Atak nożownika w Hongkongu. Ranne 4 osoby

Nożownik ranił cztery osoby podczas kolejnego antyrządowego protestu w jednym z centrów handlowych w Hongkongu. Do zdarzenia doszło najprawdopodobniej na tle sporu politycznego – wskazują lokalne media.

Łącznie rannych zostało sześć osób: cztery poszkodowane przez nożownika, napastnik, którego pobił wściekły tłum, i mężczyzna, który próbował go ochronić – pisze gazeta „South China Morning Post”. Według miejscowego nadawcy RTHK wśród rannych jest prodemokratyczny przedstawiciel lokalnych władz Andrew Chiu Ka-yin, któremu odgryziono kawałek ucha.

Nożownik został aresztowany. Funkcjonariusze do rozpędzenia zgromadzonych użyli gazu łzawiącego.

„SCMP”, powołując się na słowa jednej z poszkodowanych, pisze, że napastnik wyjął nóż po kłótni. Według portalu Hong Kong Free Press mówił on po mandaryńsku i deklarował poparcie dla władz w Pekinie.

Do zdarzenia doszło w centrum handlowym Cityplaza, gdzie pokojowy początkowo protest, w ramach którego skandowano prodemokratyczne hasła i utworzono ludzki łańcuch, przerodził się w zamieszki. Policja zatrzymała kilka osób i poinformowała, że uczestnicy akcji zdemolowali jedną z restauracji.

Reuters relacjonuje, że jeden z mężczyzn był bity kijami przez protestujących, inny leżał w kałuży krwi na chodniku.

Do przepychanek i aktów wandalizmu doszło też w innych centrach handlowych w Nowych Terytoriach, w północnej części regionu. W jednym z centrów handlowych protestujący zablokowali wejście do galerii przy pomocy kabli i parasolek. Associated Press informuje, że w internecie wzywano do udziału w akcjach protestu w siedmiu miejscach.

To już 22. z rzędu weekend niepokojów w Hongkongu. Agencja Reutera ocenia, że do najpoważniejszych od miesięcy aktów przemocy doszło 2 listopada. Tego dnia protestujący zaatakowali miejscowy oddział chińskiej państwowej agencji prasowej Xinhua. W wydanym w niedzielę oświadczeniu agencja podkreśliła, że stanowczo potępia „barbarzyńskie działania tłumów”, które zdewastowały i podpaliły lobby redakcji. Stowarzyszenie Dziennikarzy Hongkongu również potępiło „wszelkie akty sabotażu przeciwko mediom” i wezwało do zakończenia przemocy wobec przedstawicieli tej branży.

W niedzielę biuro szefowej rządu Hongkongu Carrie Lam, która obecnie przebywa w Szanghaju, poinformowało, że we wtorek uda się ona do Pekinu, gdzie w środę będzie rozmawiać m.in. z wicepremierem Chin Hanem Zhengiem.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Starcia z policją na ulicach Barcelony. Wielu rannych

W Barcelonie w wieczornych starciach katalońskich separatystów z policją ponad 80 osób zostało rannych. Protesty mają związek z ogłoszonym w poniedziałek rano przez hiszpański Sąd Najwyższy orzeczeniem, skazującym 9 katalońskich polityków na kary więzienia od 9 do 13 lat.

Po północy służby medyczne Katalonii poinformowały, że ponad 80 osób potrzebowało pomocy lekarskiej lub ambulatoryjnej wskutek zamieszek trwających od późnego popołudnia w różnych częściach Barcelony. Pierwsze manifestacje niezadowolonych z wyroku skazującego katalońskich separatystów rozpoczęły się spontanicznie po południu na ulicach największych miast regionu: Barcelony, Tarragony oraz Girony. Po próbie zablokowania barcelońskiego lotniska El Prat przez protestujących policja użyła pałek i gazu łzawiącego, aby rozpędzić manifestantów. Wprawdzie do północy udało się wyprzeć większość protestujących z głównego portu lotniczego regionu, ale wciąż nie przywrócono porządku na terenie obiektu.

Według władz lotniska El Prat z powodu blokady oraz starć policji z manifestantami, w których ucierpiało 38 osób, w poniedziałek wieczorem odwołano ponad 100 lotów. Kilkanaście tysięcy manifestantów blokowało od wieczora główne ulice Barcelony. Większość z nich przyniosła ze sobą flagi Katalonii. W niektórych miejscach manifestanci starli się z policją lub obrzucili funkcjonariuszy kamieniami. Przed północą zwolennicy separatyzmu zablokowali też kilka tras szybkiego ruchu w Katalonii, w tym jedną z autostrad w okolicach Tarragony.

Katalońscy separatyści skazani

W poniedziałek rano Sąd Najwyższy skazał 9 katalońskich separatystów na kary od 9 do 13 lat więzienia za podburzanie w związku z nielegalnym referendum niepodległościowym w tym regionie Hiszpanii z 1 października 2017 r. Trzej pozostali oskarżeni w trwającym od lutego 2019 r. procesie zostali uznani za winnych tylko nieposłuszeństwa i uniknęli kary więzienia. Po południu premier Hiszpanii Pedro Sanchez wyraził przekonanie, że orzeczenie SN „zostanie w pełni wykonane”. Zaznaczył, że liczy, iż partie opozycyjne, reprezentowane w Kongresie Deputowanych, staną po stronie rządu po werdykcie skazującym katalońskich separatystów.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Starcia w stolicy Francji. Policja użyła gazu łzawiącego

„Dzień apokalipsy” zapowiadają w Paryżu działacze anarchistyczni z Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii. Chcą się przyłączyć do pierwszomajowych demonstracji przedstawicieli ruchu żółtych kamizelek oraz największych central związkowych. Do wczesnego popołudnia aresztowano 165 osób.

Na ulice Paryża wysłanych zostało osiem tysięcy policjantów i żandarmów. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że znowu zapłoną. Władze stolicy Francji poleciły zamknąć pół tysiąca sklepów, barów i restauracji znajdujących się w centrum Paryża.

Na dworcach sprawdzana jest zawartość plecaków i toreb przyjeżdżających do Paryża młodych podróżnych z Europy. Kontrole prowadzone są też na stacjach metra.

Kłęby czarnego dymu w Paryżu

Już przed godziną 14 w Paryżu doszło do pierwszych starć. Korespondent RMF FM donosił o kłębach czarnego dymu w stolicy Francji. Podpalane były ławki, samochody i pojemniki na śmieci.

Prezydent domaga się „stanowczych działań wobec agresywnych grup”

Prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział we wtorek podczas sesji rady ministrów, że domaga się „niezwykle stanowczych” reakcji, gdyby podczas obchodów 1 maja doszło aktów przemocy i wandalizmu. Minister spraw wewnętrznych Cristophe Castaner podkreśli, że krajowe służby bezpieczeństwa mają informacje o dwóch tysiącach „radykalnych aktywistów”, którzy mają się pojawić w Paryżu.

Może do nich dołączyć kilka tysięcy osób, które należałoby już nazywać ultra-żółtymi, czyli żółtymi kamizelkami, które się zradykalizowały – tłumaczył.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Kolejny zryw „żółtych kamizelek” we Francji

Ruch „żółtych kamizelek”, podzielony w związku z decyzją wystawienia kandydatów w majowych wyborach europejskich, mobilizuje się od nowa w kolejną sobotę. Jak pisze AFP, wyzwaniem dla ruchu jest to, aby pozostał widoczny i słyszalny na ulicy, w sytuacji, gdy próbuje się tłumić gniew jego członków poprzez ogłoszoną przez prezydenta Emmanuela Macrona „wielką debatę narodową”.

W ciągu ostatnich dwóch sobót w tradycyjnych protestach wzięło udział w całej Francji 84 tysiące osób i wydaje się, że protesty nasilają się po przerwie świątecznej i noworocznej. W Paryżu w sobotę demonstranci będą rozproszeni na czterech marszach zgłoszonych w prefekturze.

W sobotę rano na Polach Elizejskich zebrało się już około 150 „żółtych kamizelek”. Beszir Mahroug, 42-letni elektryk z Paryża, przybył na protest 11. raz, gdyż, jak mówi, „nic się nie zmieniło. Chcemy zwiększenia zagwarantowanej płacy minimalnej (SMIC) i nie zatrzymamy się, dopóki jej nie otrzymamy. Będziemy wracać tu w każdy weekend”.

Ruch „żółtych kamizelek” ogłosił w ubiegłym tygodniu, że wystawi swoich 79 kandydatów w wiosennych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Według sondaży wynika, że ich lista wyborcza znalazłaby się na trzecim miejscu, za prezydenckim ugrupowaniem Republiko Naprzód! (LREM) i Zjednoczeniem Narodowym (dawniej Frontem Narodowym) Marine Le Pen.

Według analityków przyczyni się to do odebrania głosów skrajnej prawicy i lewicy, co ma doprowadzić do poprawy pozycji partii prezydenta Macrona.
Źródło info i foto: interia.pl

Nowy bilans zamieszek we Francji. Prawie 100 rannych, 300 zatrzymanych

Przez Francję przetacza kolejna fala protestów. To już trzecia z rzędu sobota, gdy w kraju odbywają się demonstracje przeciwko podwyżkom cen paliw. W całym kraju na znak sprzeciwu blokowane są drogi. W Paryżu, przy Łuku Triumfalnym policja starła się z ”żółtymi kamizelkami”. niemal 100 osób zostało rannych, a niemal 300 aresztowano. Protestujący podpalali samochody i rozbijali witryny sklepowe.

Rannych zostało co najmniej 11 członków sił bezpieczeństwa – wynika z informacji Reutersa. Reuters pisze o kilkunastu samochodach, które stanęły w płomieniach wokół Pól Elizejskich.

Reuters powołując się na świadka wydarzeń w Paryżu informuje o podpaleniu protestujących budynku w okolicach Łuku Tryumfalnego. Reuters informuje też nieoficjalnie, powołując się na źródła w policji, że protestujący ukradli karabin szturmowy z jednego z radiowozów.

Minister zdrowia Agnes Buzyn nazwała zachowanie uczestników protestów „nieakceptowalnym” i wezwała przedstawicieli „żółtych kamizelek” do wypowiedzenia się przeciwko „ekstremistycznym grupom próbującym przejąć ich zgodny z prawem protest”.

– Chciałabym usłyszeć jak żółte kamizelki mówią, że ta demonstracja została przejęta przez ekstremistów, czego oni nie akceptują – powiedziała minister apelując do protestujących, by ci zorganizowali się na tyle, by móc prowadzić dialog z rządem.

Policja musiała używać przeciwko protestującym granatów hukowych, gazu łzawiącego i armatek wodnych. W mieście zamknięto ponad 12 stacji metra.

Premier Francji Edouard Philippe podkreślił, że choć rząd jest „przywiązany do dialogu”, ale jednocześnie nalega na szacunek wobec prawa.

Uczestnicy protestu umieścili na fasadzie Łuku Tryumfalnego napis „Żółte kamizelki zatryumfują”. Niektórzy demonstranci wchodzili na Łuk Tryumfalny.

W Paryżu zmobilizowano pięć tysięcy policjantów. Pola Elizejskie zamknięte dla ruchu kołowego, wszędzie kontrole przechodniów – sprawdzane są torebki i plecaki. Miało to ustrzec przed powtórką z zamieszek z ubiegłego tygodnia, gdy demolowano sklepy i restauracje, palono samochody. Straty oceniono na milion euro.

Jednak przed południem w pobliżu Łuku Triumfalnego policja starła się z protestującymi ”żółtymi kamizelkami”. Demonstranci próbowali przedrzeć się przez punkt kontrolny położony przy Łuku Triumfalnym. Rozpędzeni przy użyciu gazu łzawiącego rozbiegli się po sąsiednich ulicach i stamtąd próbują przedrzeć się na reprezentacyjną arterię miasta. Dziesięć osób zostało rannych, ponad 160 aresztowano.

Premier Francji Edouard Philippe poinformował, że w protestach w całej Francji bierze udział około 36 tysięcy osób, z czego 5500 to uczestnicy manifestacji w Paryżu.

Do zamieszek doszło także w Ardenach. W licznych miejscach Francji blokowane są drogi. Protest spotyka się z sympatią i wsparciem 85 procent społeczeństwa, sprzeciwiającego się planom podwyżek paliw

„Żółte kamizelki” – jak ze względu na noszenie tego typu ubrań zapewniających bezpieczeństwo na drogach nazywany jest ruch protestujących, nie zamierzają składać broni. Demonstrują przeciwko podwyżce paliw. Olej napędowy ma zdrożeć o ponad sześć centów na litrze. Według prezydenta Emmanuela Macrona, ma to być element walki o ochronę środowiska.

Za porażkę uznano próbę rozmów premiera Edouarda Philippe’a z „żółtymi kamizelkami”. Z zaproszonych ośmiu gości przyszło dwóch. Szef rządu uznał jednak, że rozmowa była interesująca, bezpośrednia, pełna szacunku, przydatna i dodał, że drzwi do jego biura w Pałacu Matignon są przed „żółtymi kamizelkami” zawsze otwarte”.
Źródło info i foto: rp.pl

Bilans po protestach „żółtych kamizelek” w Belgii

Dwunastu rannych policjantów, 74 osoby aresztowane, kilka spalonych samochodów – to bilans wczorajszych protestów w Brukseli przeciwko podwyżkom cen paliw. Belgijski minister spraw wewnętrznych zapowiedział, że dziś policja też będzie zmobilizowana.

Protest tak zwanych żółtych kamizelek przeniósł się z Francji do Belgii. Szef MSW Jan Jambon, powiedział że w związku z zapowiadanymi na dziś protestami we Francji, siły policyjne w belgijskiej stolicy pozostają w gotowości. Kontynuowane będą też zatrzymania agresywnych osób po piątkowych protestach.

– Osoby, które zostały zatrzymane, usłyszą w sobotę zarzuty. Protestować można, ale niedopuszczalne są ataki na policjantów. A ci, którzy dopuścili się aktów agresji i jeszcze nie zostali zatrzymani nie mogą czuć się spokojnie. Mamy nagrania z kamer i zeznania – powiedział telewizji VRT szef belgijskiego MSW.

Piątkowa manifestacja do pewnego momentu przebiegała spokojnie, ale później demonstranci zaczęli blokować tunele w mieście, wywracać policyjne samochody i podpalać je. Protestujący obrzucili też kamieniami siedzibę premiera i domagali się jego ustąpienia.

Do podobnych incydentów doszło miniony w weekend we Francji, gdzie „żółte kamizeli” protestowały przeciwko podwyżce podatków we Francji, które Macron tłumaczy koniecznością redukcji globalnego ocieplenia.
Źródło info i foto: TVP.info

W Niemczech aresztowano 6 skrajnie prawicowych ekstremistów

W Niemczech aresztowano sześciu mężczyzn podejrzanych o stworzenie „skrajnie prawicowej organizacji terrorystycznej” w Chemnitz, w Saksonii na wschodzie kraju, gdzie latem tego roku wybuchły antyimigranckie protesty. Cała szóstka to obywatele Niemiec w wieku od 20 do 30 lat.

Federalna prokuratura zarzuciła im w poniedziałek utworzenie grupy o nazwie „Rewolucja Chemnitz” wraz z jeszcze jednym mężczyzną, który we wrześniu został aresztowany w oddzielnej sprawie. Prokuratorzy poinformowali w oświadczeniu, że mężczyźni planowali przeprowadzić zbrojne ataki przeciwko cudzoziemcom i przeciwnikom politycznym.

Jak podaje agencja Associated Press, ponad 100 funkcjonariuszy było zaangażowanych w aresztowania, które przeprowadzono w Saksonii i Bawarii, a także w przeszukanie kilku posiadłości związanych z podejrzanymi. W Chemnitz pod koniec sierpnia w bójce z udziałem osób różnych narodowości zginął Niemiec, po czym aresztowano dwóch obcokrajowców. Śmierć ta doprowadziła do najgwałtowniejszych od dekad protestów skrajnej prawicy.

18 września sąd zwolnił z aresztu jednego z zatrzymanych, Irakijczyka; w areszcie wciąż przebywa Syryjczyk.
Źródło info i foto: interia.pl

75 islamistów skazanych na śmierć w Egipcie

Sąd w Egipcie skazał 75 osób, w tym członków Bractwa Muzułmańskiego, na karę śmierci za przestępstwa w czasie protestów na placu Rabaa w 2013 roku. Demonstranci sprzeciwiali się wówczas odsunięciu od władzy związanego z Bractwem Muzułmańskim prezydenta Mohammeda Mursiego. Wyrok zapadł w ramach zbiorowego procesu, w którym oskarżonych jest ponad 700 osób. Kara śmierci wobec większości skazanych ma zostać wykonana przez powieszenie.

Islamiści z wyrokiem śmierci

Wśród skazanych są niektórzy przywódcy Bractwa Islamskiego, m.in. Essam el-Arian, Mohammed el-Beltagi i Safwat Hegazi. Trybunał nie wydał dotąd wyroku na głównego lidera Bractwa Muzułmańskiego Mohameda Badię, również oskarżonego w tym procesie.

Wyrok nie jest jeszcze prawomocny. Zgodnie z egipskim prawodawstwem jego wykonanie może nastąpić dopiero po wyrażeniu opinii w tej sprawie przez muftiego, ten jednak zazwyczaj potwierdza wyroki trybunału.

– Na ogół wyrok nie zmienia się, ale można się od niego odwoływać – powiedział dziennikarzom jeden z adwokatów. W uzasadnieniach wyroków zarzuca się skazanym m.in. udział w zbrojnym wystąpieniu, okupowanie siedzib urzędów państwowych oraz budynków publicznych i prywatnych w celach terrorystycznych, umyślne zabójstwa osób cywilnych i policjantów bądź usiłowania zabójstwa – podaje egipska agencja prasowa MENA.

Adwokat Mohamed Asziri Mohamed, obrońca jednego z 664 oskarżonych, którzy jeszcze nie usłyszeli wyroków, poinformował dziennikarzy, że „prawdopodobnie 8 września nastąpi potwierdzenie wyroków na 75 skazanych na śmierć oraz ogłoszenie wymiaru kary wobec pozostałych oskarżonych, która nie będzie karą śmierci”.

„Parodia sprawiedliwości”

Wyrok egipskiego sądu ostro skrytykowała organizacja Amnesty International, zajmująca się obroną praw człowieka. Według jej przedstawicieli cały proces jest „rażąco niesprawiedliwy” i sprzeczny z egipską konstytucją.

– Można to jedynie opisać jako parodię sprawiedliwości – stwierdziła przedstawicielka AI, Najia Bounaim.

Wśród skazanych na karę śmierci jest fotoreporter Mahmoud Abu Zeid, znany jako Shawn. W maju otrzymał od UNESCO Nagrodę Wolności Prasy. Sąd skazał go za fotografowanie wojskowych represji w trakcie protestów w Kairze 14 sierpnia 2013 roku. W wyniku działań egipskich sił bezpieczeństwa zginęło wówczas 900 osób, jak podkreśla organizacja – w przeważającej większości nieuzbrojonych. Żaden funkcjonariusz ani wojskowy nie został pociągnięty do odpowiedzialności w tej sprawie – zaznacza Amnesty International.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Kara śmierci za gwałt na dzieciach do 12 roku życia w Indiach

Indyjski rząd uchwalił w sobotę karę śmierci dla gwałcicieli dzieci poniżej 12 roku życia. Następuje to po protestach i wzburzeniu, jakie zapanowało w kraju po gwałcie na 8-letniej dziewczynce i jej zamordowaniu. Zaostrzono też minimalne kary za gwałt.

Po powrocie ze szczytu Wspólnoty Narodów (byłych dominiów i części brytyjskiego imperium kolonialnego) premier Indii Narendra Modi w sobotę zwołał posiedzenie rządu, by zatwierdzić poprawkę w przepisach o przemocy seksualnej. Rząd dla gwałcicieli dzieci w wieku poniżej 12 lat wprowadził karę śmierci.

Kara śmierci tylko za gwałt zbiorowy

Rozporządzenie zostanie przedłożone do aprobaty prezydentowi. Jak powiedział agencji AFP rozmówca ze sfer rządowych, złożenie podpisu przez prezydenta Rama Natha Kovindę wydaje się tylko formalnością. By stało się obowiązującym prawem, rozporządzenie musi otrzymać w ciągu pół roku aprobatę parlamentu, a do tego czasu będzie samo stanowiło podstawę prawną w sprawach przeciwko gwałcicielom.

Do tej pory najwyższym wymiarem kary na mocy przepisów z 2012 roku za gwałt na nieletnich była kara dożywotniego więzienia. Kodeks karny przewiduje jednak karę śmierci za gwałt zbiorowy. Ale gwałty na dzieciach mimo ówczesnego zaostrzenia kar trwały, ich liczba nie wykazywała tendencji spadkowych. W 2015 roku doszło do 11 tys. przestępstw tego typu.

Więzili i gwałcili 8-latkę

Zgwałcenie i zabójstwo ośmioletniej dziewczynki wywołały ostatnio protesty w dużych miastach Indii, ale dopiero w dwa miesiące po fakcie. Od tygodnia w dużych miastach Indii młodzi ludzie protestowali przeciw zbrodni na kaszmirskiej muzułmańskiej dziewczynce i przeciw gwałtowi popełnionemu przez posła lokalnego parlamentu w stanie Uttar Pradeś.

Ośmiolatka zaginęła 10 stycznia, gdy poszła wypasać konie. Dziewczynka należała do grupy koczowników Bakarwal, którzy zimą schodzą z gór Kaszmiru na cieplejsze wzgórza regionu Dżammu w północno-zachodnich Indiach. Grupa wypasała konie dość blisko miasta Kathua. Zwłoki znaleziono dopiero po tygodniu. We krwi dziewczynki lekarze wykryli lek na padaczkę, który ma działanie usypiające. Dziecko było przetrzymywane i gwałcone przez tydzień w miejscowej świątyni. Aresztowano osiem osób, w tym emerytowanego urzędnika i czterech policjantów. Dwóch z nich miało brać udział w gwałcie, a reszta funkcjonariuszy zacierała ślady przestępstwa.

Chcieli przestraszyć koczowników

Zdaniem śledczych zabójcy chcieli przestraszyć i przegonić koczowników z wioski. Do protestujących mieszkańców dołączyli dwaj stanowi ministrowie z Indyjskiej Partii Ludowej, która jest w koalicyjnym rządzie stanu Dżammu i Kaszmir. Na początku kwietnia, podczas sporządzania protokołu dochodzenia przez śledczych, lokalna rada adwokacka z Kathui przez pół dnia blokowała wejście do sądu.

Część opinii publicznej uważa, że media w Delhi cenzurują informacje płynące ze stanów Dżammu i Kaszmir i nie chcą poruszać spraw związanych z muzułmanami z obawy, że zostaną oskarżone przez władze o poglądy antypaństwowe. Kaszmir od kilkudziesięciu lat jest podzielony między Indie i Pakistan, a miejscowa ludność muzułmańska żąda niepodległości.

Największe kanały telewizyjne i gazety podchwyciły temat zbrodni dopiero wtedy, kiedy lider opozycji z partii Indyjski Kongres Narodowy Rahul Gandhi wziął udział w demonstracji ze świecami pod Bramą Indii, monumentem w centrum Delhi. Protest Gandhiego objął również sprawę posła Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) do parlamentu stanowego Uttar Pradeś, który w połowie 2017 r. miał zgwałcić 17-latkę. Na początku kwietnia br. ojciec dziewczyny zmarł po pobiciu przez zwolenników posła. Krótko po tym dziewczyna próbowała podpalić się pod siedzibą szefa stanowych władz.

Decyzja rządu ma odstraszyć mężczyzn

Wielu protestujących wyrażało swój gniew zwłaszcza na rządzącą BJP. Do tej pory aresztowano łącznie co najmniej dziewięciu podejrzewanych, w tym posła BJP i czterech urzędników policji w obu tych sprawach.

Jak mówi prawniczka Abha Singh, sobotnie rządowe posunięcie ma odstraszyć mężczyzn do popełniania gwałtów. Singh wzywa jednak rząd do wyznaczenia ram czasowych na postawienie podejrzanych przed sądem, ponieważ w Indiach instytucje te znane są z notorycznego zwlekania i odraczania spraw. Liczba tak przewlekających się spraw przekracza 30 mln.

Według niej wskaźnik zasądzeń w sprawach o gwałt wynosi jedynie 28 proc, a to oznacza, że 72 sprawców na 100 żyje dalej bezkarnie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Krwawe starcia z policją w Peru

Ułaskawienie b. prezydenta Peru Alberto Fujimoriego, jakie podpisał w niedzielę prezydent Pedro P. Kuczynski, wywołało protesty w stolicy kraju. Kilkaset osób demonstrowało w centrum Limy trzymając w rękach fotografie osób, które straciły życie za jego rządów.

Demonstranci niezadowoleni z faktu, że Fujimori odsiadujący karę 25 lat więzienia w związku z udowodnionym mu współudziałem w zabójstwie 15 osób w okręgu Barrios-Altos w 1991 r. oraz w porwaniu i zamordowaniu dziewięciorga studentów i wykładowcy z Uniwersytetu La Cantuta w Limie w 1992 r., został oswobodzony, przerwali kordon policji na placu San Martin w centrum miasta.
Jedna z grup udała się następnie pod szpital Centenario, gdzie od soboty jest hospitalizowany Fujimori – przewieziony tam z powodu spadku ciśnienia krwi i nieprawidłowego rytmu serca. Druga udała się natomiast pod siedzibę głowy państwa – podała stacja radiowa RPP.

Policja użyła gazu łzawiącego. Doszło do starć. Wiele osób odniosło obrażenia – czytamy na portalu dziennika „La Republica”.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl