Ojciec zaginionego Dawida Żukowskiego dwa tygodnie przed śmiercią zniknął z pracy. Co robił w tym czasie?

Mija kolejny dzień poszukiwań 5-letniego Dawida Żukowskiego. Chłopiec został odebrany od dziadków przez ojca, Pawła Ż. i miał zostać zawieziony do matki. Nie dotarł tam. Kilka godzin później ojciec popełnił samobójstwo. Jak podaje TVP Info, około dwóch tygodni przed dramatem ojciec Dawida przestał pojawiać się w pracy. Czy to oznacza, że w tym czasie planował uprowadzenie chłopca? Mamy opinię ekspertów na ten temat.

Tłem tragicznych zdarzeń jest konflikt rodzinny. Pod koniec czerwca 31-letnia matka Dawidka miała zawiadomić prokuraturę o tym, że mąż znęca się nad nią psychicznie. Kobieta wraz z synkiem trzy tygodnie przed tragedią wyprowadziła się z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy. W rodzinie miało dochodzić do częstych kłótni, których powodem miało być – jak donosi TVN24 – uzależnienie Pawła Ż. od hazardu. 32-latek miał z tego powodu popaść w długi. Z kolei portal TVP Info ustalił, że około dwóch tygodni przed samobójczą śmiercią ojciec 5-letniego Dawida przestał pojawiać się w pracy. Czy to oznacza, że w tym czasie mógł planować uprowadzenie synka?

– To co się wydarzyło było wynikiem rodzinnego konfliktu. Z dotychczasowych ustaleń śledczych wynika, że ojciec Dawida działał w sposób zaplanowany – mówi w rozmowie z Fakt24.pl wybitny kryminolog, prof. Brunon Hołyst. – Hipoteza, że mężczyzna mógł zaplanować uprowadzenie synka, w trakcie tych dwóch tygodni, gdy nie było go w pracy jest bardzo prawdopodobna. Po urlopie mógł przystąpić do realizacji tego planu. W mojej opinii oddala się, niestety, perspektywa odnalezienia chłopca żywego – dodaje.

Paweł Ż. pracował jako menadżer ds. eksportu w firmie zajmującej się sprzedażą specjalistycznego sprzętu. Biegła znajomość języka rosyjskiego z pewnością pomagała mu w pracy. Z relacji kolegów mężczyzny wynika, że był bardzo spokojnym człowiekiem, a także sumiennym i bardzo skrupulatnym pracownikiem. Czy byłby zdolny zrobić krzywdę swojemu synkowi?

– Ta sprawa jest bardzo zagadkowa. Jeżeli miałoby tu miejsce klasyczne samobójstwo rozszerzone, to ojciec miałby dziecko przy sobie. W przypadku tego typu zbrodni sprawca prawie zawsze jest w pobliżu ofiary, bo jest to akt desperacji i kontynuacja chorej miłości. Tutaj tego nie ma. Nie wiadomo, gdzie znajduje się chłopiec. Dlatego ta sprawa budzi szereg moich wątpliwości, ale wydaje mi się, że odnalezienie dziecka żywego jest coraz mniej prawdopodobne – mówi Dariusz Loranty, były nadkomisarz i szef ekspertów bezpieczeństwa Środkowoeuropejskiego Instytutu Badań i Analiz Strategicznych CIRSA.

Zaginięcie Dawida Żukowskiego

Dawid Żukowski zaginął po południu w środę 10 lipca. Tego dnia o 17.00 ojciec Paweł Ż. odebrał go od dziadków w Grodzisku Mazowieckim i miał odwieźć do mamy do Warszawy. O godz. 21.00 32-latek targnął się na swoje życie, rzucając się pod pociąg na dworcu w Grodzisku. Około północy mama Dawida zgłosiła zaginięcie syna. Gdy kilka godzin później znaleziono samochód Pawła Ż. zaparkowany kilka kilometrów od dworca, Dawidka w nim nie było. Sprawa od razu była traktowana priorytetowo, bo przed popełnieniem samobójstwa Paweł Ż. wysłał do byłej partnerki SMS o treści „nigdy nie zobaczysz już syna”.

W poszukiwaniach Dawida przez ponad cztery doby udział brało kilkuset policjantów, żołnierzy i strażaków. Odtworzono minuta po minucie trasę, jaką po odebrania Dawidka od dziadków przejechał Paweł Ż. Dzięki temu wiadomo, że mężczyzna dwukrotnie przejeżdżał przez miejscowość Chrzanów Duży – raz udając się w kierunku Warszawy, drugi raz wracając do Grodziska Mazowieckiego – oraz dwukrotnie zatrzymywał się w okolicy węzła Konotopa. Przeczesano łącznie ponad 4,5 tys. hektarów terenu między Grodziskiem a autostradą A2, sprawdzając dokładnie centymetr po centymetrze. Chłopca jednak do tej pory nie znaleziono.

W poniedziałek 15 lipca policja zawiesiła działania w terenie. Teraz śledczy skupiają się analizie zebranych danych i dowodów w sprawie. Nie wiadomo, kiedy poszukiwania zostaną wznowione.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Wójt gminy Lesznowola zatrzymana przez CBA wróciła do pracy. Jolanta B.-W. została przywitana oklaskami

Jolanta B.-W., wójt gminy Lesznowola, która w ubiegłą środę została zatrzymana przez Centralne Biuro Antykorupcyjne, wróciła do pracy. Po kilkudniowej nieobecności w urzędzie została przywitana oklaskami i kwiatami – informuje Radio dla Ciebie.

Zatrzymanie wójt gminy Lesznowola (w 2018 r. została wyróżniona tytułem „Najlepszego wójta X-lecia”) to wynik śledztwa po kontroli CBA. Wójt podejrzewana jest o działanie na szkodę finansów gminy.

Według śledczych miała przekroczyć swoje uprawnienia lub nie dopełnić obowiązków i niezasadnie wypłacać odsetki od zerwanej umowy oraz umarzać należności podatkowe. Łączna kwota strat gminy ma wynosić 4 mln zł.

W poniedziałek Radio dla Ciebie poinformowało, że wójt wróciła na stanowisko, a „pracownicy urzędu przywitali gospodynię oklaskami i kwiatami”.

Jolanta B.-W., jak i urząd, nie chcieli skomentować zatrzymania przez CBA.

– „Toczy się postępowanie przygotowawcze i z powodów tak zwanej ostrożności procesowej, po prostu nie komentuję tej sprawy” – przekazała w rozmowie z RDC Agnieszka Adamus, kierownik referatu promocji i komunikacji z mediami w lesznowolskim urzędzie.

Wójt przed sądem będzie odpowiadać z wolnej stopy.
Źródło info i foto: businessinsider.com.pl

Ciąg dalszy sprawy Ukraińca porzuconego w lesie. Mężczyzna zmarł

Właścicielka firmy z Jastrzębska Starego k. Nowego Tomyśla miała porzucić w lesie swojego pracownika, który zasłabł w trakcie pracy. Mężczyzna, obywatel Ukrainy, zmarł. Teraz w sprawę zaangażował się Adam Bodnar. RPO domaga się informacji od Inspekcji Pracy na temat wcześniejszych kontroli.

Bulwersującą sprawę opisuje „Gazeta Wyborcza”. 36-letni Wasyl Czornej mieszkał w Polsce od czterech miesięcy. Mężczyzna pracował na budowie, jednocześnie dorabiając w zakładzie stolarskim w Jastrzębsku Starym nieopodal Nowego Tomyśla. Jak wynika z zeznań kolegów z pracy 38-latka, mężczyzna 12 czerwca zasłabł. 53-letnia Grażyna F., właścicielka zakładu, nie wezwała jednak pogotowia. Zamiast tego miała porzucić go w lesie 125 km dalej, tam 36-latek zmarł. Kobieta zatrudniała pracowników nielegalnie i prawdopodobnie bała się konsekwencji, teraz grozi jej pięć lat więzienia. Oprócz niej zatrzymany został jeden z Ukraińców pracujących w zakładzie, któremu zarzuca się utrudnianie śledztwa.

Porzuciła Ukraińca w lesie. Bodnar domaga się informacji

Do sprawy odniósł się Adam Bodnar, który zamieścił oświadczenie. RPO powiadamia w nim, że zwrócił się do Głównego Inspektora Pracy o informacje dotyczące „czynności kontrolnych wobec pracodawcy zmarłego”. Jak czytamy w oświadczeniu, chodzi o ustalenie okoliczności zdarzenia. Rzecznik wymienia pięć zagadnień, które jego zdaniem powinny być zbadane. Chodzi o: legalność zatrudnienia cudzoziemców, obowiązek opłacania składek na ubezpieczenia społeczne, obowiązek opłacania składek na Fundusz Pracy, przygotowanie pracowników do prac i przestrzeganie przepisów dotyczących technicznego bezpieczeństwa pracy.

RPO przypomina przy okazji tego zdarzenia o niepokojących statystykach z raportu „Mniejszość ukraińska i migranci z Ukrainy w Polsce. Analiza dyskursu”. Wynika z niego, że aż 41 proc. wypowiedzi w polskim internecie na temat Ukraińców miało wydźwięk negatywny. 42 proc. było neutralnych, a tylko 17 proc. – pozytywnych.

Konsul uruchomił zbiórkę dla bliskich zmarłego Ukraińca

Do sprawy odniósł się też Witold Horowski, konsul honorowy Ukrainy w Wielkopolsce. Horowski uruchomił zbiórkę na rzecz rodziny zmarłego 36-latka – żona, trójka dzieci oraz rodzice w podeszłym wieku. „Wiemy jednak, że to ubodzy ludzie, dla których śmierć bliskiego wkrótce będzie miało też wymiar materialnej katastrofy. Piszą do nas w tej sprawie ci, którzy mają potrzebę wsparcia materialnego tej rodziny” – pisze konsul. Pieniądze można wpłacać na numer konta 37 1090 1854 0000 0001 1451 2044 z dopiskiem „Dla dzieci Wasyla”
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Policjanci CBŚP rozbili grupę przestępczą. Zabezpieczono nielegalne wyroby akcyzowe i broń

Zlikwidowane magazyny, linie produkcyjne alkoholu i papierosów oraz zabezpieczona broń i amunicja to efekt pracy policjantów CBŚP, wrocławskiej prokuratury, KAS i BSWP w Łodzi. W trakcie przeprowadzonych działań zatrzymano 27 osób. Działalność przestępcza grupy mogła narazić Skarb Państwa na stratę nawet 25 milionów złotych.

Funkcjonariusze Zarządu we Wrocławiu CBŚP pod nadzorem Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw
Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu, prowadzili sprawę związaną z przestępczością akcyzową i nielegalnym posiadaniem broni i amunicji.

Po zebraniu materiału dowodowego policjanci na polecenie prokuratora nadzorującego śledztwo niezwłocznie przystąpili do działań. W miniony poniedziałek funkcjonariusze jednocześnie wkroczyli na 35 ustalonych wcześniej adresów. Podczas działań prowadzonych na szeroką skalę na terenie województw łódzkiego i dolnośląskiego, policjantom z CBŚP wsparcia udzielili, funkcjonariusze Dolnośląskiego Urzędu Celno-Skarbowego we Wrocławiu oraz Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Łodzi.

Jak ustalili policjanci, zatrzymani od dłuższego czasu mogli prowadzili działalność przestępczą polegającą na nielegalnej produkcji i obrocie wyrobami akcyzowymi, przestępstwami związanymi z wytwarzaniem, handlem oraz posiadaniem broni palnej i amunicji bez wymaganego zezwolenia kłusownictwem i dystrybucją wyrobów mięsnych pozyskanych nielegalnie oraz przestępstwami korupcyjnymi związanymi z nadużyciem uprawnień wynikających z pełnionych funkcji publicznych.

Łącznie zatrzymanych zostało 27 osób. W trakcie przeprowadzonych przeszukań policjanci zabezpieczyli 14 jednostek nielegalnej broni palnej różnego kalibru, 6 tłumików oraz 2000 sztuk amunicji. Ponadto zlikwidowane zostały dwie nielegalne linie wytwarzania krajanki tytoniowej, linia służąca do pakowania papierosów oraz dwie rozlewnie, w których odkażano i destylowano wyroby spirytusowe. Podejrzani w niektórych przypadkach starali się bardzo dobrze ukryć nielegalne przedmioty. W jednym z pomieszczeń gospodarczych znajdowała się zamocowana na ścianie płyta z uchwytami na narzędzia. W rzeczywistości, była ona jednocześnie wejściem do magazynu, w którym funkcjonariusze ujawnili składowane papierosy i nielegalny alkohol.

W trakcie działań zabezpieczono 3,7 tony tytoniu, 700 tys. sztuk papierosów, 1900 litrów alkoholu oraz 1000 sztuk podrobionych banderol akcyzowych.

Wartość zabezpieczonych produktów akcyzowych wyniosła 2,5 mln złotych. Natomiast uszczuplenia Skarbu Państwa z tytułu nieodprowadzonego podatku mogą sięgać nawet 3 mln złotych. Całkowite uszczuplenia Skarbu Państwa za okres działalności przestępczej grupy wyniosły co najmniej 25 milionów złotych.

Na poczet kar i grzywien zabezpieczono nieruchomości o wartości 13 milionów złotych oraz pieniądze w kwocie 170 tys. zł.

Zatrzymani usłyszeli w prokuraturze m.in. zarzuty związane z nielegalnym wytwarzaniem broni i amunicji, produkcji i wprowadzania na terenie UE wyrobów akcyzowych w postaci papierosów i spirytusu, prania pieniędzy oraz kłusownictwa.

W wyniku działania funkcjonariuszy CBŚP oraz prokuratora Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu, sąd zastosował trzymiesięczny areszt wobec 19 osób. Wobec pozostałych osób zastosowano wolnościowe środki zapobiegawcze, w postaci poręczeń majątkowych i zakazu opuszczania kraju.

Za popełnione przestępstwa może grozić kara nawet do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Zabójstwo 14-letniego chłopca w Wielkopolsce. Zbigniew P. aresztowany

​Podejrzany o zabójstwo 14-latka w Gogolewie został tymczasowo aresztowano na trzy miesiące. Zbigniew P. przyznał się do winy.

Ciało 14-latka znaleziono w czwartek w Gogolewie w Wielkopolsce. Wszystko wskazywało, że sprawcą zbrodni jest Zbigniew P., konkubent matki nastolatka. Mężczyzna tego dnia przyszedł do pracy i powiedział szefowi, że „zrobił coś strasznego”, a następnie wyszedł. Ciało chłopca znalazła jego matka. Ruszyła obława na 49-latka. Schwytano go w piątek rano w miejscowości Brzezie.

W wyniku sekcji zwłok nastolatka ustalono, że śmierć nastąpiła w wyniku „uderzeń narzędzie tępokrawędzistym w głowę”. W tej chwili Zbigniewowi P. ogłoszono zarzut zabójstwa. Sprawca przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia, opisując okoliczności zdarzenia – mówił w piątek prokurator Michał Smętkowski.

W sobotę Sąd Rejonowy w Gostyniu zastosował wobec Zbigniewa P. tymczasowe aresztowanie. Prokuratura argumentowała wniosek obawą ucieczki. Tym bardziej, że po dokonaniu przestępstwa opuścił on swoje miejsce zamieszkania i ukrywał się. Druga przesłanka, to grożąca podejrzanemu wysoka kara, gdyż czyn tej jest zagrożony karą przekraczającą 8 lat pozbawienia wolności – mówił PAP Smętkowski.

Prokurator powiedział również, że w trakcie wizji lokalnej, przeprowadzonej w miejscu zdarzenia, udało się odnaleźć narzędzie zbrodni.

Podczas wizji lokalnej udało się ujawnić narzędzie, którym sprawca zadał cios 14-latkowi. Podejrzany wskazał miejsce, gdzie wyrzucił ten przedmiot, to narzędzie to było coś w rodzaju pałki drewnianej – powiedział prokurator.

Jak dodał, w trakcie sobotniego przesłuchania Zbigniew P. ponownie się przyznał i podtrzymał wcześniejsze złożone w sprawie wyjaśnienia. Za zabójstwo grozi mu nawet dożywocie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Niewolnicza praca podczas zbiorów na plantacjach w Europie

Unia Europejska przyznaje milionowe subwencje plantatorom owoców i warzyw w Hiszpanii i we Włoszech, mimo że łamią oni przepisy, wyzyskując ludzi. KE to nie przeszkadza. Tylko jeden plantator w hiszpańskiej prowincji Almeria w Andaluzji w minionych 3 latach otrzymał 3,4 mln euro subwencji, mimo że łamał przepisy dotyczące wynagrodzenia i warunków pracy.

O sytuacji tej donoszą dziennikarze niemieckiej rozgłośni Bayerischer Rundfunk, którzy dotarli do poszkodowanych pracowników. Pracujący w szklarniach i na polach ludzie uskarżali się na zbyt niskie wynagrodzenie i brak ubrań ochronnych podczas oprysków toksycznymi środkami.

W całej Unii Europejskiej obowiązuje nakaz stosowania kombinezonów ochronnych przy opryskach i wymóg posiadania specjalnych uprawnień, jakie muszą mieć osoby wykonujące tę pracę.

Do regionalnych związków zawodowych spłynęły liczne skargi na producentów np. ekologicznych pomidorów. Hiszpańska farma dostarcza te warzywa także do niemieckich supermarketów i sieci dyskontowych.

Pieniądze podatnika dla wyzyskiwaczy

Śledztwo niemieckich dziennikarzy w hiszpańskich bankach danych wykazało, że także inne firmy z regionu Almeria, łamiące przepisy dotyczące wynagrodzenia i warunków pracy, otrzymują milionowe subwencje. Oznacza to, że pieniądze unijnych podatników płyną do firm wyzyskujących ludzi. Przedsiębiorstwom zarzuca się dumping płacowy, łamanie przepisów BHP i uchylanie się od płacenia świadczeń socjalnych.

UE corocznie wypłaca 58 mld euro z tytułu subwencji rolniczych. 70 proc. tych pieniędzy to bezpośrednie wypłaty dla rolników. Jak podkreślają dziennikarze, przy rozdziale tych środków żadnej roli nie odgrywają standardy socjalne, jak przestrzeganie prawa pracy czy minimalnych stawek wynagrodzenia.

Eurodeputowani, jak Martin Haeusling z Zielonych, ostro to krytykują, domagając się, by Komisja Europejska jak najszybciej zmieniła praktyki rozdziału pieniędzy i w większym stopniu kontrolowała wypłaty unijnych środków w krajach takich jak Włochy czy Hiszpania.

Karl-Heinz Florenz z CDU domaga się, aby natychmiast obcinać unijne środki w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości. Unijny komisarz ds. rolnictwa Phil Hogan na zapytanie niemieckich dziennikarzy stwierdził, że nie widzi żadnej potrzeby podjęcia działań. Jak poinformował, nie przewiduje on żadnych zmian w programie przyznawania subwencji na następne lata, który jest obecnie opracowywany.

Niewolnicy w slumsach w Europie

Dziesiątki tysięcy migrantów i uchodźców pracuje na polach i w cieplarniach w Hiszpanii i we Włoszech. Ze względu na tak dużą podaż rąk do pracy, jest tam ostra konkurencja. Wielu rolników i plantatorów wykorzystuje bez skrupułów beznadziejną sytuację uchodźców.

W Almerii, która jest największym na świecie obszarem upraw owoców i warzyw na świecie, wielu pracowników zarabia tylko 25 euro dziennie, pomimo że taryfikatory przewidują prawie 47 euro wynagrodzenia. Związki zawodowe i organizacje pomocy uchodźcom określają tę sytuację mianem „nowoczesnego niewolnictwa”.

Tysięcy pracowników nie stać na opłacenie sobie mieszkania. Żyją w prowizorycznych szałasach skleconych z odpadów, bez wody i prądu. Jak stwierdzili dziennikarze Bayerischer Rundfunk, we Włoszech w proceder ten uwikłana jest dodatkowo mafia. Bandy trudnią się pośrednictwem w werbowaniu rąk do pracy. Uzależniają ludzi od siebie i pobierają od nich haracz. Jak przyznaje włoska policja i prokuratura, w wielu przypadkach są to działania południowowłoskiej ‚Ndranghety.

Supermarkety umywają ręce

Owoce i warzywa produkowane w tak karygodnych warunkach trafiają potem do sklepów i marketów w całej Europie, także w Niemczech. Produkty z Hiszpanii sprzedają np. sieci marketów Edeka, Rewe, Real, Penny i Lidl. Rolnicy z Almerii uskarżają się, że to Niemcy wywierają na nich największą presję cenową. Jak wyjaśnia organizacja pomocowa Oxfam, presja cenowa jest bezpośrednio przekazywana dalej na robotników i jest jednym z głównych powodów wyzysku.

Największe niemieckie sieci supermarketów odrzucają jednak jakąkolwiek odpowiedzialność za taką sytuację, powołując się na certyfikat GlobalG.A.P., gwarantujący, że w farmach tych przeprowadzane są kontrole na miejscu. Ponieważ już w przeszłości występowały problemy z certyfikowanymi producentami, obecnie GlobalG.A.P. znalazł się w ogniu krytyki. Jest to bowiem certyfikat finansowany bezpośrednio przez branżę handlową.
Źródło info i foto: onet.pl

Włochy: Polscy robotnicy zamordowali współpracownika. Motywem zabójstwa był bunt

Włoscy śledczy rozwiązują sprawę zabójstwa Artura P. O zabicie 34-latka podejrzewani są jego dwaj współpracownicy z Polski. Niedawno zeznali, że zamordowali go w ramach buntu. W nocy z 6 na 7 marca właściciel farmy, na której pracowali wyłącznie polscy pracownicy, w San Giovanii Rotondo (w południowym regionie Włoch – Apulii) wezwał karabinierów na swoją posesję, ponieważ w baraku znaleziono jednego z zatrudnionych tam mężczyzn. Tam natrafili na zwłoki 34-letniego Polaka Artura P., który pracował u Włocha. P., jak się okazało, był wcześniej karany za różne przestępstwa.

Na samym początku śledztwa wykluczono, że Polak mógł zginąć w wypadku lub z przyczyn naturalnych. Po trzech dniach przesłuchań, przeprowadzonych przez karabinierów i prokuratorów, udało się ustalić sprawców zbrodni i ich motywy. Włoscy funkcjonariusze w toku śledztwa wykazali, że za zabójstwo 34-latka mogą odpowiadać jego dwaj współpracownicy, także Polacy: Damian W. i Dariusz H.

Mężczyźni, tak jak ofiara w przeszłości notowani przez policję, przyparci do muru wyjawili, że zdecydowali się na zamordowanie 34-latka w ramach buntu, ze względu na jego „despotyczne zapędy” i próby podporządkowania sobie wszystkich pracowników. Zeznali, że najpierw ogłuszyli mężczyznę tłuczkiem do mięsa, a potem udusili go kablem.

Następnie sprawcy przenieśli jego ciało do szopy, w której mieszkali robotnicy, i tam go zostawili. Dowody zbrodni karabinierzy znaleźli w baraku (tłuczek), a także w jeziorze niedaleko farmy (kabel, którym najprawdopodobniej uduszono 34-latka). Zostały one teraz przesłane do analizy. Damian W. i Dariusz H. zostali już oskarżeni o zabójstwo.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zelczyna: 41-letni mężczyzna znalazł w domu ciało żony i trójki dzieci

Tragedia w Zelczynie koło Krakowa. Jak dowiedział się reporter RMF FM, ok. godz. 6:25 41-letni mąż po powrocie z pracy znalazł w domu ciało żony i trójki dzieci. Mężczyzna po powrocie z pracy znalazł w domu powieszone ciało 36-letniej żony Aldony S. oraz ciała trójki dzieci: 4-letniej Nadii, 9-letniej Aleksandry i 12-letniego Kamila.

Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że dzieci zostały znalezione w łóżkach i nie miały żadnych obrażeń ciała. Według informacji naszego reportera biegły lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej zostały uduszone. Badany jest jeszcze watek ewentualnego zatrucia tlenkiem węgla. Rodzeństwo najprawdopodobniej zamordowała matka, która później popełniła samobójstwo. Jeszcze dziś ma zostać przeprowadzona sekcja zwłok kobiety i dzieci.

Na miejscu cały czas pracują policjanci i prokurator. Na razie nie można przesłuchać najbliższych członków rodziny. Wiadomo, że ani policja, ani opieka społeczna nigdy nie zajmowały się rodziną.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Wielka Brytania: Polak skazany za handel ludźmi

Policja z brytyjskiego Nottingham opublikowała nagranie z uwolnienia jednego z dwóch niewolników Edwarda Z. Byli zmuszani do pracy po 20 godzin dziennie i przetrzymywani w skandalicznych warunkach. Ich oprawca, 42-letni Polak, właśnie został skazany za handel ludźmi. Edward Z. został skazany na 40 miesięcy więzienia za handel ludźmi. Wyrok w tej sprawie zapadł w poniedziałek w sądzie w Nottingham. Śledczy dowiedli, że mężczyzna w latach 2013-2017 wykorzystywał dwóch Polaków do niewolniczej pracy.

„Wykorzystał ich trudną sytuację życiową”

– Wykorzystał ich trudną sytuację życiową: bezdomność, uzależnienie od alkoholu i brak znajomości języka angielskiego. To zrobiło z nich doskonałe ofiary – poinformował Mike Ebbins z policji w Nottingham, która prowadziła śledztwo.

Pierwszy mężczyzna przyjechał do Wielkiej Brytanii w 2008 roku. Z powodu długu trafił do kuzyna swojego wierzyciela, Edwarda Z. Miał u niego odpracować 800 funtów.

– Tam był wykorzystany do niewolniczej pracy przy produkcji kartek okolicznościowych. Pracował 20 godzin dziennie, od 8 rano do 4 w nocy. Choć miał zarabiać 300 funtów tygodniowo, za swoją pracę otrzymywał jedynie papierosy, alkohol i 10 funtów – poinformował Ebbins.
Kazał oddawać mocz do butelki

Policja z Nottingham poinformowała, że Edward Z. zamykał swoich pracowników na noc. Musieli oddawać mocz do plastikowej butelki, by nie obudzić jego i jego żony.

W 2015 roku za pośrednictwem agencji pracy Z. znalazł ofierze inną pracę, a także na jej nazwisko założył konto w banku. Pieniądze, które na nie wpływały, zabierał jednak dla siebie. Mężczyźnie udało się uciec w 2016 roku po tym, jak oprawca pobił go drewnianą deską. To była jego trzecia próba ucieczki.
Na strychu znaleźli kolejną ofiarę

Od tamtego czasu żył jako bezdomny. W końcu trafił do ośrodka dla imigrantów w Gatwick. Tam opowiedział swoją historię, a pracownicy wezwali policję. Gdy przyjechali funkcjonariusze, opowiedział im o Edwardzie Z. Policja wkroczyła do domu Z. w Nottingham 31 maja. Na strychu funkcjonariusze zastali kolejnego niewolnika. Spał na podłodze, przykryty kurtką. Policja udostępniła w internecie nagranie z tej interwencji.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Policjanci rozbili międzynarodową grupę złodziei samochodów

Cztery odzyskane samochody, zabezpieczone silniki, części karoserii i zatrzymanych czterech mężczyzn – oto efekt pracy śródmiejskich policjantów. Śledczym udało się rozbić groźną grupę przestępczą, która kradła samochody na terenie Polski i Niemiec.

Od jakiegoś czasu policjanci ze Śródmieścia otrzymywali informację, że na terenie dzielnicy działa grupa specjalizująca się w kradzieży samochodów. Szybko okazało się, że złodzieje działali nie tylko w Polsce, ale też poza granicami kraju. – Trop prowadził do grupy, która zarabiała na częściach samochodowych pozyskiwanych w wyniku kradzieży, również na terenie Niemiec – tłumaczy kom. Sylwester Marczak z Komendy Stołecznej Policji.

Gdy śledczy mieli pewność postanowili uderzyć. W tym samym momencie weszli do czterech posesji na terenie Warszawy, gdzie zatrzymali 39-letniego Leszka W., 35-letniego Krzysztofa O., 27-letniego Cezarego C. i 25-letniego Michała P. – W mieszkaniach, na terenie przeszukiwanych posesji oraz w jednym z warsztatów samochodowych, funkcjonariusze zabezpieczyli lexusa, karoserię samochodową w wyciętymi polami numerowymi, wnętrza pojazdów, zagłuszarkę sygnału GPS, kluczyki do samochodów, łamaki do zamków, narzędzia służące do pokonywania zabezpieczeń elektronicznych – wylicza rzecznik stołecznych policjantów. Jak dodaje śledczym udało się jeszcze odzyskać 3 kradzione fordy mondeo i jednego forda kuga.

Cała czwórka usłyszała już zarzuty za które grozi im do 10 lat więzienia. Jak przyznają śledczy sprawa w dalszym ciągu jest rozwojowa i nie wykluczają kolejnych zatrzymań.
Źródło info i foto: Fakt.pl