Jest prokuratorskie śledztwo ws. afery hejterskiej. Chodzi o przekroczenie uprawnień przez pracowników Ministerstwa Sprawiedliwości

Prokuratura Okręgowa w Warszawie poinformowała, że wszczęła śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień między innymi przez „funkcjonariuszy publicznych wykonujących funkcje w Ministerstwie Sprawiedliwości”. Informację i zdjęcie pisma informującego o tym zamieściła na Twitterze rzeczniczka SLD Anna-Maria Żukowska, która złożyła doniesienie do prokuratury w sprawie afery hejterskiej.

„Otrzymałam od prokuratury zawiadomienie o wszczęciu śledztwa w sprawie #EmiGate #Piebiak-a” – napisała we wtorek na Twitterze rzeczniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej Anna-Maria Żukowska. To ona po pierwszych publikacjach na temat afery hejterskiej złożyła do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Żukowska wyraziła nadzieję, że „w toku śledztwa zostaną wykryci wśród funkcjonariuszy publicznych” sprawcy „przekroczenia uprawnień oraz naruszenia ustawy o ochronie danych osobowych”.

Wpisowi towarzyszy zdjęcie zawiadomienia przesłanego przez Prokuraturę Okręgową, w którym czytamy, że postanowieniem prokuratora z 21 sierpnia wszczęto śledztwo w sprawie „przekroczenia uprawnień (…) przez funkcjonariuszy publicznych wykonujących funkcję w Ministerstwie Sprawiedliwości”.

Komentując tę informację, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty stwierdził, że wszczęcie śledztwa to „pierwszy krok w sprawie Trybunału Stanu” dla ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. „Ale to prokuratura podległa PiS” – dodał polityk.

Afera hejterska

Portal Onet napisał, że urzędnicy Ministerstwa Sprawiedliwości – w tym ówczesny, zdymisjonowany w następstwie doniesień medialnych wiceminister Łukasz Piebiak – mieli stać za zorganizowanym hejtem wobec sędziów krytykujących zmiany w wymiarze sprawiedliwości, wprowadzane przez Zjednoczoną Prawicę. „W poczuciu odpowiedzialności za powodzenie reform, którym poświęciłem cztery lata ciężkiej pracy, składam na ręce Ministra Sprawiedliwości rezygnację z urzędu podsekretarza stanu” – napisał wówczas Piebiak w oświadczeniu. Składając rezygnację, Piebiak oświadczył, że będzie z determinacją bronić swojego dobrego imienia, na które pracował całe życie. Obecnie Piebiak przebywa na urlopie, po jego zakończeniu będzie mógł wrócić do pracy w warszawskim sądzie.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Polak raniony noże znaleziony na przedmieściach Eindhoven w Holandii

W piątek nad ranem na przedmieściach Eindhoven w Holandii znaleziono 31-letniego Polaka z licznymi ranami kłutymi. Mężczyzna został przewieziony do szpitala i zoperowany. 31-latka znaleziono w piątek około godziny 3:30 nad ranem. Początkowo nie było wiadomo, że Polak jest poważnie ranny. Zabrano go na komisariat, gdyż nie potrafił się wylegitymować. Dopiero tam okazało się, że został poszkodowany został kilkukrotnie ugodzony nożem w brzuch.

Z komisariatu mężczyznę przewieziono do szpitala, gdzie został zoperowany. Policja nie mogła przesłuchać rannego, więc okoliczności napadu pozostają niewyjaśnione. Ustalono jedynie, że Polak ma 31-lat i ma na imię Paweł i wraz z innymi rodakami mieszkał w hotelu w graniczącym z Eindhoven Best.

Z ustaleń holenderskich śledczych wynika, że w czwartek wieczorem w hotelu zajmowanym przez pracowników sezonowych doszło do awantury. Musiała interweniować policja. Mężczyzna prawdopodobnie został ranny właśnie wtedy, ale nie powiedział o niczym funkcjonariuszom.

Policja poszukuje świadków, którzy mogli widzieć, w jakich okolicznościach mężczyzna odniósł obrażenia. Holenderscy funkcjonariusze podają jego rysopis: rude włosy i broda, w dniu ataku miał na sobie czarny sweter, koszulkę z napisem „Superman” i białe sportowe buty.
Źródło info i foto: wp.pl

W Nigerii porwano trzech pracowników platformy wiertniczej

Grupa uzbrojonych napastników porwała w niedzielę wieczorem w Nigerii trzech pracowników platformy wiertniczej w delcie rzeki Niger – Szkota, Kanadyjczyka i Nigeryjczyka – poinformowały miejscowe służby. Agencje podkreślają, że w tym rejonie porwania zazwyczaj odbywają się dla okupu.

Wydarzenie miało miejsce na południu Nigerii, w regionie Ogbele w stanie Rivers. AFP pisze, że sześciu napastników najpierw ostrzelało platformę, obsługiwaną przez konsorcjum Delta Petroleum Resources, a następnie trzech jej pracowników uprowadziło do pobliskiego lasu, otoczonego bagnami.

– Porwano Kanadyjczyka, Szkota oraz pracownika z Nigerii – poinformował Abdullahi Ibrahim, rzecznik rządowych sił bezpieczeństwa, członek zespołu o nazwie Operacja Bezpieczna Delta – Koncentrujemy nasze wysiłki na tym, aby ofiary takich porwań jak najszybciej ratować i przeciwstawiać się bandytom.

W delcie Nigru wydobywana jest większość ropy produkowana z Nigerii. W związku z tym dosyć często dochodzi tam do porwań dla okupu, a zakładnicy zazwyczaj zostają zwolnieni po zapłaceniu pieniędzy porywaczom. Nie zawsze jednak tego typu zdarzenia kończą się pomyślnie, bowiem cztery dni temu także doszło tam do porwania dwóch pracowników firmy Shell. Dwaj policjanci, odpowiedzialni za ich bezpieczeństwo, zostali zabici przez napastników.

Nigeria jest jednym z największych producentów ropy naftowej na świecie i największym w Afryce.
Źródło info i foto: onet.pl

Ruszyło śledztwo w sprawie pożaru katedry Notre Dame

Prokuratura w Paryżu wszczęła śledztwo w związku z pożarem katedry Notre Dame. Śledczy przesłuchali pracowników, którzy zajmowali się remontem dachu katedry. Prawdopodobnie to tam rozpoczął się pożar.

Pożar katedry Notre Dame udało się ugasić ok. godz. 4. Jak informuje straż pożarna w Paryżu obecnie sytuacja jest opanowana. Katedra po pożarze od wewnątrz znajduje się w zaskakująco dobrym stanie. Jak podają francuskie media, m.in. dziennik „Le Figaro”, prokuratura w Paryżu już wszczęła śledztwo w związku z pożarem katedry.

Pożar katedry Notre Dame. Prokuratura w Paryżu wszczęła śledztwo

Według agencji AP News, początkowa wersja śledczych zakłada nieszczęśliwy wypadek, mogący mieć związek z wartym 6 milionów euro projektem renowacji zbudowanej z 500 ton drewna więźby dachowej. Prokuratura oficjalnie potwierdziła, że przesłuchani zostali robotnicy, którzy pracowali przy renowacji dachu.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Alarmy bombowe w biurach PO w całym kraju. Ewakuacja pracowników

„Dzisiaj siedziba waszej kłamliwej partii wyleci w powietrze. Płońcie ogniem piekielnym. Bomba cyka” – maile o takiej treści dotarły do biur poselskich Platformy Obywatelskiej w całej Polsce. Policja ewakuuje pracowników biur i dokładnie je sprawdza.

W mediach społecznościowych politycy – jeden po drugim – informują o mailach z pogróżkami. – To, co się dzieje, ilość hejtu, groźby karalne, życzenia śmierci mi, mojej rodzinie, moim dzieciom, to się już przelewa – podkreśliła w rozmowie z WP Joanna Augustynowska, której biuro znajduje się we Wrocławiu.

I dodała: – Ewakuowano dzisiaj moje biuro poselskie, biuro regionu. Bo ktoś wysyła maile, że chce wysadzić nas w powietrze. Sprawą zajmuje się policja, teren sprawdzany jest przez straż pożarną, a nasi pracownicy się boją. Teraz, po ewakuacji, są bezpieczni. Ta agresja, która jest nakręcana, m.in. przez telewizję publiczną… Doszliśmy do naprawdę groźnego momentu. Co się dzieje w głowach tych, którzy to robią? To nie może być bezkarne. Mam nadzieję, że te emocje uda się uspokoić, że ta fala agresji nie będzie dalej nakręcana.

Fala wpisów
O mailu napisał na Twitterze między innymi Piotr Borys, poseł do Parlamentu Europejskiego i Dyrektor Biura Krajowego PO. Opublikował treść wiadomości, która w czwartek rano została wysłana do kilku biur Platformy, m.in. w Poznaniu, Szczecinie, Białymstoku, Łodzi, Lublinie, Wrocławiu, Krakowie i Katowicach.

„Gińcie świnie” – tak został zatytułowany mail wysłany przez Monikę Zet. Jego treść brzmiała: „Dzisiaj siedziba waszej kłamliwej partii wyleci w powietrze. Płońcie ogniem piekielnym. Bomba cyka…”.

„Właśnie zostało ewakuowane moje biuro w Krakowie po pogróżkach ws zagrożenia zamachem bombowym. Atmosfera po morderstwie w Gdańsku, telewizyjnej nagonce i zagrożeniach terroryzmem jak w 3 Świecie, a nie jak w Europie. Rok 2019” – napisał Grzegorz Lipiec.

Jest reakcja. Minister Joachim Brudziński napisał, że „przestępcy nie pozostaną anonimowi”.
Źródło info i foto: wp.pl

Kusili ludzi ofertami pracy w Szwecji. Trzy osoby z Pomorza z zarzutami handlu ludźmi

Mężczyzna i dwie kobiety z Pomorza z zarzutami w sprawie handlu ludźmi i prania brudnych pieniędzy. Chodzi o co najmniej 4,5 mln złotych i nawet pół tysiąca pracowników, którzy zmuszani byli do niewolniczej pracy.

Zatrzymany w tej sprawie mężczyzna od 2016 roku werbować miał do pracy w Szwecji i Polsce obywateli Gruzji, Mołdawii, Ukrainy i Białorusi. Ogłoszenie umieszczane były na polskich oraz ukraińskich serwisach, dotyczyły głównie branży budowlanej.

Po sprowadzeniu do Polski zwerbowane osoby były kierowane do prac budowlanych. Części z nich zabierano paszporty. Zarówno na terenie Polski, jak i Szwecji nie miały zapewnionych godnych warunków zamieszkania. Pracowały bez formalnych warunków zatrudnienia. Wynagrodzenie nie było wypłacane, a jeżeli było to w kwotach nie wystarczających na zaspokojenie potrzeb życiowych. Pracownikom potrącano za mieszkanie, rzekome ubezpieczenie, odzież roboczą. W celu zmuszenia do wykonywania poleceń, stosowano groźby kar finansowych, wydaleniem z kraju, a w razie ucieczki, odnalezieniem ich oraz ich rodzin – informuje Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, która nadzorowała śledztwo prowadzone w tej sprawie przez Morski Oddział Straży Granicznej.

To właśnie pogranicznicy w październiku ubiegłego roku wpadli na trop tej grupy. W firmie należącej do zatrzymanego mężczyzny, działającej w okolicy Wejherowa, prowadzili wtedy kontrolę związaną z zatrudnianiem cudzoziemców.

Z pracownikami nie podpisywano umów lub sporządzano je w języku dla nich niezrozumiałym, zabierano im paszporty, umowy, oświadczenia o pracy. Gdy upominali się o zapłatę, grożono im deportacją lub fałszywie oskarżano o kradzież, wysyłając zawiadomienia do organów ścigania. Z ustaleń śledczych wynika, że 42-latek organizował obowiązkowe odprawy pracownicze, na których zastraszał pracowników, poniżał ich, ubliżał, a nawet bił. Często wykorzystywał też krytyczne położenie przyjezdnych, którzy nie mieli już własnych środków do życia i musieli polegać wyłącznie na wynagrodzeniu, jakie miała wypłacać firma 42-latka. Wstępnie szacuje się, że sprawcy mogli wykorzystać do pracy przymusowej przeszło 540 osób – opisuje proceder Andrzej Juźwiak, rzecznik prasowy Komendanta Morskiego Oddziału Straży Granicznej w Gdańsku.

Pieniądze za pracę wykorzystywanych ludzi zatrzymany mężczyzna dostawał od wielu firm. W trakcie śledztwa ustalono, że były one przelewane na konta dwóch kobiet, a potem wielokrotnie transferowane między różnymi rachunkami. Według prokuratury w ten sposób wyprano co najmniej 4,5 miliona złotych.

Mężczyźnie prokurator zarzucił popełnienie przestępstwa handlu ludźmi. Przestępstwo to jest zbrodnią, zagrożoną karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż 3 lata. Zatrzymanym kobietom prokurator zarzucił popełnienie przestępstwa prania brudnych pieniędzy. To przestępstwo zagrożone jest karą pozbawienia wolności od roku do lat 10. Wobec kobiet prokurator zastosował środki wolnościowe w postaci poręczenia majątkowego w kwotach 200000 oraz 100000 złotych, dozoru policji połączonego z zakazem kontaktowania się z pokrzywdzonymi oraz zakazem opuszczania kraju – mówi Grażyna Wawryniuk. Śledczy w tej sprawie chcieli także tymczasowego aresztowania mężczyzny podejrzanego o handlu ludźmi. Sąd zgodził się na takie rozwiązanie i na trzy miesiące aresztował 42-latka.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ruszył proces za znęcanie się w domu dziecka w Lidzbarku Welskim

Przed Sądem Rejonowym w Działdowie rozpoczął się we wtorek proces byłej dyrektorki i pracowników domu dziecka w Lidzbarku Welskim oskarżonych o znęcanie się nad wychowankami. Oskarżeni nie przyznają się do winy. Może im grozić do pięciu lat pozbawienia wolności.

Podczas pierwszej rozprawy sąd na wniosek oskarżyciela i obrońców zdecydował, że proces będzie się toczył za zamkniętymi drzwiami. Stawiło się pięcioro z sześciorga oskarżonych. „Na dzisiejszej rozprawie doszło do odczytania aktu oskarżenia i odebrania wyjaśnień od części oskarżonych” – poinformował PAP rzecznik Sądu Okręgowego w Elblągu sędzia Tomasz Koronowski.

Kary jak tortury

Prokuratura Rejonowa w Ostródzie oskarża byłą dyrektorkę, jej zastępcę i czworo wychowawców niepublicznego domu dziecka w Lidzbarku o psychiczne i fizyczne znęcanie się nad wychowankami, za co grozi kara do pięciu lat pozbawienia wolności. Żadna z tych osób nie przyznała się w śledztwie do winy. Według ustaleń śledczych do niewłaściwych zachowań kierownictwa i personelu placówki dochodziło w latach 2010-2014, a poszkodowanych zostało 45 dzieci. Jak informowała prokuratura, chodzi o naruszanie nietykalności cielesnej i poniżanie wychowanków oraz stosowanie kar nieadekwatnych do zachowań, m.in. zamykanie dzieci w izolatce i oblewanie brudną wodą, co miało być karą za pomazanie ścian w jadalni.

Postępowanie wszczęto po sygnałach o stosowaniu w placówce niewłaściwych metod wychowawczych. Była dyrektor mówiła wówczas PAP, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a oblewanie dzieci było „formą zabawy”, którą porównała do „biegania po szyszkach na koloniach”. Po ujawnieniu sprawy, placówkę skontrolowało biuro Rzecznika Praw Dziecka, które oceniło, że mogło tam dochodzić do naruszenia praw dziecka. Władze stowarzyszenia, które prowadzi dom dziecka, zwolniły wówczas kierownictwo i część pracowników. Nieprawidłowości potwierdziła kontrola przeprowadzona przez starostwo. Kontrolerzy uznali, że stosowano bezprawne formy dyscyplinowania, które mogły być upokarzające dla dzieci.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Ogromna afera w IMGW

Bilety za 200 tys. zł na lot do USA, zatrudnienie w zamian za część zarobków nowych pracowników, znalezienie pracy dla dwóch kochanków, z zastrzeżeniem, że nie można ich karać dyscyplinarnie. To tylko część z 94 przestępstw, o które został oskarżony Mieczysław O., były już dyrektor Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. – Instytut stał się prywatnym folwarkiem pana dyrektora. On sam miał przyjąć w sumie prawie 900 tys. zł łapówek i narazić IMGW na ponad 2 mln strat – mówi jeden ze śledczych.

Instytut prywatny, Bizancjum i Folwark dyr. O. – tak o sprawie korupcji w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej mówią śledczy.

– Analiza ustalonego stanu faktycznego pozwala stwierdzić, że Mieczysław O. stworzył w Instytucie dobrze zorganizowany mechanizm korupcyjny na niespotykaną skalę. Zorganizowana struktura przestępczych powiązań pozwalała mu trzymać w szachu osoby, które udzielały mu korzyści majątkowe, pod groźbą chociażby zwolnienia z pracy – mówi portalowi tvp.info prok. Łukasz Łapczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która wraz Wydziałem ds. Korupcji Komendy Stołecznej Policji prowadziła śledztwo w sprawie afery w IMGW.

– Taka struktura zapewniała mu bezkarność, gdyż udzielający korzyści, obawiali się nie tylko utraty miejsca pracy, ale także ewentualnej odpowiedzialności karnej za takie zachowania. Ponadto za udzielanie łapówek byli odpowiednio nagradzani przez Mieczysława O. – dodaje prokurator.

Sieć powiązań

Mieczysław O. został oskarżony o popełnienie 94 przestępstw, m.in.: przekroczenie uprawnień służbowych w celu osiągnięcia korzyści majątkowych; oszustw na szkodę Instytutu; przyjmowania łapówek; uzależnianie wykonania czynności służbowych od udzielenia korzyści majątkowych; podżegania do podrobienia dokumentów.

– W toku śledztwa ustalono, że podejrzany przyjął korzyści majątkowe w kwocie prawie 900 tys. zł. Ponadto przekraczając swoje uprawniania, dopuścił się wyrządzenia szkody w mieniu Instytutu w łącznej kwocie ponad 2 mln zł. Powyższe szkody wynikały m.in. z zawłaszczania mienia Instytutu, fikcyjnego zatrudnienia osób, tylko po to by pobierać od nich część wynagrodzenia za pracę; wydatkowania mienia Instytutu w celu budowania pozycji osobistej i zawodowej – wylicza prok. Łapczyński.

Według śledczych, były dyrektor zaczął przestępczą działalność już w 2006 roku, czyli na początku kierowania przez niego IMGW. – O. był panem i władcą Instytutu. Wszyscy się go bali i spełniali każde jego polecenie. Ludzie bali się podpaść, bo wtedy mogliby stracić pracę. Poza tym on zręcznie potrafił uzależnić od siebie ludzi, wciągając ich w swoje machloje – ujawnia jeden z pracowników Instytutu.

O tym jak skuteczny w budowaniu sieci powiązań był Mieczysław O., miał świadczyć zdaniem prokuratury fakt, że w związku z aferą 22 osoby usłyszały 160 zarzutów. Część z nich przyznała się i dobrowolnie poddała karze. Wśród skorumpowanych pracowników Instytutu znalazła się m.in. Małgorzata O., zastępca Dyrektora ds. Ekonomicznych i główna księgowa w Instytucie. Odpowiadała za wręczanie łapówek Mieczysławowi O. i pomoc w ściąganiu dla niego „działki” z przyznanych premii.

Bizancjum

O skali nielegalnej działalności O. mogą świadczyć jego zachcianki. Według prokuratury, O. kupił cztery bilety na lot z Polski do USA w klasie biznes, które kosztowały Instytut aż 200 tys. zł! Jednym z beneficjentów tej kosztownej podróży miał być Stanisław Gawłowski, który w tamtym czasie był wiceministrem Ochrony Środowiska.

Mieczysław O. wyjątkowo lubił podróżować z klasą. Jego podwładna z działu współpracy z zagranicą IMGW kupiła z kasy Instytutu bilety lotnicze na prywatne przeloty dyrektora i jego żony do Helsinek i Marrakeszu. Mało tego, wyjazd połowicy O. do Maroka został rozliczony jako delegacja służbowa szefa Instytutu.

Dyrektor miał się także stać posiadaczem nowoczesnego sprzętu fotograficznego o wartości 20 tys. zł, za który zapłacono z kasy jego firmy.

Wisienką na torcie jest zarzut wykorzystania przez O. jednego ze swoich podwładnych, któremu kazał porąbać drzewo ścięte na terenie Instytutu i przewieźć drewno do swojego domu w Łomiankach. Dyrektor miał także obciążyć Instytut kwotą blisko 6 tys. zł za dostawę internetu na swoją posesję.

Praca za seks

W śledztwie nie zabrakło nawet wątków korupcyjno-obyczajowych. Prokuratura zdobyła informację, że Mieczysław O. miał zatrudnić w oddziałach Instytutu dwóch swoich kochanków, ci zaś mieli odwdzięczać się dyrektorów świadczeniem mu usług seksualnych. Jeden w latach 2008-16, a drugi – 2010-16. Co ciekawe, żaden z zatrudnionych faworytów dyrektora nie miał odpowiednich kwalifikacji. Ba, jeden miał tylko wykształcenie podstawowe. Co ciekawe, O. miał zakazać bezpośrednim przełożonym wspomnianych mężczyzn karania dyscyplinarnego swoich protegowanych.

Normą miało być zatrudnianie w Instytucie fikcyjnych pracowników. Dyrektor brał część ich wynagrodzenia, a wirtualni podwładni resztę. – Ustaliliśmy, że O. przyjmował od podległych mu pracowników korzyści majątkowe w postaci części premii, jakie były im przyznawane – tylko po to by mogli się podzielić z podejrzanym lub innymi osobami pełniącymi w Instytucie kierownicze stanowiska – ujawnia prok. Łapczyński.

Dyrektor cały czas bał się, że na trop jego machlojek mogą wpaść służby. W 2014 roku zlecił więc jednemu z prywatnych detektywów sprawdzenie czy w pomieszczeniach IMGW nie zainstalowano urządzeń podsłuchowych. Jednocześnie w swoim gabinecie zainstalował specjalistyczne urządzenie antypodsłuchowe.
Córka pomagała legalizować łapówki?

Mieczysław O. został zatrzymany w lipcu 2016 roku i od tego momentu przebywa za kratami. Prokuratura zajęła majtek dyrektora wart 1,2 mln zł. Sam O. nie przyznał się do popełniania zarzucanych mu czynów i skorzystał z prawa do odmowy złożenia wyjaśnień. Grozi mu do 15 lat więzienia.

Wraz z dyrektorem aktem oskarżenia objęto jego córkę Esterę. Odpowie ona za „pomocnictwo do popełniania przestępstw korupcyjnych”. Kobieta zgodziła się na zatrudnienie w prywatnych firmach wskazanych przez ojca, wiedząc, że nie będzie to fikcyjna praca, a jej pensja to nic innego jak łapówki dla taty.

Ostatnią osobą, która zasiądzie z państwem O. w ławach oskarżonych jest Edyta W.-D., podejrzana o przekroczenie uprawnień służbowych w celu osiągnięcia korzyści majątkowych przez Mieczysława O. To ona miała kupić bilety na wspomniane wycieczki do Helsinek i Marrakeszu.
Źródło info i foto: TVP.info

Włochy: Polscy robotnicy zamordowali współpracownika. Motywem zabójstwa był bunt

Włoscy śledczy rozwiązują sprawę zabójstwa Artura P. O zabicie 34-latka podejrzewani są jego dwaj współpracownicy z Polski. Niedawno zeznali, że zamordowali go w ramach buntu. W nocy z 6 na 7 marca właściciel farmy, na której pracowali wyłącznie polscy pracownicy, w San Giovanii Rotondo (w południowym regionie Włoch – Apulii) wezwał karabinierów na swoją posesję, ponieważ w baraku znaleziono jednego z zatrudnionych tam mężczyzn. Tam natrafili na zwłoki 34-letniego Polaka Artura P., który pracował u Włocha. P., jak się okazało, był wcześniej karany za różne przestępstwa.

Na samym początku śledztwa wykluczono, że Polak mógł zginąć w wypadku lub z przyczyn naturalnych. Po trzech dniach przesłuchań, przeprowadzonych przez karabinierów i prokuratorów, udało się ustalić sprawców zbrodni i ich motywy. Włoscy funkcjonariusze w toku śledztwa wykazali, że za zabójstwo 34-latka mogą odpowiadać jego dwaj współpracownicy, także Polacy: Damian W. i Dariusz H.

Mężczyźni, tak jak ofiara w przeszłości notowani przez policję, przyparci do muru wyjawili, że zdecydowali się na zamordowanie 34-latka w ramach buntu, ze względu na jego „despotyczne zapędy” i próby podporządkowania sobie wszystkich pracowników. Zeznali, że najpierw ogłuszyli mężczyznę tłuczkiem do mięsa, a potem udusili go kablem.

Następnie sprawcy przenieśli jego ciało do szopy, w której mieszkali robotnicy, i tam go zostawili. Dowody zbrodni karabinierzy znaleźli w baraku (tłuczek), a także w jeziorze niedaleko farmy (kabel, którym najprawdopodobniej uduszono 34-latka). Zostały one teraz przesłane do analizy. Damian W. i Dariusz H. zostali już oskarżeni o zabójstwo.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

13 Polaków aresztowanych w WB. Podejrzani są o udział w czerpaniu korzyści z współczesnego niewolnictwa i wykorzystywania pracowników

Brytyjska policja aresztowała w czwartek 13 Polaków podejrzanych o udział w czerpaniu korzyści z współczesnego niewolnictwa i wykorzystywania pracowników. To kolejny poważny przypadek tego typu dotyczący polskiej społeczności w Wielkiej Brytanii.

Do aresztowania doszło w Handsworth na przedmieściach Birmingham w regionie West Midlands. W przekazanym mediom, w tym PAP, komunikacie podkreślono, że służby działały na podstawie wskazówki dotyczącej działalności grupy, która ściągała ludzi do Wielkiej Brytanii, a następnie kierowała ich do nisko opłacanej pracy fizycznej (m.in. na budowie i przy recyklingu) i regularne pozbawiała ich części zarobków.

Aresztowano dziewięciu mężczyzn i cztery kobiety. Śledczy dotarli do pięciu osób, które prawdopodobnie są ofiarami gangu. Poszkodowani będą mogli złożyć formalne zawiadomienie o przestępstwie, a do tego czasu otrzymują wsparcie ze strony Czerwonego Krzyża i Armii Zbawienia.

Sierżant Phil Poole z oddziału walki ze współczesnym niewolnictwem powiedział, że aresztowania miały na celu „powstrzymanie okrutnych osób, które zarabiały pieniądze na niedoli innych”.

— Nie ma miejsca na wykorzystywanie ludzi i nie zawahamy się ani sekundy, podejmując mocne i zdecydowane działania, aby to zatrzymać — zapewnił. Zatrzymania przeprowadzono we współpracy policji z Czerwonym Krzyżem, Narodową Agencją Walki z Przestępczością (NCA) i innymi organizacjami rządowymi.

Ofiary współczesnego niewolnictwa

W październiku ub.r. eksperci i aktywiści NGO ostrzegli, że nawet setki lub tysiące Polaków w Wielkiej Brytanii mogą stawać się co roku ofiarami współczesnego niewolnictwa.

Według statystyk w 2016 roku w ramach krajowego systemu NRM zidentyfikowano 163 polskie ofiary niewolnictwa, z czego 148 osób padło ofiarą wyzysku w pracy. To najwyższy wynik od 2012 roku, dla którego dostępne są najstarsze dane, i siódme miejsce wśród grup narodowościowych najczęściej doświadczających tego zjawiska.

Wiceszefowa NCA Caroline Young przyznała jednak w rozmowie z PAP, że oficjalne dane „to jedynie wierzchołek góry lodowej”. — Prawdopodobnie jest bardzo dużo osób, które z różnych powodów nie chcą lub nie mogą się zgłosić (na policję) — ceniła.

Katarzyna Zagrodniczek z polskiej organizacji East European Resource Centre tłumaczyła z kolei, że szczególnie narażone są osoby pracujące m.in. w rolnictwie, myjniach, barach, magazynach, fabrykach, centrach dystrybucji i na budowie oraz zatrudnione jako pomoc domowa.

— To ludzie, którzy godzą się pracować za trzy funty (na godzinę), bo nie mają innego wyjścia lub tak im się wydaje […]. To, że muszą pracować przez wiele godzin, bez przerw, traktują jako szansę, żeby się „odkuć” — powiedziała.

Kwestia walki z handlem ludźmi i współczesnym niewolnictwem będzie jednym z tematów dyskusji na Polsko-Brytyjskim Forum Belwederskim w Londynie w lutym br. Od marca br. przy polskim oddziale Armii Zbawienia funkcjonuje wspierany przez brytyjski rząd Punkt Weryfikacji Ofert Pracy, który pomaga w ustaleniu wiarygodności pracodawców i pomaga osobom, które wyjeżdżają do Wielkiej Brytanii w celach zarobkowych.

W 2016 roku podpisano również porozumienie o współpracy między Armią Zbawienia a La Stradą. W ramach tej współpracy wymieniane są informacje o osobach, które zdołały uwolnić się z sytuacji niewolniczej i postanowiły wrócić do Polski.

Pomoc ofiarom

Osoby, które same padły ofiarą handlu ludźmi lub podejrzewają, że problem ten dotyczy znanych im ludzi, mogą zadzwonić w Wielkiej Brytanii na specjalną infolinię pod numer 0 8000 121 700. Oferuje ona wsparcie także w języku polskim.

Zgodnie z brytyjskim prawem po ustaleniu, że dana osoba mogła paść ofiarą handlu ludźmi, może ona liczyć na tymczasowe zakwaterowanie, wsparcie psychologiczne i pomoc w znalezieniu pracy.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl