Amber Gold: Adwokat chce uniewinnienia Marcina P.

W gdańskim sądzie zakończyła się mowa końcowa obrońcy Marcina P., twórcy spółki Amber Gold. Mecenas Michał Komorowski przekonywał sąd, że firma prowadziła rzetelną działalność, do czasu aż zostały zablokowane jej konta bankowe. Sam oskarżony przed sądem powiedział tylko jedno zdanie.

Mowa końcowa adwokata Marcina P. trwała nieco ponad kwadrans. Jego zdaniem firma prowadziła rzetelną działalność. Obrońca nie zgodził się też z wyliczeniami prokuratury, co do liczby pokrzywdzonych i sumy strat.

OSKARŻONY NIE BYŁ ROZMOWNY

– Nie była to piramida finansowa, a mój klient nie może odpowiadać za niekorzystne rozporządzanie mieniem wielu osób – mówił mecenas Michał Komorowski.

Oskarżony powiedział jedynie, że wnosi o to samo, co jego obrońca. Wcześniej w toku procesu odmawiał wyjaśnień, a podczas pierwszej rozprawy nie przyznał się do winy.

WYROK 20 MAJA

6 maja mowy końcowe wygłosi druga z oskarżonych, Katarzyna P., a także jej obrońca. Wyrok ma zapaść 20 maja.

Przypomnijmy, że prokuratura żąda dla obojga oskarżonych kar 25 lat więzienia, grzywien i obowiązku naprawienia szkody. Marcina i Katarzynę P. oskarża o oszukanie ponad 19 tysięcy osób, na ponad 850 milionów złotych.

KUSILI WYSOKIM OPROGRAMOWANIEM

Amber Gold to firma, która miała inwestować w złoto i inne kruszce. Działała od 2009 roku, a klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji – od 6 do nawet 16,5 proc. w skali roku – które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych. Komisja Nadzoru Finansowego złożyła doniesienie do prokuratury, która po miesiącu odmówiła wszczęcia śledztwa, nie dopatrując się w działalności firmy znamion przestępstwa. 13 sierpnia 2012 r. Amber Gold ogłosiła likwidację. Tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.
Źródło info i foto: radiogdansk.pl

Świadkowie wypadku z udziałem Beaty Szydło przed sądem

Trwa proces w sprawie wypadku byłej premier Beaty Szydło w Oświęcimiu. Przed sądem zeznawało dziś sześciu świadków. Trzech z nich zgodziło się, aby dziennikarze wysłuchali ich odpowiedzi. Dwaj mężczyźni i kobieta stwierdzili zgodnie, że podczas przejazdu rządowej limuzyny nie słyszeli sygnałów dźwiękowych, a jedynie widzieli sygnały świetlne.

Posiedzenie sądu w sprawie wypadku z udziałem rządowej kolumny i fiata seicento odbyło się przed sądem w Oświęcimiu. Przed sądem zeznawało sześciu uczestników terapii uzależnień. Wcześniej sąd pytał każdego ze świadków, czy zgadzają się na składanie zeznań w obecności dziennikarzy i czy obecność mediów nie będzie dla nich problemem ze względu m.in. na poruszanie prywatnych problemów, takich jak problemy zdrowotne.

Trzy osoby zgodziły się odpowiadać w obecności dziennikarzy na pytania dotyczące wypadku z 10 lutego 2017 roku, w którym ranna została premier Beata Szydło i funkcjonariusz BOR. Każdy z tych świadków zeznał, że widział sygnały świetlne rządowej kolumny. Żadna z tych osób nie słyszała jednak sygnałów dźwiękowych.

– Widziałam niebieskie światła. Kilka sekund później usłyszałam huk. Sygnałów dźwiękowych nie słyszałam ani przed hukiem, ani po nim. Gdyby pojazdy miały włączone sygnały dźwiękowe, to bym je słyszała – zapewniła przed sądem Ewa S. cytowana przez portal „Fakty Oświęcim”.

Kobieta zeznała także, że niedługo po wypadku pojechała do domu, jednak jak tylko usłyszała w „Wiadomościach”, że rzekomo kolumna rządowa miała włączone zarówno sygnały świetlne, jak i dźwiękowe, postanowiła zeznawać. Kolejny świadek – Waldemar H., podobnie jak poprzedniczka, widział sygnały świetlne, ale słyszał tylko huk wypadku. Trzeci świadek, Marek W. odpowiedział podobnie, jak poprzednicy.

Jak relacjonuje portal „Fakty Oświęcim”, prokurator Rafał Babiński wnioskował, aby świadkowie zostali poddani badaniom psychologicznym, psychiatrycznym i internistycznym. Na ten wniosek zareagował adwokat Władysław Pociej – pełnomocnik kierowcy seicento, który stwierdził, że byli oni już zbadani przez biegłych lekarzy.

Podobnie jak trzej świadkowie kierowca seicento – Sebastian Kościelnik, który jest oskarżony o spowodowanie wypadku, w wywiadach twierdził, że nie słyszał sygnałów dźwiękowych. Poruszana podczas rozprawy kwestia jest kluczowa do rozstrzygnięcia, ponieważ zdaniem obrońcy 22-latka, zgodnie z przepisami, aby pojazd był uznany za uprzywilejowany, musi mieć włączone zarówno sygnały świetlne, jak i dźwiękowe. Kolejna rozprawa w sprawie wypadku z udziałem premier Beaty Szydło w Oświęcimiu odbędzie się w maju.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Polak oskarżony o zdradę stanu w Indonezji usłyszał zarzuty

Indonezyjska prokuratura żąda kary 10 lat pozbawienia wolności dla oskarżonego o zdradę stanu Polaka Jakuba S., którego proces toczy się w mieście Wamena w prowincji Papua – poinformowała w czwartek jego adwokatka Latifah Anum Siregar.

Zarzucane mu przestępstwo S. miał popełnić, kontaktując się ze zwolennikami niepodległości indonezyjskiej części Nowej Gwinei. Aresztowano go w Wamenie 26 sierpnia ubiegłego roku. W kilka dni później zatrzymano tam papuaskiego studenta jako domniemanego współsprawcę aktu zdrady. Jest on sądzony razem z Polakiem i także jemu grozi do 10 lat więzienia.

Adwokaci obu oskarżonych nie byli obecni na czwartkowej rozprawie. Siregar poinformowała, że obrona ma odpowiadać na zarzuty prokuratury w poniedziałek, ale stara się, by przesunięto to w czasie.

Po zatrzymaniu S. policja poinformowała, że próbował on zorganizować dostawę broni dla papuaskich separatystów. W sądzie nie przedstawiono jednak żadnych dowodów, które by to potwierdzały.

39-letni S. przebywał do niedawna w Szwajcarii, pracując tam przez szereg lat w fabryce w Lozannie. Był aktywny w polityce i brał udział w publicznych debatach. Na swym profilu na Facebooku prezentował się w koszulce z hasłem „Defend Helvetia” (Brońcie Szwajcarii), popularnym wśród szwajcarskich prawicowych ekstremistów. Deklarował tam swe poparcie dla polskich narodowców, ale również dla bojowników kurdyjskich.

Do indonezyjskiego aresztu zdołał przemycić telefon komórkowy, przez który rozmawiał ze szwajcarskimi mediami. „Nie zajmuję się handlem bronią ani nie wspieram ugrupowań separatystycznych w Indonezji” – deklarował. Do Papui pojechał, by spotkać się z przyjaciółmi, „a zarzucać mi można tylko to, że spotkałem się z ludźmi, którzy później okazali się działaczami ruchu na rzecz niezawisłości” – podkreślał.

Władze Szwajcarii nie interweniowały w jego sprawie, gdyż nie ma on szwajcarskiego obywatelstwa.
Źródło info i foto: interia.pl

Niebawem zakończy się proces ws. śmierci Ewy Tylman. Wyrok zapadnie jeszcze w kwietniu?

Mowy końcowe miały zostać wygłoszone już w styczniu, ale rozprawę odroczono. Teraz już nic nie powinno stanąć na przeszkodzie, by zakończyć głośny proces w sprawie śmierci Ewy Tylman. Nadal nie ma pewności, czy Adam Z. odpowie za zabójstwo, czy jedynie za nieudzielnie pomocy. 29 stycznia mów końcowych nie wygłoszono, bo pełnomocnicy rodziny Ewy Tylman poprosili, by sąd przyjrzał się jeszcze aktom śledztwa w sprawie ewentualnego wymuszenia zeznań przez policjantów na Adamie Z. podczas rozpytania. Oskarżony miał wtedy przyznać się do zabójstwa, ale potem twierdził, że był bity i zastraszany przez funkcjonariuszy.

Sprawą zajmowała się Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze. Śledztwo umorzono. Uznano, że obie wersje – ta przedstawiana przez policjantów i ta, której trzyma się Adam Z. są prawdopodobne i nie da się stwierdzić, która jest prawdziwa.

Same zeznania to za mało?

– Wydaje się, że sąd musi ocenić sprawę przez pryzmat tego, co zostało zgromadzone w aktach przeciwko policjantom. Sąd powinien ocenić to przez szerszy kontekst niż same zeznania policjantów podczas procesu – tłumaczył Wojciech Wiza, pełnomocnik rodziny Ewy Tylman.

Sąd uwzględnił ten wniosek. Dlatego właśnie w styczniu sędzia odroczyła rozprawę. Akta zostały przesłane do poznańskiego sądu, który się z nimi zapoznał. W związku z tym nie powinno być już przeszkód, by zakończyć proces. Na wtorkowej rozprawie, strony mają wygłosić mowy końcowe. – Przedstawimy drobiazgową analizę sprawy i ciekawe wnioski – zapowiadał Mariusz Paplaczyk, pełnomocnik rodziny Ewy Tylman. Gdy te się zakończą, sąd będzie mógł ogłosić wyrok. Będzie miał na to dwa tygodnie. Adam Z. jest oskarżony o zabójstwo, ale sąd uprzedził strony na początku procesu o możliwej zmianie kwalifikacji prawnej czynu. Wciąż nie jest więc jasne, czy Adam Z. odpowie za zabójstwo, czy za nieudzielnie pomocy. Za to pierwsze przestępstwo grozi mu nawet dożywocie. Za nieudzielenie pomocy jedynie trzy lata więzienia.

Rozprawa po rozprawie

Proces w sprawie zabójstwa Ewy Tylman ruszył w styczniu 2017 r. Według prokuratury 23 listopada 2015 r. Adam Z., przewidując możliwość pozbawienia życia Ewy Tylman, zepchnął ją ze skarpy, a potem nieprzytomną wrzucił do wody. To tak zwane zabójstwo z zamiarem ewentualnym.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wkrótce wyrok ws. Hansa G., który otwarcie mówił o swojej nienawiści do Polaków i chęci zabijania

Spytałam kilku koleżanek, czy im nie przeszkadza, gdy Hans G. określa Polaków m.in. mianem „shit” (z ang. g*wno), przecież one też są Polkami. Spotykałam się z odpowiedzią, że przesadzam, że one czują się Europejkami – tak Natalia Nitek-Płażyńska wspomina w rozmowie z portalem tvp.info wymianę zdań z innymi pracownicami na temat zachowania niemieckiego biznesmena Hansa G., prowadzącego firmę na Pomorzu. Już we wtorek Sąd Okręgowy w Gdańsku może wydać wyrok w sprawie wytoczonej mu przez żonę Kacpra Płażyńskiego, kandydata Zjednoczonej Prawicy w minionych wyborach samorządowych.

Od chwili gdy upubliczniła pani nagrania z wypowiedziami Hansa G., minęły już blisko trzy lata. Z jakimi reakcjami spotkała się pani w związku z tą sprawą?

Generalnie spotykałam się z przychylnym przyjęciem. Zdecydowana większość była oburzona działaniem niemieckiego pracodawcy, który zachowywał się w Polsce w sposób kolonialny. W mediach społecznościowych czy w bezpośrednich kontaktach gratulowano mi odwagi, dostrzegano konieczność walki z antypolonizmem.

Czy przypomina sobie pani rozmowę, po której powiedziała: dość, dłużej tego nie zniosę, trzeba coś z tym zrobić?

Przełamywałam się stopniowo. Nigdy nikogo wcześniej nie nagrywałam z ukrycia i teraz przychodziło mi to z trudem. Miałam też wątpliwości ze względu na moje własne bezpieczeństwo. Mój szef był człowiekiem porywczym i agresywnym. Jednak takim punktem granicznym był moment, w którym powiedział, że jego najszczęśliwszym dniem w życiu był ten, kiedy wydarzyła się tragedia smoleńska. Cieszył się, że zginęli prezydent Lech Kaczyński i tylu ważnych dla Polski ludzi. To był również moment, kiedy chciałam go uderzyć w twarz. Zawsze rozmawiałam, polemizowałam nawet z najbardziej prymitywnymi argumentami. Jednak tym razem uznałam, że miarka się przebrała i trzeba coś z tym wreszcie zrobić.

Czy czuła pani fizyczne zagrożenie z jego strony?

Opinia o agresywnym zachowaniu pana Hansa G. była powszechnie znana. Podczas przewodu sądowego sam przyznał, że jest osobą porywczą. Potrafił rzucać różnymi przedmiotami w pobliżu pracowników, wymachiwać rękami w bardzo bliskiej od nich odległości. Musiałam często kryć swoje emocje, swój lęk, ponieważ wykazywał wręcz satysfakcję, jeśli widział czyjś strach czy smutek. Czasami pracownice płakały lub uciekały z miejsca, w którym zachowywał się skandalicznie. Gdyby więc zauważył, że go nagrywam, można byłoby spodziewać się różnych reakcji.

Gdy zdecydowała się pani działać, czy próbowała pani jednocześnie znaleźć sojuszników, rozmawiała pani z innymi pracownikami na ten temat? Jakie były nastroje w firmie?

Gdy przyszłam do tej firmy, trafiłam do środowiska, które akceptowało skandaliczne zachowanie Hansa G. Mam na myśli zarówno obrzydliwe wypowiedzi na temat Polaków, jak i zdecydowanie nie do przyjęcia rzucanie przedmiotami czy wyzywanie od najgorszych. Ci ludzie w takich sytuacjach po prostu spuszczali wzrok, udawali, że nic nie widzą, nic nie słyszą. A ja mam inny charakter i reagowałam. Byłam wtedy ostrzegana przez innych pracowników, że to nic nie da, że trzeba się przyzwyczaić, bo w razie reakcji może być tylko gorzej.

Wybory w 2015 r. raczej nie polepszyły sytuacji.

Na pewno ją jeszcze pogorszyły. Należę do Prawa i Sprawiedliwości i brałam udział w kampanii wyborczej. Wtedy mój szef zaczął mnie wręcz traktować jak szpiega w firmie, jako człowieka, który jest przeciwny Niemcom, który chce, jak mówił, zniszczyć Polskę, gdzie Niemcy tyle zainwestowali. W tym czasie tym bardziej nie znalazłam wsparcia u innych pracowników, odsuwających się w imię świętego spokoju. Spytałam kilku koleżanek, czy im to nie przeszkadza, gdy Hans G. nadzwyczaj często określa Polaków m.in. mianem „shit” (z ang. g*wno), przecież one też są Polkami. Spotykałam się wówczas z odpowiedzią, że przesadzam, że one czują się Europejkami. Nie było więc możliwości porozumienia. Kilka osób zgadzało się ze mną, ale w obawie przed utratą pracy bało się zareagować.

Czy wasz pracodawca stosował również groźby karalne? Pamięta pani podobne zajścia, gdzie osobiście komuś groził?

P. Hans G. potrafił dojść do pracownika z dłonią ułożoną na kształt pistoletu i udawał, że do niego strzela. Sama tego doświadczyłam. Pracownica z innej firmy zeznała w sądzie, że podszedł do niej i powiedział: – Możesz sobie wybrać drewno na trumnę, Polko. Zaakcentował przy tym „Polko”. Ta kobieta zwolniła się z pracy tego samego dnia. Zresztą jeśli w mojej obecności Niemiec mówi, że nienawidzi Polaków i chce ich wszystkich pozabijać, to znaczy, że mówi on to również do mnie. Przy czym dochodził do tego kontekst historyczny. Hans G. powtarzał, że ceni Hitlera, mówił, jak to żałuje, że jego dzieło nie zostało skończone, a obozy koncentracyjne to była według niego najlepsza rzecz, którą można było zrobić z Polakami. Znam historię i odbierałam to za każdym razem osobiście.

Mówiła pani, że w chwilach dobrego nastroju pani były szef swoje wywody wygłaszał w formie swego rodzaju wykładu. Czy instruował wtedy, co oglądać? Co czytać?

Gdy wybory prezydenckie wygrał Andrzej Duda, Hans G. często włączał Onet.pl i gdy tylko portal napisał jakiś paszkwil o prezydencie, kazał mi się z tego tłumaczyć, ponieważ byłam, jak to on mówił, „fucking pisior”. Mówił, że PiS jest antyniemiecki i ja też jestem antyniemieckim agentem w jego firmie. Przechwalał się też, że zna się ze światkiem polityków Platformy Obywatelskiej, chwalił się, że spotykał się z Janem Kulczykiem na bankietach.

Po ostatniej rozprawie kontaktowałem się Amnesty International, Helsińską Fundacją Praw Człowieka i Stowarzyszeniem Nigdy Więcej. Wszystkie zajmują się tropieniem ksenofobii i mowy nienawiści.

Ale nie wobec Polaków.

Żadna nie podjęła jakichkolwiek działań w tej sprawie, czy próbowała pani zainteresować nią którąś z podobnych instytucji, np. Rzecznikiem Praw Obywatelskich?

Wiem, że internauci zgłaszali tę sprawę do Rzecznika Praw Obywatelskich. Od żadnej z tych instytucji nie dostałam jakiegokolwiek wsparcia, nie było nawet jakiegokolwiek zainteresowania. Zgłosiła się do mnie tylko Reduta Dobrego Imienia, na którą mogłam liczyć od początku. Naprawdę w Polsce dużo się mówi o nierówności, o mowie nienawiści, ale nie chce się zauważyć, gdy rasizm i ksenofobia jest skierowana przeciwko zwykłym Polakom. Zbyt mało jest w Polsce organizacji, które chciałyby się temu przeciwstawić.

Zaraz po ukazaniu się pani nagrań w internecie Hans G. robił z siebie ofiarę prześladowań w Polsce. Sam siebie określał jako najbardziej znienawidzonego Niemca w Polsce obok Eriki Steinbach. A pani dostawała maile z pogróżkami?

Hans G. rzeczywiście starał się postawić siebie w roli ofiary. Mówił, że dostawał jakieś pogróżki. Nie jestem w stanie tego zweryfikować, wiem, że zajmowała się tym prokuratura. Jeśli chodzi o mnie, zdarzały się obraźliwe wiadomości, w zdecydowanej większości w języku niemieckim, ale to był niewielki margines. W toku samego postępowania zaskoczyło mnie, jak pracownicy z mojej byłej firmy niewiele pamiętają. Niektórzy przyznawali, że Hans G. istotnie wyzywał Polaków, ale nie czuli się oni tym dotknięci osobiście. Uraziło ich natomiast, jak w jednym z programów powiedziałam, że podczas wojny w ten sposób zachowywali się volksdeutsche. To ich dopiero ubodło, ale na pytanie sędziego, co oznacza ich zdaniem słowo volksdeutsch, część z nich nie potrafiła odpowiedzieć. Nie potrafili też zresztą do końca powiedzieć, co zrobił Hitler, co to jest nazizm. Dlatego byli tak podatni na zmanipulowaną wersję historii, jaką przedstawiał im Hans G.

Czy gdy Hans G. dowiedział się, że złożyła pani pozew przeciwko niemu, próbował jakoś znaleźć z panią kontakt?

Nie, na samym początku jego adwokat próbował doprowadzić do ugody, zresztą też na skandalicznych warunkach, na co się nie zgodziłam.
Źródło info i foto: TVP.info

Wiktor Janukowycz skazany na 13 lat więzienia za zdradę stanu

Były prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz został skazany na 13 lat pozbawienia wolności w procesie o zdradę stanu – ogłosił w czwartek sąd rejonowy dzielnicy Obołoń w Kijowie. Prokurator generalny określił sprawę byłego prezydenta jako „jedną z najbardziej zasadniczych dla przyszłości Ukrainy”. Wyrok został ogłoszony w obecności adwokatów Janukowycza, który sądzony był zaocznie. Sąd uznał byłego prezydenta za winnego zdrady stanu i sprzyjania agresywnej wojnie przeciwko Ukrainie ze strony Federacji Rosyjskiej. W związku z brakiem dowodów Janukowycz został jednocześnie uniewinniony od zarzutu działania na rzecz zamachu na integralność terytorialną Ukrainy, co doprowadziło do śmierci ludzi i innych ciężkich następstw.

Zaskarżą wyrok

Prokuratura żądała skazania Janukowycza na 15 lat więzienia. Jego adwokaci zapowiedzieli zaskarżenie wyroku. Odczytywanie werdyktu trwało z przerwami od godziny 9 rano czasu lokalnego (godz. 8 w Polsce).

– Sprawa Janukowycza, który uciekł z kraju i wzywał na nasze terytorium wojska Federacji Rosyjskiej, jest jedną z najbardziej zasadniczych spraw dla przyszłości Ukrainy – oświadczył prokurator generalny Jurij Łucenko. Proces Janukowycza trwał od maja 2017 roku. W tym czasie przeprowadzono 89 posiedzeń sądu i przesłuchano 52 świadków. Jesienią 2016 roku Łucenko oświadczył, że 1 marca 2014 roku, znajdując się w nieustalonym miejscu na terytorium Federacji Rosyjskiej, Janukowycz zwrócił się pisemnie do prezydenta Władimira Putina z prośbą o wykorzystanie rosyjskich sił zbrojnych na terytorium Ukrainy.

Ucieczka prezydenta

Proces Janukowycza jest wynikiem wydarzeń na kijowskim Majdanie Niepodległości z przełomu 2013 i 2014 roku. 21 listopada 2013 roku, gdy ówczesne władze Ukrainy ogłosiły, że odkładają podpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE, rozpoczęły się tam protesty zwolenników integracji europejskiej. W wyniku brutalnych działań sił bezpieczeństwa przeciwko demonstrantom pokojowe początkowo wiece przekształciły się w demonstracje przeciwko ekipie Janukowycza. W walkach ulicznych zginęło ponad 100 osób. W następstwie protestów w lutym 2014 roku Janukowycz zbiegł do Rosji, gdzie przebywa do dziś.

Po ucieczce Janukowycza doszło do zajęcia przez Rosję należącego do Ukrainy Krymu, a następnie do prorosyjskiej rebelii w Donbasie na wschodzie kraju. Wspierani przez Kreml separatyści wiosną 2014 roku proklamowali tam dwie samozwańcze republiki ludowe, doniecką i ługańską. Konflikt w tym regionie Ukrainy trwa do dziś. Według ONZ jego ofiarą padło ok. 13 tys. ludzi.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Szef ochrony imprezy WOŚP w Gdańsku miał wcześniej dwa zarzuty. Nie stawiał się w sądzie

Dariusz S., aresztowany szef ochrony finału WOŚP w Gdańsku, nie stawiał się w sądzie, w którym toczy się jego proces o pobicie oraz kierowanie gróźb karalnych. Nieobecność usprawiedliwiał zwolnieniami lekarskimi. Rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy Agnieszka Adamska-Okońska poinformowała PAP, że Dariusz S. z czterema innymi osobami zaatakowali w lipcu 2016 roku mężczyznę. Uderzali go pięściami w twarz i tułów oraz kopali.

Całej piątce przedstawiono zarzut udziału w pobiciu zagrożony karą więzienia do 3 lat. Dariuszowi S. ponadto przedstawiono zarzut kierowania pod adresem pokrzywdzonego gróźb karalnych, za co grozi maksymalnie kara 2 lat pozbawienia wolności.

Proces w tej sprawie ruszył, jednak nie odczytano aktu oskarżenia. Oskarżony Dariusz S. nie stawił się w sądzie, składając zaświadczenie lekarskie. „Sąd dwukrotnie dopuszczał dowód z opinii lekarzy i dwukrotnie stwierdzono, że przez kolejne 3 miesiące ten oskarżony nie może brać udziału w postępowaniu. Ostatnia opinia z października 2018 – okres niezdolności do stycznia 2019 r. Sędzia będzie podejmował decyzję, czy ponownie badać oskarżonego celem stwierdzenia jego zdolności do udziału w procesie” – poinformował we wtorek PAP rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Gdańsku Tomasz Adamski.

Jako pierwszy o wcześniejszym konflikcie z prawem byłego policjanta Dariusza S. informował w poniedziałek portal tvn24.pl. Z informacji, do których dotarli dziennikarze portalu wynikało, że musiał on odejść ze służby z powodu zdarzenia, do którego doszło w Gdańsku 29 lipca 2016 roku. Tego dnia Dariusz S. razem z czterema innymi mężczyznami spotkali się z Pawłem B. i mieli dopuścić się pobicia mężczyzny.

– Właściwość miejscowa wskazywała na prokuraturę w Gdańsku. Dariusz S. w trakcie zdarzenia był funkcjonariuszem Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku. Decyzją prokuratora regionalnego, aby uniknąć zarzutu braku bezstronności, do prowadzenia postępowania została wyznaczona Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy – powiedziała PAP we wtorek rzecznik bydgoskiej prokuratury.

Zdarzenie z 29 lipca 2016 roku miało miejsce na jednym z osiedli, na otwartej przestrzeni w Gdańsku.

– Pomiędzy Dariuszem S., Markiem P., Krzysztofem W., Tomaszem A. i Krzysztofem M. doszło do scysji z mężczyzną, który wcześniej mieszkał na tym osiedlu. Dariusz S. i Krzysztof M. byli z tym mężczyzną w „osiedlowych zatargach” – powiedziała PAP Adamska-Okońska.

3 sierpnia 2017 r. prokurator skierował akt oskarżenia do Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe. Komenda Wojewódzka Policji w Gdańsku nie udziela informacji w sprawie przebiegu służby Dariusza S. ze względu na ochronę danych osobowych.

We wtorek gdańska prokuratura wystąpiła do sądu z wnioskiem o aresztowanie Dariusza S., szefa ochrony finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy 13 stycznia w Gdańsku, podczas którego doszło do ataku nożem na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Jak poinformowała we wtorek rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk, Dariusz S. złożył dwukrotnie nieprawdziwe zeznania oraz podżegał inną osobę do złożenia fałszywych zeznań w wątku śledztwa dotyczącym identyfikatora z napisem „media”.

Wyjaśniła, że Dariusz S. bezpośrednio po zdarzeniu i zatrzymaniu Stefana W. (nożownik, który zaatakował prezydenta Gdańska – PAP) przekazał identyfikator organom ścigania informując, że napastnik posłużył się nim w celu wejścia na scenę, co faktycznie nie miało miejsca.

Za składanie fałszywych zeznań oraz podżegania innych do tej czynności są zagrożone karą do 8 lat więzienia. Ponadto, prokuratura zarzuciła mężczyźnie posiadanie bez wymaganego zezwolenia broni palnej – broni gazowej – oraz 9 sztuk naboi alarmowych.

Podejrzany nie przyznał się do zarzutów.

W niedzielę, 13 stycznia wieczorem Pawła Adamowicza zaatakował nożem w centrum miasta 27-letni Stefan W, który podczas finału WOŚP wtargnął na scenę. Samorządowiec w bardzo ciężkim stanie trafił do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, gdzie w zeszły poniedziałek po południu zmarł. Paweł Adamowicz miał 53 lata, prezydentem Gdańska był od 20 lat.

W sobotę odbył się pogrzeb prezydenta Gdańska. Urna z prochami Adamowicza spoczęła w kaplicy św. Marcina w Bazylice Mariackiej w Gdańsku.

Jako pierwszy o wcześniejszym konflikcie z prawem byłego policjanta Dariusza S. informował w poniedziałek portal tvn24.pl. Z informacji, do których dotarli dziennikarze portalu wynikało, że musiał on odejść ze służby z powodu zdarzenia, do którego doszło w Gdańsku 29 lipca 2016 roku. Tego dnia Dariusz S. razem z czterema innymi mężczyznami spotkali się z Pawłem B. i mieli dopuścić się pobicia mężczyzny.

Właściwość miejscowa wskazywała na prokuraturę w Gdańsku. Dariusz S. w trakcie zdarzenia był funkcjonariuszem Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku. Decyzją prokuratora regionalnego, aby uniknąć zarzutu braku bezstronności, do prowadzenia postępowania została wyznaczona Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy – powiedziała PAP we wtorek rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy Agnieszka Adamska-Okońska.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Proces Stefana W., podejrzanego o zabójstwo prezydenta Gdańska, ruszy dopiero za rok?

Trzeba czasu na zebranie dowodów, a badania psychiatryczne mogą potrwać kilka miesięcy. Według „Rzeczpospolitej” postępowanie ws. zabójstwa Pawła Adamowicza potrwa długo, a proces może zacząć się nawet za rok. Podejrzany przeszedł już pierwsze badanie.

Choć dowody zbrodni są „oczywiste”, to śledztwo w sprawie zabójstwa prezydenta Gdańska może się przeciągać – pisze „Rzeczpospolita”. Paweł Adamowicz zginął po tym, jak napastnik ugodził go kilka raz nożem w czasie finału WOŚP w Gdańsku. Atak widziały setki osób, a później nagrania wykonane przez świadków oglądała cała Polska. 

Pomimo takich dowodów – czytamy w dzienniku – proces Stefana W. może ruszyć dopiero za rok. Wynika to z kwestii proceduralnych, terminów odwoławczych i tego, że niezależnie od istnienie nagrań śledczy muszą zgromadzić cały materiał dowodowy. Trzeba przesłuchać świadków, przeanalizować materiały z telefonów i kamer.

Do tego dochodzi kwestia wcześniejszych przestępstw i zdrowia psychicznego podejrzanego: trzeba przeanalizować jego dokumentację lekarską i historię odbywania kary. Możliwe jest też przeprowadzenie obserwacji w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, która potrwa od czerech do ośmiu tygodni. Wtedy wydana zostanie opinia o poczytalności Stefana W. Jednak stronom przysłuchuje odwołanie, co może dalej przedłużyć postępowanie. 

Prokuratura: Będzie badanie psychiatryczne podejrzanego

W czwartek rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk mówiła, że zostanie przeprowadzone badanie psychiatryczne podejrzanego o zamordowanie prezydenta Gdańska Stefana W. Powołano w tej sprawie biegłych. Jak dodała, będzie to jednorazowe badanie sądowo-psychiatryczne.

Biegli otrzymają zgromadzoną przez prokuraturę dokumentację medyczną, dotyczącą stanu zdrowia podejrzanego. Jest tam dokumentacja z okresu pobytu Stefana W. w jednostkach penitencjarnych, informująca między innymi, że w 2016 roku wystąpiło u podejrzanego „zaburzenie psychiczne o podłożu chorobowym”.

Prokuratura bada też, czy Stefan W. planował wcześniej swój czyn. W związku z tym zostaną przesłuchane osoby, z którymi podejrzany się kontaktował, w tym jego współwięźniowie z zakładu karnego. Chodzi o to, żeby ustalić, czy ktokolwiek o tym wiedział – wyjaśniła Grażyna Wawryniuk. Dodała, że trzeba ustalić, czy zabójstwo było planowane, czy doszło do niego nagle, podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Toruń: Ruszył proces w sprawie zabójstwa 3-latka. Radosław M. przed sądem

W sądzie w Toruniu (województwo kujawsko-pomorskie) rozpoczął się proces w sprawie zabójstwa 3-letniego Tomusia z Grudziądza. O bulwersującą zbrodnię oskarżony jest 32-letni Radosław M., konkubent matki Tomusia – Angeliki L.. Mężczyźnie grozi dożywocie, a matce zamordowanego 3-latka – 15 lat więzienia za zaniechanie, które naraziło Tomusia na bezpośrednie zagrożenie.

13 listopada 2017 roku do szpitala w Kwidzynie trafił 3-letni Tomuś. Pogotowie wezwał jego 31-letnie wówczas ojczym, który twierdził, że dziecko wypadło mu z rąk podczas zmiany pieluszki. Chłopiec był w ciężkim stanie i miał liczne obrażenia ciała, wskazujące na znęcanie się nad nim. Mimo starań lekarzy Tomusia nie udało się uratować.

– Malec był w ciężkim stanie, nieprzytomny. Nie reagował na żadne bodźce zewnętrzne. Na skórze miał dużo zasinień, oba przedramiona były złamane. Centralny układ nerwowy nie funkcjonował. Zwołana komisja podjęła decyzję o odłączeniu dziecka od aparatury – mówił po śmierci chłopca Piotr Brzeziński, ordynator oddziału anestezjologii i intensywnej terapii dla dzieci ze szpitala specjalistycznego w Grudziądzu. Policjanci zatrzymali Radosława M. o raz matkę Tomusia Andżelikę L.. Właśnie ruszył proces w sprawie oskarżonego o morderstwo mężczyzny.

Mężczyźnie postawiono szereg zarzutów, z których jeden dotyczy zabójstwa 3-latka, a inny o znęcaniu się nad jego rodzeństwem. Mężczyźnie grozi dożywocie. Matce Tomusia – Andżelice L. – za zaniechanie, które naraziło jej dziecko na bezpośrednie zagrożenie życia, grozi 15 lat więzienia. Sąd zdecydował się na wyłączenie jawności procesu. Tuż po tragedii, sześcioro rodzeństwa skatowanego Tomka w wieku od 5 do 12 lat trafiło do ośrodka opiekuńczego. Andżelika L. była wówczas w kolejnej ciąży.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Marek Cz. „Rympałek” skazany na 25 lat więzienia

Marek Cz. „Rympałek” został skazany na 25 lat więzienia, m.in. za zabójstwo i kierowanie gangiem. W środę w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie prokurator stwierdził, że taka kara jest rażąco niska, bo oskarżony jest jednostką aspołeczną i do końca życia powinien być izolowany.

Mowa odwoławcza prokuratora Marcina Wielgomasa z Prokuratury Krajowej była ostatnią, której Sąd Apelacyjny w Warszawie musiał w tej sprawie wysłuchać. Proces rozpoczął się w październiku. 16 członków grupy „Rympałka”, w tym także Marek Cz., odwołało się od wyroku sądu pierwszej instancji, skazującego ich za wiele przestępstw.

Od wyroku odwołał się także prok. Wielgomas. W pisemnej apelacji domagał się zaostrzenia wyroku sądu I instancji wobec „Rympałka”, Marka R. i Jerzego B. z 25 lat na dożywocie z możliwością wcześniejszego zwolnienia po 40 latach. Wniósł o to, mimo że sąd odwoławczy nie może zwiększać kar na dożywocie (art. 454 kpk). Prokurator chciał także zwiększenia kary zasądzonej Robertowi L. z 8 na 12 lat pozbawienia wolności.

– Podtrzymuję kierunek apelacji oraz zarzuty dotyczące rażącej niewspółmierności kary. Jednak z uwagi na błędne sformułowanie wniosków, będę wnosił o ich zmianę – powiedział prokurator przed Sądem Apelacyjny. Wielgomas domaga się, by sąd apelacyjny uznał „Rympałka” i Jerzego B. za winnych kierowania i udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym, handlu narkotykami, bronią i amunicją oraz sutenerstwa, skazując ich na 15 lat więzienia. Marek R. miałby za podobne czyny spędzić w więzieniu 8 lat.

Wielgomas wnosił z kolei skierowanie do ponownego rozpoznania sprawy zabójstwa nielojalnego członka gangu – Witolda K. Według prokuratury, a także sądu pierwszej instancji, jego egzekucję zlecił „Rympałek”, a wykonali ją Marek R. i Jerzy B.

– 25 lat za zabójstwo z premedytacją w ramach zorganizowanej grupy przestępczej to kara rażąco niewspółmierna i nie daje gwarancji zabezpieczenia społeczeństwa przed zdemoralizowanymi oskarżonymi – powiedział prokurator.

„Rympałka” nazwał jednostką aspołeczną, która jest „zdolna poświęcić ludzkie życie w imię własnych interesów”. Prokurator przypomniał, że sąd pierwszej instancji, wydając niższy wyrok, argumentował go wiekiem oskarżonych.

– Prognozowanie przyszłego zachowania w oparciu o statystyczna długość życia, jest błędem. Gdy oskarżeni wyjdą z zakładu karnego, nie będą widzieć przed sobą innej drogi jak powrót do działalności przestępczej – stwierdził prokurator.

Na poprzednich rozprawach głos zabrali oskarżeni i ich obrońcy. Wszyscy wnosili o uniewinnienie lub ponowny proces. We wszystkich apelacjach podważano m.in. istnienie zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym, do której mieliby należeć oskarżeni.

Skład gangu „Rympałka” prokuratura (a później sąd) ustaliła na podstawie wyjaśnień skruszonych gangsterów, czyli „sześćdziesiątek” (od art. 60 kk). Adwokaci kwestionowali wiarygodność tych świadków, a cały proces określili jako „poszlakowy”.

Sprawę „rympałków” sądzi dwoje sędziów Sądu Apelacyjnego w Warszawie Anna Zdziarska i Zbigniew Karpiński oraz delegowana z Sądu Okręgowego w Warszawie sędzia Dorota Radlińska. Z uwagi na „zawiłość sprawy” sędzia Zdziarska odroczyła wydanie wyroku do 23 stycznia.

Grupa „Rympałka” powstała w 1994 r. po aresztowaniu Andrzeja Kolikowskiego „Pershinga” – zastrzelonego kilka lat później w Zakopanem szefa gangu pruszkowskiego. „Rympałek” miał być szefem jego „żołnierzy”. Najgłośniejszym przestępstwem grupy był tzw. napad stulecia na konwój na warszawskim Ursynowie w 1995 r., kiedy zrabowano ponad 1,2 mln zł.

55-letniego dziś „Rympałka” sąd pod przewodnictwem Barbary Piwnik w 1998 r. skazał na 10 lat więzienia za przywództwo zorganizowanej grupie przestępczej. Po odbyciu wyroku zniknął. Według policji, ukrywając się, odbudowywał struktury swej grupy. Został ponownie zatrzymany i aresztowany w 2010 r.
Źródło info i foto: TVP.info