Są zarzuty dla Romana Giertycha i Ryszarda K.

Ryszardowi K., adwokatowi Romanowi G. i innym osobom przedstawiono zarzuty dotyczące przywłaszczenia i wyprowadzenia w latach 2010-2014 ze spółki deweloperskiej kwoty ok. 92 mln zł – przekazała w piątek po południu (16 października) poznańska prokuratura. Roman Giertych był przesłuchiwany w Szpitalu Bródnowskim w Warszawie. Według obrony adwokat był nieprzytomny i nie miał świadomości, co się dzieje. W nawiązaniu do tych informacji, prokuratura napisała późnym wieczorem, że „jego zachowanie (Giertycha – red.) zmieniło się, kiedy uzyskał informację, że w opinii biegłych lekarzy nie ma żadnych przeszkód, by wykonać czynności z jego udziałem”.

Wcześniej rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Poznaniu, prok. Anna Marszałek przekazała, że prokuratura otrzymała opinię lekarską zezwalającą „na przeprowadzenie czynności procesowych z udziałem Romana G.”. Poza Ryszardem K. i Romanem Giertychem (zgodził się na podawanie nazwiska) zarzuty usłyszeli także założyciele spółek fasadowych – jak podaje prokuratura – bliscy współpracownicy Giertycha – Sebastian J. i Piotr Ś., dawni członkowie władz Polnordu – Bartosz P., Andrzej P., Michał Ś., Piotr W., Wojciech C. i Tomasz Sz. oraz dwóch członków ówczesnego zarządu Prokom Investments S.A.

Czego dotyczą zarzuty?

Zarzuty dotyczą przywłaszczenia środków spółki Polnord oraz wyrządzenia spółce szkody majątkowej w wielkich rozmiarach, a także prania brudnych pieniędzy. Grozi za to kara do 10 lat więzienia. Jak podaje prokuratura, śledztwo w tej sprawie zostało wszczęte 28 lutego 2017 r. po złożeniu zawiadomienia przez obecne władze spółki Polnord S.A. Dotyczyło ono podejrzenia popełnienia przestępstwa polegającego na nabyciu przez Polnord S.A. bezwartościowych wierzytelności spółki Prokom Investments S.A. w kwocie niemal 73 mln zł.

Roman Giertych przebywa na terenie Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego w Warszawie, do którego trafił po tym, jak stracił przytomność podczas przeszukania jego willi w Józefowie przez agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Jest diagnozowany na oddziale neurochirurgicznym. Tam też w piątek został przesłuchany.

Przesłuchanie rozpoczęło się około godz. 16. W przesłuchaniu wzięła udział prokurator z Prokuratury Regionalnej w Poznaniu oraz trzech adwokatów reprezentujących Giertycha. Jak powiedział mec. Jakub Wende, w swojej ponad 20-letniej karierze adwokackiej „nigdy nie spotkał się z sytuacją, w której dochodzi do przedstawienia zarzutu podejrzanemu, który nawet nie wie, że zarzut jest mu przedstawiany”. – Do dziś nie spodziewałem się, że w ogóle jest to możliwe – dodał.

– Nasz klient cały czas przebywa w szpitalu Bródnowskim, jego stan jest bardzo zmienny. Jesteśmy tu od wielu godzin. Są krótkie chwile, kiedy odzyskuje świadomość na kilkanaście, kilkadziesiąt sekund, po czym zasypia. W momencie, kiedy pani prokurator odczytywała zarzuty, nasz klient był nieprzytomny. Nie wiem, z jakiego powodu, ale z całą pewnością nie było z nim żadnego kontaktu. To była czynność niespełniająca standardów, jakie powinny być zapewnione osobie, której się ogłasza zarzuty. To woła o pomstę do nieba – powiedział mec. Wende po przesłuchaniu Giertycha.

„Odbyło się przesłuchanie Romana Giertycha. Podejrzany w tym czasie, jak informuje jego obrońca, był nieświadomy. Prokurator odczytała zarzut podejrzanemu, on wtedy podłączony do aparatury medycznej spał. Zapewne prawo do obrony zostało zrealizowane, bo bronił się we śnie” – napisał mec. Jacek Dubois na Twitterze, odnosząc się do tej relacji.

Mec. Wende wielokrotnie podkreślał, że Roman Giertych nie słyszał, „jakie ma zarzuty i nie mógł powiedzieć, czy je zrozumiał, czy się do nich przyznaje, czy nie oraz nie miał możliwości złożenia wyjaśnień”. – To jest absolutne naruszenie standardów praw obywatela i praw człowieka – stwierdził adwokat.

„Nie widzieli Giertycha na oczy”

Rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Poznaniu informowała, że czynność przesłuchania została zaplanowana w oparciu o uzyskaną przez oskarżyciela opinię biegłych zezwalającą „na przeprowadzenie czynności procesowych z udziałem Romana G.”. Mecenas Jakub Wende powiedział w rozmowie z dziennikarzami, że opinia jest „wyjątkowo lakoniczna”, a wydający opinię specjaliści „nie widzieli Giertycha na oczy”. Poinformował, że są zaplanowane kolejne badania diagnostyczne na poniedziałek (19 października).

Pełnomocnik podejrzanego pytany, czy obrona zamierza podejmować kroki prawne, powiedział, że „wszystko zależy od tego, jak zachowa się prokuratura”. Mec. Wende dodał, że chodzi m.in. o decyzję prokuratury w kwestii ewentualnych środków zapobiegawczych wobec Giertycha, czyli np. skierowania wniosku o tymczasowe aresztowanie. Dodał, że obrona ma zastrzeżenia nie tylko do sposobu przesłuchania Giertycha, ale także do sposobu zatrzymania znanego adwokata przez CBA i późniejszych przeszukań w jego domu oraz kancelarii.

Adwokaci Giertycha pytani o to, jakie wydarzenia miały miejsce w jego domu, w wyniku których podejrzany trafił do szpitala, mec. Wende powiedział, że „mecenas Giertych w obecności agenta CBA poszedł do łazienki i tam stracił przytomność. To jest wszystko, co wiemy”.

„On coś zrobił, ja straciłem przytomność”

Po przesłuchaniu Giertycha spotkała się z nim Zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich. Dr Hanna Machińska powiedziała, że Roman Giertych jej nie poznał, mimo że od lat się znają.

– Był w bardzo złym stanie. Nie zorientował się co do mojego nazwiska, chociaż je dobrze zna. Był w stanie takiego przysypiania. Nie wiem, jak można człowiekowi w takim stanie stawiać zarzuty. On przecież nie rozumiał, co się dzieje” – stwierdziła.

– Mec. Giertych powiedział, że zdarzyła mu się niesłychana sytuacja, nigdy w życiu wcześniej nie zemdlał, nie omdlał. Znalazł się w łazience w mieszkaniu razem z agentem i następnie, cytuję: „on coś zrobił, ja straciłem przytomność i nie wiem, co się dalej stało, obudziłem się dopiero w szpitalu” – powiedziała dziennikarzom. Zastępczyni RPO zapowiedziała jednocześnie, że będzie przyglądała się tej sprawie i kontrolowała.

Po przesłuchaniu do dziennikarzy zgromadzonych przed szpitalem Bródnowskim wyszła córka Romana Giertycha, która poinformowała, że jej zdaniem, a także zdaniem jej ojca, zatrzymanie i stawiane Giertychowi zarzuty mają podłoże polityczne.

Wąsik: Nie z nami te numery

Wieczorem w komunikacie udostępnionym w mediach społecznościowych Prokuratura Regionalna w Poznaniu napisała, że „całokształt okoliczności wskazuje, że zachowanie Romana G. miało uniemożliwić przeprowadzenie z nim czynności co potwierdza fakt, że po wyjściu prokuratora powrócił do poprzedniej aktywności”.

„Rozmawiał później m.in. z Zastępcą Rzecznika Praw Obywatelskich, która następnie cytowała fragmenty rozmowy z zatrzymanym. Z prokuratorskiej praktyki wynika, że czasami tak zachowują się osoby podejrzane, próbujące w ten sposób, uniknąć wykonania czynności procesowych z ich udziałem” – dodano.

Do sprawy odniósł się też wiceszef MSWiA Maciej Wąsik. „Wchodzi Adam Bodnar – Roman Giertych przytomny, wchodzi obrońca – nadal przytomny. Wchodzi prokurator – Roman Giertych traci świadomość. Nie z nami te numery” – napisał na Twitterze.
Źródło info i foto: interia.pl

Skazany za gwałt i zabójstwo 15-letniej Małgosi opuścił areszt

Wrocławski sąd rozpatrzył zażalenia na areszt tymczasowy zastosowany wobec mężczyzn nieprawomocnie skazanych na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo i gwałt 15-letniej Małgosi. Jeden z mężczyzn wyszedł na wolność, drugi – decyzją Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu – ma w nim pozostać.

25 września Sąd Okręgowy we Wrocławiu, który zajmował się sprawą „zbrodni miłoszyckiej”, skazał Norberta Basiurę (mężczyzna zgodził się na publikację swoich danych i wizerunku) i Ireneusza M. na 25 lat pozbawienia wolności. Orzekł też, że obaj przez kolejne 10 lat pozbawieni będą praw publicznych. – Z przekonaniem wydaliśmy ten wyrok, uznając, że wina i okoliczności nie budzą wątpliwości – mówił w uzasadnieniu Marek Poteralski, sędzia Sądu Okręgowego we Wrocławiu. Wyrok nie jest prawomocny.

Po jego ogłoszeniu sąd przekazał, że wobec Basiury zostanie zastosowany środek zapobiegawczy w postaci trzymiesięcznego aresztowania. Mężczyznę, który przed sądem odpowiadał z wolnej stopy, zakuto w kajdanki na sali rozpraw. To nie spodobało się jego obrońcy. – Sam fakt aresztowania go, niestety, ale przed kamerami, jest dla mnie wysoce bulwersujący. Pamiętajmy, że to jest osoba, która ma żonę i dzieci – mówiła mecenas Renata Kopczyk, obrończyni Basiury. I zapowiedziała złożenie zażalenia na zastosowanie wobec swojego klienta tymczasowego aresztowania.

Na dalszy ciąg procesu jeden poczeka w areszcie, drugi na wolności

W poniedziałek zażalenia na decyzję o areszcie rozpatrywał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. Zdecydował, że Basiura nie będzie czekał na prawomocne rozstrzygnięcie sprawy „zbrodni miłoszyckiej” za kratami. Sąd uchylił zastosowany wobec niego, tuż po ogłoszeniu wyroku, areszt tymczasowy.

Mężczyzna opuścił areszt w poniedziałek po południu. W krótkiej rozmowie z dziennikarzami przedstawił się i powiedział, że „wierzy w sprawiedliwe sądy”. Dodał, by prośby o komentarze kierować do jego adwokat.

Tego samego dnia sąd odrzucił zażalenie na areszt dla Ireneusza M., drugiego oskarżonego w tej sprawie.

Z taką decyzją sądu nie zgadza się prokuratura. Jak mówił jej przedstawiciel, sąd pierwszej instancji wymierzył obu mężczyznom taką samą karę, są oskarżeni o to samo przestępstwo i wobec obu powinien być zastosowany ten sam środek zapobiegawczy.

Na tę decyzję wrocławskiego Sądu Apelacyjnego stronom przysługuje zażalenie.

„Według sądu nie ma obawy ani matactwa, ani ukrywania się”

Do decyzji sądu o zwolnieniu Basiury z aresztu tymczasowego odniosła się w rozmowie z TVN24 jego adwokat, mecenas Renata Kopczyk. – Sąd Apelacyjny uwzględnił zażalenie obrony w całości, czyli uznał, że nie ma ani przesłanek ogólnych, ani szczególnych w zakresie stosowania środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania względem Norberta Basiury – wskazywała.

Wyjaśniała, że „według sądu nie ma obawy ani matactwa, ani ukrywania się”. – Mój klient do tej pory odpowiadał z wolnej stopy. Nigdy w życiu nie utrudniał tego postępowania. Wręcz przeciwnie, stawiał się na każde wezwanie, był na każdej rozprawie. Zatem tutaj postanowienie sądu okręgowego w tym zakresie było niepełne i wręcz bardzo wątpliwie – oceniła Kopczyk.

Adwokat poinformowała, że dalsze kroki są „jasne”. – Mamy nieprawomocny wyrok sądu pierwszej instancji. Złożyliśmy wniosek o uzasadnienie, czekamy na to uzasadnienie pisemne. Bo uzasadnienie ustne zostało nam przedstawione zaraz po ogłoszeniu wyroku. I tak, jak deklarowaliśmy 25 września, będziemy składać apelację – oświadczyła.

Kopczyk mówiła, że nie ma „linii obrony”. – Walczymy tak naprawdę z kwestią tych wątpliwości, które od samego początku przedstawiamy – dodała. Oceniła również, że „jak jest duży medialny proces, to część społeczeństwa już skazuje, osądza, część społeczeństwa uważa, że to jest kolejny niewinny”. – Ja już staram się na to nie zwracać uwagi – powiedziała. Jej zdaniem „opinia społeczna oczywiście jest ważna, niemniej jednak nie ona decyduje”. – Decydują fakty i decydują dowody, których w tej sprawie po prostu nie ma – powiedziała.

Jeden z oskarżonych odpowiadał z wolnej stopy

Basiura po tym jak, w 2018 roku, usłyszał zarzuty w sprawie gwałtu i zabójstwa 15-letniej Małgosi został tymczasowo aresztowany. Jednak po kilku miesiącach, w styczniu 2019 roku, Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uchylił zastosowany wobec niego środek zapobiegawczy. Od tego czasu mężczyzna przebywał na wolności.

Sąd Okręgowy we Wrocławiu zdecydował też o przedłużeniu, do 29 stycznia 2021 roku, aresztu wobec Ireneusza M. Drugi z oskarżonych za kratami siedzi od kilku lat. Gdy usłyszał zarzuty w sprawie zabójstwa nastolatki, odsiadywał bowiem wyrok za gwałty i groźby karalne. Kara zakończyła się we wrześniu tego roku. I gdyby nie areszt tymczasowy w sprawie „zbrodni miłoszyckiej” M. mógłby wyjść na wolność.

Zbrodnia sprzed lat

Nagie, porzucone na jednej z posesji w Miłoszycach, ciało Małgosi znaleziono zaledwie kilkadziesiąt kroków od miejsca, w którym dziewczyna spędzała ostatni dzień 1996 roku. Sylwestra świętowała pierwszy raz poza domem. Miała tam wrócić o piątej rano pociągiem. Gdy się nie pojawiła, rodzice rozpoczęli poszukiwania. O sprawie powiadomiono policję. Kilka godzin później znaleziono ciało nastolatki. Dziewczyna zmarła wskutek wyziębienia organizmu i odniesionych ran.

Zdaniem śledczych zabójców nastolatki było trzech. Śledztwo prokuratury w tej sprawie wciąż trwa.

Niesłusznie skazany walczy o sprawiedliwość

W 2004 roku za gwałt i zabójstwo Małgosi na 25 lat prawomocnie skazano Tomasza Komendę. Po 18 latach spędzonych za kratami, gdy specjalny zespół śledczych ponownie zaczął analizować sprawę tego, co wydarzyło się w Miłoszycach, okazało się, że mężczyzna został niesłusznie skazany. W maju 2018 roku – po wznowieniu postępowania – Sąd Najwyższy uniewinnił Tomasza Komendę.

W prokuraturze w Łodzi trwa postępowanie wyjaśniające nieprawidłowości, jakich dopuszczono się w śledztwie przeciwko Tomaszowi Komendzie. On sam, przed Sądem Okręgowym w Opolu, walczy o zadośćuczynienie i odszkodowanie za lata spędzone w zakładach karnych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Mowy końcowe ws. zabójstwa Marka Papały w 1998 roku

Po blisko pięciu latach procesu warszawski sąd planuje we wtorek rozpocząć wysłuchiwanie mów końcowych ws. zabójstwa b. szefa policji Marka Papały w 1998 r. To drugi proces ws. jednej z najgłośniejszych zbrodni ostatniego 30-lecia. Pierwszy, w 2013 r., zakończył się uniewinnieniem oskarżonych. Jak poinformowała sekcja prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie na rozprawie wyznaczonej we wtorek zaplanowane są mowy końcowe stron. Kolejny termin sąd wyznaczył na 16 października, wówczas prawdopodobnie mowy końcowe będą kontynuowane.

Proces pierwotnie ruszył w październiku 2015 r. O zabójstwo Papały oskarżono złodzieja samochodów Igora M., ps. Patyk. Według łódzkiej prokuratury M. (dawniej – Ł., jest on świadkiem koronnym od lat współpracującym z organami ścigania; był wcześniej karany) zastrzelił Papałę w trakcie próby kradzieży jego daewoo espero o wartości „co najmniej 31 tys. zł”. Wraz z M. oskarżono sześć osób, którym zarzucono kradzieże w końcu lat 90. kilkudziesięciu samochodów osobowych. Trzem z nich zarzucono także usiłowanie dokonania rozboju wobec Papały. W kwietniu 2016 r. – wobec choroby ławnika – proces musiał się zacząć od nowa.

Śledztwo przedłużano wielokrotnie

Papała został zastrzelony w Warszawie 25 czerwca 1998 r. w samochodzie przed blokiem, w którym mieszkał. Śledztwo w sprawie przedłużano wielokrotnie, a w 2009 r. przekazano z Warszawy do Łodzi. W śledztwie przesłuchano ok. 400 świadków; kilkudziesięciu wiele razy. Czynności śledcze podejmowały UOP, ABW i prokuratura m.in. w USA, Szwecji, Austrii i w Niemczech.

W 2009 r. do Sądu Okręgowego w Warszawie trafił pierwszy akt oskarżenia dotyczący zabójstwa gen. Papały – przeciwko Andrzejowi Z. „Słowikowi” i Ryszardowi Boguckiemu, zarzucający im m.in. nakłanianie do tego mordu.

Proces Boguckiego i „Słowika” ruszył w Warszawie w 2010 r. W jego toku pojawiło się kilka sprzecznych i niepowiązanych ze sobą wersji, kto miał dokonać samego zabójstwa. Warszawska prokuratura zażądała 15 lat więzienia dla Boguckiego za obserwowanie miejsca zabójstwa Papały i bezskuteczne nakłanianie za 30 tys. dolarów gangstera Zbigniewa G. do zabicia b. szefa policji. Wobec „Słowika” – oskarżonego o nakłanianie za 40 tys. dolarów płatnego zabójcy Artura Zirajewskiego, ps. Iwan, do zabójstwa Papały – prokuratura wnosiła o 8 lat. Obrońcy i podsądni wnosili o uniewinnienie.

„Sąd nie wie, dlaczego zabito gen. Marka Papałę”

SO w lipcu 2013 r. uniewinnił Boguckiego i „Słowika”, bo uznał, że zebrane dowody były „kruchymi, rozrzuconymi ogniwami, które tylko w swoim przekonaniu prokurator zestawił w mocny łańcuch”. „Sąd nie wie, dlaczego zabito gen. Marka Papałę” – przyznał wtedy sędzia Paweł Dobosz. Zaznaczył jednocześnie, że wyrok nie jest porażką wymiaru sprawiedliwości, tylko porażką organów ścigania i prokuratury, bo nie dostarczyła sądowi wystarczających dowodów.

„Wobec stwierdzenia braku możliwości wywiedzenia skutecznego środka odwoławczego odstąpiono od sporządzenia apelacji od wyroku uniewinniającego oskarżonych” – uznała w 2014 r. warszawska prokuratura, a wyrok się uprawomocnił.

Tymczasem – zanim zakończył się pierwszy z procesów – w 2012 r. łódzka prokuratura ujawniła, że – według ustaleń opartych na zeznaniach świadka koronnego Roberta P. – do zabójstwa Papały doszło w wyniku napadu rabunkowego, a sprawcy zamierzali ukraść samochód Papały. Podczas napadu „Patyk” miał oddać śmiertelny strzał do b. szefa policji.

Posługiwał się bronią, żeby zastraszyć kierowców

W maju 2015 r. do sądu trafił akt oskarżenia w tej drugiej ze spraw. Według tych ustaleń były szef policji był przypadkową ofiarą złodziei samochodów, którzy chcieli ukraść jego auto i prawdopodobnie nie wiedzieli, do kogo ono należy. Według śledczych „Patyk” – jeszcze przed zabójstwem – w co najmniej dwóch przypadkach kradzieży luksusowych aut także posługiwał się bronią, żeby zastraszyć kierowców.

Obciążający „Patyka” Robert P. był jego kompanem z gangu złodziei samochodów. Sam Igor M. oceniał zeznania P. jako niewiarygodne i podyktowane przez policję. Według niego zeznania P. różniły się, gdy składał je najpierw jako podejrzany, potem jako świadek koronny i w końcu na rozprawie. „Jedne zeznania przeczą drugim, m.in. co do mojego +ćpania+ i noszenia przeze mnie broni” – oświadczał M.

Wtorkowa rozprawa – podobnie jak kolejna październikowa – ma się odbyć w kompleksie budynków sądowych przy ul. Kocjana, w specjalnej sali sądowej, która jest położona w oddzielnym, ogrodzonym budynku. W sali tej w przeszłości sądzeni byli najgroźniejsi przestępcy; zeznają tam też osoby, których bezpieczeństwo jest szczególnie chronione. W sali tej – z wyłączeniem jawności – odbyło się także w ostatnich latach wiele rozpraw tego procesu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Niemcy: Trwa proces Grzegorza W. Opiekun „zimnym mordercą”. Swoim ofiarom wstrzykiwał insulinę

Niemiecka prokuratura jest przekonana o winie polskiego opiekuna, oskarżonego o sześciokrotne morderstwo. Grzegorz W. miał zabijać swoich podopiecznych zastrzykami z insuliny. Proces toczy się przed sądem w Monachium.

Z materiału zgromadzonego w śledztwie wynika, że Grzegorz Stanisław W. jest „zimnym, pozbawionym empatii seryjnym mordercą” – powiedziała w czwartek niemiecka prokurator. Prokuratura żąda dożywotniego pozbawienia wolności w izolatce.

Kradzieże jako motywacja

Po 46 dniach rozpraw, proces rozpoczęty w listopadzie 2019 roku zbliża się do końca. Po prokuraturze i oskarżycielach posiłkowych w najbliższym czasie głos zabierze jeszcze obrońca. Wyrok jest spodziewany 6 października.

Zdaniem prokuratury, oskarżony w najmniejszym stopniu nie niósł swoim podopiecznym pomocy. Wynajmowany przez polskie agencje opiekun odmawiał na przykład wstawania w nocy do pacjentów, bo nie życzył sobie, by mu przeszkadzano. W tym celu wyłączał przyciski alarmowe i aplikował pacjentom środki nasenne.

38-latek już w Polsce był karany więzieniem za kradzież i oszustwa. Po wyjściu z zakładu karnego skończył 120-godzinny kurs kwalifikujący go do wykonywania zawodu opiekuna. Jego motywacją nie była jednak praca, lecz dostęp do domów w celach rabunkowych. W aktach sprawy odnotowano jego stwierdzenie: „Bogatym Niemcom trzeba kraść ich euro” albo „Forsa jest najważniejsza, bo bez niej umrę”.

Grzegorz W. jest otyłym diabetykiem, w momencie aresztowania ważył 156 kg przy wzroście 1,62 cm. Swoje dawki insuliny aplikował ofiarom, które nie chorowały na cukrzycę. Według śledczych były to dawki śmiertelne. W. jest oskarżony o sześciokrotne zabójstwo i o trzykrotne planowane zabójstwo, jak również o niebezpieczne zranienia oraz o wiele oszustw i kradzieży.

Śmiercionośna insulina

Podczas procesu W. nie ustosunkował się do zarzutów. We wcześniejszych przesłuchaniach przyznał się jednak do podawania insuliny, raz też określił sam siebie mianem mordercy. Do serii zarzucanych mu czynów doszło w kilku krajach związkowych w ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy, od kwietnia 2017 do lutego 2018 r. Grzegorz W. stale zmieniał miejsce pracy, u niektórych rodzin był zaledwie od jednego do trzech dni. Zawsze sam składał wymówienie.

Z informacji zebranych przez prokuraturę wynika, że w wielu przypadkach w ogóle nie został przyjęty do pracy z powodu nieprzyjemnego zachowania. Pomoc domowa jednego z zamordowanych powiedziała, że ten ostatniego dnia swojego życia określił Grzegorza W. mianem „diabła”. Następnej nocy już nie żył, zamordowany przez człowieka, który miał być jego opiekunem.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Trwa proces Daniela M. Miał zabić żonę i zgłosić jej zaginięcie

30 września Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyda wyrok ws. 45-letniego Daniela M. Mężczyzna jest oskarżony o zabójstwo żony w 1998 r. w Debrznie (Pomorskie). Śledztwo w tej sprawie wszczęto po ustaleniach policyjnego Archiwum X, badającego niewyjaśnione przestępstwa sprzed lat. Przed Sądem Apelacyjnym w Gdańsku odbyła się dziś rozprawa odwoławcza w tej sprawie.

W październiku 2019 r. Sąd Okręgowy w Słupsku skazał Daniela M. na 15 lat więzienia. Oprócz zarzutu zabójstwa żony mężczyzna był też oskarżony o wyłudzenie alimentów na córkę w kwocie ponad 14,8 tys. zł. Sąd zasądził też tytułem zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonej córki zamordowanej Magdaleny J. kwotę 100 tys. zł oraz 50 tys. zł na rzecz jej brata. Od tego wyroku odwołały się wszystkie strony procesu: prokuratura, obrońca i oskarżyciel posiłkowy.

Prokuratura domaga się dla Daniela M. kary dożywotniego więzienia. Obrońca chce uniewinnienia mężczyzny.

Obrońca Daniela M. Marek Kobyłecki podkreślił, że w tej sprawie nie ma żadnych bezpośrednich dowodów.

„Mamy do czynienia z najcięższym zarzutem pozbawienia życia osoby najbliższej – małżonki. Cały przewód sądowy przed sądem niższej instancji toczył się na podstawie poszlak, ale ten łańcuch poszlak w pewnym momencie urywa się” – mówił adwokat.

I tak naprawdę kwestia najważniejsza, choć może błaha z punktu widzenia życia ludzkiego, czyli kłódka. Prokuratura i Sąd Okręgowy wywiedli wnioski wskazujące na to, że zmiana kłódki nastąpiła podobno dwa dni po rzekomym zaginięciu pokrzywdzonej. Zeznania głównego świadka w tej sprawie są niekonsekwentne – zaznaczył.

„Jest to o tyle istotna wątpliwość, że podważa istotę rzeczy, a mianowicie to, że rzekomo oskarżony miał utrudniać dostęp do piwnicy, co mogłoby wskazywać, że coś w niej ukrywa” – argumentował adwokat.

„Postanowił usunąć żonę, bo przeszkadzała mu w trybie życia, jaki sobie zaplanował”

„Prokurator Renata Szamiel powiedziała, że sąd niższej instancji prawidłowo i rzetelnie odtworzył przebieg wydarzeń sprzed ponad 20 lat. Oskarżony dokonał zabójstwa w sposób zaplanowany, z premedytacją, w zamiarze bezpośrednim. Kobiet w życiu oskarżonego było mnóstwo, co było przyczyną wielu awantur w ich małżeństwie. Kara 15 lat pozbawienia wolności jest karą zdecydowanie łagodną. Po popełnieniu przestępstwa oskarżony przed wszystkim zajmował się tuszowaniem zbrodni” – mówiła prokurator.

Zabił swoją żonę, matkę i porządną dziewczynę tylko dlatego, że chciał żyć w sposób swobodny, chciał się bawić. Postanowił usunąć swoją żonę, bo przeszkadzała mu w trybie życia, jaki sobie zaplanował – oceniła.

W ostatnim słowie Daniel M. (przyjął nazwisko drugiej żony) podkreślił, że jest niewinny. Nigdy w życiu nie podniosłem ręki na własną żonę, nigdy też w życiu nie krzyczałem. Jestem niewinny i chcę po prostu wrócić do domu – oświadczył.

Sąd pierwszej instancji przyjął, że kobieta została zamordowana 2 października 1998 r. i była to zbrodnia zaplanowana.

Daniel M. po powrocie z pracy do domu miał udusić swoją żonę wcześniej przygotowanym kablem elektrycznym. Miał też zaprosić znajomych, ale tylko do kuchni, by nie budzić śpiącej córki, a zyskać dla siebie alibi.

Gdy goście poszli w przekonaniu, że żona oskarżonego wyjechała do rodziny do Piły, jej zwłoki umieścił w torbie podróżnej. Bez butów i bez biżuterii, z którą kobieta się nie rozstawała. Wieczorem torbę z ciałem zniósł do piwnicy, do nieużywanego pomieszczenia. Widziany przez sąsiadkę, późniejszą partnerkę, wyjaśnił, że idzie po węgiel. Zwłoki żony umieścił w pozostałościach średniowiecznej studni, wylał posadzkę, podłogę wyłożył cegłami. Zmienił kłódkę.

Jak ustalono, Daniel M. różnym osobom podawał różne wersje co do zniknięcia żony. Świadkowie zeznali, że jednym powiedział, że „wyszła jak stała”, innym, że wyjechała do rodziny do Piły, że pojechała do Niemiec i się „tam prostytuuje” lub że go okradła.

Zaginięcie żony mężczyzna zgłosił 18 października. Dzień później wystąpił do sądu z pozwem o rozwód, który ostatecznie został orzeczony, z jednoczesnym wnioskiem o zasądzenie alimentów od żony na rzecz ich małoletniej córki.

Szczątki kobiety odnaleziono w 2017 r.

Śledztwo w sprawie zabójstwa Prokuratura Okręgowa w Słupsku wszczęła w połowie kwietnia 2017 r. po ustaleniach dokonanych przez pracowników sekcji kryminalnej Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku oraz funkcjonariuszy tzw. policyjnego Archiwum X, badających niewyjaśnione sprawy sprzed lat. Istotny wpływ na to, że zajęto się ta sprawą ponownie, miał brat zamordowanej kobiety.

24 kwietnia 2017 r. w piwnicy domu w Debrznie, w którym po zaginięciu żony wciąż mieszkał Daniel M., znaleziono pod posadzką szczątki kobiety. Tego samego dnia mężczyzna został zatrzymany przez policję, a dwa dni później usłyszał zarzut zabójstwa byłej żony.

Wyniki badań DNA znalezionych szczątków potwierdziły z prawdopodobieństwem sięgającym 99 proc., że to zwłoki żony oskarżonego. W chwili śmierci miała 20 lat.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Argentyna: Księża pedofile skazani za molestowanie niepełnosprawnych dzieci

To jeden z najcięższych przypadków przestępstw Kościoła katolickiego. Dwóch księży, którzy prowadzili w Argentynie szkołę z internatem dla dzieci niesłyszących, zostało skazanych w poniedziałek za molestowanie seksualne 25 dzieci i nastolatków znajdujących się pod ich opieką. Skazano również szkolnego ogrodnika, a dwie zakonnice, które wiedziały o koszmarze dzieci, czekają na proces.

Gdy w końcu zapadł długo oczekiwany wyrok, wśród krewnych ofiar i działaczy społecznych zapanowała nieopisana radość. Wszyscy ściskali się nie mogąc powstrzymać łez. Odpowiedzialni za piekło na ziemi, jakie stworzyli niewinnym, bezbronnym dzieciom, w końcu zostali ukarani! I to bardzo surowo. To jeden z najwyższych (jeśli wręcz nie najwyższy) wyroków za pedofilię w Kościele.

Dwóch księży, którzy prowadzili szkołę z internatem dla niesłyszących w Argentynie, zostało w poniedziałek skazanych za wykorzystywanie seksualne 25 dzieci i nastolatków pozostających pod ich opieką. Nicola Corradi (83 l.), szef Instytutu Antonio Provolo dla Głuchoniemych w środkowo-zachodniej prowincji Mendoza, został skazany na 42 lata więzienia. Horacio Corbacho (59 l.) spędzi za kratami 45 lat.

Wyrok usłyszał również ogrodnik instytutu, Armando Gómez. Dostał 18 lat więzienia za znęcanie się nad dwoma nieletnimi. Aresztowano też dwie zakonnice, które są oskarżone o uczestnictwo w nadużyciach. Jedna z nich miała sama molestować dzieci i bić je, przez co była nazywana „złą zakonnicą”. Testowała je w ten sposób, a najbardziej uległe przekazywała księżom pedofilom. Jedna z ofiar wspomina, że zakonnica założyła jej pieluchę, gdy krwawiła po zgwałceniu w wieku 5 lat. Kobiety będą sądzone w odrębnym procesie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Ruszył proces ws. zabójstwa Piotra R.

21 września w Sądzie Okręgowym w Kaliszu (woj. wielkopolskie) rozpoczął się proces ws. zabójstwa 34-letniego Piotra R. Zmarły był właścicielem fermy drobiu w Zadowicach, na której zatrudnił swojego 54-letniego znajomego wraz z jego konkubiną. Pozwolił im także mieszkać w budynku na terenie gospodarstwa. To właśnie Krzysztof K. wpakował w kolegę cały magazynek od pistoletu. W sądzie tłumaczył się psychozą i prześladowaniami

Rozpoczął się proces w sprawie śmierci Piotra R. Właściciel fermy drobiu z Zadowic w woj. wielkopolskim zginął we wrześniu 2019 roku od siedmiu strzałów z nielegalnie posiadanej przez niego broni. Do zabójstwa przyznał się Krzysztof K., który pracował na fermie wraz ze swoją konkubiną. Rodzina R. pozwoliła im także mieszkać w jednym z budynków na terenie gospodarstwa.

Znali się z rodzinnej miejscowości

54-latek zeznał, że znał Piotra R. od siedmiu lat z rodzimego Wałcza w woj. zachodniopomorskim. Oboje mieli zatargi z prawem. Zmarły miał być notowany m.in. za przemoc, groźby i narkotyki. Krzysztofa K. karano za rozboje, włamania, kradzieże i uszkodzenia ciała.

Kilka miesięcy przed śmiercią Piotr R. kupił wspomnianą fermę i przeprowadził się na nią wraz z rodziną: żoną, córkami (obecnie w wieku 9 i 3 lat) i teściową.

– Znaliśmy się od 7 lat. Żyliśmy w zgodzie. Mieliśmy do siebie zaufanie. Wiedziałem, gdzie trzyma broń i pieniądze. Kiedy Piotrek kupił w Zadowicach fermę za 700 tys. zł, to mnie i konkubinę zatrudnił u siebie – mówił oskarżony Krzysztof K.

Właściciele mieli dokuczać ukochanej sprawcy

Nieporozumienia między zamordowanym a oskarżonym miały zacząć się wtedy, gdy jak twierdzi Krzysztof K., właściciele zaczęli dokuczać jego konkubinie, poniżać ją, a także grozić jej śmiercią. 54-latek przekonywał, że „do tragedii nie doszło z chęci zysku, kłótni ani porachunków”. – Przyczyny to psychoza i prześladowanie pracowników przez właścicieli firmy – mówił.

Podczas jednej z awantur oskarżony miał stracić panowanie nad sobą. – Poszedłem do garażu i wróciłem do kurnika. Kiedy Piotrek zobaczył, co trzymam w ręku, zaczął biec w moim kierunku. Wystraszyłem się go, bo to rosły i wysportowany mężczyzna; zacząłem strzelać – powiedział oskarżony.

Wystrzelił cały magazynek

Zeznał, że wystrzelił cały magazynek, oddał łącznie 7 strzałów. Kiedy poszkodowany upadł, zdjął mu z szyi łańcuch z krzyżem o wartości 15 tys. zł i uciekł z gospodarstwa. W lombardzie dostał za zrabowany przedmiot 600 zł; pieniądze te planował przeznaczyć na podróż do innego miasta. Został jednak zatrzymany niedługo potem na terenie pustostanu.

Mężczyzna nie przyznał się do usiłowania zabójstwa żony 34-latka i żądania 150 tys. zł. – Chciał strzelić do kobiety, ale broń się zacięła – informował po zatrzymaniu oskarżonego rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wlkp. Maciej Meler. Krzysztofowi K. grozi dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Brutalne zabójstwo 38-latka. Nastolatkowie przed sądem

Przed Sądem Okręgowym w Przemyślu rozpoczął się proces w sprawie brutalnego zabójstwa 38-letniego Wojciecha P. Mężczyzna otrzymał nie mniej niż 36 ciosów siekierą w głowę i inne części ciała. Na ławie oskarżonych zasiedli Dżesika N. i Sebastian K. Jak przypominają „Nowiny”, obydwoje w chwili popełnienia zarzucanego im czynu mieli po 17 lat. Byli też parą, niedługo wcześniej razem uciekli z młodzieżowego ośrodka wychowawczego.

Gazeta podaje, że wysłuchali aktu oskarżenia ze spuszczonymi głowami. Chłopak był spokojny, dziewczyna – wyraźnie zdenerwowana. Prokuratura w Przemyślu oskarżyła ich o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

Przypomnijmy, doszło do niego pod koniec kwietnia ubiegłego roku w Słonnem na Podkarpaciu. Nastolatkowie przyjechali tam po ucieczce z poprawczaka i razem z Wojciechem P. brali udział w imprezie alkoholowej. 38-latek miał zaczepiać Dżesikę N. Wywiązała się sprzeczka, dziewczyna przyniosła siekierkę, a ciosy – zdaniem śledczych – miał zadawać 17-latek. Z ustaleń prokuratury wynika również, że zwłoki mężczyzny zostały załadowane na taczki i nocą wywiezione do przydrożnego rowu.

Podczas zatrzymania nastolatkowie przyznali się do zarzucanego im czynu. W sądzie odmówili składania wyjaśnień, odpowiadali tylko na pytania swoich obrońców, podtrzymując zeznania złożone w postępowaniu przygotowawczym.

Przepraszając, oboje zwrócili się o możliwość dobrowolnego poddania się karze, ale – jak podają „Nowiny” – ze względu na rodzaj zarzutów i wysokość potencjalnej kary jest to niemożliwe.

Ponieważ w chwili popełnienia zarzucanego im czynu nie byli pełnoletni, grozi im 25 lat pozbawienia wolności, a nie dożywocie.
Źródło info i foto: interia.pl

Trwa proces dotyczący kradzieży 884 świń

Marian C. i jego córka Urszula zostali oskarżeni o przywłaszczenie dokładnie 884 świń o łącznej wartości ponad pół miliona złotych. Przed sądem w Opolu rozpoczął się ich proces.

Według ustaleń śledztwa, do zdarzenia objętego aktem oskarżenia miało dojść latem 2018 roku w jednej z miejscowości pod Otmuchowem. Prowadzący gospodarstwo Marian C. miał przyjąć sprowadzone z Danii świnie do utuczenia od przedsiębiorcy Jarosława T.

Kiedy właściciel zgłosił się po odbiór odchowanych zwierząt, usłyszał, że świń nie ma. Według tłumaczeń rolnika, część z nich padła, a część uciekła w niewiadomym kierunku. Właściciel powiadomił prokuraturę, a ta po przeprowadzeniu dochodzenia, skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko rolnikowi.

Co się stało z tucznikami?

Oskarżeni nie przyznają się do winy. Przed sądem odmówili składania wyjaśnień i nie chcieli odpowiadać na pytania. Z zeznań złożonych w trakcie śledztwa i odczytanych na sali przez sąd wynika, że nie wiedzą, co stało się z 884 tucznikami, które zniknęły z ich gospodarstwa. Jedną z tez zgłaszanych przez oskarżonego śledczym, była możliwość ucieczki tuczników do lasu.

Innego zdania jest pokrzywdzony przedsiębiorca. W niego oskarżeni najprawdopodobniej sprzedali należące do niego tuczniki innemu rolnikowi lub ubojni, a ich wyjaśnienia są jedynie próbą uniknięcia odpowiedzialności za popełnione przestępstwo. Za zarzucane czyny obojgu oskarżonym grozi do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wielka Byrtania: Kobieta musi oddać 40 tys. funtów zabójcy swojej córki

77-letnia Brytyjka została wezwana do przekazania 40 tys. funtów, co ma stanowić zwrot kosztów prawnych poniesionych przez zabójcę jej córki. To wynik przegranego przez nią procesu, w którym wnioskowała o uchylenie wobec mężczyzny zwolnienia warunkowego. W 1988 r. 64-letni dziś Ian Simms udusił 22-letnią wówczas Helen McCourt, gdy ta wracała z pracy do domu. Mężczyzna został skazany rok później.

Simms odmówił natomiast ujawnienia miejsca ukrycia zwłok. Pomimo zakrojonych na szeroką skale poszukiwań, ciała Helen nigdy nie udało się odnaleźć.

Zgodnie z prawem uchwalonym w marcu ubiegłego roku, zabójca, który odmawia wskazania miejsca ukrycia ciała ofiary nie może wnioskować o zwolnienie warunkowe. Rzecz w tym, że Simms opuścił więzienie tuż przed wprowadzeniem tego prawa.

Matka zamordowanej, Marie McCourt wytoczyła proces, domagając się ponownego umieszczenia Simmsa w więzieniu. Sąd Najwyższy orzekł jednak na korzyść Komisji ds. Zwolnień Warunkowych i nakazał kobiecie pokrycie kosztów prawnych poniesionych przez zabójcę jej córki.

W listopadzie ub.r. Marie McCourt uruchomiła zbiórkę na platformie Go Found Me informując, że prawnicy Simmsa będą domagać się od niej dużej sumy pieniędzy. Decyzją sądu musi teraz zwrócić równowartość wpłaconych darowizn, czyli ok. 40 tys. funtów.

Marie zadeklarowała, że nadal będzie kontynuować poszukiwania ciała swojej córki. Przyznała też, że jest rozczarowana decyzją sądu. – Simms odebrał życie mojej córce i odebrał jej prawo do chrześcijańskiego pochówku – powiedziała.
Źródło info i foto: TVP.info