Ruszył proces Krzysztofa S. z Izdebek. Miał molestować seksualnie swoje córki

38-letni Krzysztof S. z Izdebek (Podkarpackie) oskarżony o molestowanie seksualne trzech córek poniżej 15. roku życia stanął przed sądem w Brzozowie, gdzie w czwartek rozpoczął się jego proces. Z uwagi na charakter sprawy, odbywa się on z wyłączeniem jawności. O tym, że w domu dzieje się źle zrobiło się głośno niespełna rok po tym jak przez 3 dni służby ratunkowe i mieszkańcy szukali 12-letniego syna mężczyzny.

Odnaleziony chłopiec był wychłodzony, miał problemy z komunikowaniem się. Okazało się, że w rodzinie dzieje się bardzo źle. Dzieci były zaniedbane i żyły w fatalnych warunkach, głodne jadły to, co znalazły w psiej misce. Dom zamienił się w melinę.

Co gorsza – o wszystkim wiedział miejscowy GOPS. Rodzina miała wyznaczonego asystenta, korzystała z zasiłków, ale pieniądze wydawane były głównie na alkohol. W toku postępowania wyszło na jaw, że 3 dziewczynki były molestowane seksualnie przez swojego ojca.

Każdą z dziewczynek molestował co najmniej kilka razy

Oskarżony został dowieziony na rozpoczęcie procesu z aresztu. Prokuratura w Lublinie oskarżyła 38-letniego Krzysztofa S., ojca dziesięciorga dzieci, o doprowadzenie trzech swoich małoletnich córek, poniżej 15. roku życia, do tzw. innych czynności seksualnych. Według aktu oskarżenia, czynów tych dopuścił się w okresie od kwietnia do listopada 2018 r.

Jak mówiła w chwili skierowania aktu oskarżenia rzeczniczka lubelskiej prokuratury prok. Agnieszka Kępka nie były to pojedyncze przypadki – ojciec molestował każdą z dziewczynek co najmniej kilka razy.

W trakcie śledztwa oskarżony nie przyznał się do żadnego z zarzucanych mu czynów, składał jedynie krótkie wyjaśnienia.

Zdaniem biegłych psychiatrów i seksuologa Krzysztof S. miał zdolność rozpoznania znaczenia swoich czynów i pokierowania swoim postępowaniem. Jego stan psychiczny pozwala na udział w procesie.

Żona nie wierzy w winę męża

Żona oskarżonego, która występuje jako świadek, powiedziała dziennikarzom przed rozpoczęciem rozprawy, że nie wierzy w winę Krzysztofa, i że jest on dobrym ojcem. Dodała, że dzieci obecnie przebywają w placówce opiekuńczej w Sanoku i chce, żeby szybko wróciły do domu.

Prokurator Dariusz Lenard z prokuratury w Lublinie powiedział dziennikarzom, że w sprawie przesłuchano około 30 świadków, w tym niektóre z dzieci oskarżonego (część skorzystała z odmowy składania zeznań, a część jest zbyt mała na przesłuchanie).

Akt oskarżenia w tej sprawie trafił do sądu w Brzozowie jesienią 2019 r. ale akta sprawy zostały zwrócone prokuraturze, bowiem sąd uznał, że w postępowaniu przygotowawczym występują istotne braki, które prokuratura powinna uzupełnić.

Chodziło m.in. o to, że zwyczajowo w tego typu sprawach do akt dołącza się stenogram z przesłuchania małoletniego. Tymczasem w aktach sprawy znajdował się protokół z tego przesłuchania, wobec czego – według prokuratury – stenogram nie był konieczny.

Prokuratura złożyła zażalenie na postanowienie sądu o zwrocie akt i sąd II instancji uchylił decyzję sądu w Brzozowie i skierował sprawę do rozpoznania ponownie do tamtejszego sądu. Krzysztof S. został zatrzymany i postawiono mu zarzut dopuszczenia się innej czynności seksualnej wobec dziecka.

W międzyczasie śledztwo przeniesiono do Lublina. W jego trakcie pojawiły się nowe okoliczności, świadczące o tym, że również dwie inne córki Krzysztofa S. mogły być przez niego wykorzystywane seksualnie. Z nieoficjalnych informacji wynika, że dziewczynki miały wtedy po kilka lat. Wówczas prokuratura uzupełniła 38-latkowi zarzuty.

Ze śledztwa w tej sprawie wyłączony został do odrębnego postępowania wątek dotyczący niedopełnienia obowiązków przez pracowników Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej oraz narażenia przez to małoletnich dzieci na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i uszczerbku na zdrowiu. Pracownicy GOPS mieli także nie zobowiązać rodziców do opieki i przez to również narazić dzieci.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Szefowa wywiozła pracownika do lasu. Mężczyzna zmarł. Grażyna F. stanęła przed sądem

36-letni Wasyl C. zasłabł podczas pracy. Według prokuratury właścicielka firmy produkującej trumny, zamiast mu pomóc, zabroniła wzywać karetkę, a potem wywiozła go do lasu. Mężczyzna zmarł. Właśnie ruszył proces, w którym na ławie oskarżonych zasiadają Grażyna F. i jeden z jej pracowników Serhij H.

Przed Sądem Rejonowym w Nowym Tomyślu ruszył proces Grażyny F., właścicielki zakładu produkującego trumny. Kobieta jest oskarżona w sprawie śmierci swojego pracownika Wasyla C. Do tragedii doszło 12 czerwca ubiegłego roku. Mężczyzna w upalny dzień zasłabł podczas pracy i stracił przytomność.

– Kiedy 36-latek zasłabł, właścicielka zakładu wyprosiła wszystkich pracowników. Został tylko mężczyzna, który prowadził akcję reanimacyjną. 36-latek na chwilę odzyskał przytomność, ale potem znów ją stracił – mówił Michał Smętkowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Jak ustalili śledczy, udzielający pierwszej pomocy Serhij J. domagał się wezwania karetki, ale szefowa nie zgodziła się na to.

– Kobieta nielegalnie zatrudniała obywateli Ukrainy, dlatego obawiając się konsekwencji, postanowiła wywieźć 36-latka poza miejsce pracy. Zmusiła pracownika, by przeniósł zwłoki kolegi do jej auta. Zagroziła, że jeśli jej nie pomoże, to poinformuje służby o jego nielegalnym pobycie w Polsce. Mężczyzna wiedział, że to wiązałoby się z deportacją, dlatego wypełnił jej polecenie – tłumaczy Smętkowski.

Ciało Wasyla C. znalazł leśniczy. Leżało w pobliżu miejscowości Skoki niedaleko Wągrowca. To około 120 kilometrów od zakładu, w którym pracował mężczyzna. Biegłym nie udało się ustalić, czy 36-latek żył w momencie, gdy był wieziony. Według śledczych Wasyl C. zmarł między godzinami 18.30 a 22.30 w wyniku niewydolności krążeniowej, ale biegłym nie udało się ustalić jej przyczyny.

Nie przyznała się do winy

W październiku ubiegłego roku prokuratura skierowała akt oskarżenia. Grażynie F. zarzucono, że nie udzieliła Wasylowi C. niezbędnej pomocy w chwili bezpośredniego zagrożenia jego życia oraz że nie wezwała pomocy medycznej. Według prokuratury Grażyna F. przez swoje zachowanie nieumyślnie doprowadziła do śmierci 36-latka. Kobieta nie przyznała się do winy. Jak podaje prokuratura, kobieta podczas postępowania cały czas twierdziła, że Wasyl C. już nie żył, więc wezwanie pogotowia nie miało, jej zdaniem, sensu. Drugim oskarżonym jest Serhij H.

Obywatel Ukrainy jest oskarżony o to, że utrudnił postępowanie karne, pomagając Grażynie F. zatrzeć ślady przestępstwa poprzez pomoc w załadunku zwłok Wasyla C. do samochodu, którym Grażyna F. wywiozła je z miejsca zdarzania. Według prokuratora Smętkowskiego, w przypadku Serhija H. sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary. Oskarżony miał działać w stanie przymusu, obawiał się odpowiedzialności karnej.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Odroczono proces ws. zabójstwa studentki Katarzyny Z.

Przed krakowskim sądem – po ponad 20 latach, jakie minęły od brutalnego zabójstwa studentki UJ Katarzyny Z. – ruszył proces mężczyzny oskarżonego o morderstwo. Sprawa nazywana była jedną z największych zagadek polskiej kryminalistyki. Robertowi J. grozi dożywocie.

Rozpoczęcie procesu to finał wieloletniego śledztwa prowadzonego m.in. przez policjantów z tzw. Archiwum X. W poszukiwanie zabójcy studentki UJ Katarzyny Z., której szczątki – fragmenty skóry i ciała – wyłowiono z Wisły 7 i 14 stycznia 1999 r., zaangażowanych było wielu polskich i zagranicznych ekspertów.

Po ponad 20 latach na ławie oskarżonych zasiadł Robert J., któremu zarzucono zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Według ustaleń, miał popełnić zbrodnię z powodu zaburzeń preferencji seksualnych o cechach sadystycznych i fetyszystycznych. Mężczyzna miał stosować przemoc, pozbawić ofiarę wolności, podawać określone związki chemiczne, m.in. leki przeciwpsychotyczne i przeciwlękowe.

Młodą kobietę więził, maltretował fizycznie i psychicznie. Tożsamość ofiary ustalono dzięki badaniom genetycznym.

Największa zagadka polskiej kryminalistyki

Akt oskarżenia w sprawie, nazywanej jedną z największych zagadek polskiej kryminalistyki, ma cztery tomy i liczy ok. 800 stron. Krakowski sąd wyznaczył już terminy rozpraw na kilka miesięcy tego roku. Planuje też przesłuchać ok. 200 świadków. Na razie są to osoby wskazane przez prokuratora – nie wiadomo, ilu świadków wskaże m.in. obrona. Sąd dysponuje także opiniami ok. 20 biegłych.

Za zamkniętymi drzwiami

Proces będzie toczył się za zamkniętymi drzwiami. Na środową rozprawę zaplanowano odczytanie aktu oskarżenia – wtedy mężczyzna będzie mógł złożyć wyjaśnienia. Jak zapowiedział po posiedzeniu organizacyjnym jego obrońca Łukasz Chojniak, oskarżony prawdopodobnie z tego prawa skorzysta. W rozmowie z dziennikarzami pełnomocnik ocenił, że jednoznacznych dowodów przeciwko Robertowi J. nie ma, a i te pośrednie są „wątpliwe”.

W 2000 r. ujawniono, że przy szczątkach Katarzyny Z. znaleziono ślady biologiczne, które nie pochodziły od ofiary. Wykorzystano je do weryfikacji osób, będących w kręgu podejrzeń. Nie przyniosło to jednak efektów i w październiku 2000 r. prokuratura umorzyła śledztwo.

Pod koniec 2011 r. krakowska policja poinformowała, że funkcjonariusze z tzw. Archiwum X ponownie analizowali materiały tego śledztwa i ustalali nowe dowody. Było to możliwe m.in. dzięki postępowi w dziedzinie badań kryminalistycznych i współpracy z ekspertami w różnych dziedzinach.

Na tej podstawie krakowska prokuratura w styczniu 2012 r. podjęła śledztwo na nowo i zleciła m.in. ekshumację szczątków. Jak podawała, w wyniku oględzin ujawniono szereg śladów kryminalistycznych i dowodów, które zostały zabezpieczone dla potrzeb śledztwa. Były to substancje, włosy, drobiny i włókna pozwalające – zdaniem śledczych – na podjęcie dodatkowych czynności.

Roberta J. zatrzymano w 2017 r. na krakowskim Kazimierzu; nie przyznał się on do winy. Jak podała Prokuratura Krajowa, mężczyzna złożył obszerne wyjaśnienia, ale odmówił odpowiedzi na niektóre pytania

Źródło: Polskiej Agencji Prasowej(PAP)

Źródło info i foto: RMF24.pl

W USA ruszył proces Harveya Weinsteina. Chodzi o molestowanie seksualne i gwałty

Przed Sądem Najwyższym stanu Nowy Jork stanął w poniedziałek hollywoodzki producent Harvey Weinstein m.in. pod zarzutem gwałtu oraz wymuszenia aktu seksualnego. Tymczasem prokuratura w Los Angeles powiadomiła, że także tam czeka go podobna sprawa.

Chociaż ponad 80 kobiet, w tym Polka, publicznie obciążyło byłego potentata z Hollywood winą o różne nadużycia na tle seksualnym, rozprawa na Manhattanie ma objąć zeznania sześciu kobiet. Jedną z nich jest znana z serialu „Rodzina Soprano” aktorka Annabella Sciorra. Sprawa będzie się głównie koncentrować na oskarżeniach dwóch kobiet. Pierwsze dotyczy gwałtu w hotelu na Manhattanie w 2013 roku, ale domniemana ofiara pragnie zachować anonimowość. Drugim zarzutem jest wymuszenie w 2006 roku aktu seksualnego na asystentce producenta Mimi Haleyi w jego apartamencie.

Weinsteinowi grozi też kara za popełnienie „drapieżnej napaści seksualnej” (predatory sexual assault) wobec więcej niż jednej osoby. W przypadku udowodnienie winy może on dostać maksymalny wyrok dożywotniego więzienia.

Rozgłos wokół sprawy Weinstein doprowadził w 2017 roku do intensyfikacji ruchu #MeToo. Skierowany jest przeciw nadużyciom seksualnym w miejscu pracy ze strony wpływowych mężczyzn. Doprowadziło to do złamania wielu z nim kariery.

„Weinstein jest seryjnym drapieżcą i przez dekady wykorzystywał seksualnie kobiety, wykorzystując swoją władzę i powiązania, aby móc systematycznie uciszać te, które mogłyby ujawnić jego zbrodnie” – twierdzi grupa 25 kobiet tzw. Silence Breakers, w tym aktorki Rose McGowan i Rosanna Arquette. Wyraziły nadzieję, że Weinstein spotka się z „publiczną i profesjonalną odpowiedzią za swoje czyny”.

Z cywilnym pozwem do sądu na Manhattanie o molestowanie seksualne w roku 2002 wystąpiła w grudniu ubiegłego roku była modelka – Kaja Sokoła, pochodząca z Wrocławia. Twierdzi, że zdarzenie spowodowało jej rezygnację z kariery aktorskiej.

67-letni Weinstein utrzymuje, że nigdy nie uprawiał z nikim seksu bez zgody. Jego obrońcy podkreślali, że chcą, aby proces skupiał się na zarzutach, a nie na publicznych oświadczeniach ok. 80 kobiet. Sąd odrzucił wniosek obrońców o przeniesienia procesu z Manhattanu, ze względu na nadawany mu przez media rozgłos, przez co potencjalni przysięgli mogli sobie już wyrobić zdanie w sprawie producenta.

Prawniczka Donna Rotunno zapowiedziała agresywnie przesłuchać oskarżycieli. Mówiła o próbach uciszenia obrońców i nazywaniu producenta „drapieżcą”.

Pan Weinstein ma prawo do uczciwego procesu. Jak sądzę, uważa on, że już jest skazany. (…) Przypominamy wszystkim, że w tym wielkim kraju jesteś niewinny, dopóki nie zostanie ci dowiedziona wina. Dotychczas sędziom przysięgłym nie przedstawiono żadnych dowodów – argumentowała w poniedziałek Rotunno, zwracając się przed sądem do dziennikarzy.

Producent, który w zeszłym miesiącu poddał się operacji pleców, w drodze do sądu poruszał się korzystając ze specjalnego wózka. Indagowany przed rozprawą przez CNN wysłał e-mail, że przez ostatnie dwa lata nauczył się autorefleksji.

„Zdaję sobie teraz sprawę, że pochłonęła mnie moja praca, moja firma i dążenie do sukcesu. To spowodowało, że zaniedbałem rodzinę, relacje i walczyłem z ludźmi wokół mnie. Odbyłem rehabilitację od października 2017 roku i brałem udział w 12-etapowym programie oraz medytacji” – pisał.

W kilka godzin po tym, kiedy Weinstein znalazł się w nowojorskim sądzie, prokuratorzy w Los Angeles oskarżyli go o zgwałcenie w tym mieście w lutym 2013 jednej kobiety w hotelu oraz napaść seksualną na drugą także w hotelu w Beverly Hills. Miało to miejsce w ciągu kilku dni.

Naszym zdaniem dowody pokażą, że oskarżony wykorzystał swoją siłę i wpływy, aby uzyskać dostęp do swoich ofiar, a następnie popełnić wobec nich brutalne przestępstwa – wskazał prokurator okręgowy LA Jackie Lacey.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Marek L., założyciel fundacji z zarzutami. Oszukał ofiarę księdza pedofila

Zarzut oszustwa postawiono założycielowi fundacji „Nie lękajcie się” Markowi L. – pisze piątkowa „Rzeczpospolita”. Niedawny prezes Marek L. miał wyłudzić od podopiecznej fundacji „Nie lękajcie się” 30 tys. zł.

Jak podaje piątkowa gazeta, szczecińska prokuratura postawiła Markowi L. zarzut z art. 286 par. 1 tuż przed świętami. Przepis ten mówi, że przestępstwo popełnia ten, kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd – za co grozi do ośmiu lat więzienia. Marek L. formalnie nie przyznał się do stawianego mu zarzutu, jednak złożył zeznania, w których potwierdził, że faktycznie wprowadził pokrzywdzoną w błąd, twierdząc, że jest chory” – powiedział „Rzeczpospolitej” – prok. Maciej Jóźwiak z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

Śledztwo to pokłosie głośnej publikacji „Gazety Wyborczej” z maja 2019 r., w której Katarzyna, ofiara księdza pedofila, opowiedziała, że Marek L., znany orędownik walki z pedofilią w Kościele, wyłudził od niej 30 tys. zł. Pod pretekstem rzekomej choroby (raka trzustki) i potrzeby nowatorskiej operacji L. zwrócił się do kobiety o pożyczkę zaraz po tym, jak wygrała ona sądownie milion złotych zadośćuczynienia od Towarzystwa Chrystusowego. L. miał pojechać do kobiety, a ta dała mu 20 tys. zł do ręki jako pożyczkę, a 10 tys. w prezencie.

Kobieta wkrótce się zorientowała, że Marek L. ją oszukał – nie chciał jej przedstawić żadnej dokumentacji medycznej, nie przeszedł też operacji. Sprawa wywołała burzę, która stała się początkiem końca kariery Marka L. oraz założonej przez niego fundacji. Pod koniec maja L. zrezygnował z funkcji prezesa, a fundacja (działała od 2013 r., dokumentowała przypadki molestowania dzieci przez księży, udzielała ofiarom pomocy prawnej i psychologicznej, pozyskiwała odszkodowania od Kościoła) zleciła audyt kontroli wydatków. O podejrzeniu wyłudzenia pieniędzy od kobiety zawiadomiono prokuraturę.

Jak informuje dziennik, na razie – oprócz Katarzyny – nie ma innych pokrzywdzonych działaniami L. Jednak postawienie mu zarzutu nie kończy sprawy. „Przesłuchujemy inne osoby w ramach pomocy prawnej” – dodaje w rozmowie z gazetą prok. Marek Jóźwiak.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Podkarpacie: 39-latek z Izdebek oskarżony o molestowanie córeczek. Niebawem ruszy proces

Nieporozumienia między prokuraturą a sądem rozstrzygnął sąd wyższej instancji. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, aby Krzysztof S. (39 l.) z Izdebek na Podkarpaciu odpowiedział za ohydne czyny, których miał się dopuścić wobec trzech swoich kilkuletnich córeczek.

Choć akt oskarżenia trafił do Sądu Rejonowego w Brzozowie wiele tygodni temu, proces jeszcze się nie rozpoczął. Nieoczekiwanie sąd dopatrzył się braków w dokumentach. Chodziło o stenogram z przesłuchania dziecka. Prokuratorzy z Lublina, którzy zajmowali się sprawą, byli zdziwieni. Według nich akt oskarżenia jest kompletny, a z przesłuchania jest nawet nagranie. Decyzję zaskarżyli do Sądu Okręgowego w Krośnie, który przyznał im rację. Akt oskarżenia wróciły zatem do brzozowskiej rejonówki. Teraz ten sąd powinien niebawem wyznaczyć termin pierwszej rozprawy.

O wielodzietnej rodzinie z Izdebek rok temu mówiła cała Polska. To wtedy zaginął najstarszy syn Danielek (13 l). Dwie doby błąkał się po lesie na bosaka i omal nie zamarzł. Na szczęście w porę odnalazł się cały i zdrowy. Akcja poszukiwawcza skupiła większą uwagę śledczych i na jaw wyszedł dramat, który rozgrywał się w czterech ścianach biednego domu.

Prokuratura oskarżyła Krzysztofa S. (39 l.) o pedofilię. Według śledczych ojciec krzywdził trzy dziewczynki. Kilkukrotnie dopuszczał się wobec nich tzw. innych czynności seksualnych. Ten horror miał trwać miesiącami. Po ujawnieniu koszmaru, dziesięcioro dzieci małżeństwa S. trafiło do rodziny zastępczej.

Oskarżony ojciec na swój proces oczekuje w areszcie. Podczas śledztwa do niczego się nie przyznał. Grozi mu do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Niemcy: Trwa proces „pielęgniarza śmierci”. Ofiar było więcej?

Pochodzący z Polski pielęgniarz zaprzeczał, by zabijał z rozmysłem – pisze niemiecka prasa w relacjach z procesu Grzegorza W.

Nadkomisarz Johannes Pletl zapewne długo nie będzie mógł zapomnieć przesłuchań mężczyzny, nazywanego „pielęgniarzem śmierci”, który stanął w zeszłym tygodniu przed sądem krajowym w Monachium za zamordowanie sześciu osób – pisze w poniedziałek (2.12.2019) dziennik „Sueddeutsche Zeitung”. Pletl pięć razy przesłuchiwał pochodzącego z Polski 38-letniego Grzegorza W., który przyznał się do popełnienia sześciu zabójstw, a także trzykrotnego usiłowania zabójstwa i trzykrotnego niebezpiecznego uszkodzenia ciała. Przestępstwa popełnił za pomocą zastrzyku z wysoką dawką insuliny, którą wstrzykiwał podopiecznym. Niewykluczone, że zostanie oskarżony o siódme zabójstwo.

„Z rąk Grzegorza W. Mogło zginąć jeszcze więcej osób. Jak przyznał Pletl, w ciągu roku pielęgniarz mógł podać zagrażającą życiu dawkę insuliny nawet 20 seniorom” – relacjonuje „SZ”.

Kradł proszek do prania, wino i trochę biżuterii

Grzegorz W. był zatrudniany jako pielęgniarz za pośrednictwem polskich i niemieckich agencji. Twierdził, że z zawodu był ślusarzem i mechanikiem, ale ukończył półroczny kurs dla pielęgniarzy osób starszych, obejmujący 120 godzin. Według ustaleń śledczych uczęszczał na kurs jedynie dwa lub trzy miesiące. Prokuratura jest przekonana, że nigdy nie zamierzał pracować jako pielęgniarz. Praca ta miała mu jedynie otworzyć drzwi do domów niemieckich seniorów, których zamierzał okradać.

Od maja 2015 roku pracował w 69 niemieckich domach. Według Pletla siedem osób zmarło w obecności Grzegorza W., osiem trafiło do szpitali. Tylko u dwóch osób stwierdzono obniżony poziom cukru we krwi. Z 19 miejsc, w których pracował W. miał zniknąć bez śladu, wraz z rozmaitymi przedmiotami. „Co takiego wynosił? Proszek do prania, papier toaletowy, mydło w płynie, szczotki do toalet. Raz ukradł Federalny Krzyż Zasługi, 15 butelek wina z piwnicy, żywność i trochę biżuterii, którą chciał w Polsce zastawić w lombardzie” – informuje dziennik „Die Welt”. Nie miał w Niemczech stałego miejsca zamieszkania, za każdym razem przyjeżdżał do pracy z Polski i szybko znikał, gdy jego podopieczni umierali albo trafiali do szpitala.

Wpadł w zeszłym roku, po nagłej śmierci swego 83-letniego podopiecznego z Ottobrunn Franza Xavera. Gdy przy W. Znaleziono złoty zegarek zmarłego oraz zastrzyk insuliny, policja postawiła mu zarzuty.

„Seniorzy byli agresywni”

Podczas przesłuchań pielęgniarz miał odpowiadać bardzo składnie, bardzo rzadko tracił nad sobą kontrolę.

Jako pielęgniarz zajmował się starszymi osobami, często z demencją. „Jeden z podopiecznych musiał umrzeć, bo nie przesypiał nocy, druga, 79-letnia kobieta – aby W. mógł w spokoju przeszukać i okraść jej dom, innemu podopiecznemu podał insulinę, bo z powodu demencji zachowywał się agresywnie” – relacjonuje prasa zeznania nadkomisarza.

Na pytanie o to, dlaczego ci ludzie musieli umrzeć, W. miał odpowiedzieć: „Bo byli wobec mnie agresywni. Nie chciałem, aby ktokolwiek zmarł. Nie jestem psychicznie chorym idiotą. Chciałem normalnie pracować, ale oni byli agresywni” – miał zeznawać Grzegorz W. Opisywał, że niektórzy podopieczni wyzywali go od „polskiej świni”, pluli na niego jedzeniem, rzucali ekskrementami albo nie pozwalali mu się dotknąć.

Twierdził także, że „od insuliny nie można umrzeć” i w „UE jeszcze nikt nie umarł wskutek podania insuliny”. Chciał jedynie uspokoić podopiecznych, by spali w nocy. Tylko raz miał przyznać, że mogło to doprowadzić do śmierci.

Fatalny obraz całej branży

Twierdził, że sam choruje na cukrzycę, dlatego ma dostęp do leku. Musiał zdawać sobie sprawę ze skutków przedawkowania. Wątpliwości śledczych budzi jednak to, skąd miał tak dużą ilość insuliny.

„Die Welt” zwraca uwagę, że w związku z procesem Grzegorza W. powstaje fatalne wrażenie o całej branży, zajmującej się pośredniczeniem w zatrudnianiu opiekunów osób starszych w Niemczech. Agencje przekonują, że chcą tego, co najlepsze dla babci i dziadka, a w rzeczywistości mają na względzie tylko swój interes – dodaje gazeta. „Czy niemieckie agencje, które współpracują z polskimi i słowackimi pośrednikami, nie powinny uważać, by oferować klientom wyłącznie personel, o nieposzlakowanej reputacji? Czy nikt nie spytał W. o policyjne poświadczenie niekaralności? Najwyraźniej nie. Bo w przeciwnym razie klienci trzymaliby się z daleka od skazanego w Polsce na dziewięć lat więzienia za przestępstwa przeciwko własności. Ale zadowolono się tym, co sam mówił o sobie” – konkluduje dziennik.
Źródło info i foto: interia.pl

35-letni Grzegorz G. zabił ciężarną szwagierkę. Był ojcem dziecka. Kiedy wyrok?

Przed Sądem Apelacyjnym w Rzeszowie w czwartek odbył się proces apelacyjny 35-letniego Grzegorza G. oskarżonego o zabójstwo 25-letniej ciężarnej szwagierki. Mężczyzna był ojcem nienarodzonego dziecka. Za tydzień zostanie ogłoszony wyrok.

Rozprawa odwoławcza, podobnie jak większość procesu w I instancji, odbyła się za zamkniętymi drzwiami. Podczas pierwszej rozprawy sąd okręgowy zmienił kwalifikację czynu. Prokuratura oskarżyła G. o zabójstwo, natomiast sąd uznał, że było to zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grzegorz G. w marcu br. został skazany na dożywocie oraz pozbawiony praw publicznych na 8 lat. Mężczyzna ma też zapłacić po 250 tys. zł zadośćuczynienia dla każdego z rodziców zabitej kobiety, którzy byli w procesie oskarżycielami posiłkowymi. Ma im także zwrócić ponad 17 tys. zł, które wybrał z konta Jolanty Ś. po jej śmierci.

Sąd uznał Grzegorza G. za winnego pozostałych zarzucanych mu przez prokuraturę czynów. Jest to m.in. kradzież samochodu i pieniędzy ofiary, usiłowanie dwóch oszustw, kradzież z miejsca pracy sprzętu elektronicznego o wartości ponad pół mln zł. G. ma również naprawić szkodę względem swojego pracodawcy w łącznej kwocie prawie 320 tys. zł.

Proces przed sądem okręgowym rozpoczął się w styczniu 2018 r. i toczył się za zamkniętymi drzwiami.

Apelację od wyroku złożyła obrona Grzegorza G. i jeden z oskarżycieli posiłkowych. Ogłoszenie wyroku wyznaczono na 28 listopada.

W toku postępowania prokuratorskiego G. został zbadany psychiatrycznie. Biegli nie stwierdzili, aby w chwili morderstwa był niepoczytalny lub miał ograniczoną poczytalność.

Romans z siostrą żony

Grzegorz G. przez wiele miesięcy potajemnie odwiedzał siostrę żony Jolantę. – Dziewczyna pracowała na kasie w delikatesach. Wcześniej mieszkała w rodzinnym domu w Lubzinie, ale jak obok pobudowała się siostra, wyprowadziła się do Dębicy i z rodziną utrzymywała sporadyczny kontakt – wspomina znajoma ofiary w rozmowie z Faktem.

W maju 2016 r. Jolanta nagle zniknęła. Była w 7. miesiącu ciąży ze swoim szwagrem. Kilka miesięcy wcześniej żona Grzegorza G. urodziła ich drugie dziecko. Ten tygodniami nie tylko udawał, że nie wie co się stało z Jolantą, ale zacierał ślady – wysyłał w imieniu zaginionej SMS-y do jej matki. Wynikało z nich, że zaginiona jest za granicą. Mało tego – przy okazji zarabiał na śmierci kobiety! Sprzedał jej samochód, sprzęt elektroniczny, podbierał z jej konta pieniądze.

Ciało zakopał w lesie

G. został zatrzymany pod koniec listopada 2016 r. we własnym mieszkaniu, wpadł w zasadzkę policji. Zdaniem oskarżenia Grzegorz G. uderzył Jolantę Ś. kilka razy w głowę połową cegły, kobieta miała też ranę kłutą szyi. Jak ustaliła prokuratura przyczyną śmierci kobiety było prawdopodobnie zachłyśnięcie się krwią i uduszenie.

W czasie śledztwa mężczyzna początkowo utrzymywał, że śmierć Jolanty Ś. nastąpiła na skutek nieszczęśliwego wypadku – miała spaść ze skarpy. Jednak po przedstawieniu mu dowodów z sekcji zwłok kobiety, które wykluczyły taką przyczynę śmierci, G. przyznał się do zabójstwa. Wskazał też miejsce w lesie, w którym zakopał ciało szwagierki. Zapewniał, że nie planował zabójstwa wcześniej, ale że myśl o zabiciu kobiety zrodziła się dopiero w czasie kłótni z nią.
Źródło info i foto: Fakt.pl

49-letni Steven Wells molestował adoptowane córki. Nie pójdzie do więzienia

49-letni Steven Wells powiedział w czasie procesu, że zmuszał swoje dwie nieletnie córki, aby uprawiały z nim seks. Dzięki ugodzie z sądem nie trafi jednak do więzienia. Na mocy ugody zawartej przez oskarżonego z sądem hrabstwa Allen w stanie Indiana mężczyzna został skazany na sześć lat więzienia w zawieszeniu wraz z czteroletnim okresem próby. Otrzymał także zakaz kontaktu z ofiarami.

Wells molestował swoje adoptowane córki w latach 2012-2016. W czasie, gdy zaczynał zmuszać je do współżycia z nim, miały one 13 i 14 lat. Młodsza z nich była opóźniona w rozwoju – jej stan psychiczny porównywano do umysłowości siedmioletniego dziecka.

W końcu starsza córka postanowiła przerwać milczenie, opowiadając o przestępstwach ojczyma urzędnikowi z ośrodka młodzieżowego. „Zamierzałam to ukrywać przez całe życie i nic nie mówić, ponieważ nie chciałam, żeby mój tata tata poszedł do więzienia” – napisała w oświadczeniu wydanym podczas procesu. „Mówię o tym dziś, ponieważ znalazłam się już w stanie krytycznym” – wyjaśniła dziewczyna.
Źródło info i foto: TVP.info

Bossowie „Pruszkowa” wyjdą na wolność za kaucje od 150 do 400 tys. zł

Bossowie mafii pruszkowskiej: Andrzej Z. ps. Słowik, Leszek D. ps. Wańka oraz Janusz P. Parasol, oskarżeni m.in. o udział w wyłudzeniach VAT, rozboje czy handel narkotykami mogą opuścić areszty po wpłaceniu poręczeń majątkowych – dowiedział się portal tvp.info. „Słowik” musi zapłacić – 400 tys. zł, „Wańka” – 200 tys. zł, a „Parasol” – 120 tys. zł. Przed stołecznym sądem okręgowym ma się toczyć proces 50 osób oskarżonych w sprawie wyłudzeń VAT na fikcyjnym eksporcie produktów spożywczych, przez co Skarb Państwa stracił blisko 193 mln zł.

Z ustaleń portalu tvp.info wynika, że na specjalnym posiedzeniu sądu 8 listopada, rozpoznawano wnioski oskarżonych m.in. o uchylenie aresztu. – Sąd Okręgowy w Warszawie uchylił tymczasowe aresztowanie wobec oskarżonych: Jerzego W., Sławomira F. i Filipa F. Sąd wydał również postanowienia o możliwości zmiany środka zapobiegawczego z tymczasowego aresztowania na poręczenie majątkowe – po uiszczeniu określonej kwoty poręczenia wobec następujących oskarżonych: Janusza P., Andrzeja Z., Leszka D., Krzysztofa O. i Sebastiana W. Do chwili obecnej poręczenia majątkowe nie zostały wpłacone – poinformował we wtorek zespół prasowy Sądu Okręgowego w Warszawie.

Jak ustalił portal tvp.info Andrzej Z. ps. Słowik musi wpłacić 400 tys. zł, Leszek D. ps. Wańka – 200 tys. zł, Janusz P. ps. Parasol – 120 tys. zł, Krzysztof O. ps. Kręcony – 150 tys. zł, a domniemany szef „vatsterów” – Sławomir W. – 400 tys. zł. Można zakładać, że rodziny, a przede wszystkim kompanii gangsterów zrobią wszystko, aby odzyskali oni wolność.

Trzej bossowie zostali zatrzymani razem z 11 znanymi gangsterami „Pruszkowa” pod koniec stycznia 2017 r. przez funkcjonariuszy CBŚP. Okazało się, że po opuszczeniu więzień nie przeszli na emeryturę, ale poszerzyli działalności o wyłudzenia VAT i nie inne oszustwa gospodarcze. „Pruszków” miał chronić także gang Sebastiana W., specjalizujący się w fikcyjnym eksporcie towarów spożywczych. Na działalności tej grupy Skarb Państwa stracił blisko 193 mln zł. Sprawa miała być początkowo osądzona we Szczecinie, później w Świdnicy, ale w końcu trafiła do Sądu Okręgowego w Warszawie.

Pod „pruszkowskim” parasolem

Liczący 2222 strony akt oskarżenia autorstwa śledczego Prokuratury Regionalnej w Szczecinie objął 50 oskarżonych, w tym wspomnianych wcześniej członków tzw. zarządu mafii pruszkowskiej. Materiał dowodowy w sprawie to ponad 300 tomów akt głównych oraz ponad 400 tomów załączników.

Śledczy ze Szczecina uznali, że sprawa dotyczy dwóch grup przestępczych. Pierwsza, kierowana przez Sławomira W. działała od lutego 2012 r. do 30 stycznia 2017 r. Zajmowała się wyłudzaniem podatku VAT na fikcyjnej sprzedaży artykułów spożywczych, w tym kawy, oraz praniem nielegalnie zarobionych pieniędzy. Skarb Państwa stracił na działalności gangu blisko 193 mln zł.

Z grupą tą, zdaniem śledczych, związali się w 2013 r. „Słowik” i „Wańka”. – Ich rola polegała na zapewnianiu inwestowania środków pieniężnych w funkcjonowanie tej grupy, zapewnianiu ochrony interesów majątkowych grupy, w tym związanych z rozliczeniami na tle konfliktów z innymi grupami przestępczymi. Jak ustalono, w trakcie działalności tej grupy, w zamiarze wyegzekwowania kwoty 1,5 mln zł pochodzących z działalności prowadzonej przez konkurencyjnej grupy przestępczej doszło do wymuszenia rozbójniczego, w wyniku którego przejęto dwa transporty kremu Nutella o wartości ok. 600 tys. zł – poinformowała Prokuratura Regionalna w Szczecinie po skierowaniu akt oskarżenia w listopadzie 2018 r.

Powrót do przeszłości

Druga grupa przestępcza, rozpracowana przez szczecińskich śledczych, to już typowa gangsterska ekipa, na czele której miał stać Andrzej Z. ps. Słowik. W skład grupy kierowanej przez Andrzeja Z. wchodzili m.in. Leszek D. ps. Wańka, Janusz P. ps. Parasol, Krzysztof K. ps. Kręcony, Artur R. ps. Pinokio, Adam K. ps. Młody Wańka czy Sebastian F. ps. Farba. Do ekipy tej należeli byli członkowie kilku stołecznych gangów poza „Pruszkowem”, m.in. grupy ożarowskiej i „mokotowskiej”.

Według prokuratury nowy gang „Słowika” działał od września 2014 r. do września 2018 r. Przez kilkanaście ostatnich miesięcy boss kierował nim zza krat. M.in. pryz pomocy swojej konkubiny. Gang miał zajmować się przestępstwami gospodarczymi, oszustwami podatkowymi, rozbojami, handlem narkotykami czy podrabianiem dokumentów. W 2016 r. grupa ta zrabowała kilkadziesiąt kilogramów bursztynu o wartości 440 tys. zł, ukradła także dwóm kolekcjonerom zegarki o łącznej wartości ponad miliona złotych (w tym Patek Philippe ref. 530 wart 700 tys. zł). Śledczy zarzucają także gangsterom usiłowanie wymuszenia milionowego haraczu i handel kokainą o wartości 190 tys. zł.

Andrzej Z. i jego kompani zajmowali się także rozstrzyganiem sporów między gangami ze Szczecina.

Najsłabsze ogniwo

Na trop pruszkowskich gangsterów, wpadli funkcjonariusze CBŚP i prokuratorzy ze Szczecina, rozpracowując grupę, która wyłudzała podatek VAT. W lipcu 2016 r. policjanci CBŚP ze Szczecina wraz z lokalnym Urzędem Kontroli Skarbowej zatrzymali 15 osób. Śledczy z zachodniopomorskiej prokuratury regionalnej ustalili, że grupa działała co najmniej od dwóch lat. Jej organizatorzy kontrolowali kilkanaście spółek w Polsce i krajach Unii Europejskiej. Przedsiębiorstwa te uczestniczyły w fikcyjnych transakcjach, w tym dostawach wewnątrz Wspólnoty, które umożliwiały grupie przestępczej przejęcie bądź wyłudzenie zwrotu podatku VAT. Wówczas to straty skarbu państwa szacowano na ok. 20 mln zł.

W trakcie śledztwa okazało się, że na ternie Szczecina i Wrocławia działa konkurencyjna grupa przestępcza do tej rozbitej w lipcu. Na jej czele miał stać Sebastian W., który porozumiał się z gangiem pruszkowskim w sprawie ochrony swoich interesów. Okazało się, że w latach 2013-2017 grupa wyłudziła dziesiątki milionów zł na fikcyjnym eksporcie produktów spożywczych, głównie kawy mielonej.

Według niepotwierdzonych informacji „pruszkowiaków” pogrążył jeden z młodszych gangsterów, zajmujący się m.in., wyłudzeniami pieniędzy z kart kredytowych i oszustwami gospodarczymi. Grupa miała zacząć działać z pełnym rozmachem, w 2013 r., gdy więzienie opuścił Andrzej Z. ps. Słowik. Gangster twierdził wówczas, że chce się skoncentrować na życiu rodzinnym i zerwać z kryminalną przeszłością.

Konsorcjum zbrodni

Gang pruszkowski powstał pod koniec lat 80. i przez dekadę był największą polską zorganizowaną grupą przestępczą. Zarabiał miliony na handlu narkotykami, napadach oraz na zbieraniu haraczy oraz „opłat licencyjnych” od innych grup przestępczych w całej Polsce. W latach 1994-1998 „Pruszków” toczył krwawą wojnę z gangiem ząbkowsko-praskim (zwanym mylnie „Wołominem) o prymat w półświatku. W porachunkach zginęło lub zniknęło bez śladu kilkadziesiąt osób. Przestępcy dokonywali egzekucji w biały dzień, nierzadko sięgali po materiały wybuchowe.

Gang stworzony był na wzór amerykańskiej mafii. Zarządzał nim sześcioosobowy zarząd: Andrzej Z. ps. Słowik, Leszek D. ps. Wańka, Mirosława D. ps. Malizna, Ryszard Sz. ps. Kajtek, Zygmunt R. ps. Bolo oraz Janusz P. ps. Parasol. Podlegali im kapitanowie, tacy jak Jarosław S. ps. Masa czy Marcin B. ps. Bryndziak, Sławomir F. ps. Fabian. Ci z kolei mając swoje grupy kierowali licznymi podgrupami. W sumie w skład bandy wchodziło kilkaset osób w całej Polsce.

Początkiem końca grupy było zabójstwo, w grudniu 1999 r., Andrzeja Kolikowskiego ps. Pershing, jednego z bossów „Pruszkowa”. W 2000 r., Jarosław Sokołowski ps. Masa został świadkiem koronnym i w wakacje tego roku policja uderzyła w gang, zatrzymując większość kierownictwa grupy. Od tego momentu „Pruszków” nie odbudował już swojej potęgi z lat 90. Większość młodszych, byłych pruszkowskich gangsterów związała się z innymi grupami przestępczymi. Przed warszawskim sądem okręgowym toczy się od 2006 r. (po osądzeniu i apelacji, sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia) proces tzw. małego „Pruszkowa”, w której oskarżonymi się tzw. kapitanowie podwarszawskiej mafii.
Źródło info i foto:TVP.info