Nowy system w Rosji skontroluje przestrzeganie kwarantanny

Władze Moskwy będą kontrolować przestrzeganie przez mieszkańców nakazu samoizolacji za pomocą systemu rozpoznawania twarzy, który w trybie pilnym zostanie zainstalowany w 175 tysiącach kamer monitoringu miejskiego – informuje we wtorek dziennik „Kommiersant”.

Gazeta powołuje się na dwa źródła – jedno w moskiewskim merostwie i drugie, zaznajomione z tym procesem. Odpowiedni sprzęt został już zakupiony, ale jeszcze nie został w pełni zainstalowany, wymaga to kilku tygodni – wyjaśnia dziennik.

System – według źródeł „Kommiersanta” – zostanie na pierwszym etapie użyty do śledzenia osób, które już naruszyły nakaz kwarantanny; do systemu wprowadzone zostaną zdjęcia tych osób. Ponadto do systemu mogą zostać wprowadzone fotografie tych ludzi, które zachorowali na lekką formę Covid-19 i nie trafili do szpitala, a leczą się w domu.

Dodatkowe karmy przy wejściach do parków

System będzie również w stanie „rejestrować podejrzaną aktywność w poszczególnych budynkach i na klatkach schodowych” – zapowiada „Kommiersant”. W tym wypadku – jak twierdzi jedno ze źródeł dziennika – monitorowane byłyby „szczególnie niebezpieczne” budynki i system informowałby o tym, że ktoś do nich wchodził.

Dodatkowe kamery mogą zostać rozmieszczone przy wejściach do parków i w szczególnie uczęszczanych miejscach. Prócz samego rozpoznawania twarzy służyłyby do zidentyfikowania miejsc, w których – mimo zaleceń władz – nie zmniejszyła się liczba odwiedzających.

Zapowiada, że dane z kamer mają być połączone z danymi operatorów telefonii komórkowej. Wyposażenie – system NTechLab – został zakupiony jeszcze w styczniu. Merostwo zakupiło także serwery, odpowiednie komputery i narzędzia do przetwarzania danych.

Eksperci cytowani przez „Kommiersanta” wskazują, że tego rodzaju monitoring zastosowano w Chinach, na Tajwanie, a także w krajach europejskich. Dziennik zaznacza przy tym, że obecnie wykorzystanie danych o lokalizacji abonentów telefonów komórkowych i informacji lekarskich o pacjentach reguluje konstytucja Rosji i ustawa o łączności. Prawo nie pozwala na gromadzenie i wykorzystanie danych o życiu prywatnym bez zgody danej osoby – przypomina „Kommiersant”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Kolejne zatrzymania pseudokibiców

Gorzowscy policjanci, tak jak zapowiadali, docierają do kolejnych osób powiązanych ze środowiskami pseudokibiców. W ręce stróżów prawa, po skrupulatnych czynnościach operacyjnych i procesowych, wpadło kolejnych trzech napastników, którzy w ubiegłą sobotę brali udział w ustawce. Decyzją Sądu dwóch z nich już zostało tymczasowo aresztowanych, a kolejny czeka na przeprowadzenie z jego udziałem czynności procesowych przez Policję i Prokuraturę.

W ubiegły weekend /21 marca/ opinię publiczną obiegło nagranie, na którym widać grupę około 30 osób, które na jednej z gorzowskich ulic okładają się pięściami i kopią nawzajem. Na gorąco, zanim nie zdążył jeszcze opaść pobitewny kurz, gorzowscy policjanci zatrzymali dziewięciu napastników. Zabezpieczone przedmioty potwierdziły przypuszczenia śledczych, że mieliśmy do czynienia z ustawką pseudokibiców. Oględzinom i badaniom laboratoryjnym poddano kominiarki z emblematami klubów sportowych oraz ochraniacze na szczękę. Zbierany skrupulatnie materiał dowodowy przez policjantów z Komendy Miejskiej Policji w Gorzowie Wlkp. i prokuratorów pozwolił początkowo na wytypowanie kilku uczestników ustawki, a później już na ich zatrzymanie. Śledczy wnioskowali o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Sąd przychylił się do wniosku śledczych dlatego od tygodnia 9 pseudokibiców już znajduje się za bramą aresztu śledczego.

Ale zapowiadaliśmy, że na tym policjanci nie poprzestaną, i że realizowane będą pozostałe zatrzymania. Obietnice śledczych zostały zrealizowane kolejno we wtorek, środę i piątek. Wówczas to, w wyniku dalszych ustaleń i analiz policyjnych, w ręce funkcjonariuszy kryminalnych wpadło trzech kolejnych pseudokibiców w wieku 23, 37 i 22 lat. Dwaj pierwsi już trafili do aresztu śledczego. O tym czy ich los podzieli ten ostatni musimy poczekać do zakończenia czynności procesowych, które są prowadzone przez Policję i Prokuraturę.

Zatrzymani podejrzani są o to samo, co ich koledzy. Wszyscy usłyszeli lub usłyszą zarzuty związane z udziałem w bójce lub pobiciu, podczas której narazili współuczestników na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia. Wszystko to procesowo powiązane będzie z czynem o charakterze chuligańskim, bowiem doszło do rażącego zlekceważenia porządku prawnego.

Dalsze działania będą prowadzone równolegle pod kątem procesowym, uzupełniając już dotychczas zebrany materiał dowodowy oraz operacyjny. Gorzowscy policjanci będą dążyć do kolejnych ustaleń pozwalających na zatrzymania pozostałych pseudokibiców biorących udział w tej bójce. Pomóc w tym ma zabezpieczony monitoring, nagrania oraz informacje od świadków, które mogą być kluczowe i o które zabiegają śledczy.
Źródło info i foto: Policja.pl

Ruszył proces 25-letniego Mateusza K. Zgwałcił 9-latkę i zamknął ją w wersalce

9-letnia Sara poszła do znajomego i jakby zapadła się pod ziemię. Jej starszy brat wpadł na jej trop niemal w ostatniej chwili. Zakneblowaną i zgwałconą dziewczynkę znaleziono w wersalce w mieszkaniu Mateusza K. Ledwie oddychała. Właśnie ruszył proces 25-latka.

Przed Sądem Okręgowym w Gorzowie Wielkopolskim ruszył proces Mateusza K., który – zdaniem śledczych – zgwałcił, zakneblował i zamknął w wersalce 9-letnią Sarę. Ze względu na obecną sytuacją epidemiologiczną związaną z koronawirusem, proces toczy się za zamkniętymi drzwiami.

Co dokładnie prokuratura zarzuca mężczyźnie w akcie oskarżenia?

– Mateuszowi K. przedstawiono zarzut usiłowania zabójstwa małoletniej Sary, a także pozbawienia jej wolności ze szczególnym udręczeniem poprzez związanie jej rąk i nóg oraz zaklejenie ust taśmą klejącą, a następnie doprowadzenie przemocą do obcowania płciowego i spowodowanie naruszenia czynności narządów ciała na okres powyżej siedmiu dni – mówił w styczniu Roman Witkowski, ówczesny rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wielkopolskim.

Mateusz K. przyznał się do gwałtu na małoletniej i pozbawienia jej wolności. Natomiast nie przyznał się do usiłowania zabójstwa. Grozi mu kara pozbawienia wolności od lat 12, kara 25 lat albo dożywotniego pozbawienia wolności.

Zamiast się leczyć, zapadł się pod ziemię

Mateusz K. to 25-latek, który w 2018 roku opuścił szpital psychiatryczny w Gorzowie Wielkopolskim. Trafił tam po tym, jak brutalnie zaatakował 7-latka. Wówczas biegli orzekli, że w chwili popełnienia przestępstwa był niepoczytalny, dlatego nie mógł odpowiadać przed sądem.

Po pięciu latach biegli stwierdzili, że dalsze leczenie w zamknięciu nie jest konieczne. W oparciu o tę opinię Sąd Rejonowy w Gliwicach zwolnił Mateusza K. Mężczyzna opuścił szpital. – Opinia biegłych była jasna i jednoznaczna. Wynikało z niej, że Mateusz K. może opuścić szpital, dlatego sąd podjął taką decyzję – tłumaczyła sędzia Agata Dybek-Zdyń, rzecznik Sądu Okręgowego w Gliwicach.

Był jeden warunek. Mateusz K. na wolności miał się leczyć pod okiem specjalistów. Miał, ale tego nie robił. Przez 11 miesięcy sąd próbował ustalić, gdzie przebywa mężczyzna i dlaczego nie reaguje na kolejne wezwania na terapię.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Afganistan: Półtora tysiąca talibów opuści więzienia

Prezydent Afganistanu Aszraf Ghani podpisał dekret, na mocy którego półtora tysiąca przebywających w więzieniach talibów zostanie wypuszczonych na wolność. Proces ich zwalniania rozpocznie się w ciągu czterech dni.

– Prezydent Ghani podpisał dekret, który ułatwi wypuszczanie talibskich więźniów zgodnie z przyjętym ramowym porozumieniem dotyczącym rozpoczęcia negocjacji między talibami i afgańskim rządem – poinformował rzecznik Ghaniego Sedik Sedikki.

Przywódcy talibów oświadczyli wcześniej, że są gotowi wypełnić swoje zobowiązanie i przekazać stronie rządowej ponad tysiąc żołnierzy. Dekret Ghaniego ma utorować drogę do tak zwanych rozmów wewnątrzafgańskich, czyli bezpośrednich rozmów władz centralnych w Kabulu z talibami.

Efekt porozumienia

Wymiana więźniów jest częścią porozumienia zawartego pod koniec lutego przez USA i talibów w sprawie wycofania z Afganistanu sił międzynarodowych dowodzonych przez USA po 18 latach wojny. Talibowie domagali się uwolnienia swoich bojowników w ramach środków budowy zaufania.

Ghani, który w poniedziałek został zaprzysiężony na drugą kadencję, odmawiał wcześniej spełnienia żądania talibów w sprawie uwolnienia ich bojowników.

29 lutego w stolicy Kataru Dausze USA i talibowie podpisali porozumienie, określające warunki wycofania z Afganistanu wojsk amerykańskich i zniesienia sankcji nałożonych przez Waszyngton na przedstawicieli dowództwa talibów.

Zgodnie z umową USA zobowiązały się do zmniejszenia liczby swoich żołnierzy w Afganistanie do 8,6 tysiąca z 13 tysięcy w ciągu 135 dni od podpisania porozumienia. Całkowite wycofanie wszystkich sił USA i sił koalicyjnych ma nastąpić w ciągu 14 miesięcy, jeśli talibowie wywiążą się ze swoich obietnic, między innymi zapobiegania międzynarodowemu terroryzmowi islamskiemu i zwalczania go.

Porozumienie przewiduje również uwolnienie pięciu tysięcy talibskich więźniów, zatrzymanych przez wojska koalicji międzynarodowej i afgańskie siły rządowe, oraz około około jeńców, którzy dostali się w ręce talibów.
Źródło info i foto: TVP.info

Amerykański sąd nakazał deportację niemieckiego strażnika w obozie koncentracyjnym

94-letni Friedrich Karl Berger służył w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym Neuengamme. Mężczyzna od ponad 60 lat mieszka w USA, ale jest obywatelem Niemiec, gdzie pobiera emeryturę obejmującą jego służbę w trakcie drugiej wojny światowej i tam ma zostać deportowany.

Berger był strażnikiem w obozie, w którym więźniowie przetrzymywani byli w „okrutnych warunkach” i zmuszano ich do pracy aż do śmierci – stwierdziła sędzia Rebecca Holt. W wyroku orzekła, że jego „ochocza służba jako uzbrojonego strażnika w obozie koncentracyjnym” stanowiła pomoc w nazistowskich zbrodniach.

Po wojnie Berger wraz z rodziną pojechał do Kanady, a od 1959 r. legalnie mieszkał w USA. Podczas dwudniowego procesu przyznał, że zapobiegł ucieczce więźniów z obozu w Neuengamme. Jego zdaniem do służby w obozie został zmuszony, spędził tam krótki czas i nie nosił broni. – Miałem 19 lat. Kazali mi tam pracować – tłumaczył się. Dodał, że wciąż pobiera niemiecką emeryturę, która obejmuje okres jego pracy w trakcie II wojny światowej.

– Po 75 latach to jest absurdalne. Nie mogę uwierzyć. Wyrzucacie mnie z mojego domu – mówił mieszkający w Tennessee były strażnik. Mężczyzna jest wdowcem, ma dwoje wnuków.

Bergerowi przysługuje 30 dni na odwołanie się od wyroku. Jeżeli zdecyduje się na taki krok, jego deportacja do Niemiec może zostać opóźniona nawet o kilka lat – spekulują amerykańskie media.

W oskarżeniu Bergera prokuratura opierała się na dokumentach odnalezionych we wraku w Morzu Bałtyckim. Statek ten został zbombardowany przez brytyjskie siły powietrzne w trakcie wojny i zatonął wraz z więźniami obozu, których Niemcy próbowali ewakuować przed wkroczeniem do Neuengamme alianckich żołnierzy.

W obozie przebywali rosyjscy, holenderscy, polscy oraz żydowscy cywile oraz „polityczni przeciwnicy” III Rzeszy z Francji, Włoch oraz innych państw – przypomina „Washington Post”.

Prawo zakazujące wjazdu do Stanów Zjednoczonych osobom pomagającym w nazistowskich zbrodniach wygasło w 1957 r. Składając wniosek o emigrację do USA, Berger przyznał, że służył w niemieckiej marynarce wojennej. Orzekając wyrok sędzia Holt powołała się na prawo z 1978 r., które zakazuje zaangażowanym w zbrodnie nazistowskie wjazdu lub mieszkania na terytorium Stanów Zjednoczonych – relacjonuje „Washington Post”.
Źródło info i foto: onet.pl

Ruszył proces 27-letniego Patryka K. 50 razy uderzył ekspedientkę w głowę

Wszedł jakby nic do sklepu i zaczął okładać kamieniem bezbronną sprzedawczynię. Zmasakrowana kobieta osunęła się na podłogę, a wtedy bandzior ruszył do sklepowej kasy po pieniądze. Patryk K. (27 l.) został właśnie skazany na 15 lat więzienia.

Dramat rozegrał się w maju 2019 roku. Wiecznie będący bez pieniędzy Patryk K., postanowił obrabować osiedlowy spożywczak. Aby obezwładnić Urszulę D., zmasakrował ją kamieniem. Bił przede wszystkim po głowie. Ostatecznie celu nie osiągnął, bo nie udało mu się otworzyć sklepowej kasy. Uciekł, ale szybko został schwytany. Jego ofiara przeżyła, ale jest dziś kłębkiem nerwów.

– Nie jest w stanie podjąć pracy. Boi się bez opieki wyjść z domu – uzasadniał wyrok sędzia Michał Ziemniewski. I wlepił bandziorowi 15 lat. Poznański sąd uznał, że bandyta musiał wiedzieć, że uderzając ekspedientkę co najmniej 50 razy w głowę, mógł ją zabić.

– Tylko i wyłącznie taki wyrok mógł zapaść. Nie jest to ani wygórowana, ani zbyt łagodna kara. Wina Patryka K. ponad wszelką wątpliwość została udowodniona. Sąd nie ma wątpliwości, że działał z zamiarem ewentualnym pozbawienia życia – argumentował s. Ziemniewski, podkreślając, że skazany odpowiednio wcześniej planował swój atak.

– Tego dnia cztery razy był w sklepie. Przemyślał swoje zachowanie, nie podjął decyzji w ostatniej chwili – wyjaśniał sędzia.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Gwałcił syna razem z kolegami. Sąd w Poznaniu podtrzymał wyroki w głośnej sprawie

Sąd Apelacyjny w Poznaniu podtrzymał wyroki skazujące dla ojca gwałconego chłopca i mężczyzny, który uczestniczył w procederze. W przypadku trzeciego z oskarżony uchylono wyrok sądu pierwszej instancji, a jego przypadek zostanie rozpatrzony raz jeszcze.

Apelację wnosili zarówno obrońcy oskarżonych, jak i prokuratura. Oskarżyciele domagali się wyższego wymiaru kary. Ich zdaniem po łącznym potraktowaniu gwałtu i pozostałych przestępstw można było skazać ojca nawet na 20 lat więzienia. Sąd Apelacyjny w Poznaniu utrzymał jednak kary wobec dwóch mężczyzn, a sprawę trzeciego odesłał do ponownego rozpatrzenia. W jego przypadku cofnął także decyzję o tymczasowym areszcie.

W trakcie procesu żaden z oskarżonych nie przyznawał się do zarzucanych im czynów. Ojciec chłopca razem ze znajomym oskarżani byli o wielokrotne zgwałcenie, wymuszanie czynności seksualnej, prezentowanie małoletniemu treści pornograficznych w celu własnego zaspokojenia, a przy tym działanie w porozumieniu i ze szczególnym okrucieństwem. Ojciec był też oskarżany o prezentowanie wykonywania czynności seksualnej innym dwóm małoletnim oraz naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza policji.

Dramat chłopca z Wielkopolski

O tej sprawie pisaliśmy już w 2018, a później także 2019 roku. Tragedia dziecka rozgrywała się w Zborowie pod Dopiewem w powiecie poznańskim. Pierwsze niepokojące sygnały docierały do pracowników socjalnych już w 2013 roku, kiedy u 6-letniego chłopca zaobserwowali napady agresji i niekontrolowane moczenie. Mimo że ojciec chłopca krótko po tym wyprowadził się z domu, to wciąż zabierał dziecko na weekendy. Prokuratura zainteresowała się pokrzywdzonym dopiero wówczas, gdy w 2015 roku, mając 8 lat, symulował stosunek z innym uczniem.

Po tamtej interwencji i wprawieniu w ruch machiny państwowej, dziecko zostało odebrane pijącej matce i w 2016 roku trafiło do emerytowanego policjanta, prowadzącego z żoną pogotowie rodzinne. To tam z czasem zaczęło opowiadać o traumatycznych doświadczeniach z lat poprzednich. Krzysztof Matusiak podkreślał, że nie zetknął się wcześniej z podobnym przypadkiem, choć dziećmi wykorzystywanymi seksualnie opiekował się od lat.

U chłopca rozpoznano zespół stresu pourazowego. Dzięki nagraniom wykonanym przez Matusiaka, historią chłopca znów zainteresowała się prokuratura. Biologicznego ojca dziecka oskarżono o wielokrotne zgwałcenie syna ze szczególnym okrucieństwem. Stwierdzono, że w procederze tym uczestniczyli także jego znajomi: 38-letni Marcin W. i 35-letni Karol K. W tym czasie ich ofiara miała 7-8 lat.

Jak pisała w 2019 roku „Wyborcza”, sąd pierwszej instancji potwierdził winę wszystkich oskarżonych. Ojciec Wojciech K. skazany został na 15 lat więzienia i pozbawienie praw publicznych na 10 lat. Otrzymał zakaz kontaktowania się z synem i zbliżania się do niego przez 15 lat. Miał również zapłacić mu 100 tys. zł nawiązki.

Marcin W. został skazany na 12 lat więzienia, 15 lat pozbawienia praw publicznych i 100 tys. zł nawiązki. Karola K. skazano na sześć lat więzienia, 10 lat pozbawienia praw publicznych i 50 tys. zł nawiązki. O chłopcu „Wyborcza” pisała, że od dwóch lat przebywał w specjalnym ośrodku terapeutycznym. Miał indywidualny tok nauczania. Jego opiekun Krzysztof Matusiak stwierdzał niestety, iż szanse na normalne funkcjonowanie ma „nikłe”.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Indie: Zgwałcili i zabili studentkę. Trzeci raz wstrzymano egzekucję napastników

Sąd w Delhi w poniedziałek wstrzymał zaplanowaną na wtorek egzekucję czterech gwałcicieli i zabójców 23-letniej studentki, skazanych w głośnym procesie. Śmierć Jyoti Singh w 2012 roku wywołała protesty w całym kraju. Egzekucję wyznaczono najpierw na 22 stycznia, potem na 1 lutego, a później na 3 marca br.

– Dlaczego sądowi tak dużo czasu zajmuje wykonanie własnego wyroku powieszenia skazanych? – pytała w rozmowie z agencją informacyjną ANI Asha Devi, matka zamordowanej w 2012 roku studentki.

Porwana spod kina

Czterech zabójców 23-letniej studentki fizjoterapii miało zostać straconych we wtorek o szóstej rano. W poniedziałek rano Sąd Najwyższy oddalił wniosek jednego z oskarżonych Pawana Gupty o zamianę wyroku śmierci na dożywocie. Prawnik Gupty twierdził, że jego klient w momencie popełnienia przestępstwa był nieletni.

AP Singh, obrońca Gupty, kilka godzin po postanowieniu Sądu Najwyższego, wysłał wniosek do prezydenta Indii o ułaskawienie skazanego. W konsekwencji Wysoki Sąd w Delhi zawiesił wykonanie kary ledwie 13 godzin przed egzekucją. Według procedury więziennej skazani na śmierć w tym samym procesie mają zostać straceni razem, więc egzekucja wszystkich skazanych przeciągnie się o kilka tygodni.

– Powtarzające się przekładanie egzekucji jest porażką naszego systemu (prawnego). Cały nasz system wspiera kryminalistów – uważa Devi. Zamordowaną studentkę prasa nazwała „Nirbhają” (Nieustraszoną). Rodzice Jyoti po śmierci córki wyrazili zgodę na używanie jej imienia w mediach.

Studentkę fizjoterapii porwała grupa sześciu osób spod kina w południowym Delhi w połowie grudnia 2012 roku. Kobieta została brutalnie zgwałcona i wyrzucona razem z jej kolegą w okolicach delhijskiego lotniska. Sprawców szybko ujęto. Jyoti Singh zmarła po niespełna dwóch tygodniach na skutek odniesionych ran. Śmierć wywołała w całych Indiach falę protestów, które próbowały stłumić władze.

Egzekucja przekładana dwa razy

Jeszcze w czasie procesu Ram Singh, jeden z oskarżonych, popełnił samobójstwo w więzieniu. Pod koniec sierpnia 2013 roku sąd dla nieletnich skazał 17-letniego oskarżonego na trzy lata zakładu poprawczego. We wrześniu 2013 roku sąd skazał pozostałych czterech oskarżonych na śmierć przez powieszenie.

Przez następne lata skazani odwoływali się najpierw do Wysokiego Sądu w Delhi, a następne do Sądu Najwyższego Indii. Wreszcie 7 stycznia br. wyznaczono egzekucję na 22 stycznia br. Trzech skazanych Mukesh Singh, Vinay Sharma i Akshay Thakur tuż przed datą egzekucji po kolei składali wnioski o rewizję wyroków, przez co egzekucję przekładano dwa razy – na 1 lutego i później na 3 marca br.

Asha Devi, matka zamordowanej Jyoti, wielokrotnie obarczała winą za zwłokę prawników reprezentujących skazanych. – On (adwokat AP Singh) wprowadza w błąd sąd, aby opóźnić wykonanie wyroku – powiedziała agencji ANI. -Dzisiaj prawnik skazanych AP Singh wskazał mnie palcami i powiedział w moją stronę, że odwlecze egzekucję w nieskończoność – powiedziała Asha Devi po drugim przełożeniu egzekucji.

Adwokat wielokrotnie był upominany przez sąd za swoje zachowanie i wypowiedzi. Podczas procesu AP Singh obarczał rodziców studentki winą za śmierć córki – pozwolili jej pójść do kina wieczorem, w towarzystwie kolegi, co jego zdaniem jest sprzeczne z „indyjską kulturą”.

– Gdyby moja córka albo siostra uprawiała seks przedmałżeński, zhańbiła się, straciła twarz, na pewno wziąłbym ją do mojego domu na wsi i przed całą rodziną, oblałbym ją benzyną i podpaliłbym ją – powiedział w dokumencie BBC.

Prawo łaski wobec Pawana Gupty jest już ostatnią prawną przeszkodą na drodze do egzekucji skazanych.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Jest wyrok dla pracownika ochrony finału WOŚP, podczas którego zabito prezydenta Gdańska

Mężczyzna został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Dariusz S. był oskarżony o składanie fałszywych zeznań. Proces Dariusza S. – pracownika Agencji Ochrony Tajfun, która 13 stycznia br. zabezpieczała finał WOŚP w Gdańsku, toczył się przed Sądem Rejonowym Gdańsk–Południe. Mężczyznę oskarżono m.in. o składanie fałszywych zeznań i podżeganie do tego innych.

Fałszywe zeznania ochroniarza

Zdaniem prokuratury Dariusz S. tuż po zdarzeniu zeznał, że nożownik, który zaatakował Adamowicza, dostał się na scenę posługując się plakietką z napisem „Media”. Ochroniarz przekazał policjantom identyfikator, którym rzekomo miał się posłużyć napastnik.

Funkcjonariusze ustalili jednak, że mężczyzna kłamał. Wskazywały na to m.in. wyniki badań plakietki, na której nie znaleziono materiału DNA nożownika. Zdaniem śledczych, Dariusz S. składając fałszywe zeznania, chciał „ukryć zaniedbania w zakresie zabezpieczenia imprezy”. Już w trakcie toczącego się w jego sprawie śledztwa ochroniarz próbował nakłonić kolegów, aby złożyli zeznania potwierdzające przedstawioną przez niego wersję zdarzeń.

Dariusz S. początkowo nie przyznawał się do oszustwa, na dalszym etapie postępowania przyznał jednak, że złożył fałszywe zeznania i nakłaniał do tego kolegów.

Przeszłość Dariusza S.

Z informacji uzyskanych od obrońcy Dariusza S. wynika, że oskarżony, przed zatrudnieniem w agencji Tajfun, służył około 15 lat w policji. Pracował m.in. w wydziałach kryminalnym, ds. przestępczości narkotykowej, samochodowej, a także ubezpieczeniowej Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku. Przebieg jego służby był nienaganny. Wielokrotnie był też wyróżniany przez Komendanta Miejskiego Policji w Gdańsku, a w październiku 2009 r. otrzymał wyróżnienie Komendanta Wojewódzkiego Policji w Gdańsku dla najlepszego funkcjonariusza policji garnizonu województwa pomorskiego. S. odszedł ze służby w 2018 r., przeszedł na rentę.
Źródło info i foto: onet.pl

Nowy Targ: Ruszył proces księdza oskarżonego o wykorzystywanie seksualne nieletnich

Przed sądem rejonowym w Nowym Targu rozpoczął się w środę proces księdza Mariana W. oskarżonego o seksualne wykorzystywanie nieletnich, który był proboszczem kilku parafii w diecezji tarnowskiej. Pokrzywdzonych przez księdza jest 22 mężczyzn, ale w stosunku do 11 z nich przestępstwo zostało umorzone z uwagi na przedawnienie. Proces odbywa się za zamkniętymi drzwiami.

Prokuratura zarzuciła księdzu popełnienie w okresie od 2003 r. do 2012 r. 12 przestępstw seksualnych wobec 11 małoletnich, w tym siedmiu poniżej 15 roku życia. Pokrzywdzeni byli ministrantami lub lektorami w parafiach oskarżonego księdza.

Według komunikatu Prokuratury Okręgowej w Nowym Sączu, zarzucone oskarżonemu czyny polegały na doprowadzeniu małoletnich do poddania się różnego rodzaju tzw. innym czynnościom seksualnym, zazwyczaj poprzez nadużycie stosunku zależności, jaki zachodził między kapłanem a ministrantem czy lektorem. W przypadku trzech pokrzywdzonych działania oskarżonego doprowadziły do powstania u nich tzw. przewlekłego zespołu stresu pourazowego. Prokurator w toku śledztwa z uwagi na przedawnienie karalności umorzył postępowanie o popełnienie podobnych czynów wobec 11 innych pokrzywdzonych.
Źródło info i foto: Dziennik.pl