekazać go osobom, które zabiły reportera.

Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 roku. Był absolwentem poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował najpierw w radiu akademickim, później współpracował m.in. z „Gazetą Wyborczą”, „Kurierem Codziennym”, tygodnikiem „Wprost” i „Gazetą Poznańską”. Ostatni raz Ziętarę widziano 1 września 1992 r. Rano wyszedł do pracy, ale nigdy nie dotarł do redakcji „Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono.

Akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi R. ps. Ryba i Dariuszowi L. ps. Lala o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary skierował do poznańskiego Sądu Okręgowego Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie

Ciało rozpuszczone w kwasie

Początkowo prowadząca śledztwo w tej sprawie poznańska prokuratura uznała, że Ziętara został uprowadzony i zamordowany; śledztwo dwukrotnie umarzano. W 2011 r. członkowie Społecznego Komitetu „Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary” i redaktorzy naczelni największych polskich gazet zaapelowali do władz i prokuratury o ujawnienie wszystkich okoliczności zaginięcia Ziętary i ponowne śledztwo w tej sprawie.

Spowodowało to analizę śledztwa w Prokuraturze Generalnej i przekazanie go do Krakowa. W toku śledztwa krakowska prokuratura zmieniła kwalifikację prawną z uprowadzenia na zabójstwo.

Jak podała PK, na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego ustalono, że oskarżeni Mirosław R. i Dariusz L., podając się za funkcjonariuszy policji, podstępnie doprowadzili do wejścia Ziętary do samochodu przypominającego radiowóz policyjny. Następnie przekazali go osobom, które dokonały jego zabójstwa, zniszczenia zwłok i ukrycia szczątków. W toku prowadzonego postępowania ustalono ponadto, że działali oni wspólnie z inną, nieżyjącą już osobą.

Jak wynika z ustaleń prokuratury, motywem zbrodni była praca Jarosława Ziętary jako dziennikarza i jego zawodowe zainteresowania dotyczące afer gospodarczych, w których dochodziło do przenikania się świata przestępczego ze światem biznesu oraz polityki, a co za tym idzie – obawa o ujawnienie przez dziennikarza opinii publicznej szczegółów sprzecznej z prawem albo odbywającej się na granicy prawa działalności.

Ochroniarze podejrzani

Oskarżeni, obecnie 60-letni Mirosław R. i 50-letni Dariusz L., byli w pierwszej połowie lat 90. pracownikami poznańskiego holdingu Elektromis, którego działalność pozostawała w zainteresowaniu zawodowym Jarosława Ziętary – ustaliła PK.

Oskarżeni nie przyznali się do zarzucanego im czynu i złożyli wyjaśnienia sprzeczne z ustaleniami śledztwa. Grozi im kara pozbawienia wolności na czas nie krótszy od 8 lat, kara 25 lat pozbawienia wolności albo dożywocie.

Dwaj byli ochroniarze Mirosław R. i Dariusz L. byli już podejrzani o pomocnictwo w porwaniu i zabójstwie dziennikarza. W grudniu 2015 roku prokuratura nieprawomocnie umorzyła śledztwo w tym wątku. O tej decyzji zdecydowała zmiana zeznań przez głównych świadków, na podstawie których sformułowano zarzuty. Zażalenie na decyzję prokuratury o umorzeniu złożył brat dziennikarza Jacek Ziętara.

Jak poinformowała w komunikacie Prokuratura Krajowa: „Analiza materiałów postępowania oraz argumentacji podniesionej w pisemnym zażaleniu legła u podstaw podjęcia przez Zastępcę Prokuratora Generalnego ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji decyzji z 14 kwietnia 2018 roku o dalszym prowadzeniu postępowania przeciwko wskazanym wyżej osobom oraz w sprawie zabójstwa Jarosława Ziętary w Małopolskim Wydziale Zamiejscowym Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie”.

Widział moment uprowadzenia

Jednym z kluczowych świadków w rozpoczynającym się we wtorek procesie ma być osoba, która widziała moment porwania dziennikarza. W połowie listopada dziennik „Głos Wielkopolski” opublikował rozmowę z tym świadkiem. Materiał był wynikiem wspólnej pracy z redakcją „Superwizjera” TVN. Mężczyzna, który miał widzieć moment porwania dziennikarza to były funkcjonariusz SB i UOP. Zajmował się m.in. śledzeniem i podsłuchiwaniem osób. W rozmowie z dziennikarzami przyznał, że ma pełna wiedzę o zbrodni na Jarosławie Ziętarze.

„Mam kolejne dowody. Jak położę je na stół, to pozamykają wszystkich z kierownictwa dawnego Elektromisu. Oni wiedzą, co ja wiem, i może dlatego na razie nic mi się nie stało” – podkreślał świadek na łamach gazety. Dodał, że o fakcie, że śledził Ziętarę, wiedział twórca Elektromisu Mariusz Ś., Krystian Cz. i Krzysztof S. – ścisłe kierownictwo firmy. Zlecenie na inwigilację dziennikarza miał otrzymać, ponieważ Ziętara „wiedział o wielkim przemycie Elektromisu”.

Świadek miał mówić śledczym, że jeździł za Ziętarą, robił zdjęcia, dokumentował jego codzienne zwyczaje, założył podsłuch w mieszkaniu dziennikarza. 1 września 1992 roku, siedząc w samochodzie pod mieszkaniem Ziętary, miał widzieć, jak pod kamienicę podjeżdża policyjny radiowóz, następnie Ziętara wsiada do samochodu z dwoma funkcjonariuszami, trzeci kierował autem. Kiedy świadek miał zatelefonować z tą informacją do Krystiana Cz. – ten nie miał być zdziwiony wiadomością. Niedługo później – świadek rozpoznał „funkcjonariuszy” w pracownikach Elektromisu. Według informacji świadka, Ziętara miał zostać zabity, a jego ciało rozpuszczone w kwasie.

Świadek zaczął wycofywać się z zeznań

Świadek w rozmowie z dziennikarzami podkreślił ponadto, że „jego zdaniem to Mariusz Ś. i Krystian Cz. polecili usunąć Ziętarę”. O tym, co wie w sprawie Ziętary, miał zeznać śledczym w 2013 roku i wówczas miał obciążyć kierownictwo Elektromisu. Początkowo miał status świadka incognito. Liczył też, że prokuratura „pomoże” mu w jego własnych konfliktach z prawem. Pod koniec 2014 roku zatrzymano „Lalę” i „Rybę”. Trzecim z „funkcjonariuszy”, który miał brać udział w porwaniu dziennikarza, miał być „Kapela”. W 1993 roku zginał; postrzelił się, choć pojawiały się teorie, że samobójstwo zostało upozorowane, bo „Kapela” miał mieć wyrzuty sumienia i obawiano się, że „pęknie” z powodu tego, co się stało z Ziętarą.

Na późniejszym etapie świadek zaczął się jednak wycofywać z zeznań. Stracił status incognito, prokuratura umorzyła wątek porwania dziennikarza. Od tej decyzji się odwołano, sprawę przekazano innemu prokuratorowi, który ostatecznie – głównie na podstawie zeznań tego świadka – skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko „Rybie” i „Lali”.

W rozmowie z dziennikarzami świadek zapewnił, że w sądzie podtrzyma wcześniejsze zeznania i powie o okolicznościach porwania dziennikarza. „Istnieje dokument, który czarno na białym pokazuje, że ludzie Elektromisu tym wszystkim kierowali. Prokuratura nie dostała wcześniej tego materiału, bo czekałem, co zrobi w moich sprawach” – podkreślił świadek na łamach gazety.

Kilka godzin po publikacji artykułu, Krystian Czarnota i twórca Elektromisu Mariusz Świtalski (zgodzili się na publikację pełnych nazwisk) odnieśli się do treści artykułu w przesłanym Polskiej Agencji Prasowej oświadczeniu.

Poinformowali, że 22 października 2018 roku w Prokuraturze Krajowej Wielkopolski Wydział Zamiejscowy w Poznaniu złożone zostało zawiadomienie o przestępstwie szantażu, którego miał dokonać bohater publikacji. Na dowód zostało załączone nagranie audio, na którym opowiada on „jak za kwotę 3 mln złotych jest gotowy zmieniać swoje zeznania opisujące rolę kierownictwa Elektromisu w sprawie Ziętary”. Sprawą zajmuje się obecnie Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie.

W czerwcu 2015 r. Prokuratura Apelacyjna w Krakowie oskarżyła byłego senatora Aleksandra Gawronika (zgodził się na podawanie pełnego nazwiska) o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. Akt oskarżenia został skierowany do Sądu Okręgowego w Poznaniu. Proces w tej sprawie rozpoczął się w styczniu 2016 r. i nadal się toczy. Oskarżony nie przyznaje się do winy.

Mirosław R. i Dariusz L. byli świadkami w procesie byłego senatora. Składając zeznania w styczniu 2016 roku, twierdzili, że nie mają „nic wspólnego ze sprawą dziennikarza”.

W wydziale zamiejscowym PK w Krakowie prowadzone jest nadal odrębne postępowanie dotyczące bezpośrednich sprawców zabójstwa Jarosława Ziętary, w tym ustalenia miejsca ukrycia szczątków jego zwłok i ich identyfikacji.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Poznańska policja szuka mężczyzny w zielonej bluzie. Może mieć związek z zabójstwem nad Wartą

Policja w Poznaniu poszukuje mężczyzny, który może mieć związek z zabójstwem 75-letniej kobiety nad Wartą. Funkcjonariusze publikują zdjęcia i proszą o pomoc w identyfikacji potencjalnego sprawcy. Ciało 75-letniej kobiety zostało odnalezione 19 września w pobliżu mostu św. Rocha w Poznaniu. Zabezpieczone przez policję nagrania z kamer monitoringu 16 września zarejestrowały mężczyznę, który może mieć związek z zabójstwem kobiety.

Poznań. Policja szuka mężczyzny, który może mieć związek z zabójstwem kobiety

Zaginięcie 75-latki zostało zgłoszone dwa dni wcześniej. Kobieta powiedziała wnukowi, że idzie na spacer. Sekcja zwłok wykazała, że seniorka została uduszona. Miała obrażenia klatki piersiowej, żeber i narządów wewnętrznych. Ze względu na charakter sprawy, policyjni śledczy postanowili opublikować nagrania, zaś Komenda Miejska Policji w Poznaniu wyznaczyła nagrodę za pomoc w ustaleniu tożsamości mężczyzny.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Poznań: Uciekał Porsche przed policją. Zatrzymał się na bramie parku

Do widowiskowego pościgu za kierowcą porsche doszło w niedzielę rano w Poznaniu. 47-letni mężczyzna uciekał przed policją w centrum, w tym także po płycie Starego Rynku. Chciał też staranować policjanta. Ostatecznie „zatrzymał się” w bramie wejściowej do parku Chopina. Zdarzenie potwierdził w niedzielę rano dyżurny wielkopolskiej policji. Faktycznie – od rana doszło do pościgu policyjnego ulicami Poznania. 47-letni kierowca porsche zaczął uciekać w okolicach ronda Rataje. Wielokrotnie jechał pod prąd.

Pościg przeniósł się później na płytę Starego Rynku, na którą nie wolno wjeżdżać samochodom. Porsche jechało pomiędzy ogródkami piwnymi, a kierowcę miała tam próbować zatrzymać również straż miejska. Wszystko bezskutecznie, a policyjny pościg zakończył się ostatecznie na ul. Podgórnej.
Źródło info i foto: gloswielkopolski.pl

Poznań: Wysokie odszkodowanie dla kobiety gwałconej w dzieciństwie przez księdza?

Poznański sąd apelacyjny rozpatruje w czwartek sprawę milionowego odszkodowania od zgromadzenia Towarzystwo Chrystusowe dla kobiety gwałconej w dzieciństwie przez księdza Romana B. Rozprawa odbywa się z wyłączeniem jawności.

Sprawa duchownego została nagłośniona w ubiegłym roku. Ks. Roman B. w trakcie posługi w jednej z miejscowości w woj. zachodniopomorskim molestował seksualnie 13-letnią dziewczynkę. Według mediów miał ją podstępnie wywieźć od rodziców, więzić i gwałcić przez kilkanaście miesięcy. W jego komputerze śledczy mieli znaleźć także treści pedofilskie i korespondencję z innymi dziećmi. Mężczyzna został aresztowany w 2008 r.

Poza sprawą karną, poszkodowana kobieta wytoczyła proces także Towarzystwu Chrystusowemu dla Polonii Zagranicznej, do którego należał ksiądz Roman B. „Gazeta Wyborcza” poinformowała w poniedziałek, że wyrokiem poznańskiego sądu okręgowego Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej musi zapłacić kobiecie 1 milion złotych zadośćuczynienia i 800 zł miesięcznie dożywotniej renty.

W uzasadnieniu wyroku, do którego dotarła gazeta, sąd stwierdził m.in., że Roman B. „wykorzystał swoją pozycję zawodową jako ksiądz” – poznał dziewczynkę na lekcji religii, zapraszał na plebanię, czyli do „miejsca służbowego”.

„Gdyby nie uczył religii, gdyby nie był księdzem, to do jego spotkania z pokrzywdzoną w ogóle nie doszłoby. Gdyby nie wykorzystał swojej funkcji księdza do zdobycia zaufania pokrzywdzonej, szkoda nie zostałaby wyrządzona” – podkreślił sąd.

W czwartek sprawą zajął się Sąd Apelacyjny w Poznaniu. Rozprawa toczy się z wyłączeniem jawności.

Przed budynkiem sądu apelacyjnego zebrała się grupa kilkunastu osób, które chciały wyrazić swoją solidarność z poszkodowaną kobietą. Mieli ze sobą transparenty: „Stop pedofilii w Kościele”, „Zły dotyk boli przez całe życie”, „Zapłaćcie za te gwałty”. Uczestnicy zgromadzenia podkreślali, że liczą na utrzymanie w mocy wyroku sądu okręgowego. „Mamy nadzieję, że sądy są jeszcze niezawisłe i liczymy, że ten wyrok ruszy lawinę, że Kościół katolicki zapłaci za swoich funkcjonariuszy, którzy gwałcili dzieci” – mówił Kuba Kapral, jeden z uczestników manifestacji.

Zgromadzeni wskazywali, że w przypadku kasacji wyroku, kiedy sprawa trafiłaby do Sądu Najwyższego, „tam już bez wątpienia będą bardzo duże naciski ze strony hierarchów Kościoła, żeby ofiara nie dostała ani grosza i żeby Kościół dalej mógł się czuć bezkarny” – zaznaczył Michał Walkowiak, także jeden z uczestników zgromadzenia. Jak dodał, „wsparcie – choćby w takiej formie – dla ofiar tego typu spraw jest niezbędne. Jesteśmy zdegustowani postępowaniem hierarchów kościelnych, którzy cały czas – nie tylko w Polsce – ukrywają pedofilów” – dodał.

Pełnomocnik Towarzystwa Chrystusowego adwokat Krzysztof Wyrwa powiedział mediom przed rozprawą, że na gruncie obowiązujących w Polsce przepisów prawa, odpowiedzialności za czyn popełniony przez księdza nie ponosi instytucja Kościoła. Jak dodał, czyn, którego dopuścił się ksiądz Roman B. „był haniebny” i tego w tej sprawie nikt nie zmienia, ani nie kwestionuje winy księdza.

Adwokat pytany o fakt, że już wcześniej zgromadzenie proponowało ofierze pieniądze odpowiedział, że „czym innym jest gest chrześcijańskiej pomocy, wychodzenie z prośbą czy na przeciw temu, żeby pomóc w rehabilitacji, w traumie, która z pewnością dotknęła ofiarę, a czym innym jest przyjęcie odpowiedzialności. W związku z tym odpowiedzialności według nas nie ma, i brak jest podstaw, by te odpowiedzialność ze sprawcy przenieść na osoby prawne Kościoła” – podkreślił.

W 2009 roku ksiądz Roman B. został skazany w procesie karnym na osiem lat więzienia. Obrońcy odwołali się od decyzji sądu i sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia. W sądzie Roman B. miał przyznać się do kilkudziesięciu przestępstw seksualnych, ale zaprzeczał biciu ofiary i planowaniu działań z góry. Sąd podjął wówczas decyzję o zmniejszeniu kary do 4,5 roku leczenia psychiatrycznego na oddziale szpitalnym w zakładzie karnym. W 2010 r. wyrok został złagodzony o pół roku. Ksiądz wyszedł na wolność dwa lata później. Administracyjny proces karny ks. Romana B. zakończył się jego wydaleniem ze stanu duchownego. Roman B. nie jest już także członkiem zgromadzenia Towarzystwa Chrystusowego.
Źródło info i foto: interia.pl