Meksyk: Polacy pojechali do pracy. Wycięto im narządy. Jeden z nich nie żyje

Makabryczna zbrodnia na polskich obywatelach w Meksyku. Jak informuje Onet, dwóch młodych Polaków miało w lutym polecieć tam za pracą. Mężczyźni mieli mieć wycięte narządy. Jeden z nich nie żyje, a drugi przebywa w szpitalu.

O makabrycznym wydarzeniu poinformował Onet. Jak podaje portal, cała sprawa „owiana jest tajemnicą”, a służby nie udzielają szczegółowych informacji na ten temat. Według ustaleń dziennikarzy młodzi Polacy – w wieku około 20 lat – wyjechali do pracy do Meksyku, którą załatwił im ktoś w Polsce. „Ze względu na charakter sprawy nie podajemy nazwy miejscowości, z której pochodzą, ani ich personaliów” – czytamy. Polacy polecieli tam w pierwszej połowie lutego. Nie wiadomo, na czym miały polegać ich obowiązki na miejscu. Onet powołuje się na informacje z kilku niezależnych źródeł, według których rodzina jednego z mężczyzn miała w zeszłym tygodniu otrzymać informację, że Polak nie żyje. Drugi natomiast miał trafić w ciężkim stanie do szpitala. Jak podaje portal, mężczyzna ten ma być w śpiączce.

Według nieoficjalnych doniesień obydwaj Polacy mieli mieć wycięte narządy wewnętrzne. Mężczyzna, który stracił życie, prawdopodobnie miał wyciętą „nie tylko nerkę, ale również inne organy” – dowiadujemy się z artykułu. Podkreślono w nim, że szczegóły dotyczące okoliczności zbrodni nie są podawane do wiadomości publicznej.

Tragiczne wydarzenia potwierdziło w rozmowie z Onetem Ministerstwo Spraw Zagranicznych i poinformowało, że w sprawie zostało wszczęte śledztwo. – Sprawa, o którą pan pyta, jest znana polskiej służbie konsularnej i dotyczy trzech obywateli polskich. Ambasada RP w Meksyku po uzyskaniu informacji o zdarzeniu niezwłocznie podjęła stosowne działania. Konsul RP jest w stałym kontakcie z członkami rodzin poszkodowanych, pracodawcą oraz miejscową prokuraturą, która bada okoliczności sprawy – odpowiedziało autorom tekstu Onet Biuro Rzecznika Prasowego MSZ.  – Jeden z poszkodowanych zmarł. Drugi został hospitalizowany, a stan jego zdrowia poprawia się. Natomiast trzeci z naszych obywateli powrócił już do Polski – mieli przekazać przedstawiciele ministerstwa.

Pomimo pytań ze strony portalu, resort nie udzielił żadnych szerszych informacji na temat m.in. tego, gdzie doszło do wycięcia narządów, czy kogoś już zatrzymano w tej sprawie i czy postawiono mu zarzuty. Dziennikarze usiłowali również dowiedzieć się, czy w śledztwie uczestniczą polskie służby. W odpowiedzi zaznaczono, że „z uwagi na obowiązujące przepisy RODO oraz dobro poszkodowanych, MSZ nie udziela szczegółowych informacji na temat zdarzenia i toczącego się postępowania wyjaśniającego”.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Kulisy działania Państwowej Komisji do spraw Pedofilii

Siedziba w 30-piętrowym biurowcu w centrum Warszawy, podwyższone przez prezydenta zarobki, status na równi z wiceministrami – w takich warunkach, według ustaleń „Gazety Wyborczej”, mają pracować członkowie Państwowej Komisji do spraw Pedofilii. Informatorzy dziennika twierdzą, że „instytucja jest sparaliżowana”, a osobą, która „faktycznie rządzi” w komisji jest zastępczyni przewodniczącego Barbara Chrobak, która ma wprowadzać tam „atmosferę terroru”.

Komisja do spraw pedofilii utworzona została na mocy ustawy, która weszła w życie we wrześniu 2019 roku. Jej powstanie zapowiadał wcześniej premier Mateusz Morawiecki po emisji filmu braci Tomasza i Marka Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Członkowie komisji złożyli ślubowanie w lipcu 2020 roku. W skład komisji wchodzi siedmiu członków reprezentujących: Sejm, Senat, prezydenta, premiera i Rzecznika Praw Dziecka. W grudniu przewodniczący Błażej Kmieciak informował, że do tamtego czasu komisja skierowała do prokuratury 20 spraw dotyczących przestępstw pedofilii.

W ostatnim czasie komisja prowadziła postępowanie w sprawie księdza Andrzeja Dymera. Jednak 17 lutego je zakończyła w związku ze śmiercią kapłana. Był on oskarżany o wykorzystywanie seksualne nieletnich. Szczecińscy biskupi mieli wiedzieć o jego czynach już w połowie lat 90. ubiegłego wieku.

Podwyższenie zarobków członkom komisji

Wtorkowa „Gazeta Wyborcza” pisze o warunkach pracy, a także o zarobkach członków tej komisji. Donosi, że 3 grudnia 2020 roku Błażej Kmieciak zwrócił się do prezydenta, by ten „uwzględnił członków komisji w zmianach ustawy dotyczącej wynagrodzeń osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe”. Miał to tłumaczyć tym, że, „członkom komisji został przypisany status osób na równi z sekretarzami stanu”, czyli wiceministrami.

„30 grudnia Duda wydał rozporządzenie włączające komisję do grupy płac przysługujących sekretarzom stanu. Teraz każdy z nich zarabia 12 650 zł. Plus dodatki funkcyjne. Jak wysokie? Tego nie wiadomo. Do tego dochodzą mieszkania służbowe (dla osób spoza Warszawy) oraz służbowe samochody – jeden z nich każdego dnia dowozi przewodniczącego do domu, 110 km od Warszawy. Drugi jest do wyłącznej dyspozycji „minister Chrobak”, która – jak podają nasze źródła – specjalnie w tym celu zmieniła wewnętrzny regulamin” – informuje dalej dziennik. Wspomniana Barbara Chrobak to zastępczyni Kmieciaka na stanowisku przewodniczącego komisji. „Wyborcza” zauważa, że Chrobak w minionej kadencji Sejmu była posłanką Kukiz’15, a w 2020 roku przystąpiła do Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

„Koszt wynajmu luksusowej siedziby może więc sięgać 1,5 mln zł rocznie”

Gazeta opisuje również szczegółowo warunki, w jakich pracuje komisja. „Siedziba komisji zajmuje 12. piętro w Spektrum Tower przy ul. Twardej 18. To 30-piętrowy biurowiec w centrum stolicy z panoramicznymi windami i pięciokondygnacyjnym garażem podziemnym. Miesięczny czynsz wynosi tu ok. 25 euro za metr kwadratowy” – czytamy.

„Powierzchnia piętra to ok. 850 m kw., więc czynsz może dochodzić do 80 tys. zł miesięcznie. Za garaż płaci się 185 euro od stanowiska. Koszt wynajmu luksusowej siedziby może więc sięgać 1,5 mln zł rocznie” – wylicza dalej dziennik.

W komentarzu pisze o „Bizancjum w komisji do spraw pedofilii”.

Posłowie niewpuszczeni na kontrolę

W piątek posłowie Koalicji Obywatelskiej Kamila Gasiuk-Pihowicz, Katarzyna Piekarska i Dariusz Joński nie zostali wpuszczeni do siedziby komisji do spraw pedofilii, gdzie mieli zamiar przeprowadzić kontrolę poselską. Nie została udostępniona im dokumentacja.

„Ta komisja ma budżet rzędu 12 milionów złotych rocznie. Chcieliśmy wiedzieć, co robi za te pieniądze. Usłyszeliśmy, że komisja jest niezależna i nie możemy wejść. Tłumaczyliśmy, że jest niezależna w działaniach i decyzjach, ale jako urząd powołany przez Sejm musi podlegać kontroli” – mówił cytowany przez „Wyborczą” poseł Joński.

„Jeśli chcą zobaczyć dokumenty, to ja się nie zgadzam”

Do sprawy przewodniczący Błażej Kmieciak odniósł się w piątek w programie „Sprawdzam” w TVN24. Jak podkreślił, komisja nie jest „instytucją rządową”. – Nie jesteśmy ministerstwem do spraw pedofilii, nie jesteśmy też organizacją samorządową ani spółką Skarbu Państwa. Jesteśmy niezależnym od innych organów organem państwowym, który w sprawach postępowań wyjaśniających jest de facto quasi-sądem – mówił.

Kmieciak zapewnił jednocześnie, że „jeżeli jakikolwiek poseł i senator, bez względu na barwy polityczne, chce porozmawiać na temat wsparcia ofiar albo tego, jak pomagamy osobom skrzywdzonym, to nie ma najmniejszego problemu”.

Przewodniczący komisji odniósł się też do zapowiedzi posłów, że we wtorek ponownie będą próbowali przeprowadzić kontrolę poselską.

– Jeśli chcą zobaczyć dokumenty, to ja się na to nie zgadzam. Nie dlatego, że jestem taki zły, niedobry, (…) chcę chronić ludzi, którzy nam zaufali. Te ponad 100 spraw, które prowadzimy, dotyczy najbardziej intymnych kwestii i show polityczny, który chce zrobić taki czy inny polityk, nie robi na mnie wrażenia, bo nie jesteśmy powołani dla polityków, tylko dla tych, którzy cierpią – mówił dalej Kmieciak.

Instytucja „sparaliżowana”
W dalszej części artykułu „Wyborcza” informuje, że „kilka dni temu” do jej redakcji zgłosiły się osoby, które pracują w komisji.

„Ich zdaniem ‚instytucja jest sparaliżowana’, a osobą, która w komisji ‚naprawdę rządzi’, jest Barbara Chrobak. Nazywana ‚panią minister’ była posłanka Kukiz’15 jest jedną z bardziej znaczących postaci w układzie, który stworzył w prokuraturze duet Ziobro & Święczkowski” – pisze gazeta, powołując się na swoich rozmówców z komisji.

„Atmosfera terroru”

Następnie dziennik przytacza jej zawodowy życiorys.

„Karierę zaczynała jako urzędniczka w strukturach katowickiej prokuratury apelacyjnej, gdzie poznała Święczkowskiego. Jest wiceszefową Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury Rzeczypospolitej Polskiej, organizacji zrzeszającej prokuratorów oddanych obecnej władzy. Należący do tego związku prowadzą najważniejsze dla władzy śledztwa. Mogą liczyć na awanse i nagrody. Według naszych rozmówców z komisji Barbara Chrobak wprowadziła na Twardej ‚atmosferę terroru” – relacjonuje dalej „Wyborcza”.

Gazeta, prezentując te informacje, powołuje się na anonimową notatkę złożoną w redakcji przez informatorów.

Twierdzą, że „w tej chwili nie ma 80 proc. Biura Administracyjno-Finansowego (są na zwolnieniach lub złożyli wypowiedzenia)”.

„Pracownicy urzędu są mobbingowani, nie mogą rozmawiać między sobą, muszą ubierać się, jak Komisja sobie życzy, nie można razem jeść, śmiać się. Zakaz komunikowania się podczas posiłków nawet w pomieszczeniach do tego przeznaczonych” – przytacza dalej treść notatki.

„Osobiście ingeruje w zakupy sprzętu”

W innym miejscu informatorzy opisują, że „Pani Chrobak odesłała do domu pracownicę sekretariatu, żądając, by ta przebrała się w inne ubranie”. Pracownicy zrobiono zdjęcia pokazujące, jak jest ubrana.

„Wyborcza” pisze, że „zdaniem rozmówców z komisji ‚pani minister’ osobiście ingeruje w zakupy sprzętu, domagając się lepszych mebli oraz telefonów Apple’a zamiast samsungów dostarczonych przez administrację rządową”. „Ma też nadużywać samochodu komisji” – czytamy.

„Pani Barbara Chrobak użytkuje samochód służbowy do celów prywatnych. Przebieg 2 tys. km tygodniowo. Pani Chrobak kazała wozić się do domu pod Wrocławiem i z powrotem, mimo że ma w Warszawie mieszkanie służbowe zapewnione przez KPRM. W celu dowolnego korzystania z samochodu służbowego zmieniła par. 8 pkt. 3 regulaminu Komisji” – piszą informatorzy, dodając kopię zmienionego regulaminu.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Funkcjonariusze policji zwolnieni z pracy za spanie na służbie

Dwaj policjanci z komisariatu w Koźminku zostali zwolnieni z pracy za przysypianie na służbie – powiedział w sobotę rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu mł. insp. Andrzej Borowiak. Sprawę – jak dodał Borowiak – skierowano też do prokuratury. W ostatnich kilku miesiącach dwaj policjanci z siedmio- i ośmioletnim stażem pracy z komisariatu w Koźminku przesypiali dyżury podczas służby patrolowej. W czasie nocnej zmiany parkowali radiowozy w ustronnych miejscach.

– Najczęściej parkowali pod domem matki jednego z nich – powiedział Andrzej Borowiak z KWP w Poznaniu. W dokumentacji służbowej funkcjonariusze wskazywali, że w tym czasie kontrolowali wiele miejsc zagrożonych przestępczością.

Sprawą zajął się zespół kontroli wewnętrznej kaliskiej policji, który wykazał, że policjanci przespali łącznie 30 nocnych służb. Jeden 20, a drugi 10. – Ze względu na nierzetelną służbę została podjęta decyzja o zwolnieniu ich, ponieważ nie ma miejsca dla takich ludzi. Okłamywali mieszkańców i swoich przełożonych – przekazał Andrzej Borowiak.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Brazylia: Zrobili z dziewczynki niewolnicę. Więzili ją prawie 40 lat

Przez prawie cztery dekady pracowała za darmo, bez dnia wolnego. Gdy dorosła zmuszono ją do małżeństwa ze starszym mężczyzną – to historia 46-letniej kobiety z brazylijskiego Patos de Minas, która została zniewolona jako 8-letnia dziewczynka.

Śledczy ze względu na dobro pokrzywdzonej nie podają jej imienia i nazwiska. Wiadomo natomiast, że gdy miała osiem lat, rodzice oddali ją pod opiekę profesora z uniwersytetu Patos de Minas. Powodem miał być brak środków do życia.

Ślub za świadczenie

8-latką zajęła się matka profesora. Już od pierwszych chwil w nowym domu, dziewczynkę przygotowywano do roli pokojówki i pomocy domowej. Za swoją ciężką pracę nie otrzymywała żadnego wynagrodzenia.

– Dawali jej jedzenie, kiedy była głodna, ale wszystkie inne prawa zostały jej odebrane – tak sprawę dla Fundacji Thomsona Reutersa skomentował Huberto Camasmie, inspektor pracy prowadzący sprawę.

Gdy ofiara dorosła, została zmuszona do poślubienia starszego krewnego rodziny. Jej „pracodawcom” zależało na tym, by po śmierci mężczyzny mogli nadal pobierać przysługujące mu świadczenie. Sama kobieta nie otrzymała żadnych pieniędzy.

Cztery dekady w zamknięciu

Ostatecznie, po kilkudziesięciu latach, kobiecie udało się napisać notatkę, którą odnaleźli sąsiedzi rodziny. Ofiara pisała w niej, że brakuje jej jedzenia i artykułów higienicznych – błagała o pomoc. Sąsiedzi zaalarmowali służby, które pod koniec listopada odnalazły i uwolniły 46-latkę. W zamknięciu spędziła blisko cztery dekady.

Teraz kobieta przebywa w ośrodku pomocy, gdzie ma zapewnioną opiekę psychologów i pracowników socjalnych. Uczy się czym jest „płaca minimalna”, próbuje korzystać z karty kredytowej. Ofierze wypłacana jest również specjalna renta – 8 tys. realów brazylijskich miesięcznie (ponad 5,7 tys. złotych).

Wyrok przed procesem?

Gdy sprawa wyszła na jaw, uniwersytet w Patos de Minas zawiesił profesora w obowiązkach. Władze uczelni zapewniły, że podejmą „wszelkie niezbędne kroki prawne”. Z kolei prokurator zapowiedział, że będzie żądał od rodziny mężczyzny wypłaty wysokiego odszkodowania. Jeżeli „pracodawcom” kobiety zostaną postawione zarzuty, to mogą grozić im kary do 8 lat więzienia.

Adwokat reprezentujący rodzinę utrzymuje, że jej członkowie są niewinni. Jego zdaniem wyrok zapadł przed faktycznym procesem. Reuters informuje, że tylko w latach 2017-19 w Brazylii potwierdzono 3513 przypadków zniewolenia pracownika. Jedynie 21 z nich dotyczyło tzw. niewoli domowej. Służby informują, że takie osoby są trudne do zidentyfikowania, bo najczęściej same nie czują się ofiarami.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Jeden z łódzkich lekarzy usłyszał 34 zarzuty

Lekarz z Łodzi zatrzymany został kilka dni temu w swoim mieszkaniu. 54-latkowi przedstawiono 34 zarzuty z katalogu czynów korupcyjnych oraz przeciwko wiarygodności dokumentów. Mężczyzna wystawiał zwolnienia wskazujące na niezdolność do pracy oraz udziału w czynnościach procesowych, poświadczając w nich nieprawdę co do stanu zdrowia pacjentów. W niektórych sytuacjach otrzymywał korzyść majątkową. Grozi mu nawet do 10 lat za kratkami.

Policjanci z Wydziału do Walki z Korupcją KWP w Łodzi 9 listopada zapukali do drzwi mieszkania jednego z łódzkich lekarzy. Jak ustalili wcześniej, 54-latek poświadczał nieprawdę w sporządzanej przez siebie dokumentacji medycznej. – Wystawiał on zwolnienia lekarskie bez przeprowadzania badań pacjentów lub wskazując chorobę które pacjent nie miał. Ponadto, korzystając z uprawnień lekarza sądowego wystawiał zaświadczenia o niezdolności do udziału w czynnościach procesowych przed sądem, które były niezgodne z prawdą. W pewnych sytuacjach, w związku z wystawieniem poświadczających nieprawdę zaświadczeń lekarskich, otrzymywał gratyfikację finansową tj. pieniądze, alkohol czy perfumy – opisuje policja.

Łącznie mężczyzna usłyszał 34 zarzuty. Przyznał się do popełnionych czynów. Policjanci przeszukali jego miejsce zamieszkania oraz przychodnie w której pracował, zabezpieczając niezbędną dokumentację. Prokurator zastosował wobec mężczyzny poręczenie w kwocie 25 tys. zł, zawieszenie wykonywania zawodu lekarza, w tym lekarza sądowego oraz zakaz opuszczania kraju. Teraz grozi mu kara nawet do 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: se.pl

Zaginął 21-letni Mateusz Ławreszuk

21-letni mężczyzna wyszedł z domu w poniedziałek (28 września) rano ze swojego domu przy ul. Dworcowej w Olsztynie i do chwili obecnej nie wrócił tam ani nie nawiązał kontaktu z członkami swojej rodziny. Olsztyńska policja poszukuje zaginionego Mateusza i prosi o pomoc wszystkich, którzy mogą mieć informacje na temat aktualnego miejsca pobytu 21-latka.

Zaginął 21-letni Mateusz Ławreszuk z Olsztyna. Mężczyzna wyszedł z domu przy ul. Dworcowej w poniedziałek (28 września) o godz. 7. Miał udać się do swojej pracy niedaleko osiedla Gutkowo w Olsztynie. Mateusz wyjechał spod domu samochodem marki Skoda Octavia koloru srebrnego o numerze rejestracyjnym NO 1015L. Policjanci ustalili, że 28 września auto było widziane w rejonie skrzyżowania ulic Synów Pułku i Tuwima w Olsztynie, co może świadczyć o tym, że 21-latek opuścił teren miasta, a nawet powiatu olsztyńskiego.

Zaginiony Mateusz Ławreszuk z Olsztyna ma 21 lat. Jest szczupłej budowy ciała. Ma 190 cm wzrostu, krótko ostrzyżone blond włosy, niebieskie oczy i odstające duże uszy. Policja nie posiada informacji na temat ubioru mężczyzny w dniu jego zaginięcia. Z policyjnych ustaleń wynika, że podobne sytuacje nigdy wcześniej nie miały miejsca.

Policjanci wspólnie z rodziną apelują o przekazywanie każdej informacji, która może doprowadzić na trop 21-latka do najbliższej jednostki policji osobiście lub pod nr alarmowym 112. Informacje na temat zaginionego można przekazywać do osoby bezpośrednio nadzorującej poszukiwania dzwoniąc pod nr tel. 503933956. Apelujemy również o przekazywanie informacji dotyczących samochodu, którym mógł poruszać się 21-latek – SKODA OCTAVA nr rej. NO 1015L.
Źródło info i foto: se.pl

Nalot niemieckiej policji. W centrum śledztwa dwie firmy z Polski

Niemiecka policja przeprowadziła nalot na ponad 40 firm i mieszkań prywatnych. Chodzi o nielegalnych pracowników z Polski, Ukrainy i Białorusi. Polskie firmy, które ich zatrudniały, miały posługiwać się fałszywymi dokumentami. Niemieccy policjanci chcą przesłuchać ponad 80 osób. To pracownicy niemieckiego sektora pakowania wędlin. Zatrudnione w nim osoby z Polski, Ukrainy i Białorusi miały pracować na podrobionych dokumentach.

W centrum śledztwa znajdują się dwie polskie firmy. Jak podaje Reuters, miały zatrudniać w Niemczech pracowników, posługując się fałszywymi dokumentami. Śledczy chcą także dotrzeć do 10 osób z Rosji, które także miały uczestniczyć w nielegalnym procederze.

Podczas nalotu na siedziby firm policja przejęła gotówkę i kosztowności o wartości 1,5 miliona euro (około 6,7 milionów złotych). Śledczy twierdzą, że te pieniądze firmy zarobiły nielegalnie. Miały przekazywać pracownikom tylko ułamek należnego im wynagrodzenia.

„Mamy w Niemczech płacę minimalną, ale musimy założyć, że zagraniczni pracownicy niekoniecznie o tym wiedzą” – powiedział rzecznik niemieckiej policji.

Policyjne przeszukania miały miejsce głównie w mieście Weißenfels na wschodzie Niemiec. Tam zlokalizowana jest fabryka największej niemieckiej firmy produkującej mięso Tönnies. Rzecznik mięsnego potentata nie był w stanie stwierdzić czy podejrzewane o przestępstwa firmy są podwykonawcami jego zakładu.

Przedstawiciel jednej z firm, cytowany przez Reutersa, stwierdził, że nie jest możliwe, aby firma wysłała kogoś do Niemiec z podrobionymi dokumentami. Jednocześnie odmówił dalszego komentowania sprawy. Druga z firm nie udzieliła jakiegokolwiek komentarza.

Niemiecki sektor wędliniarski znalazł się w tym roku pod ostrzałem ze względu na wykorzystywanie pracowników z Europy Wschodniej. Złe warunki pracy miały przyspieszyć rozprzestrzenianie się w kraju koronawirusa. W związku z tym rząd w Berlinie przyjął w lipcu ustawę, która nakazuje niemieckim firmom bezpośrednie zatrudnianie pracowników, bez udziału spółek pośredniczących.
Źródło info i foto: o2.pl

29-latek nie podpisał fałszowanego protokołu wyborczego na Białorusi. Znaleziono jego zwłoki

Znaleziono ciało zaginionego od kilku dni 29-letniego Konstantina Szyszmakowa. Dyrektor muzeum w Wołkowysku był członkiem lokalnej komisji wyborczej podczas białoruskich wyborów prezydenckich. Miał odmówić podpisania protokołu ze sfałszowanymi wynikami głosowania. Niespełna tydzień później wyszedł do pracy i nie wrócił do domu. 29-letni Konstantin Szyszmakow, dyrektor Wojskowego Muzeum Historycznego w Wołkowysku na zachodzie Białorusi zaginął w sobotę. Jak opisuje portal tut.by, poszedł wtedy do pracy po kilku dniach urlopu.

Na koniec dnia zadzwonił do żony i powiedział jej, że nie może już pracować w muzeum i wraca do domu. Jednak nigdy się tam już nie pojawił. Zawiadomiono policję, zaczęły się poszukiwania. Zaangażowała się w nie niezależna grupa poszukiwawcza. We wtorek poinformowała ona na Facebooku. że Szyszmakow nie żyje.

Członkowie komisji nie podpisali sfałszowanego protokołu

Jego ciało znaleziono w lesie. Mężczyzna miał się powiesić. Według oficjalnego stanowiska śledczych, które cytuje serwis onliner.by, wstępne ustalenia mają wskazywać, że jego śmierć „nie miała natury kryminalnej”.

Jednak w prawdziwość takiej wersji wątpi m.in. ukraińska organizacja Charkowska Grupa Obrony Praw Człowieka, która opisała sprawę 29-latka na swojej stronie. Wskazują przede wszystkim na informacje, że Szyszmakow jako członek komisji wyborczej w wyborach prezydenckich miał odmówić podpisania sfałszowanego protokołu. „Biorąc pod uwagę, że Szyszmakow zaginął pierwszego dnia po pojawieniu się w pracy, wydaje się mało prawdopodobne, że ta wersja (o samobójstwie – red.) będzie uznana za prawdziwą” – pisze organizacja.

Cytowany przez tut.by ojciec 29-latka, Andrei, powiedział, że „wszystko zaczęło się dziewiątego”, kiedy Szyszmakow uczestniczył w pracach komisji wyborczej. – Razem z nim był jeszcze jeden mężczyzna, nie będę mówił jego nazwiska. Obaj nie zgodzili się podpisać ostatecznego protokołu. Według syna, podpisano go za nich. Ten zadzwonił do żony i opowiedział jej o sytuacji. Do piątku był na urlopie, w sobotę poszedł do pracy pierwszy raz od wyborów i już nie wrócił.

„Jest możliwe, że w tym przypadku młody mężczyzna został popchnięty do odebrania sobie życia, a nie zamordowany. Ale są bardzo małe szanse, że będzie można uwierzyć w oficjalną wersję wydarzeń” – pisze Charkowska Grupa Obrony Praw Człowieka.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Proponowali pracę ludziom chorym, a później okradali. Grozi im 15 lat więzienia

Prokurator skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko pięciu osobom zarzucając im handel ludźmi. Oskarżeni mieli werbować osoby, które wywozili do Wielkiej Brytanii, a następnie wykorzystywali je do zawierania umów kredytowych oraz wyłudzania świadczeń socjalnych – poinformowała rzeczniczka Prokuratury Krajowej Ewa Bialik. Jak przekazała rzeczniczka Prokuratury Krajowej, akt oskarżenia przeciwko pięciu osobom skierował do Sądu Okręgowego w Gliwicach Śląski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji PK w Katowicach.

– Prokurator oskarżył Dariusza P., Bożenę P., Krystiana P., Władysława K. i Dariusza B., o handel ludźmi polegający na werbowaniu szeregu osób, celem wywozu ich do Wielkiej Brytanii. Osoby te były następnie wykorzystane do zawierania umów kredytowych oraz wyłudzania świadczeń socjalnych w sposób poniżający ich godności – powiedziała prokurator Bialik.

– Prokurator zarzucił oskarżonym popełnienie łącznie 20 przestępstw handlu ludźmi w ramach zorganizowanej grupy przestępczej, działającej od 2009 roku na terenie Rudy Śląskiej, Częstochowy, Warszawy – podała.

Według ustaleń śledczych oskarżeni mieli wyszukiwać osoby chcące wyjechać do Wielkiej Brytanii. – Werbowane osoby były bezrobotne i znajdowały się w trudnej sytuacji życiowej, a także finansowej, były nieporadne życiowo, o niskich kwalifikacjach zawodowych, nieznające języka angielskiego, niejednokrotnie z ułomnościami intelektualnymi czy zaburzeniami psychiatrycznymi oraz uzależnione od alkoholu – wyliczyła prokurator.

Wskazała, że takim osobom oskarżeni składali oferty „legalnej, bardzo dobrze płatnej pracy” na terenie Wielkiej Brytanii.

– Dzięki podstępowi werbowników, pokrzywdzone osoby zgadzały się na wyjazd do Wielkiej Brytanii, gdzie na ich dane osobowe i przy ich nieświadomym udziale, organizatorzy rejestrowali fikcyjną działalność gospodarczą, a w bankach zakładali konta bankowe, do których wydano karty kredytowe. Kryminalna działalność organizatorów koncentrowała się jednak w głównej mierze na wyłudzeniach świadczeń i zasiłków socjalnych w Wielkiej Brytanii. Wskutek takich działań przestępcy otrzymywali, na założone uprzednio przez pokrzywdzonych konta bankowe pieniądze z tytułu dopłat i zasiłków rodzinnych – tłumaczyła.

Bez wody i łazienki

– W czasie pobytu poza granicami, obywatele polscy znajdowali się pod nieustannym nadzorem organizatorów. Pokrzywdzeni byli niejednokrotnie lokowani w przyczepach kempingowych, gdzie nie mieli dostępu do bieżącej wody czy toalety. Nadto organizatorzy procederu zwerbowane uprzednio osoby o najgorszej sytuacji życiowej zmuszali do popełnia kradzieży sklepowych i do pracy przymusowej – podkreśliła.

Jak ustalili śledczy, w taki sposób oskarżeni zwerbowali i przetransportowali prawie stu polskich obywateli, a tylko w przypadku jednej osoby, sprawcy byli w stanie wyłudzić równowartość około 35 tysięcy złotych.

Jak ustalił prokurator wydziału zamiejscowego PK w Katowicach, na terenie województwa śląskiego działało kilka zorganizowanych grup przestępczych zajmujących się handlem ludźmi, składających się w przeważającej części z osób narodowości romskiej. Prok. Bialik dodała, że jedna z grup została założona w Nottingham w Wielkiej Brytanii. W jej skład wchodzili: Dariusz P., Bożena P., Krystian P., Władysław K. i Dariusz B.

W trakcie zatrzymań prokurator zabezpieczył u podejrzanych majątek na łączną kwotę ponad 1,2 miliona złotych.

Za zarzucany czyn może grozić do 15 lat więzienia.
Źródło info i foto: onet.pl

Wiszniowie w zakładach karnych szyją maseczki ochronne. Polecenie Ministra Sprawiedliwości

„Na polecenie Ministra Sprawiedliwości, Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro uruchomiono produkcję maseczek ochronnych w 24 zakładach karnych” – poinformował na Twitterze wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik. Dodał, że przy produkcji pracuje kilkuset więźniów, a docelowo produkowanych będzie nawet 800 tys. maseczek miesięcznie.

„Docelowo będzie produkowanych tam 800 tys. maseczek ochronnych miesięcznie. Już dzisiaj jest to ok. 600 tys. W różnych miejscach produkują je od jakiegoś czasu więźniowie” – zaznaczył Michał Wójcik. Wiceszef resortu sprawiedliwości dodał też, że za kilka dni w jednostce w Wołowie uruchomiona zostanie pierwsza linia, gdzie produkowane będą środki dezynfekujące. „Będzie to około 80 tys. litrów miesięcznie” – podkreślił. Z informacji jakie przekazała ppłk Elżbieta Krakowska, rzecznik Prasowy Dyrektora Generalnego Służby Więziennej wynika, że uruchomienie produkcji w wołowskim zakładzie jest planowane na poniedziałek.

Jak dodał minister, dodatkowo w Sieradzu, w jednym z zakładów, produkowanych jest kilkaset ochronnych kombinezonów, które trafią do szpitali. Ponad 90 skazanych, oprócz maseczek ochronnych produkuje dziennie ok. 350 kombinezonów ochronnych i 1200 fartuchów. „Niech to będzie wielki ukłon w stronę lekarzy i pielęgniarek, którzy walczą z poświęceniem z epidemią. My, jako resort sprawiedliwości też chcemy dołożyć swoją cegiełkę w tej walce” – powiedział Michał Wójcik. Podkreślił też, że chce podziękować więźniom oraz funkcjonariuszom, którzy sami zgłaszają się do akcji i chcą się włączyć w walkę z koronawirusem.

Z informacji jakie przekazała ppłk Elżbieta Krakowska, rzecznik Prasowy Dyrektora Generalnego Służby Więziennej wynika, że największe przywięzienne zakłady pracy zatrudniają ok. 200 więźniów do szycia maseczek i odzieży ochronnej. „W zakładach przywięziennych IGB Mazovia, PP RAKON, PPO Sieradz i PPW Agot więźniowie szyją teraz ok. 20 tys. maseczek w ciągu jednego dnia” – podkreśla ppłk. Krakowska.

Jak podkreśliła, szycie maseczek odbywa się także w ramach zajęć resocjalizacyjnych, terapii zajęciowej lub zajęć własnych. Materiałów dostarczają różnego rodzaju instytucje, które chcą się włączyć w działania zapobiegające rozprzestrzenianiu koronawirusa.

„W ciągu jednego dnia osadzeni produkują ponad 5 tys. maseczek, a w ciągu tygodnia około 30 tys. Obecnie najwięcej maseczek produkowanych jest w Zakładzie Karnym nr 1 w Grudziądzu, Areszcie Śledczym w Ostrowie Wlkp. i Zakładzie Karnym Nr 2 w Strzelcach Opolskich” – ppłk Elżbieta Krakowska, rzecznik Prasowy Dyrektora Generalnego Służby Więziennej

Ppłk. Krakowska zaznaczyła, że wyprodukowane przez więźniów maseczki ochronne i inne środki przekazywane są do Ministerstwa Sprawiedliwości, sądów, prokuratur, jednostek penitencjarnych, a także szpitali, placówek medycznych i fundacji.
Źródło info i foto: infosecurity24.pl