Zamordował ciężarną żonę. Ruszył proces Piotra S.

Przed sądem okręgowym w Bielsku-Białej ruszył proces Piotra S., oskarżonego o zabicie ciężarnej żony. Mężczyzna przyznał się do zbrodni. Zaprzeczył jednak, jakoby działał ze szczególnym okrucieństwem, co zarzucają mu śledczy. Nie przyznał się też do wcześniejszego fizycznego i psychicznego znęcania się nad 33-latką. Do zbrodni doszło w październiku 2019 r. Mężczyźnie grozi dożywocie.

Kobieta była pracownicą bielskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Oskarżony służył w Straży Miejskiej w Bielsku-Białej.

Akt oskarżenia odczytała prokurator Małgorzata Moś-Brachowska z prokuratury rejonowej Bielsko-Biała-Północ. Oskarżyła Piotra S. o zamordowanie 17 października 2019 r. ze szczególnym okrucieństwem żony. Odpowiada on także za to, że używając przemocy wobec kobiety, doprowadził do przerwania ciąży. Kobieta była w 6. miesiącu. Nienarodzona dziewczynka zmarła. Śledczy oskarżyli go zarazem o fizyczne i psychiczne znęcanie się nad małżonką. Według śledczych, m.in. bił ją, zamykał w szafie, groził śmiercią, wyzywał.

„Do dnia zdarzenia nie uderzyłem żony”

Piotr S. przed sądem powiedział, że małżeństwem z Izabelą byli od 2010 r. Do 2019 wszystko układało się dobrze. Nie mogli jednak doczekać się dziecka. Konsultowali to z lekarzami.

Wszystko pogorszyło się po śmierci mojego taty w czerwcu 2019 r. Zacząłem się wtedy oddalać się od żony, bo małżonka robiła awantury o koszty pogrzebu. (…) Była już wtedy w ciąży. Uważaliśmy bardzo, żeby nie stracić kolejnego dziecka. Z początku żona nikomu nie mówiła, że jest w ciąży, bo gdyby je utraciła, byłby to cios. Nie chciała mówić szczególnie mojej rodzinie. Ja bardzo się cieszyłem, że będzie upragnione dziecko. (…) Gdy wreszcie powiedzieliśmy, wszyscy się cieszyliśmy, że doczekamy się upragnionego dziecka – mówił.

Piotr S. powiedział, że wszystko się załamało podczas remontu mieszkania rodziców. Oskarżony pracował wówczas w dwóch miejscach, żeby więcej zarobić. Jego zdaniem, żona zarzucała mu brak odpowiedniej opieki. Awanturowała się. Żona wdała się w romans. Awantury od września zaczęły się nasilać. Czasem żądała rozwodu. Mówiła, że dziecko nie jest moje. Chciała, żebym się wyprowadził. Groziła mi założeniem „niebieskiej karty”. Do dnia zdarzenia nie uderzyłem żony. (…) Czasem okładała mnie pięściami. Nawet w takiej sytuacji nie uderzyłem jej – mówił przed sądem oskarżony.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Druga rocznica ataku na Pawła Adamowicza. Proces zabójcy nawet nie ruszył

Dwa lata temu prezydent Gdańska Paweł Adamowicz został śmiertelnie raniony nożem przez Stefana W. podczas miejskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W związku z pandemią obchody w Gdańsku będą skromniejsze. „Proces jego zabójcy nawet się nie rozpoczął; bezkarni pozostają też organizatorzy nagonki – ich polityczni patroni” – napisał b.premier Donald Tusk. Tusk w środę na Twitterze odniósł się do drugiej rocznicy ataku na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

„Minęły dwa lata od tragicznego zamachu na Pawła Adamowicza, a proces jego zabójcy nawet się nie rozpoczął. Bezkarni pozostają też organizatorzy nagonki ich polityczni patroni, a nienawiść wciąż wylewa się z mediów publicznych. Nie zapomnimy ani ofiary, ani sprawców” – napisał b. premier.

Atak podczas miejskiego finału WOŚP

13 stycznia 2019 r. prezydent Gdańska Paweł Adamowicz został ciężko raniony nożem przez Stefana W. podczas miejskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Samorządowiec w bardzo ciężkim stanie trafił do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, gdzie zmarł następnego dnia. Pogrzeb odbył się 19 stycznia w bazylice Mariackiej. Urna z jego prochami spoczęła w kaplicy św. Marcina. Do dziś nie rozpoczął się proces sprawcy.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Ruszył proces ws. ataku w szkole w Brześciu Kujawskim

Prokuratura skierowała do Sądu Okręgowego we Włocławku akt oskarżenia przeciwko 19-letniemu Markowi N., który w maju 2019 r. dokonał ataku na szkołę podstawową w Brześciu Kujawskim. Sprawca strzelał do uczniów i woźnej, zdetonował także kilka ładunków wybuchowych. Mężczyźnie grozi dożywotnie pozbawienie wolności.

Dział Prasowy Prokuratury Krajowej przekazał w piątek, że Prokurator Pomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Gdańsku skierował pod koniec grudnia akt oskarżenia przeciwko 19-letniemu Markowi N., który 27 maja 2019 r. dokonał eksplozji materiałów wybuchowych na terenie Szkoły Podstawowej Nr 1 w Brześciu Kujawskim.

– Prokurator zarzucił mu sprowadzenie zdarzenia mającego postać eksplozji przy użyciu uprzednio skonstruowanych przez niego urządzeń wybuchowych w celu pozbawienia życia 17 uczniów oraz nauczyciela. Ponadto zarzuty aktu oskarżenia dotyczą usiłowania zabójstwa dwóch osób poprzez oddanie do nich strzałów z rewolweru czarnoprochowego. W następstwie zdarzenia uszkodzeń ciała zagrażających życiu doznała uczennica oraz pracownica szkoły – podała PK.

W toku śledztwa ustalono, że Marek N. przyjechał pod szkołę na rowerze, miał przy sobie noże, ładunki wybuchowe i rewolwer. Niezauważony wszedł na drugie piętro budynku, gdzie znajdowały się sale lekcyjne.

– Podszedł do pomieszczenia jednej z klas, w której poza nauczycielem przebywało siedemnaścioro uczniów. Nie wchodząc do środka zainicjował eksplozję największego ładunku wybuchowego podpalając lont petardy, po czym wrzucił ładunek do wnętrza pomieszczenia. Ładunek uderzył w głowę jedną z uczennic, a następnie upadł pomiędzy ławki, gdzie nastąpiła eksplozja – przekazała prokuratura.

Dwa pociski ugodziły 11-latkę

Po eksplozji Marek N. oddał trzy strzały z rewolweru w kierunku osób uciekających z sali lekcyjnej. Dwa pociski ugodziły 11-letnią dziewczynkę, która utykając, wspólnie z innymi uczniami uciekła schodami na parter budynku szkolnego. Wtedy 18-letni wówczas sprawca zdetonował następny ładunek na terenie szkoły, a kolejny wyrzucił przez okno na chodnik pomiędzy budynkiem a boiskiem.

– W tym przypadku doszło do eksplozji petardy, natomiast nie nastąpiło zamierzone przez oskarżonego rozerwania pojemnika z gazem – podała PK. Sprawca oddał też trzy strzały z rewolweru w kierunku woźnej, która próbowała interweniować słysząc krzyki uczniów.

– Jeden z pocisków ugodził pokrzywdzoną, a jeden trafił w szczebel osłony okna w klatce schodowej. Oskarżony został zatrzymany przez woźnego, po tym jak na jego polecenie położył się na podłodze – przekazał oskarżyciel publiczny.

Przyznał się i złożył wyjaśnienia

Prokuratura Krajowa podała, że N. w latach 2015-2017 uczył się w gimnazjum, które mieściło się w budynku szkoły podstawowej w Brześciu Kujawskim. Nastolatek miał wykazywać zainteresowanie „tematyką związaną z zamachami o charakterze terrorystycznym w szkołach, bronią palną w tym czarnoprochową, materiałami wybuchowymi oraz szeroko pojętą przemocą”. Według ustaleń prokuratury, Marek N. planował zamach, a rewolwer i inne przedmioty, które uznał jako niezbędne do zrealizowania zamachu, nabył kilka tygodni przed zdarzeniem.

– Oskarżony przyznał się do popełnienia zarzucanych przestępstw. Złożył obszerne wyjaśnienia, które korelują z ustalonym stanem faktycznym – podała PK.

Marek N. leczył się w przeszłości psychiatrycznie, jednak z opinii biegłych wynika, iż oskarżony w chwili czynu był poczytalny i może odpowiadać za zarzucane mu przestępstwa przed sądem. Grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: interia.pl

Proces ws. Kajetana P. odroczony. Nowe wątpliwości sądu

Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa miał w poniedziałek rozpocząć się drugi proces Kajetana P. Mężczyzna, oskarżony o brutalne zamordowanie lektorki języka włoskiego na warszawskiej Woli, ma także odpowiadać za atak na psycholog w areszcie śledczym. Sąd ma jednak wątpliwości dotyczące poczytalności oskarżonego.

30-letni Kajetan P. jest także podejrzany o to, że w lutym 2016 roku na warszawskiej Woli zamordował lektorkę języka włoskiego Katarzynę J., z którą umówił się na lekcję w jej mieszkaniu. Ciało 30-latki, z odciętą głową, przewiózł do wynajmowanego mieszkania na Żoliborzu i podpalił. Tam odkryli je strażacy wezwani do pożaru. Mężczyzna uciekł i ukrywał się przez prawie dwa tygodnie. Zatrzymano go 17 lutego w stolicy Malty. Dzień później maltański sąd wydał zgodę na ekstradycję Kajetana P. i 26 lutego został on przewieziony do Polski.

Proces w sprawie zabójstwa toczy się od wiosny 2018 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie, ale jawność tego postępowania została wyłączona. Tam również kluczową kwestią jest poczytalność oskarżonego.

Za zabójstwo Kajetanowi P. grozi dożywocie, natomiast za napaść na psychologa do 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: wp.pl

Zamachowiec z Halle skazany na dożywocie

Wyższy Sąd Okręgowy w Naumburgu skazał w poniedziałek na karę dożywotniego więzienia Stephana B., który w ubiegłym roku dokonał zamachu terrorystycznego na synagogę w Halle – informują niemieckie media. Po ponad 14-miesięcznym procesie zapadł werdykt w procesie zamachowca z Halle. Stephan B. został skazany na dożywocie m.in. za podwójne zabójstwo, wielokrotne usiłowanie zabójstwa i podżeganie.

9 października 2019 roku uzbrojony mężczyzna przerzucił ładunki wybuchowe przez mur okalający teren synagogi w Halle i próbował wedrzeć się do świątyni, w której ponad 50 wiernych obchodziło Jom Kippur, najważniejsze żydowskie święto. Po nieudanej próbie dostania się do środka sprawca zastrzelił dwie przypadkowe osoby oraz ranił wiele innych. Następnie został złapany.

Zabójca filmował swoje czyny i transmitował je na żywo w sieci. Akt oskarżenia mówił o przesłankach rasistowskich, antysemickich i ksenofobicznych.

Wydając werdykt, sędziowie zastosowali się do żądań Prokuratury Federalnej i prokuratury pomocniczej. Proces jest uważany za największą sprawę karną w historii Saksonii-Anhalt. Od wyroku przysługuje odwołanie do federalnego Trybunału Sprawiedliwości.
Źródło info i foto: TVP.info

Będzie apelacja ws. Amber Gold. Wylosowano sędziego

Sąd Apelacyjny w Gdańsku wylosował sędziego referenta do sprawy dotyczącej afery Amber Gold. Początek procesu odwoławczego nie jest jeszcze znany. Możliwe, że w I kwartale 2021 r. dojdzie do losowania pozostałych dwóch sędziów do pełnego składu orzekającego.

Teraz sędzia referent zapoznaje się z aktami sprawami, przede wszystkimi z trzema apelacjami od wyroku sądu pierwszej instancji, złożonymi przez obrońców dwojga oskarżonych Marcina P. i Katarzyny P. oraz prokuratora, a także treścią wyroku i jego uzasadnieniem. Aktom nadana też została sygnatura – poinformowała koordynator ds. kontaktów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z mediami Joanna Organiak.

Na początku grudnia do Sądu Apelacyjnego przywieziono ok. 1000 tomów akt głównych sprawy Amber Gold. Akta zostały zgromadzone w jednym pomieszczeniu. Aby je ułożyć sąd musiał kupić kilka szaf. Oprócz tego, w Sądzie Okręgowym w Gdańsku nadal jest przechowywanych ok. 15 tys. załączników, zawierających m.in. akta pokrzywdzonych przez spółkę osób.

Losowanie pozostałych dwóch sędziów odbędzie się prawdopodobnie w I kwartale przyszłego roku – dodała Organiak.

Podkreśliła, że z uwagi na olbrzymią liczbę zgromadzonych akt, które będą musieli poznać sędziowie, nie jest dziś możliwe określenie, nawet orientacyjnie, kiedy Sąd Apelacyjny wyznaczy pierwszy termin rozprawy odwoławczej.

15 lat więzienia dla Marcina P.

Proces twórców Amber Gold Marcina P. i Katarzyny P. przed Sądem Okręgowym w Gdańsku rozpoczął się w marcu 2016 r. i trwał trzy lata i dwa miesiące. Jego finał nastąpił w maju 2019 r., doszło wówczas do mów końcowych. Samo jednak odczytywanie wyroku zajęło sądowi kolejnych pięć miesięcy do połowy października 2019 r. Od tej daty Sąd Okręgowy zaczął sporządzać pisemne uzasadnienie wyroku. Zakończył je pod koniec lipca 2020 r. Pisemne uzasadnienie wyroku liczy ponad 9,3 tys. stron i zajmie ok. 47 tomów akt sprawy.

Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał b. szefa Amber Gold Marcina P. na 15 lat więzienia, a Katarzynę P. na 12,5 roku więzienia. Oprócz kar pozbawienia wolności sąd nałożył na twórcę Amber Gold i jego żonę zakaz prowadzenia działalności gospodarczej o charakterze finansowym na 10 lat. Wymierzył im też kary grzywny: dla Marcina P. 159 tys. zł, a dla Katarzyny P. 135 tys. zł.

Prokuratorzy w mowach końcowych procesu przed Sądem Okręgowym wnieśli o kary po 25 lat więzienia dla każdego z oskarżonych. Obrońcy Marcina P. i Katarzyny P. wnioskowali o ich uniewinnienie.

Sąd orzekł również wobec oskarżonych obowiązek naprawienia szkody wyrządzonej części pokrzywdzonym w aferze Amber Gold. Dotyczy to ponad tysiąca osób, które nie zgłosiły swoich wierzytelności u syndyka masy upadłościowej Amber Gold i nie wystąpiły z pozwami cywilnymi przeciwko władzom spółki. Odszkodowania, które mają zapłacić tym osobom oskarżeni wynoszą co najmniej 32 mln zł.

Marcin P. przebywa w areszcie od sierpnia 2012 r., a Katarzyna P. od kwietnia 2013 r. Marcinowi P. postawiono ogółem cztery, a Katarzynie P. dziesięć zarzutów.

Ponad 18 tysięcy oszukanych

Według łódzkiej prokuratury okręgowej, która prowadziła śledztwo, Marcin P. i jego żona Katarzyna P. w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej oszukali w sumie ponad 18 tys. klientów spółki, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł. Oskarżenie dotyczy także prowadzenia działalności parabankowej i prania brudnych pieniędzy. Według prokuratury, oboje działali w celu osiągnięcia korzyści majątkowej i uczynili sobie z tej działalności stałe źródło dochodu.

Amber Gold to firma, która miała inwestować w złoto i inne kruszce. Działała od 2009 r., a klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji – od 6 proc. do nawet 16,5 proc. w skali roku – które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych. 13 sierpnia 2012 r. firma ogłosiła likwidację, a tysiącom klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy ani odsetek od nich.

Oskarżeni pieniądze pozyskane z lokat wydawali na rozmaite cele m.in. na finansowanie linii lotniczych OLT Express (nieistniejący już przewoźnik, w którym głównym inwestorem była Amber Gold) przeznaczono prawie 300 mln zł. Część dochodów szła też na wynagrodzenia. Ustalono, że z tego tytułu oskarżeni wypłacili sobie 18,8 mln zł.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Proces „króla dopalaczy” znów się nie odbył

Proces Jana S. znanego jako „Król dopalaczy” po raz drugi się nie rozpoczął. Powodem do odroczenia rozprawy w piątek była nieobecność jednego z oskarżonych, który nie stawił się mimo obowiązku stawiennictwa. Kiedy najwcześniej rozpocznie się proces?

Sprawa „Króla dopalaczy” miała rozpocząć się już 17 listopada, ale została odroczona ze względu na niedyspozycję jego obrońcy. Również z tego powodu spadły z wokandy kolejne terminy rozpraw. 11 grudnia proces miał w końcu się rozpocząć. Jan S. został doprowadzony do Sądu Okręgowego Warszawa-Praga z aresztu śledczego w Piotrkowie Trybunalskim. Oskarżony był skuty zespolonymi kajdankami i ubrany w czerwony strój, którym oznacza się osadzonych uznanych za niebezpiecznych. Na ławie oskarżonych znaleźli się również jego ojciec Jacek S. oraz partnerka Paulina C.

Tym razem sędzia Agnieszka Brygidyr-Dorosz nie mogła otworzyć przewodu sądowego z uwagi na nieobecność czwartego z oskarżonych, którego stawiennictwo było obowiązkowe. Chodzi o Tobiasza N., który – zdaniem oskarżyciela publicznego – miał dla Jana S. prać za granicą pieniądze z dopalaczy. W aktach sprawy znalazła się notatka sporządzona 22 listopada przez funkcjonariuszy z Komendy Powiatowej Policji w Kędzierzynie-Koźlu. Sędzia Brygidy-Dorosz poinformowała, że Tobiaszowi N. wezwanie na rozprawę zostało doręczone osobiście, ale odmówił podpisania pokwitowania odbioru tego dokumentu.

„Nie ma wyłączeń z okazji świąt, ani innych sytuacji”

Adwokat Jana S., mecenas Antoni Kania-Sieniawski prosił sąd, by ten wyraził zgodę na rozkucie jego klienta i umożliwienie mu zdjęcia kurtki, bo „jest mu gorąco”, ale sąd się nie zgodził. Sędzia nie wyraziła także zgody na widzenie „Króla dopalaczy” z jego partnerką i członkami rodziny, które miałoby się odbyć po rozprawie na terenie sądu.

Przed świętami już się nie zobaczą – podkreślał mecenas. Do jego wniosku przychylił się nawet prokurator, proponując, że mógłby takie spotkanie osobiście dozorować. Sąd nie znajduje przepisów, które by to uzasadniały. Nie ma wyłączeń z okazji świąt, ani innych sytuacji – podsumowała sędzia.

Proces najprawdopodobniej ruszy 15 stycznia 2021 r.

Prokuratura zarzuca Janowi S. popełnienie 17 przestępstw, w tym kierowanie w latach 2014-2020 zorganizowaną grupą przestępczą produkującą dopalacze, udzielającą środków psychoaktywnych i handlującą nimi, głównie za pośrednictwem sklepu internetowego „Predator-rc”. Jan S. odpowie też m.in. za sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia ponad 16 tysięcy osób poprzez wprowadzenie do obrotu ponad 350 kilogramów dopalaczy.

Pralna pieniędzy

Jego ojciec Jacek S., z zawodu adwokat, miał dla syna wziąć w leasing luksusowy samochód marki Audi model RS6 Avant Performance. Leasing opiewał na kwotę 567 tys. zł i był spłacany przez użytkownika auta Jana S., choć ten w tym okresie nie posiadał uprawnień do kierowania pojazdami. Według prokuratury, ojciec pomagał w ten sposób „Predkowi” (kolejny pseudonim „Króla Dopalaczy” – PAP) ukryć przestępne pochodzenie pieniędzy. Adwokat miał też użyczać synowi telefon komórkowy zarejestrowany na swoją kancelarię i ostrzegać go, wysyłając linki z informacjami o nowelizacji przepisów dotyczących handlu dopalaczami.

Urodzona w 1992 r. Paulina C., partnerka i matka dziecka Jana S., odpowie przed sądem za wprowadzanie dopalaczy do obrotu i pranie pieniędzy. Oficjalnie bezrobotna i nieposiadająca majątku kobieta miała być prawą ręką Jana S. Ustalono, że C. wielokrotnie dokonywała zakupu za gotówkę biżuterii, odzieży i galanterii. Pieniędzmi z dopalaczy zapłaciła także za operację plastyczną powiększania biustu, co kosztowało 15 ty. zł.

Tobiasz N., który nie stawił się w piątek w sądzie, jest oskarżony o to, że na prośbę Jana S. założył w Czechach spółkę mającą w rzeczywistości być pralnią pieniędzy zarobionych na dopalaczach.

Śledztwo, które zrujnowało imperium „Króla dopalaczy”, zaczęło się od śmierci mieszkańca warszawskiego Targówka. 22 września 2017 r. w mieszkaniu przy ul. Malborskiej w Warszawie rodzina znalazła zwłoki 16-letniego Filipa. Chłopiec siedział przy biurku, wyglądał, jakby zasnął przed komputerem z głową opartą o blat. Chwilę wcześniej dzielił się ze znajomymi przez komunikator wrażeniami po zażyciu dopalaczy.

Przy zwłokach technicy kryminalni znaleźli 1,24 g środków opisanych jako „BUC” oraz inne substancje psychotropowe. Historia transakcji z jego konta bankowego wskazuje, że dopalacze ze strony „Predator-rc” zakupił sześć razy. Pieniądze wysyłał na konta osób powiązanych z „Predkiem”.

Prokuratura ustaliła, że 16-latek zmagał się z zaburzeniami depresyjnymi, leczył się. Zażywaniem dopalaczy chwalił się rówieśnikom, którzy wiedzieli, że „testuje” niebezpieczne używki. Filip zmarł w wyniku zatrucia fentanylem zawartym w „BUC-ach”. Po jego śmierci w sortowni firmy kurierskiej ujawniono kilka nieodebranych paczek, wysyłanych od nadawcy o fikcyjnych danych. W opakowaniach znaleziono m.in. BUC-3 i BUC-8.

Prokuratura ustaliła, że pieniądze od klientów trafiały na rachunek obywatela Ukrainy, a następnie były wypłacane na stacji benzynowej w okolicach Brwinowa lub w centrum Warszawy, przy ul. Dobrej. Tak udało się namierzyć „centrum dystrybucji dopalaczy”. Na miejscu zabezpieczono kilkadziesiąt kilogramów substancji psychoaktywnych w tym torebki z „BUC-3” i „BUC-8”, wagi, opakowania i komputery, na których ujawniono grafiki i opis 198 substancji sprzedawanych za pośrednictwem serwisu „Predator-rc”.

Przy porcjowaniu i pakowaniu dopalaczy pracowali kuzyni „Predka” – Dominik G. i Patryk G. Z ich wyjaśnień wynika, że przychody „Predatora-rc” to kwoty od kilkunastu do 45 tys. zł dziennie. Sami otrzymywali 700-800 zł dniówki.

Płatności kryptowalutą bitcoin

Dzięki wnikliwej pracy operacyjnej przejęto kilka przesyłek z hurtową zawartością dopalaczy z Holandii. Ustalono, że tylko za pośrednictwem jednej z firm kurierskich „Król Dopalaczy” zamówił 700 kg śmiercionośnych substancji, a u chińskiego dystrybutora składał zamówienia na 100-kilogramowe dostawy substancji i prekursorów do tworzenia dopalaczy. Wartość jednego zamówienia wynosiła ponad 100 tys. dolarów. Paczki przychodziły m.in. na adres wirtualnego biura firmy założonej w 2016 r. przez Jana Krzysztofa S. o nazwie „Ball and Roll Sp. z o.o.” z siedzibą w Galerii Ursynów.

Prokuratura ustaliła, że pieniądze z handlu dopalaczami były natychmiast wypłacane bądź przesyłane między rachunkami i trafiały na holenderskie lub czeskie konta Jana S. oraz były inwestowane w kolejne dostawy z Holandii i Chin. Na późniejszym etapie grupa coraz częściej korzystała z płatności kryptowalutą bitcoin, która zapewnia anonimowość transakcji i utrudnia ustalenie kwot przepływających przez wirtualny portfel.

Śledczy nie mają wątpliwości, że grupa „Króla dopalaczy” uczyniła sobie z przestępczej działalności stałe źródło dochodu. Sklep „Predator-rc” był liderem na rynku dopalaczy. Udało się to m.in. codziennym promocjom, zachęcającym do kupowania większych ilości dopalaczy za niższą cenę. „Predator-rc” szukał także chętnych do testowania nowych produktów, które miały być wysyłane bezpłatnie. Zaopatrywał w używki klientów z Europy, ale także z USA, Australii, Meksyku. Z zakupów u „Króla Dopalaczy” skorzystało – według prokuratury – 16 tys. użytkowników.

Od marca 2017 do maja 2018 r. sklep zarobił co najmniej 16,7 mln zł, a prokuratura szacuje, że w pozostałym okresie funkcjonowania grupy, mógł zarobić jeszcze 4 mln zł.

Po zatrzymaniach w 2018 r. „Predator” zawiesił działalność informując klientów o problemach technicznych. Wkrótce wyszło na jaw, że jeszcze w kwietniu 2018 r. Jan S. zorganizował przy ul. Puławskiej kolejną „sortownię” dopalaczy, zlikwidowaną półtora miesiąca później. Zatrzymani tam mężczyźni szczegółowo opisali swoją pracę.

Jeden z nich miał zacząć pracę w sortowni będąc jeszcze nastolatkiem. Według prokuratury „Król dopalaczy” zastraszał podwładnych i instruował, jakie wyjaśnienia powinni złożyć w przypadku zatrzymania przez policję. S. zapewniał im także pełnomocników, którzy – jak ustaliła prokuratura – mieli pilnować, żeby podejrzani nie naprowadzali śledczych na jego osobę.

Czynności Prokuratury Rejonowej Warszawa Praga-Północ zbiegły się ze śledztwem Centralnego Biura Śledczego Policji, które namierzało paczki z dopalaczami wysyłane z Chin do Holandii, a następnie do Polski. Tylko po wejściu nowych przepisów, stawiających handel dopalaczami na równi z narkotykami, „Predek” zamówił 350 kg przesyłek.

Z aktu oskarżenia wynika, że „Król dopalaczy” pośrednio przyczynił się do śmierci 16-letniego Filipa z Warszawy, 15-letniego Damiana z Biłgoraju, 23-letniego Artura z Radomia i dwóch młodych Polaków: Mateusza i Krystiana, których ciała 12 lutego 2018 r. ujawniano w miejscowości Rugby w Wielkiej Brytanii. 18-letni Bartek ze Świdnika i Ania ze Strzelec Opolskich zostali odratowani w szpitalu. Wszyscy zatruli się fentanylem zawartym w „BUC-8”.

„Król dopalaczy” po tym, jak media obiegła informacja o zatruciach sprzedawanym przez niego środkiem, zmienił etykiety do BUC-8 na takie, z których wynikało, że produkt nie nadaje się do spożycia. Dopalacze oficjalnie miały mieć przeznaczenie kolekcjonerskie lub doświadczalne. Według prokuratury, środki chemiczne były bezrefleksyjnie dystrybuowane, bez sprawdzania ich składu, a często wysyłano klientom inne chemikalia niż zamówione. Umieszczenie na opakowaniach informacji, że środek nie nadaje się do spożycia miało stworzyć pozory legalności działalności, a tym samym zniesienie odpowiedzialności sprawców – uważa prokuratura.

Poszukiwany dwoma listami gończymi

Oskarżyciel publiczny zebrał dowody świadczące o tym, że to właśnie Jan S. odgrywał kluczową rolę w grupie, zatrudniał ludzi, dzielił zadania i finanse. Według śledczych, nadzorował swój biznes nawet podczas zatrzymania w 2018 r. w Holandii, gdzie na terenie jednostki penitencjarnej miał dostęp do komunikatorów internetowych. Z notatek Jana S. prokuratura dowiedziała się, że planował zainwestować w mercedesa e63 AMG, bentley’a, stajnię oraz mieszkania „na słupa”. Gotówką – 196 tys. zł – zapłacił za pięć luksusowych zegarków. Za wynajem mieszkania przy ul. Tamka w Warszawie płacił co miesiąc 11 tysięcy.

„Król Dopalaczy” był poszukiwany dwoma listami gończymi, w tym Europejskim Nakazem Aresztowania. Ukrywał się głównie w Holandii. Był tam nawet zatrzymywany w maju 2018 r., ale tamtejszy sąd nie zgodził się na jego aresztowanie i wyznaczył kolejny termin posiedzenia. W międzyczasie „Król” zniknął. Został zatrzymany 3 stycznia 2020 r. w Milanówku, w okolicach domu swoich rodziców.

2 grudnia 2020 r. przed Sądem Okręgowym w Warszawie ruszył inny proces Jana S. Dolnośląski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu oskarżył „Króla dopalaczy” o zlecenie zabójstwa ministra sprawiedliwości, prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobro, a także nakłanianie do nękania funkcjonariuszy i usiłowanie wręczenia łapówek.

W sumie Jan S. odpowiada za 14 przestępstw. Nie przyznał się do zarzutów stawianych mu w oskarżeniu. „Zrozumiałem te słowa, natomiast treść zarzutów dotyka niedorzeczności” – oświadczył Jan S.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Bartłomiej W., wnuk byłego prezydenta, był skazany za napaść na turystę ze Szwecji. Sąd uchyla wyrok, proces ruszy od nowa

Sąd uchylił wyrok w sprawie Bartłomieja W., wnuka byłego prezydenta RP. Mężczyzna oskarżony był o to, że w 2018 roku razem z dwoma kolegami napadł w centrum Gdańska na turystę ze Szwecji. Teraz sprawą ponownie ma zająć się sąd pierwszej instancji.

Wyrok zapadł w czwartek przed Sądem Okręgowym w Gdańsku. W czerwcu sąd rejonowy skazał Bartłomieja W. na rok więzienia. Poza tym sąd orzekł od wnuka byłego prezydenta na rzecz pokrzywdzonych nawiązki po 10 tys. zł oraz wpłatę dwóch tys. zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Na poczet orzeczonej kary więzienia sąd zaliczył mężczyźnie tymczasowe aresztowanie od 1 czerwca do 17 grudnia 2018 r.

Najsurowiej Sąd Rejonowy w Gdańsku potraktował oskarżonego Damiana M. – wymierzył mu karę czterech lat i trzech miesięcy więzienia. Najłagodniejszy wyrok – 30 dni aresztu – usłyszał Oskar N. za kradzież turyście telefonu komórkowego.

Od tego wyroku w całości odwołała się Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Śródmieście.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Ruszył proces 17 funkcjonariuszy policji oskarżonych o stosowanie tortur

W Sądzie Rejonowym w Ostródzie rozpoczął się proces siedemnastu policjantów z komendy miejskiej w Olsztynie oskarżonych m.in. o stosowanie tortur. Łącznie prokuratura postawiła im 72 zarzuty. Śledztwo w sprawie olsztyńskich policjantów prowadziła prokuratura w Ostrołęce. Trwało ono prawie dwa i pół roku. Siedemnastu policjantom z komendy miejskiej policji w Olsztynie postawiono łącznie 72 zarzuty dotyczące m.in. stosowania tortur, przekroczenia uprawnień czy niedopełnienia obowiązków.

Do wymuszania zeznań siłą miało dochodzić od marca 2014 roku do kwietnia 2015. Funkcjonariusze mieli dopuszczać się bicia zatrzymanych osób, razić ich paralizatorem, czy używać wobec nich gazu pierzowego. Akt oskarżenia w tej sprawie na początku trafił do Sądu Okręgowego w Olsztynie, jednak sędziowie zwrócili się do Sądu Najwyższego o wyłączenie ich ze sprawy. Dlatego proces został przeniesiony do Sądu Rejonowego w Ostródzie.

Ze względu jednak na dużą liczbę oskarżonych i ich pełnomocników, sprawa toczy się nie w budynku sądu, a w specjalnie przygotowanej sali w Centrum Użyteczności Publicznej w Ostródzie. Oskarżeni policjanci mieli różny staż pracy. Najmłodszy z nich pracował od trzech lat, najstarszy od dziewięciu. Po ujawnieniu tej sprawy do dymisji podali się wojewódzki i miejski komendant policji.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Berlin: Wypędzali diabła słoną wodą. Nie żyje 22-letnia kobieta

Przed sądem w Berlinie rozpoczął się proces czterech osób, które doprowadziły do śmierci 22-latki. Jej mąż, jego rodzice i islamski „uzdrowiciel” zmuszali kobietę do picia słonej wody, by wypędzić z niej diabła. Proces rozpoczął się w stolicy Niemiec w poniedziałek. Przed sądem stanęły cztery osoby – mąż zmarłej 22-latki, jego rodzice oraz „islamski uzdrowiciel”. Mieli oni torturować młodą kobietę, co w konsekwencji doprowadziło do jej śmieci. 

Podanie słonej wody w dużych ilościach 22-latce miał zalecić mężczyzna podający się za uzdrowiciela. Miał to być sposób na wypędzanie diabła. Według aktu oskarżenia mężczyzna powiedział rodzinie, że diabeł jest odpowiedzialny za bezdzietność pary.

Mąż zmarłej i jego rodzice podawali kobiecie codziennie półtora litra słonej wody. Kiedy kobieta nie była już w stanie samodzielnie pić, trzymali ją i wlewali jej ja do gardła. Po tygodniu kobieta zmarła. Mąż i jego rodzice są oskarżeni o uszkodzenie ciała skutkujące śmiercią. Czwarty oskarżony, rzekomy islamski uzdrowiciel, miał im towarzyszyć podczas tortur czytając Koran. Został oskarżony o współudział.
Źródło info i foto: polsatnews.pl