Sławomir Nowak w prokuraturze

Były minister transportu Sławomir Nowak ma dziś w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie usłyszeć zarzuty. Agenci CBA dowieźli byłego szefa Ukrawtodoru na przesłuchanie tuż po godz. 8:00. Jak wcześniej informowała Prokuratura Okręgowa w Warszawie, b. minister transportu i b. szef ukraińskiej agencji drogowej Ukrawtodor Sławomir Nowak został w poniedziałek zatrzymany w związku z podejrzeniem korupcji, kierowania zorganizowaną grupą przestępczą i prania brudnych pieniędzy. Wraz z nim zatrzymano w Polsce dwie osoby – b. dowódcę jednostki Grom Dariusza Z. oraz biznesmena Jacka P.

Śledztwo dotyczy podejrzenia działań korupcyjnych oraz udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Prowadzone jest równolegle przez CBA i Prokuraturę Okręgową w Warszawie a także Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną w Kijowie oraz Narodowe Antykorupcyjne Biuro Ukrainy.

W sprawie toczą się odrębne śledztwa w Polsce i na Ukrainie, a dowodami wymienia się i działania koordynuje specjalny zespół śledczych. Po doprowadzeniu do Prokuratury Okręgowej w Warszawie Sławomir Nowak ma usłyszeć sześć zarzutów dotyczących okresu, gdy kierował ukraińską Państwową Służbą Dróg Samochodowych – Ukrawtodor.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Były polityk Nowoczesnej Kamil Kurosz zatrzymany przez policję

Były polityk Nowoczesnej Kamil Kurosz został zatrzymany nad ranem przez policję – poinformował wiceminister spraw wewnętrznych Maciej Wąsik. Mężczyzna ma usłyszeć w prokuraturze w Rzeszowie zarzuty karne – dodał.

– Sprawa zbulwersowała opinię publiczną. Zachowanie tego pana było karygodne, będzie musiał ponieść konsekwencje i – mam nadzieję – odpowiedzieć za to przed sądem – komentuje w rozmowie z portalem tvp.info Maciej Wąsik. Zatrzymany ma usłyszeć zarzuty z artykułu 255 kodeksu karnego, który mówi o publicznym nawoływaniu do przestępstwa. Grozi za to nawet do trzech lat więzienia.

O Kamilu Kuroszu, byłym liderze Nowoczesnej w Przemyślu, zrobiło się głośno po tym, jak w sieci zaczęły pojawiać się jego wpisy, w których nawoływał do „eksterminacji” i „gazowania” polityków PiS, a nawet do „fizycznego” usunięcia prezesa tej partii Jarosława Kaczyńskiego.

Meżczyzna startował do Sejmu z list Nowoczesnej w 2015 roku. W sieci pojawiły się jego zdjęcia, na których pozuje m.in. z Borysem Budką i Ryszardem Petru.

Europoseł PiS Dominik Tarczyński zapowiedział w rozmowie z portalem tvp.info, że w związku z nienawistnymi wpisami Kurosza złoży zawiadomienie do prokuratury. – To nawoływanie do morderstwa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, do gazowania senatorów PiS. Takie postawy będą piętnowane, on musi ponieść za to odpowiedzialność. To jest mowa nazistów, to skandal – wskazał Tarczyński.

Od wpisów Kurosza odcięła się firma, w której obecnie jest zatrudniony. „Informujemy, że nie identyfikujemy się z prywatnymi treściami prezentowanymi na profilu Kamila Kurosza. Jako firma, stanowczo potępiamy mowę nienawiści i jesteśmy bardzo mocno zaniepokojeni obecną sytuacją. Podjęliśmy natychmiastowe kroki prawne względem naszego pracownika” – napisało na Facebooku Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej DAS.
Źródło info i foto: TVP.info

Prokuratura Okręgowa Białymstoku wszczęła śledztwo ws. pożaru w Biebrzańskim PN. Nagroda za „podpalacza”

Prokuratura Okręgowa Białymstoku będzie prowadzić śledztwo w sprawie pożaru w Biebrzańskim PN. Wpłynęły już do niej materiały od policji – poinformował zastępca szefa Prokuratury Regionalnej w Białymstoku Paweł Sawoń. Straż pożarna poinformowała, że w niedzielę po południu formalnie zakończyła się akcja gaśnicza. Pożar trwał od prawie tygodnia. Spłonęło prawie 5,3 tys. ha bagiennych łąk i terenów leśnych w Biebrzańskim PN, który jest największym obszarem chronionym w Polsce.

Rzecznik podlaskiej policji Tomasz Krupa poinformował w niedzielę, że zawiadomienie w Komendzie Powiatowej Policji w Mońkach złożyła dyrekcja Biebrzańskiego Parku Narodowego. Sprawę przejęła Komenda Wojewódzka Policji w Białymstoku i zebrane dotąd materiały przekazała prokuraturze. Dodał, że byli już przesłuchani pierwsi świadkowie.

– Nie tylko Biebrzański Park Narodowy jest tutaj poszkodowanym, ale też osoby prywatne, którym spłonęły łąki – dodał Tomasz Krupa. Zaznaczył, że kierunek w śledztwie określi prokuratura, gdy zdecyduje o wszczęciu postępowania.

Prokurator Paweł Sawoń powiedział, że szczegóły mają być znane w poniedziałek.

„Na pewno brał udział człowiek”

Tomasz Krupa mówi, że kluczowe dla sprawy będzie zasięgnięcie opinii przez biegłych m.in. z zakresu pożarnictwa o przyczynie pożaru. Były wypowiedzi w przestrzeni publicznej, że mogło dojść do podpalenia. – Ale ostatecznie musi się jak zawsze w takich sytuacjach wypowiedzieć biegły z zakresu pożarnictwa – powiedział Krupa. Dodał, że pewnie będzie również zasięgana opinia dotycząca strat przyrodniczych, które spowodował pożar, ale będzie o tym decydować prokuratura.

Marcin Janowski z Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Białymstoku powiedział, że o godz. 17:00 w niedzielę formalnie straż przekazała zarządzanie nad pożarzyskiem dyrekcji parku, akcja zakończyła się.

Pytany o ewentualne przyczyny pożaru Janowski mówi, że wiele wskazuje na działalnie człowieka. – W takiej sytuacji, przy tej skali pożaru, możemy tylko powiedzieć, że tutaj brał na pewno udział (w powstaniu pożaru) człowiek. Natomiast, czy to było umyślne, czy nieumyślne, czy przypadkowe, przez nieostrożność czy głupotę, to nie jesteśmy w stanie tego na chwilę obecną stwierdzić – powiedział Janowski.

Dodał, że na pewno przyczyną pożaru nie były np. wyładowania atmosferyczne czy awaria sieci energetycznej, zwarcie w instalacji elektrycznej, bo na terenie pożaru nie było burzy, nie ma też linii energetycznych.

„Innej możliwości nie ma”

Dyrektor Biebrzańskiego PN Andrzej Grygoruk potwierdził w niedzielę, że wyznaczył 10 tys. zł nagrody – jak to określił – „dla tego, kto podpalacza wskaże” i powtórzył, że przyczyną pożaru mogło być podpalenie.

– Innej możliwości tutaj nie ma. Ja nie widzę tutaj żadnej innej przyczyny pożaru – uważa dyrektor parku. Wcześniej była także mowa o tym, że pożar może być skutkiem wypalania traw.

Dyrektor poinformował także, że mieszkańcy wsi Kopytkowo w rejonie pożarzyska zgłosili, że na miejsce po pożarze przyjeżdża w niedzielę dużo ludzi, co jest, jak mówi, niebezpieczne ze względu na to, że należy zachować w tym miejscu szczególną ostrożność, jak również ze względu na epidemię koronawirusa. Dyrektor mówi, że poinformował o tym policję i podkreśla, że teren parku na północ od Kopytkowa w kierunku Grzęd jest zamknięty, a chodzi o to, by nie powodować w tym miejscu dodatkowego zagrożenia.

– Po tym pożarze nie chcemy, żeby tam się ktoś kręcił, bo ludzie szukają jakiejś sensacji, a tej sensacji po prostu tam nie ma – powiedział Grygoruk. Zapowiada patrole służb parku i karanie mandatami osób, które próbują wchodzić na teren po pożarze.

Dyrektor dodał, że jeżeli ludzie nie będą się do tego stosować, zastanowi się nad wprowadzeniem zakazu wstępu do parku „do odwołania”. – Do końca roku zamknę park, jeżeli będzie taka indolencja ludzi- dodał dyrektor Biebrzańskiego PN.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

15-letni Emil B. zabił nożem 16-letniego Kubę. Dziś usłyszy zarzut zabójstwa

Dzisiaj przeprowadzana jest czynność z Emilem B., w trakcie której ma on usłyszeć zarzut popełnienia przestępstwa zabójstwa – przekazał w rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga Marcin Saduś. Emil B. jest przesłuchiwany w Prokuraturze Rejonowej Praga-Południe. Jak przekazał prokurator Saduś „ta czynność w tej chwili trwa”.

Wskazał też, że B. w prokuraturze ma usłyszeć zarzut popełnienia przestępstwa zabójstwa. – Będzie ten zarzut doprecyzowany względem tego, który usłyszał w maju odpowiadając przed sądem rodzinnym. Ta czynność w tej chwili trwa – dodał Saduś.

Poinformował również o tym, że po zakończeniu czynności będzie podejmowana decyzja w przedmiocie środka zapobiegawczego, jaki ma być zastosowany. Prokurator rozważa skierowanie do sądu wniosku o tymczasowy areszt wobec Emila B.

10 maja br. 15-letni Emil B. śmiertelnie ranił nożem 16-letniego Kubę w szkole w Wawrze. Raniony ostrzem nastolatek zmarł. Po tragedii Emil B. został umieszczony w schronisku dla nieletnich. Sąd zdecydował też o poddaniu nastolatka obserwacji psychiatrycznej, która się zakończyła.
Źródło info i foto: onet.pl

54-latek zlecił zabójstwo żony. Atak zaplanowano w Kazimierzu Dolnym

Stołeczni policjanci zatrzymali 54-latka podejrzanego o zlecenie zabójstwa żony, a także jego 35-letniego znajomego, który miał mu pomagać w zbrodni. W Prokuraturze Okręgowej w Warszawie obaj usłyszeli zarzuty. Zostali też tymczasowo aresztowani przez sąd.

Jak przekazał rzecznik warszawskiej policji kom. Sylwester Marczak, 54-latka, który jest podejrzany o zlecenie zabójstwa żony, i 35-latka, który miał pomagać w realizacji tego planu, zatrzymali funkcjonariusze z wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw.

Miała zginąć w czasie wyjazdu do Kazimierza Dolnego

Policjanci nie wykluczają, że 54-latek chciał poprzez zabójstwo żony rozwiązać problemy osobiste i finansowe. Według policji, podejrzany planował zbrodnię od kwietnia 2018 roku. Chciał dokonać „zbrodni doskonałej”, opracowanej w najdrobniejszych szczegółach. Kobieta miała zostać pozbawiona życia w czasie wyjazdu do Kazimierza Dolnego. 35-latek, który miał pomagać głównemu podejrzanemu, to jego znajomy, na co dzień prowadzący z nim interesy.

Śledztwo w tej sprawie prowadzi policja pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Jej rzecznik, prok. Łukasz Łapczyński, poinformował, że wynagrodzeniem za zabójstwo miało być mieszkanie na warszawskim Mokotowie. Osobę, która miała dokonać zabójstwa, miał znaleźć 35-latek. Służby znają personalia tej osoby.

Podejrzanym grozi dożywocie

W Prokuraturze Okręgowej 54-latek usłyszał zarzut nakłaniania do zabójstwa żony, do czego nie doszło dzięki działaniom policji. – W przypadku drugiego mężczyzny zarzuty dotyczą pomocnictwa do przestępstwa poprzez m.in. skontaktowanie zleceniodawcy z osobą, która miała dokonać zabójstwa, oraz udzielanie rad i wskazówek co do przebiegu zbrodni – wyjaśnił prok. Łapczyński.

Obaj podejrzani nie przyznali się do zarzucanych im przestępstw i złożyli obszerne wyjaśnienia sprzeczne ze zgromadzonym w tej sprawie materiałem dowodowym.

Na wniosek prokuratora w ubiegłym tygodniu sąd zastosował wobec nich tymczasowe aresztowanie na trzy miesiące.

Podejrzanym grozi nawet dożywotnie więzienie.

Śledczy nie wykluczają kolejnych zatrzymań.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wysoko postawiony funkcjonariusz policji znęcał się nad partnerką?

W prokuraturze w Gorzowie Wielkopolskim toczy się postępowanie wobec zastępcy naczelnika w jednym z wydziałów Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Zgłoszenie dotyczy psychicznego i fizycznego znęcania się nad partnerką, a kulisy sprawy są szokujące.

Zbliżony do obojga policjantów czytelnik poinformował Onet o interwencji z początku czerwca. Do mieszkania, które Jan K. zajmuje wspólnie z partnerką i dzieckiem, został wezwany wówczas patrol policji. O interwencję prosiła kobieta, którą – zdaniem naszego informatora – K. w środku nocy wyrzucił z domu

– Ubrana była w samą piżamę, zadzwoniła na policję od sąsiadów. Na miejscu pojawił się patrol interwencyjny, później – jako że sprawa dotyczyła policjantów, ich przełożeni oraz wydział kontroli. Poszkodowana złożyła zawiadomienie o znęcaniu się, informując, że trwa to już kilka lat – opowiada osoba zbliżona do sprawy. – Jako dowód przedstawiła nagrania w postaci audio i wideo, jak również obdukcję na złamanie, które miała rok temu. Zeznała, że niejednokrotnie siadał na niej i wykręcał jej ręce. Odgrażał się, wspomniała nawet, że była sytuacja, kiedy groził jej nożem. Czuł się pewnie, gdyż informował ją, że ma znajomości i w razie co ją zniszczy – dodaje.

Według naszych informacji sprawa trafiła do Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wielkopolskim. 13 czerwca zadzwoniliśmy do gorzowskiej prokuratury, jednak tam nikt sprawy Jana K. jeszcze nie prowadził. Tego samego dnia skontaktowaliśmy się ze szczecińskimi śledczymi – tam również sytuacja wyglądała podobnie. Informacje o tym, czy dane postępowanie jest prowadzone, dostaliśmy dopiero 17 czerwca, czyli cztery dni później. Jednocześnie okazało się, sprawa została przekazana do Gorzowa Wielkopolskiego dopiero w piątek 14 czerwca, czyli już po naszym telefonie.

Jan K. nadal ma dostęp do tajnych informacji

– Zostały przekazane materiały z prokuratury szczecińskiej dotyczące przestępstwa fizycznego i psychicznego znęcania się nad partnerką przez Jana K. – mówi w rozmowie z Onetem prokurator Roman Witkowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wielkopolskim. – Wszystko jest na wstępnym etapie decyzji dotyczącej jednostki, która zajmie się prowadzeniem tego postępowania – dodaje.

Oznacza to tyle, że Jan K. nie usłyszał żadnych zarzutów, a śledczy (poza policją zaraz po interwencji) nie przesłuchali ani policjanta, ani jego partnerki. Tymczasem mężczyzna jako wysoko postawiony funkcjonariusz ma dostęp do swojego biura, z którego – według naszej wiedzy – kilkukrotnie już po samym zdarzeniu korzystał, mimo przebywania na zwolnieniu lekarskim. Jak mówi nam osoba ze środowiska, miał to robić zazwyczaj w godzinach popołudniowych.

– W jakim celu, tego niestety nie wiadomo. Wiadomo jednak, że jako zastępca naczelnika (ze względu na ochronę danych osobowych nie podajemy nazwy wydziału) ma dostęp do dokumentów również o klauzuli „ściśle tajne”. Nikt nie zadał sobie trudu, aby do czasu wyjaśnienia sprawy ograniczyć możliwości wpływu na ewentualnych świadków. Do tego z racji swojego stanowiska ma dostęp do bilingów. Na 90 proc. również nikt nie sprawdził, czy nie sięgnął po takowe w związku ze swoją konkubiną – mówi nasz informator.

O ograniczenia względem Jana K. zapytaliśmy biuro prasowe Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Okazuje się, że czynności trwają, jednak żadnych zabezpieczeń nie wprowadzono. – KWP w Szczecinie w ramach wewnętrznych procedur kontrolnych prowadzi w tej sprawie czynności wyjaśniające. Warto podkreślić, że uczestnicy zdarzenia byli trzeźwi i dotychczas nie zaistniały podstawy do zawieszenia funkcjonariusza – tłumaczy Alicja Śledziona, rzecznik Komendanta Wojewódzkiego Policji w Szczecinie.

Oznacza to, że najprawdopodobniej Jan K. w dalszym ciągu ma dostęp do wszelkich informacji dotyczących jego partnerki. Wydział, w którym zajmuje wysokie stanowisko, zajmuje się bowiem m.in. namierzaniem osób poszukiwanych. Jak dowiedzieliśmy się w prokuraturze, na tym etapie postępowania decyzję o zablokowaniu dostępu może podjąć jedynie policja w ramach wewnętrznych procedur. Czy to zrobiono? Na to pytanie KWP w Szczecinie nie udzieliło nam odpowiedzi.

Kto kogo chroni w Komendzie Wojewódzkiej Policji?

Informacji o Janie K. właściwie próżno szukać w internecie. Na stronach KWP wydział, w którym pełni stanowisko zastępcy naczelnika, jako jeden z nielicznych nie ma podanych dowódców. Po dłuższych poszukiwaniach udaje się znaleźć jedynie dwie wzmianki z 2017 roku. Jedna dotyczy finału konkursu dla młodzieży, druga wykładu, który policjant prowadził dla uczniów.

Jan K. jest wysokim, postawnym mężczyzną, który szybko piął się po szczeblach kariery. Zastępcą naczelnika swojego wydziału został po 11 latach służby. – W jego wcześniejszej karierze przewinął się temat mobbingu, jednak dzięki „czuwającej ręce opatrzności” nie spadł mu z głowy ani jeden włos. Ukarana została natomiast osoba zgłaszająca – twierdzi nasz informator. Rzecznik KWP w Szczecinie tym doniesieniom jednak zaprzecza.

– W przeszłości nie prowadzono wobec niego postępowań odnośnie do skarg dotyczących mobbingu – stwierdza stanowczo Alicja Śledziona.

Nasz informator zwraca także uwagę na przebieg samej interwencji z nocy z trzeciego na czwartego czerwca. – Sama poszkodowana przez policjantów „decyzyjnych” oraz przyjmujących zawiadomienie została potraktowana pogardliwie, jakby mieli jej za złe, że ma czelność zgłosić coś na innego policjanta – mówi.

Problem pojawił się także w kwestii tego, kto zajmie się czteroletnim dzieckiem zaraz po zdarzeniu. Zdaniem naszego informatora, decyzją „kontrolnego” czteroletnie dziecko pozostało wraz z ojcem, wobec którego padły poważne zarzuty dot. znęcania.

Jak udało nam się ustalić, kobieta faktycznie miała problem ze skontaktowaniem się z dzieckiem. Zaraz po interwencji zostało ono przekazane pod opiekę dziadków, ponieważ funkcjonariusze prowadzili czynności z rodzicami. Matce udało się z nim skontaktować dopiero po interwencji śledczych.

To, że Jan K. źle traktuje swoją partnerkę, było właściwie tajemnicą poliszynela w kręgach policyjnych. – Wyrażał się o niej bardzo pogardliwie, niejednokrotnie krzycząc na nią przez telefon. Nikt jednak nie przypuszczał, że sprawa może być bardziej poważna – podsumowuje jeden z funkcjonariuszy.
Źródło info i foto: onet.pl

Sąd wyznaczył podejrzanemu o zabójstwo 10-letniej Kristiny obrońcę z urzędu

Ani podczas przesłuchania w prokuraturze, ani później podczas wizji lokalnej, podejrzany o zabójstwo 10-letniej Kristiny nie skorzystał z przysługującego mu prawa do obecności adwokata. Dziś na wniosek prokuratury świdnicki sąd wyznaczył 22-letniemu Jakubowi A. obrońcę z urzędu. Został nim mec. Sebastian Kujacz.

– Zaraz po zatrzymaniu Jakuba A. został z tej czynności sporządzony protokół. W tym protokole poucza się zatrzymanego, że o zatrzymaniu może zawiadomić inne osoby i ma prawo do kontaktu z adwokatem, jeżeli takiego kontaktu żąda – mówi Onetowi prokurator Tomasz Orepuk, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy. – Z protokołu podpisanego przez Jakuba A. wynika, że nie żądał on kontaktu z adwokatem – dodaje.

Podobnie było przed przystąpieniem do wizji lokalnej. – Przy każdej czynności, o czym Jakub A. został pouczony, mógł żądać udziału adwokata. Wszystkie czynności były filmowane. To fakt, że były one wykonywane w porze wieczorowej i nocnej. Przed każdą czynnością 22-latek był jednak pytany, czy chce wziąć udział w tej czynności oraz czy czuje się na siłach. Zrobiliśmy to specjalnie dla czystości procesowej, żeby nikt nam niczego nie mógł zarzucić – podkreśla prok. Tomasz Orepuk.

Jak dotąd Jakub A. nie miał adwokata. Sytuacja zmieniła się dziś. Na wniosek prokuratury, sąd ustanowił 22-latkowi obrońcę z urzędu, z listy miejscowych adwokatów. Został nim mec. Sebastian Kujacz. Fakt ten potwierdziła Onetowi rzeczniczka świdnickiego sądu. – Wniosek został dziś rozpoznany – mówi sędzia Marzena Rusin-Gielniewska.

Zabójstwo Kristiny

Do zabójstwa 10-letniej Kristiny doszło 13 czerwca. Dziewczynka wyszła ze szkoły ok. godz. 13. Do domu w Mrowinach oddalonego o niecały kilometr od szkoły jednak nie dotarła. Gdy zaniepokojona matka zgłosiła jej zaginięcie, rozpoczęły się poszukiwania. Kilka godzin później – w lesie koło Żarowa sześć kilometrów od domu – ciało dziewczynki znalazła spacerująca z psem kobieta. Po raz ostatni dziewczynka żywa była widziana 200 metrów od domu. W sobotę Kristina została pochowana na cmentarzu komunalnym w Żarowie.

Jakub A. podejrzany o dokonanie zabójstwa usłyszał dwa zarzuty: zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem połączony ze znieważeniem zwłok oraz zarzut podżegania innej osoby do współudziału w zbrodni. Do obu zarzutów mężczyzna się przyznał. Został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące i odizolowany od reszty więźniów. W najbliższych dniach Jakuba A. zbada dwóch biegłych lekarzy psychiatrów.

Z ustaleń śledczych wynika, że 22-latek już w maju proponował zabicie dziewczynki komuś innemu. Nieoficjalnie mówi się, że zlecenie na Kristinę opiewało na kwotę 10 tys. zł. Gdy jego propozycja została odrzucona, postanowił sam pozbyć się dziecka. Wszystko wskazuje na to, że mężczyźnie, któremu A. proponował udział w zbrodni, śledczy także nie przedstawią żadnych zarzutów.

Z nieoficjalnych wciąż informacji wynika, że Jakub A. kochał się w matce Kristiny, z którą ma być spokrewniony. 10-latka miała natomiast stać na drodze do jego szczęścia z kobietą, bo go nie lubiła.
Źródło info i foto: onet.pl

Wniosek o ułaskawienie Marka Falenty prezydent przekazał prokuraturze

Prezydent Andrzej Duda przekazał do prokuratury wniosek o ułaskawienie zamieszanego w aferę podsłuchową biznesmena Marka Falenty – poinformował rzecznik prezydenta Błażej Spychalski. Jak zaznaczył, jest to standardowa procedura i nie oznacza, że prezydent zamierza zastosować prawo łaski wobec skazanego za podsłuchiwanie polityków Falenty. Z informacji tvn24.pl wynika, że wniosek o ułaskawienie Marka Falenty do Kancelarii Prezydenta 19 stycznia 2018 złożyła córka biznesmena.

„Standardowa procedura, jeżeli chodzi o wnioski o ułaskawienie”

– To jest zwykła, standardowa procedura, jeżeli chodzi o wnioski o ułaskawienie, które są składane do Pałacu Prezydenckiego. W trybie zwykłym, a tu został przyjęty tryb zwykły, one są przesyłane do Prokuratury Krajowej, która dalej procedurę prowadzi – przekazał w środę Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy.

Jak dodał, prezydent będzie teraz oczekiwał na opinię sądu w sprawie wniosku. Zaznaczył, że nadanie sprawie biegu nie świadczy w najmniejszym stopniu o intencjach prezydenta dotyczących ułaskawienia Falenty. O nadaniu przez prezydenta biegu wnioskowi o ułaskawienie biznesmena informował wcześniej RMF.

Prośba o ułaskawienie

Zgodnie z artykułem 561 Kodeksu postępowania karnego prośbę o ułaskawienie przedstawia się sądowi, który wydał wyrok w pierwszej instancji. Powinien on rozpoznać prośbę o ułaskawienie w ciągu dwóch miesięcy od daty jej otrzymania. Zgodnie z artykułem 565 prośbę o ułaskawienie skierowaną bezpośrednio do Prezydenta RP przekazuje się Prokuratorowi Generalnemu w celu nadania jej biegu.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Zabójca prezydenta Gdańska „mówił głównie” o więzieniu. Obrońca Stefana W. ujawnił szczegóły przesłuchania

Sprawca ataku na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza złożył w prokuraturze obszerne wyjaśnienia, „aczkolwiek wyjaśnienia odnoszące się bardziej do jego historii życia, aniżeli do zdarzeń z dnia wczorajszego” – poinformował po przesłuchaniu Stefana W. jego obrońca z urzędu mec. Damian Konieczny. Jak podał, 27-latek „odmówił odpowiedzi na pytania dotyczące wczorajszego zdarzenia”. Przesłuchanie trwało około dwóch i pół godziny. W jego trakcie prokuratorzy zmienili stawiany mężczyźnie zarzut z usiłowania zabójstwa na zabójstwo. Stefan W. do popełnienia zarzucanego mu czynu się nie przyznał.

Tragiczne wydarzenia rozegrały się w Gdańsku w niedzielny wieczór: w trakcie miejskiego finału tegorocznej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy na scenę wtargnął 27-letni Stefan W. Nożem o długości 14,5 cm kilkukrotnie ugodził prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Samorządowiec był przez kilkanaście minut reanimowany, następnie został przewieziony do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku. Jego operacja trwała pięć godzin.

Lekarze przez kilkanaście godzin walczyli o życie prezydenta. Niestety nie zdołali go uratować.

Napastnik tuż po zamachu, zanim został obezwładniony, przez kilkadziesiąt sekund chodził po scenie z rękoma uniesionymi w górę w geście zwycięstwa i krzycząc do mikrofonu: Halo, halo. Nazywam się Stefan W., siedziałem niewinnie w więzieniu, Platforma Obywatelska mnie torturowała, dlatego właśnie zginął Adamowicz.

W poniedziałek przed godziną 13:00 w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku rozpoczęło się przesłuchanie Stefana W.

Początkowo prokuratorzy postawili mu zarzut usiłowania zabójstwa z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. W trakcie przesłuchania jednak – krótko przed godziną 15:00 – Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku poinformowało, że prezydent Adamowicz zmarł. Śledczy zmienili wówczas stawiany 27-latkowi zarzut na zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

Nie przyznał się on do winy, przy czym z uwagi na to, że nie odnosił się do zdarzeń z dnia wczorajszego, trudno tutaj jednoznacznie wskazać, czy nie przyznaje się on do winy, czy do zaistnienia samego zderzenia – poinformował po przesłuchaniu Stefana W. jego obrońca z urzędu mec. Damian Konieczny.

Jak podał, 27-latek złożył obszerne wyjaśnienia, ale „odnoszące się bardziej do jego historii życia”.

Mówił głównie o odbywaniu kary pozbawienia wolności, której odbywanie zakończył nieco ponad miesiąc temu – relacjonował.

Jak dodał, Stefan W. wskazywał, że w trakcie odsiadywania wyroku „doznawał krzywdy ze strony wymiaru sprawiedliwości szeroko pojętego”.

Mec. Konieczny poinformował także, że 27-latek „podnosił też pewne wątki w kwestii polityki”, ale odmówił udzielenia w tym wątku bardziej precyzyjnej informacji czy wskazania ludzi, których Stefan W. obwinia.

Zapytany o to, jak 27-latek zareagował na informację o śmierci Pawła Adamowicza, adwokat powiedział, że „ze strony podejrzanego nie było żadnego komentarza”.

Kontakt z panem podejrzanym jest obecnie dość utrudniony – podał.

Równocześnie zaznaczył, że podejrzany „jest bardzo, bardzo spokojny w tym momencie i te emocje w jakimś sensie są dość trudne do odczytania”.

Z uwagi na wątpliwości co do poczytalności pana podejrzanego dzisiejsze przesłuchania odbywały się z udziałem biegłego psychiatry, który również będzie oceniał kwestie logiki, wiarygodności tych wyjaśnień – poinformował ponadto mec. Konieczny.

Dodał, że wedle jego wiedzy prokuratura nie ma jeszcze wyników badań krwi, które mają wykazać m.in., czy w momencie ataku na Pawła Adamowicza Stefan W. był pod wpływem środków psychoaktywnych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Leszek Czarnecki po przesłuchaniu w prokuraturze

Leszek Czarnecki przez ponad 11 godzin udzielał odpowiedzi i wyjaśnień w sprawie afery z KNF. Na nośnikach, według świadka, są najważniejsze informacje, które mogą przyczynić się do rozwikłania tej sprawy – poinformował w poniedziałek wieczorem prok. Tomasz Tadla, naczelnik śląskiego wydziału Prokuratury Krajowej, po przesłuchaniu Leszka Czarneckiego.

W poniedziałek ponad 11 godzin w katowickiej prokuraturze zeznawał biznesmen Leszek Czarnecki, właściciel m.in. Getin Noble Banku. Przesłuchanie zakończyło się ok. 22.30.

– (Leszek Czarnecki) złożył bardzo obszerne zeznania i dołączył nośniki informatyczne oraz urządzenia, które mogą posłużyć do weryfikacji wszystkich tych informacji, które były zawarte w zawiadomieniu pełnomocnika – powiedział Tadla po zakończeniu przesłuchania. – Na nośnikach – według świadka – są najważniejsze informacje, które mogą przyczynić się do rozwikłania tej sprawy, ale przede wszystkim są tam nagrane rozmowy tych osób, które są wymienione w zawiadomieniu – dodał.

„Gazeta Wyborcza” napisała we wtorek, że w marcu 2018 r. ówczesny przewodniczący KNF Marek Chrzanowski miał zaoferować Czarneckiemu przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 mln zł – miało to być wynagrodzenie dla wskazanego przez szefa KNF prawnika. Leszek Czarnecki nagrał tę ofertę i zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Po artykule w „GW” Chrzanowski złożył dymisję, a premier ją przyjął. O wszczęciu śledztwa poinformował we wtorek prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Jako wstępną kwalifikację prawną przyjęto z art. 231 par. 2 Kodeksu karnego – przekroczenie przez funkcjonariusza publicznego uprawnień celem osiągnięcia korzyści majątkowej przez osobę trzecią. Śledztwo prowadzi śląski wydział zamiejscowy Prokuratury Krajowej.

Według „GW” z nagrania, którego stenogram Czarnecki przekazał prokuraturze wraz z zawiadomieniem o przestępstwie, wynika, że Chrzanowski miał proponować mu następujące przysługi: usunięcie z KNF Zdzisława Sokala – przedstawiciela prezydenta w Komisji i szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – bo jest on zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego (Getin Noble Banku i Idea Banku) przez państwo; złagodzenie skutków finansowych zwiększenia tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł) oraz życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Czarneckiego.
Źródło info i foto: Fakt.pl