Göteborg: Zatrzymano czworo Polaków zatrzymanych w sprawie handlu ludźmi

Szwedzka policja zatrzymała w Göteborgu czworo Polaków – trzech mężczyzn i jedną kobietę. Wszyscy są podejrzani o branie udziału w procederze handlu ludźmi. Mieli sprowadzać do Szwecji Polaków, którym obiecywali pracę, a następnie zmuszać ich do dokonywania kradzieży. We wtorek 2 października szwedzkie służby zatrzymały w Göteborgu czworo Polaków ws. handlu ludźmi. To trzech mężczyzn i kobieta, wszyscy w wieku od 40 do 50 lat – podaje Onet. Mieli brać udział w sprowadzaniu do Szwecji osób, które znajdowały się w trudnej sytuacji finansowej. Oferowali im pracę i mieszkanie.

Szwecja. Czworo Polaków zatrzymanych w związku z handlem ludźmi

Zdaniem służb, zatrzymani po sprowadzeniu do Szwecji rodaków zmuszali ich do dokonywania kradzieży i koczowania w namiotach, a pieniądze oddawali im w zamian za jedzenie. Jak podaje szwedzka policja, proceder miał trwać kilka lat, a poszkodowanych zostało co najmniej kilkanaście osób. Służby nie wykluczają, że ofiar oszustów było więcej.

Grupę Polaków rozpracował szwedzki wydział do spraw zwalczania międzynarodowej przestępczości zorganizowanej, a prokuratura uznała proceder za handel ludźmi.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wielkopolska: Zastrzelił swojego szefa i uciekł w pole kukurydzy

Morderstwo w miejscowości Zadowice w Wielkopolsce. Pracownik sezonowy postrzelił śmiertelnie właściciela fermy drobiu. Jak dowiedzieli się dziennikarze RMF FM, po godz. 9 doszło do awantury na terenie fermy drobiu w Zadowicach w powiecie kaliskim. Pracownik sezonowy postrzelił 34-letniego właściciela fermy w głowę.

Mężczyzna porzucił pistolet i uciekł w pobliskie pole kukurydzy.

Napastnik jest teraz poszukiwany. Na miejsce skierowano psy tropiące oraz śmigłowiec z Wrocławia. Do Zadowic przyjechał też prokurator z Ostrowa Wielkopolskiego, który próbuje ustalić dokładny przebieg tego zdarzenia.

Jak nieoficjalnie ustalił nasz dziennikarz Mateusz Chłystun, sprawca ma około 45 lat. Mieszkał w jednym z budynków na terenie zakładu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Norwegia. Polak zatrudniał rodaków. Nic im nie zapłacił. Aresztowano go pod zarzutem handlu ludźmi

Tomasz S. zatrudniał Polaków do pracy przy zbiorach truskawek i malin w Norwegii. W internecie oferował pieniądze i zakwaterowanie. – Pracowaliśmy 7 dni w tygodniu, po 10-13 godzin. Nie dostaliśmy żadnych pieniędzy. Za barak, w którym mieszkaliśmy, musieliśmy sami zapłacić – powiedziała polsatnews.pl 19-letnia Julia ze Szczyrku, która przez miesiąc pracowała u Tomasza S. Polak został aresztowany.

Ofiarą mężczyzny, właściciela firmy w Fresvik (200 km na północ od Bergen) zatrudniającej polskich pracowników sezonowych, mogło paść ponad 40 osób.

Tomasz S. działał w sposób zorganizowany. Zatrudniał ludzi, którzy nie mówili po angielsku, a potrzebowali gotówki lub byli studentami.

– Jest mi winien 21 tys. zł. Nie dostałam nic, a przez cały okres pobytu wydałam 2 tys. zł – powiedziała polsatnews.pl 19-letnia Julia Gałczyńska.

Na prysznic czekało się 2 godziny

Do Fresvik Julia przyjechała ze swoją przyjaciółką 14 lipca. – Ofertę pracy przy zbiorach znalazłyśmy przez internet. W ogłoszeniu nie było wielu szczegółów, więc zadzwoniłam do pana Tomasza S., aby dowiedzieć się więcej. Powiedział m.in., że jest to praca na akord, że zapewnia zakwaterowanie – opowiedziała 19-latka.

Na miejscu okazało się, że za barak trzeba zapłacić. Opłata wynosiła 1500 koron norweskich (ok. 600 zł). Według relacji kobiety w poprzednich latach, aby dostać pracę, trzeba było ponadto przywieźć ze sobą z Polski litr wódki, litr wina, papierosy oraz jednorazowo wpłacić 1200 koron (ok. 500 zł).

W baraku było ciasno. W pokoju o powierzchni 5 m2 mieszkały 3 osoby. – Na piętrowe łóżko wchodziłam przez biurko. Na parterze mieszkało około 30 osób. Były tylko dwie toalety i dwa prysznice. Gdy wracaliśmy z pola, każdy chciał się umyć, ale trzeba było czekać nawet 2 godziny, aby wejść do łazienki – relacjonowała pani Julia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Ojciec zaginionego Dawida Żukowskiego dwa tygodnie przed śmiercią zniknął z pracy. Co robił w tym czasie?

Mija kolejny dzień poszukiwań 5-letniego Dawida Żukowskiego. Chłopiec został odebrany od dziadków przez ojca, Pawła Ż. i miał zostać zawieziony do matki. Nie dotarł tam. Kilka godzin później ojciec popełnił samobójstwo. Jak podaje TVP Info, około dwóch tygodni przed dramatem ojciec Dawida przestał pojawiać się w pracy. Czy to oznacza, że w tym czasie planował uprowadzenie chłopca? Mamy opinię ekspertów na ten temat.

Tłem tragicznych zdarzeń jest konflikt rodzinny. Pod koniec czerwca 31-letnia matka Dawidka miała zawiadomić prokuraturę o tym, że mąż znęca się nad nią psychicznie. Kobieta wraz z synkiem trzy tygodnie przed tragedią wyprowadziła się z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy. W rodzinie miało dochodzić do częstych kłótni, których powodem miało być – jak donosi TVN24 – uzależnienie Pawła Ż. od hazardu. 32-latek miał z tego powodu popaść w długi. Z kolei portal TVP Info ustalił, że około dwóch tygodni przed samobójczą śmiercią ojciec 5-letniego Dawida przestał pojawiać się w pracy. Czy to oznacza, że w tym czasie mógł planować uprowadzenie synka?

– To co się wydarzyło było wynikiem rodzinnego konfliktu. Z dotychczasowych ustaleń śledczych wynika, że ojciec Dawida działał w sposób zaplanowany – mówi w rozmowie z Fakt24.pl wybitny kryminolog, prof. Brunon Hołyst. – Hipoteza, że mężczyzna mógł zaplanować uprowadzenie synka, w trakcie tych dwóch tygodni, gdy nie było go w pracy jest bardzo prawdopodobna. Po urlopie mógł przystąpić do realizacji tego planu. W mojej opinii oddala się, niestety, perspektywa odnalezienia chłopca żywego – dodaje.

Paweł Ż. pracował jako menadżer ds. eksportu w firmie zajmującej się sprzedażą specjalistycznego sprzętu. Biegła znajomość języka rosyjskiego z pewnością pomagała mu w pracy. Z relacji kolegów mężczyzny wynika, że był bardzo spokojnym człowiekiem, a także sumiennym i bardzo skrupulatnym pracownikiem. Czy byłby zdolny zrobić krzywdę swojemu synkowi?

– Ta sprawa jest bardzo zagadkowa. Jeżeli miałoby tu miejsce klasyczne samobójstwo rozszerzone, to ojciec miałby dziecko przy sobie. W przypadku tego typu zbrodni sprawca prawie zawsze jest w pobliżu ofiary, bo jest to akt desperacji i kontynuacja chorej miłości. Tutaj tego nie ma. Nie wiadomo, gdzie znajduje się chłopiec. Dlatego ta sprawa budzi szereg moich wątpliwości, ale wydaje mi się, że odnalezienie dziecka żywego jest coraz mniej prawdopodobne – mówi Dariusz Loranty, były nadkomisarz i szef ekspertów bezpieczeństwa Środkowoeuropejskiego Instytutu Badań i Analiz Strategicznych CIRSA.

Zaginięcie Dawida Żukowskiego

Dawid Żukowski zaginął po południu w środę 10 lipca. Tego dnia o 17.00 ojciec Paweł Ż. odebrał go od dziadków w Grodzisku Mazowieckim i miał odwieźć do mamy do Warszawy. O godz. 21.00 32-latek targnął się na swoje życie, rzucając się pod pociąg na dworcu w Grodzisku. Około północy mama Dawida zgłosiła zaginięcie syna. Gdy kilka godzin później znaleziono samochód Pawła Ż. zaparkowany kilka kilometrów od dworca, Dawidka w nim nie było. Sprawa od razu była traktowana priorytetowo, bo przed popełnieniem samobójstwa Paweł Ż. wysłał do byłej partnerki SMS o treści „nigdy nie zobaczysz już syna”.

W poszukiwaniach Dawida przez ponad cztery doby udział brało kilkuset policjantów, żołnierzy i strażaków. Odtworzono minuta po minucie trasę, jaką po odebrania Dawidka od dziadków przejechał Paweł Ż. Dzięki temu wiadomo, że mężczyzna dwukrotnie przejeżdżał przez miejscowość Chrzanów Duży – raz udając się w kierunku Warszawy, drugi raz wracając do Grodziska Mazowieckiego – oraz dwukrotnie zatrzymywał się w okolicy węzła Konotopa. Przeczesano łącznie ponad 4,5 tys. hektarów terenu między Grodziskiem a autostradą A2, sprawdzając dokładnie centymetr po centymetrze. Chłopca jednak do tej pory nie znaleziono.

W poniedziałek 15 lipca policja zawiesiła działania w terenie. Teraz śledczy skupiają się analizie zebranych danych i dowodów w sprawie. Nie wiadomo, kiedy poszukiwania zostaną wznowione.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Wójt gminy Lesznowola zatrzymana przez CBA wróciła do pracy. Jolanta B.-W. została przywitana oklaskami

Jolanta B.-W., wójt gminy Lesznowola, która w ubiegłą środę została zatrzymana przez Centralne Biuro Antykorupcyjne, wróciła do pracy. Po kilkudniowej nieobecności w urzędzie została przywitana oklaskami i kwiatami – informuje Radio dla Ciebie.

Zatrzymanie wójt gminy Lesznowola (w 2018 r. została wyróżniona tytułem „Najlepszego wójta X-lecia”) to wynik śledztwa po kontroli CBA. Wójt podejrzewana jest o działanie na szkodę finansów gminy.

Według śledczych miała przekroczyć swoje uprawnienia lub nie dopełnić obowiązków i niezasadnie wypłacać odsetki od zerwanej umowy oraz umarzać należności podatkowe. Łączna kwota strat gminy ma wynosić 4 mln zł.

W poniedziałek Radio dla Ciebie poinformowało, że wójt wróciła na stanowisko, a „pracownicy urzędu przywitali gospodynię oklaskami i kwiatami”.

Jolanta B.-W., jak i urząd, nie chcieli skomentować zatrzymania przez CBA.

– „Toczy się postępowanie przygotowawcze i z powodów tak zwanej ostrożności procesowej, po prostu nie komentuję tej sprawy” – przekazała w rozmowie z RDC Agnieszka Adamus, kierownik referatu promocji i komunikacji z mediami w lesznowolskim urzędzie.

Wójt przed sądem będzie odpowiadać z wolnej stopy.
Źródło info i foto: businessinsider.com.pl

Ciąg dalszy sprawy Ukraińca porzuconego w lesie. Mężczyzna zmarł

Właścicielka firmy z Jastrzębska Starego k. Nowego Tomyśla miała porzucić w lesie swojego pracownika, który zasłabł w trakcie pracy. Mężczyzna, obywatel Ukrainy, zmarł. Teraz w sprawę zaangażował się Adam Bodnar. RPO domaga się informacji od Inspekcji Pracy na temat wcześniejszych kontroli.

Bulwersującą sprawę opisuje „Gazeta Wyborcza”. 36-letni Wasyl Czornej mieszkał w Polsce od czterech miesięcy. Mężczyzna pracował na budowie, jednocześnie dorabiając w zakładzie stolarskim w Jastrzębsku Starym nieopodal Nowego Tomyśla. Jak wynika z zeznań kolegów z pracy 38-latka, mężczyzna 12 czerwca zasłabł. 53-letnia Grażyna F., właścicielka zakładu, nie wezwała jednak pogotowia. Zamiast tego miała porzucić go w lesie 125 km dalej, tam 36-latek zmarł. Kobieta zatrudniała pracowników nielegalnie i prawdopodobnie bała się konsekwencji, teraz grozi jej pięć lat więzienia. Oprócz niej zatrzymany został jeden z Ukraińców pracujących w zakładzie, któremu zarzuca się utrudnianie śledztwa.

Porzuciła Ukraińca w lesie. Bodnar domaga się informacji

Do sprawy odniósł się Adam Bodnar, który zamieścił oświadczenie. RPO powiadamia w nim, że zwrócił się do Głównego Inspektora Pracy o informacje dotyczące „czynności kontrolnych wobec pracodawcy zmarłego”. Jak czytamy w oświadczeniu, chodzi o ustalenie okoliczności zdarzenia. Rzecznik wymienia pięć zagadnień, które jego zdaniem powinny być zbadane. Chodzi o: legalność zatrudnienia cudzoziemców, obowiązek opłacania składek na ubezpieczenia społeczne, obowiązek opłacania składek na Fundusz Pracy, przygotowanie pracowników do prac i przestrzeganie przepisów dotyczących technicznego bezpieczeństwa pracy.

RPO przypomina przy okazji tego zdarzenia o niepokojących statystykach z raportu „Mniejszość ukraińska i migranci z Ukrainy w Polsce. Analiza dyskursu”. Wynika z niego, że aż 41 proc. wypowiedzi w polskim internecie na temat Ukraińców miało wydźwięk negatywny. 42 proc. było neutralnych, a tylko 17 proc. – pozytywnych.

Konsul uruchomił zbiórkę dla bliskich zmarłego Ukraińca

Do sprawy odniósł się też Witold Horowski, konsul honorowy Ukrainy w Wielkopolsce. Horowski uruchomił zbiórkę na rzecz rodziny zmarłego 36-latka – żona, trójka dzieci oraz rodzice w podeszłym wieku. „Wiemy jednak, że to ubodzy ludzie, dla których śmierć bliskiego wkrótce będzie miało też wymiar materialnej katastrofy. Piszą do nas w tej sprawie ci, którzy mają potrzebę wsparcia materialnego tej rodziny” – pisze konsul. Pieniądze można wpłacać na numer konta 37 1090 1854 0000 0001 1451 2044 z dopiskiem „Dla dzieci Wasyla”
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Policjanci CBŚP rozbili grupę przestępczą. Zabezpieczono nielegalne wyroby akcyzowe i broń

Zlikwidowane magazyny, linie produkcyjne alkoholu i papierosów oraz zabezpieczona broń i amunicja to efekt pracy policjantów CBŚP, wrocławskiej prokuratury, KAS i BSWP w Łodzi. W trakcie przeprowadzonych działań zatrzymano 27 osób. Działalność przestępcza grupy mogła narazić Skarb Państwa na stratę nawet 25 milionów złotych.

Funkcjonariusze Zarządu we Wrocławiu CBŚP pod nadzorem Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw
Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu, prowadzili sprawę związaną z przestępczością akcyzową i nielegalnym posiadaniem broni i amunicji.

Po zebraniu materiału dowodowego policjanci na polecenie prokuratora nadzorującego śledztwo niezwłocznie przystąpili do działań. W miniony poniedziałek funkcjonariusze jednocześnie wkroczyli na 35 ustalonych wcześniej adresów. Podczas działań prowadzonych na szeroką skalę na terenie województw łódzkiego i dolnośląskiego, policjantom z CBŚP wsparcia udzielili, funkcjonariusze Dolnośląskiego Urzędu Celno-Skarbowego we Wrocławiu oraz Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Łodzi.

Jak ustalili policjanci, zatrzymani od dłuższego czasu mogli prowadzili działalność przestępczą polegającą na nielegalnej produkcji i obrocie wyrobami akcyzowymi, przestępstwami związanymi z wytwarzaniem, handlem oraz posiadaniem broni palnej i amunicji bez wymaganego zezwolenia kłusownictwem i dystrybucją wyrobów mięsnych pozyskanych nielegalnie oraz przestępstwami korupcyjnymi związanymi z nadużyciem uprawnień wynikających z pełnionych funkcji publicznych.

Łącznie zatrzymanych zostało 27 osób. W trakcie przeprowadzonych przeszukań policjanci zabezpieczyli 14 jednostek nielegalnej broni palnej różnego kalibru, 6 tłumików oraz 2000 sztuk amunicji. Ponadto zlikwidowane zostały dwie nielegalne linie wytwarzania krajanki tytoniowej, linia służąca do pakowania papierosów oraz dwie rozlewnie, w których odkażano i destylowano wyroby spirytusowe. Podejrzani w niektórych przypadkach starali się bardzo dobrze ukryć nielegalne przedmioty. W jednym z pomieszczeń gospodarczych znajdowała się zamocowana na ścianie płyta z uchwytami na narzędzia. W rzeczywistości, była ona jednocześnie wejściem do magazynu, w którym funkcjonariusze ujawnili składowane papierosy i nielegalny alkohol.

W trakcie działań zabezpieczono 3,7 tony tytoniu, 700 tys. sztuk papierosów, 1900 litrów alkoholu oraz 1000 sztuk podrobionych banderol akcyzowych.

Wartość zabezpieczonych produktów akcyzowych wyniosła 2,5 mln złotych. Natomiast uszczuplenia Skarbu Państwa z tytułu nieodprowadzonego podatku mogą sięgać nawet 3 mln złotych. Całkowite uszczuplenia Skarbu Państwa za okres działalności przestępczej grupy wyniosły co najmniej 25 milionów złotych.

Na poczet kar i grzywien zabezpieczono nieruchomości o wartości 13 milionów złotych oraz pieniądze w kwocie 170 tys. zł.

Zatrzymani usłyszeli w prokuraturze m.in. zarzuty związane z nielegalnym wytwarzaniem broni i amunicji, produkcji i wprowadzania na terenie UE wyrobów akcyzowych w postaci papierosów i spirytusu, prania pieniędzy oraz kłusownictwa.

W wyniku działania funkcjonariuszy CBŚP oraz prokuratora Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu, sąd zastosował trzymiesięczny areszt wobec 19 osób. Wobec pozostałych osób zastosowano wolnościowe środki zapobiegawcze, w postaci poręczeń majątkowych i zakazu opuszczania kraju.

Za popełnione przestępstwa może grozić kara nawet do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Zabójstwo 14-letniego chłopca w Wielkopolsce. Zbigniew P. aresztowany

​Podejrzany o zabójstwo 14-latka w Gogolewie został tymczasowo aresztowano na trzy miesiące. Zbigniew P. przyznał się do winy.

Ciało 14-latka znaleziono w czwartek w Gogolewie w Wielkopolsce. Wszystko wskazywało, że sprawcą zbrodni jest Zbigniew P., konkubent matki nastolatka. Mężczyzna tego dnia przyszedł do pracy i powiedział szefowi, że „zrobił coś strasznego”, a następnie wyszedł. Ciało chłopca znalazła jego matka. Ruszyła obława na 49-latka. Schwytano go w piątek rano w miejscowości Brzezie.

W wyniku sekcji zwłok nastolatka ustalono, że śmierć nastąpiła w wyniku „uderzeń narzędzie tępokrawędzistym w głowę”. W tej chwili Zbigniewowi P. ogłoszono zarzut zabójstwa. Sprawca przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia, opisując okoliczności zdarzenia – mówił w piątek prokurator Michał Smętkowski.

W sobotę Sąd Rejonowy w Gostyniu zastosował wobec Zbigniewa P. tymczasowe aresztowanie. Prokuratura argumentowała wniosek obawą ucieczki. Tym bardziej, że po dokonaniu przestępstwa opuścił on swoje miejsce zamieszkania i ukrywał się. Druga przesłanka, to grożąca podejrzanemu wysoka kara, gdyż czyn tej jest zagrożony karą przekraczającą 8 lat pozbawienia wolności – mówił PAP Smętkowski.

Prokurator powiedział również, że w trakcie wizji lokalnej, przeprowadzonej w miejscu zdarzenia, udało się odnaleźć narzędzie zbrodni.

Podczas wizji lokalnej udało się ujawnić narzędzie, którym sprawca zadał cios 14-latkowi. Podejrzany wskazał miejsce, gdzie wyrzucił ten przedmiot, to narzędzie to było coś w rodzaju pałki drewnianej – powiedział prokurator.

Jak dodał, w trakcie sobotniego przesłuchania Zbigniew P. ponownie się przyznał i podtrzymał wcześniejsze złożone w sprawie wyjaśnienia. Za zabójstwo grozi mu nawet dożywocie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Niewolnicza praca podczas zbiorów na plantacjach w Europie

Unia Europejska przyznaje milionowe subwencje plantatorom owoców i warzyw w Hiszpanii i we Włoszech, mimo że łamią oni przepisy, wyzyskując ludzi. KE to nie przeszkadza. Tylko jeden plantator w hiszpańskiej prowincji Almeria w Andaluzji w minionych 3 latach otrzymał 3,4 mln euro subwencji, mimo że łamał przepisy dotyczące wynagrodzenia i warunków pracy.

O sytuacji tej donoszą dziennikarze niemieckiej rozgłośni Bayerischer Rundfunk, którzy dotarli do poszkodowanych pracowników. Pracujący w szklarniach i na polach ludzie uskarżali się na zbyt niskie wynagrodzenie i brak ubrań ochronnych podczas oprysków toksycznymi środkami.

W całej Unii Europejskiej obowiązuje nakaz stosowania kombinezonów ochronnych przy opryskach i wymóg posiadania specjalnych uprawnień, jakie muszą mieć osoby wykonujące tę pracę.

Do regionalnych związków zawodowych spłynęły liczne skargi na producentów np. ekologicznych pomidorów. Hiszpańska farma dostarcza te warzywa także do niemieckich supermarketów i sieci dyskontowych.

Pieniądze podatnika dla wyzyskiwaczy

Śledztwo niemieckich dziennikarzy w hiszpańskich bankach danych wykazało, że także inne firmy z regionu Almeria, łamiące przepisy dotyczące wynagrodzenia i warunków pracy, otrzymują milionowe subwencje. Oznacza to, że pieniądze unijnych podatników płyną do firm wyzyskujących ludzi. Przedsiębiorstwom zarzuca się dumping płacowy, łamanie przepisów BHP i uchylanie się od płacenia świadczeń socjalnych.

UE corocznie wypłaca 58 mld euro z tytułu subwencji rolniczych. 70 proc. tych pieniędzy to bezpośrednie wypłaty dla rolników. Jak podkreślają dziennikarze, przy rozdziale tych środków żadnej roli nie odgrywają standardy socjalne, jak przestrzeganie prawa pracy czy minimalnych stawek wynagrodzenia.

Eurodeputowani, jak Martin Haeusling z Zielonych, ostro to krytykują, domagając się, by Komisja Europejska jak najszybciej zmieniła praktyki rozdziału pieniędzy i w większym stopniu kontrolowała wypłaty unijnych środków w krajach takich jak Włochy czy Hiszpania.

Karl-Heinz Florenz z CDU domaga się, aby natychmiast obcinać unijne środki w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości. Unijny komisarz ds. rolnictwa Phil Hogan na zapytanie niemieckich dziennikarzy stwierdził, że nie widzi żadnej potrzeby podjęcia działań. Jak poinformował, nie przewiduje on żadnych zmian w programie przyznawania subwencji na następne lata, który jest obecnie opracowywany.

Niewolnicy w slumsach w Europie

Dziesiątki tysięcy migrantów i uchodźców pracuje na polach i w cieplarniach w Hiszpanii i we Włoszech. Ze względu na tak dużą podaż rąk do pracy, jest tam ostra konkurencja. Wielu rolników i plantatorów wykorzystuje bez skrupułów beznadziejną sytuację uchodźców.

W Almerii, która jest największym na świecie obszarem upraw owoców i warzyw na świecie, wielu pracowników zarabia tylko 25 euro dziennie, pomimo że taryfikatory przewidują prawie 47 euro wynagrodzenia. Związki zawodowe i organizacje pomocy uchodźcom określają tę sytuację mianem „nowoczesnego niewolnictwa”.

Tysięcy pracowników nie stać na opłacenie sobie mieszkania. Żyją w prowizorycznych szałasach skleconych z odpadów, bez wody i prądu. Jak stwierdzili dziennikarze Bayerischer Rundfunk, we Włoszech w proceder ten uwikłana jest dodatkowo mafia. Bandy trudnią się pośrednictwem w werbowaniu rąk do pracy. Uzależniają ludzi od siebie i pobierają od nich haracz. Jak przyznaje włoska policja i prokuratura, w wielu przypadkach są to działania południowowłoskiej ‚Ndranghety.

Supermarkety umywają ręce

Owoce i warzywa produkowane w tak karygodnych warunkach trafiają potem do sklepów i marketów w całej Europie, także w Niemczech. Produkty z Hiszpanii sprzedają np. sieci marketów Edeka, Rewe, Real, Penny i Lidl. Rolnicy z Almerii uskarżają się, że to Niemcy wywierają na nich największą presję cenową. Jak wyjaśnia organizacja pomocowa Oxfam, presja cenowa jest bezpośrednio przekazywana dalej na robotników i jest jednym z głównych powodów wyzysku.

Największe niemieckie sieci supermarketów odrzucają jednak jakąkolwiek odpowiedzialność za taką sytuację, powołując się na certyfikat GlobalG.A.P., gwarantujący, że w farmach tych przeprowadzane są kontrole na miejscu. Ponieważ już w przeszłości występowały problemy z certyfikowanymi producentami, obecnie GlobalG.A.P. znalazł się w ogniu krytyki. Jest to bowiem certyfikat finansowany bezpośrednio przez branżę handlową.
Źródło info i foto: onet.pl

Włochy: Polscy robotnicy zamordowali współpracownika. Motywem zabójstwa był bunt

Włoscy śledczy rozwiązują sprawę zabójstwa Artura P. O zabicie 34-latka podejrzewani są jego dwaj współpracownicy z Polski. Niedawno zeznali, że zamordowali go w ramach buntu. W nocy z 6 na 7 marca właściciel farmy, na której pracowali wyłącznie polscy pracownicy, w San Giovanii Rotondo (w południowym regionie Włoch – Apulii) wezwał karabinierów na swoją posesję, ponieważ w baraku znaleziono jednego z zatrudnionych tam mężczyzn. Tam natrafili na zwłoki 34-letniego Polaka Artura P., który pracował u Włocha. P., jak się okazało, był wcześniej karany za różne przestępstwa.

Na samym początku śledztwa wykluczono, że Polak mógł zginąć w wypadku lub z przyczyn naturalnych. Po trzech dniach przesłuchań, przeprowadzonych przez karabinierów i prokuratorów, udało się ustalić sprawców zbrodni i ich motywy. Włoscy funkcjonariusze w toku śledztwa wykazali, że za zabójstwo 34-latka mogą odpowiadać jego dwaj współpracownicy, także Polacy: Damian W. i Dariusz H.

Mężczyźni, tak jak ofiara w przeszłości notowani przez policję, przyparci do muru wyjawili, że zdecydowali się na zamordowanie 34-latka w ramach buntu, ze względu na jego „despotyczne zapędy” i próby podporządkowania sobie wszystkich pracowników. Zeznali, że najpierw ogłuszyli mężczyznę tłuczkiem do mięsa, a potem udusili go kablem.

Następnie sprawcy przenieśli jego ciało do szopy, w której mieszkali robotnicy, i tam go zostawili. Dowody zbrodni karabinierzy znaleźli w baraku (tłuczek), a także w jeziorze niedaleko farmy (kabel, którym najprawdopodobniej uduszono 34-latka). Zostały one teraz przesłane do analizy. Damian W. i Dariusz H. zostali już oskarżeni o zabójstwo.
Źródło info i foto: Gazeta.pl