Pedofil Mariusz T. skazany na sześć lat więzienia za posiadanie pornografii z udziałem dzieci

Jak poinformowała Polska Agencja Prasowa, Mariusz T. został we wtorek skazany na sześć lat pozbawienia wolności za posiadanie pornografii dziecięcej. Mężczyzna popełnił przestępstwo w trakcie pobytu w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. W 2014 r. Mariusz T., po odbyciu kary 25 lat więzienia za zabójstwo czterech chłopców z Piotrkowa Trybunalskiego, trafił do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.

Dwa lata później, w trakcie jednego z przeszukań, znaleziono u niego nośniki cyfrowe z dziecięcą pornografią. Akt oskarżenia przeciwko Mariuszowi T. oraz Mirosławowi S. – ówczesnemu współlokatorowi T. – prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego w Gostyninie w 2018 r., a proces rozpoczął się w kwietniu 2019 r.

We wtorek Sąd Rejonowy w Gostyninie skazał Mariusza T. na sześć lat pozbawienia wolności. Wobec Mirosława S. wymierzono karę roku więzienia. Sędzia Iwona Wiśniewska-Bartoszewska, rzeczniczka płockiego Sądu Okręgowego, któremu podlega gostyniński Sąd Rejonowy, poinformowała w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że wyrok nie jest prawomocny.

– Za posiadanie treści pornograficznych z udziałem dzieci oraz posiadanie wytworzonego wizerunku osoby małoletniej sąd wymierzył Mariuszowi T. karę łączną sześciu lat pozbawienia wolności, natomiast wobec drugiego oskarżonego, który stanął pod zarzutem posiadania wytworzonego wizerunku osoby małoletniej, sąd orzekł rok pozbawienia wolności – przekazała sędzia Wiśniewska-Bartoszewska.

Od września 2019 r. T. przebywa w jednym z zakładów karnych, gdzie odbywa karę pięciu lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności za posiadanie pornografii dziecięcej w latach 2006-14 (w tym czasie przebywał w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich).
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Jest wniosek do prokuratury ws. Stanisława Dziwisza

Komisja ds. pedofili informuje, że „skierowała we własnym zakresie zawiadomienie i wniosek o przeprowadzenie postępowania” w sprawie czterech hierarchów – Tadeusza Rakoczego, Stanisława Dziwisza, Romana Pindla i Piotra Gregera. Chodzi o podejrzenie niezawiadomienia organów ścigania o przestępstwie.

Pismo w tej sprawie otrzymał Janusz Szymik, który w latach 80. był wykorzystywany seksualnie przez ks. Jana Wodniaka, proboszcza w Międzybrodziu Bialskim (województwo śląskie). List, który otrzymała także Gazeta.pl, dotyczy zarejestrowaniu dwóch zgłoszeń w sprawie popełnienia przestępstwa z art. 240 par. 1 k.k. Chodzi o przepis dotyczący niezawiadomienia organów o możliwości popełnienia przestępstwa.

Zawiadomienie w komisji złożył mecenas Artur Nowak, pełnomocnik Janusza Szymika. „Komisja […] przekazała ww. zgłoszenia w dniu 2 marca 2021 do Zastępcy Prokuratora Generalnego” – czytamy. Dalej w piśmie poinformowano, że komisja „skierowała we własnym zakresie zawiadomienie i wniosek o przeprowadzenie postępowania w sprawie podejrzenia popełnienia przez Tadeusza Rakoczego, Stanisława Dziwisza, Romana Pindla i Piotra Gregera czynów stypizowanych w przepisie art. 240 par. 1 k.k.”.

„Wreszcie komisja może kierować wnioski do prokuratury”

– Wreszcie komisja może kierować wnioski do prokuratury, może występować w tej sprawie jako oskarżyciel posiłkowy i może, ze mnie przynajmniej, zdjąć część obowiązku udowadniania, że te rzeczy się w przeszłości wydarzyły i ci hierarchowie przez tyle lat nic z tą sprawą nie robili, cały czas ją ukrywając poprzez brak swojego działania – powiedział w TVN24 Janusz Szymik. – Uważam, że komisja działa, jak na komisję, szybko i sprawnie. Zdążyła przeanalizować moje materiały, które przedstawiłem i zdążyła wyciągnąć wnioski, że zachodzi uzasadnione podejrzenie naruszenia przepisu artykułu 240 Kodeksu karnego przez wymienionych przeze mnie hierarchów – dodał. Jak podkreślił, daje państwowej komisji „kredyt zaufania”. – Widzę, że wszyscy, co do których mam żal, że we właściwym czasie nie zachowali się jak ludzie sumienia i nie wdrożyli odpowiednich procedur, będą pociągnięci przed oblicze komisji w celu złożenia stosownych wyjaśnień w tym zakresie – przyznał.

Biskup Tadeusz Rakoczy w latach 1992-2013 kierował diecezją bielsko-żywiecką. Od 2013 r. jest biskupem seniorem. Z relacji Szymika wynika, że bp Rakoczy dowiedział się o przestępstwach seksualnych, których dokonał ks. Janusz Wodniak już w 1993 roku.

Roman Pindel jest obecnym biskupem diecezji bielsko-żywieckiej, natomiast Piotr Greger jest biskupem pomocniczym diecezji. W przeszłości przesłuchiwał m.in. Janusza Szymika w postępowaniu dotyczącym ks. Wodniaka. Szymik uważa, że również kard. Stanisław Dziwisz wiedział o sprawie. W 2012 roku miał go poinformować o niej ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kard. Dziwisz mówił w październiku ubiegłego roku w TVN24, że proponował Szymikowi spotkanie. Według ofiary ks. Wodniaka do dzisiaj spotkanie się nie odbyło.

„Wtórna wiktymizacja”

– Wieloletnie przewlekanie tej sprawy przez biskupa Rakoczego i kardynała Dziwisza z dzisiejszego punktu widzenia zrobiło mi większą krzywdę niż rzeczywisty okres wykorzystywania seksualnego. Gdyby w 1993 roku biskup podjął stosowne działania i odsunął sprawcę od urzędu i gdyby nie wymuszono na mnie wtedy wycofania zawiadomienia z prokuratury, Wodniak zostałby zapewne skazany prawomocnym wyrokiem. Nie byłoby dalszych ofiar i całego postępowania, które dla mnie było wtórną wiktymizacja – mówił w Gazeta.pl Janusz Szymik.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Potrącił kobietę na proteście. „Sprawa zostanie umorzona”

– W trakcie prowadzonego postępowanie policjanci nie stwierdzili, żeby mężczyzna naruszył czyjeś prawa i popełnił przestępstwo, dlatego sprawa zostanie umorzona – poinformowała policja. Chodzi o sprawę potrącenia jednej z uczestniczek warszawskiego protestu.

W poniedziałek 26 październik na warszawskim Mokotowie odbywał się jeden z protestów związanych z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji. W pewnym momencie na skrzyżowaniu ulic Gagarina i Parkowej kierowca Volkswagena Golfa próbował przejechać przez tłum i potrącił jedną z uczestniczek demonstracji. – Postanowiłam otworzyć przednie drzwi jego samochodu, bo to był – jak mi się wydawało – jedyny sposób, by go zatrzymać i by nikogo nie potrącił. Ale on ruszył i potrącił mnie. Upadłam na asfalt. Sprawca z piskiem opon odjechał – mówiła w rozmowie z Onetem poszkodowana Agata Pruchniewska. Kobieta doznała urazów rąk i nogi. Sprawę zgłosiła na policję, a nagranie ze zdarzenia udostępniła na Facebooku.

Policji udało się ustalić tożsamość kierowcy. Mężczyzna został przesłuchany. Jak informuje Onet, początkowo postępowanie było prowadzone pod kątem narażenia człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowi. Ostatecznie jednak nie stwierdzono, aby kierowca naruszył czyjeś prawa. – W trakcie prowadzonego postępowanie policjanci nie stwierdzili, żeby mężczyzna naruszył czyjeś prawa i popełnił przestępstwo, dlatego sprawa zostanie umorzona. Z zabezpieczonego materiału w postaci nagrań i zeznań świadków wynikało, że nie miał on zamiaru doprowadzić do naruszenia zdrowia kogokolwiek – powiedział Onetowi podkom. Robert Koniuszy.

Portal ustalił nieoficjalnie, że mężczyzna ideologicznie zgadza się z protestującymi, ale tego dnia spieszył się, by odebrać dzieci z przedszkola. Podkreślał, że tłumaczył uczestniczkom protestu, że musi przejechać, jednak te uniemożliwiały mu to. „Jak zeznał kierowca volkswagena, kiedy zrobiło się trochę wolnego miejsca, ruszył autem „delikatnie”, z prędkością 2-4 km na godzinę. Natomiast kiedy już mógł normalnie jechać, przyspieszył i – według jego relacji – wtedy jedna z kobiet złapała za klamkę drzwi auta i się wywróciła” – pisze Onet.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Syn częstochowskich prokuratorów skazany za „bestialskie pobicie sąsiada bez powodu”

Adam wezwał policję do sąsiadów z powodu zakłócania ciszy nocnej. W mieszkaniu pod nim odbywała się impreza, na której bawili się syn prokuratorów i prezes klubu piłkarskiego. W odwecie – według ustaleń śledczych – wyłamali oni drzwi do mieszkania Adama i „dali mu nauczkę”. Dzisiaj usłyszeli wyroki. Sąd Rejonowy w Częstochowie skazał Mateusza T. i Adama C. za uszkodzenie drzwi mieszkania w bloku, należącego do Adama Sz. Obaj dostali za to po roku pozbawienia wolności.

Na uszkodzeniu drzwi się jednak nie skończyło.

Sędzia uznała T. za winnego tego, że po dostaniu się do mieszkania Sz. „wziął udział w jego pobiciu, używając niebezpiecznego narzędzia w postaci toporka”. Sz. doznał wstrząśnienia mózgu, sińca prawej strony klatki piersiowej, złamania łuku żebra, rany tłuczonej nosa, rany tłuczonej podbródka, sińca okolicy jarzmowej.

Za to T. usłyszał wyrok roku i 10 miesięcy pozbawienia wolności.

Zdaniem sądu udział Adama C. w pobiciu polegał na tym, że przytrzymywał za ręce żonę Adama Sz. i groził jej wyrzuceniem przez okno, uniemożliwiając jej obronę męża, któremu T. w tym czasie zadawał obrażenia. Sędzia stwierdziła, że w ten sposób zwiększył w znaczny sposób poczucie bezradności Sz. i wpłynął w znaczny sposób na rodzaj obrażeń.

C. dostał za to rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności. Ponadto sędzia skazała go na 10 miesięcy za próbę wpływu na żonę Sz., by zaniechała zawiadamiania policji.

Łącznie T. został skazany na 2 lata, a C. na rok i 10 miesięcy.

T. to syn częstochowskich prokuratorów. C. w chwili zdarzenia był prezesem klubu piłkarskiego. Pierwszy ma spędzić w więzieniu łącznie dwa lata, drugi dwa miesiące krócej.

Wyrok jest nieprawomocny, obrońcy oskarżonych zapowiadają apelację. – Rola i udział w mojej ocenie jest nie taka, jak zasądzona przez sąd – podkreślił Radosław Kadzidłowski, obrońca oskarżonego Adama C.

Prośba o spokój i brutalna zemsta.

Bo poprosił o ściszenie muzyki

Do zdarzenia doszło w nocy z 26 na 27 sierpnia 2017 roku na Michałowskiego w Częstochowie. T. i C. imprezowali w mieszkaniu w bloku. Sz., który mieszkał nad nimi z żoną, prosił ich o ściszenie muzyki. Gdy nie odniosło to skutku, wezwał policję. Za to miał zostać napadnięty i pobity we własnym mieszkaniu przez skazanych dzisiaj mężczyzn.

Nie zaprzeczali, że włamali się do mieszkania. T. przyznał się, że bił i kopał sąsiada, ale nie toporkiem. Twierdził, że wziął to narzędzie i wyrzucił w krzaki. Po napadzie Adam Sz. wyprowadził się z mieszkania na Michałowskiego i już nigdy tam nie wrócił. Jego małżeństwo się rozpadło. Na pierwszej rozprawie Sz. zgodził się na mediację, która jednak nie doszła do skutku.

Bestialskie, ale nie chuligańskie

Sędzia Anna Stasiak mówiła w uzasadnieniu, że „nawet na nagraniu widać, że [oskarżeni] chcieli dostać się do mieszkania Sz. każdym sposobem”. Chodzi o filmiki, które w trakcie włamania zarejestrował telefonem Sz.

– Zdaniem sądu nie udało się ustalić ponad wszelką wątpliwość, kto był pomysłodawcą, ale nie ulega wątpliwości, że cel był wspólny – mówiła sędzia. – Celem było danie nauczki pokrzywdzonemu.

Przestępstwo, jak mówiła sędzia Stasiak, miało charakter chuligański, bo skazani dopuścili się kilku czynów (włamanie, pobicie, groźby), działali publicznie (w klatce schodowej) i swoim zachowaniem wykazali się „rażącym lekceważenie dla porządku prawnego”. – Znamienne w tej sprawie jest to, że po zdarzeniu polegającym na zwróceniu uwagi, żeby nie przeszkadzać w spoczynku – bo to było po 22 – doszło do tak brutalnego zachowania sprawców – podkreśliła. – Nie było powodu, żeby to miało miejsce – dodała. – Osobie przeciętnej trudne jest do wyobrażenia sobie takiego zdarzenia.

Znowu przywołała nagrania telefoniczne, które wskazują, że było to „brutalne i bezwzględne”. – Osobę pokrzywdzoną chciano przedstawić jako prowokatora. Ktoś kto potrzebował tylko spoczynku, został niemal zakatowany przez osoby, które z nieznanych sądowi przyczyn zachowywały się w sposób bezkarny.

Sędzia wskazała, że w efekcie małżeństwo Sz. się rozpadło.

„Zniszczyli życie kilku osób”

– Jego rola w tym zdarzeniu była wiodąca – mówiła sędzia o synu prokuratorów. – On był bardziej agresywny, zadawał silne uderzenia, stosował agresję słowną. Pokrzywdzony doznał poważnych rozległych obrażeń ciała i nie miał praktycznie żadnej możliwości obrony. Oskarżony po zdarzeniu nie zrobił nic, po prostu zostawił pokrzywdzonego i odszedł.

Poruszyła temat toporka. – Z zeznań pokrzywdzonego wynika, że wybierali się w góry i miał go używać w górach. Gdyby nie było silikonowej nakładki, to pokrzywdzony mógłby umrzeć albo doznać jeszcze poważniejszych obrażeń. Przeżywa traumę do dnia dzisiejszego – dodała sędzia Stasiak.

– Należy podkreślić, że były to działanie bestialskie, okrutne, barbarzyńskie, pod wpływem alkoholu. Takie zachowania wymagają napiętnowania tak, aby osoby pokrzywdzone nie czuły się z góry skazane na przegraną. Tak nie jest w państwie prawa i państwie praworządnym – podsumowała.
Źródło info i foto: tvn24.pl

37-latek aresztowany za napaść na ratowników medycznych

37-latek zatrzymany po interwencji grodziskich policjantów w jego domu usłyszał zarzut czynnej napaści na funkcjonariuszy publicznych oraz znieważenia ich. Mężczyzna zaatakował nożem ratowników medycznych wezwanych w celu udzielenia mu pomocy. Decyzją sądu został aresztowany na 3 miesiące. Za popełnione przez niego przestępstwo grozi mu kara pozbawienia wolności do 10 lat.

Tuż przed północą grodziscy policjanci otrzymali zgłoszenie o ataku na ratowników medycznych w jednym z domów. Funkcjonariusze natychmiast pojawili się na miejscu, gdzie zastali dwóch ratowników medycznych i wskazanego przez nich agresora. Z ich wyjaśnień wynikało, że zostali wezwani w celu udzielenia pomocy mężczyźnie, który miał mieć problemy z oddychaniem. Na miejscu okazało się, że osoba ta była pod wpływem alkoholu i nie wymagała pomocy. Po pouczeniu o niepotrzebnym wezwaniu pacjent wszczął awanturę, w czasie której chwycił nóż i skierował go w stronę ratowników, wyzywając ich. Mężczyznom udało się obezwładnić napastnika. 37-latek został zatrzymany.

Po wytrzeźwieniu usłyszał zarzut czynnej napaści na funkcjonariuszy publicznych i znieważenia ich podczas wykonywania obowiązków służbowych. Sąd zdecydował o tymczasowym aresztowaniu mężczyzny na okres 3 miesięcy. Za popełniony czyn grozi mu nawet 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Bydgoszcz: Opublikowano zdjęcia poszukiwanego złodzieja

Policjanci z Komisariatu Policji Bydgoszcz-Śródmieście zwracają się z prośbą o pomoc w identyfikacji osoby przedstawionej na zdjęciach. Wszyscy, którzy rozpoznają mężczyznę, bądź posiadają jakiekolwiek informacje o osobie mogącej mieć związek z przestępstwem, proszeni są o kontakt osobisty lub telefoniczny z policjantami.

Kryminalni z bydgoskiego Śródmieścia prowadzą postępowanie w sprawie kradzieży perfum. Zdarzenie miało miejsce 07 sierpnia 2020 r. w jednej z drogerii na terenie Centrum Handlowego przy ul. Jagiellońskiej w Bydgoszczy.

Policjanci zbierają informacje mogące przyczynić się do identyfikacji osoby przedstawionej na zdjęciach. Informacje można przekazać pod numerem telefonu 47 751 11 30, a także całodobowo pod numerami 47 751 11 59 lub 112 powołując się na znak sprawy L.dz. I-Krm 3101/20.
Źródło info i foto: se.pl

Porwał dziecko na stacji paliw w ukraińskim Boryspolu. Przyznał, że chciał popełnić przestępstwo

Na terenie jednej ze stacji paliw w ukraińskim Boryspolu mężczyzna wykorzystał nieuwagę matki i porwał kilkuletnią dziewczynkę, po czym odjechał. Policjantom udało się ująć sprawcę dzięki nagraniom z kamer monitoringu. Informację o zaginięciu dziewczynki przekazano wszystkim okolicznym posterunkom policji. Do porwania doszło w chwili, gdy matka płaciła za paliwo. Dziecko w tym czasie stało przy samochodzie.

Momentalnie po uprowadzeniu kilkulatki porywacz odjechał ze stacji. Zdezorientowana kobieta początkowo samodzielnie rozpoczęła poszukiwania, jednak gdy nie przynosiły one skutku, zawiadomiła o sprawie policję. Funkcjonariusze od razu rozpoczęli akcję poszukiwawczą. Włączyli się do niej również policjanci z wydziału kryminalnego, którym po dwóch godzinach udało się namierzyć porywacza. Okazał się nim 29-latek.

Tuż po zatrzymaniu mężczyzny zdradził, on, że „porwał dziecko z zamiarem przestępstwa” – informuje Narodowa Policja Ukrainy. Dziewczynce na szczęście nic się nie stało i wróciła do domu bez żadnych obrażeń. Ukraińskie prawo zakłada, że w sprawie uprowadzenia dziecka odbywa się postępowanie karne na podstawie p. 2 art. 146 Kodeksu karnego Ukrainy. Porywaczowi, który trafił do aresztu, grozi pięć lat więzienia.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Atak nożownika w Kolorado. Krzyczał „Black lives matter”

Czarnoskóry nożownik, krzycząc „Życie czarnych ma znaczenie!” (Black lives matter) zaatakował białego mieszkańca apartamentowca w miejscowości Aurora, w stanie Kolorado – poinformowała policja. Stanie przed sądem oskarżony o przestępstwo z nienawiści. Świadkowie zeznali, że napastnik zidentyfikowany jako 30-letni Steve Sinclair, zadawał mężczyźnie ciosy nożem, mimo że ten usiłował uciec. Mężczyzna został poważnie ranny. Według notatki policjanta, który zatrzymał napastnika, zbliżył się on do niego, mając krew na rękach i torsie, powtarzając „życie czarnych ma znaczenie”. Nie stosował się do jego poleceń.

Napastnik miał też powiedzieć „Pchnąłem go nożem, jestem psychopatą, jestem nożownikiem.” Sinclair został oskarżony o usiłowanie morderstwa i przestępstwo dokonane z powodu uprzedzeń. Zdaniem rodziny zaatakowanego mężczyzny, rany są na tyle poważne, że przez kilka tygodni nie będzie zdolny do pracy.
Źródło info i foto: interia.pl

6-miesięczne dziecko trafiło do szpitala. Zarzuty i areszt dla rodziców za znęcanie się nad dzieckiem

Do ośmiu lat więzienia grozi 32-letniej mieszkance powiatu malborskiego, podejrzanej o znęcanie się nad sześciomiesięczną córką. Kobiecie i jej 38-letniemu mężowi postawiono też w weekend zarzut znęcania nad trójką starszych dzieci.

Maria i Marcin L. w piątek zgłosili się do szpitala z sześciomiesięczną córką, która miała urazy na głowie. Oboje twierdzili, że dziecko upadło na podłogę. Oceniając charakter obrażeń lekarze nie dali jednak temu wiary i zawiadomili policję. Kobieta została zatrzymana jeszcze w szpitalu, mężczyzna dzień później.

Mariusz Duszyński z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku poinformował, że Maria L. usłyszała zarzut znęcania się nad dzieckiem i spowodowanie u niego obrażeń ciała narażających na utratę życia bądź ciężki uszczerbek na zdrowiu. Przestępstwo to jest zagrożone karą od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia.

Odebrano im dzieci

– Stan niemowlęcia jest dobry i stabilny, jest pod opieką lekarzy – uspokoił Duszyński.

Prokurator poinformował, że już od maja prowadzone jest też postępowanie w sprawie znęcania się przez małżeństwo L. nad trójką starszego potomstwa. Sąd już odebrał parze opiekę nad dziećmi i przekazał je rodzinie zastępczej. Zdarzenie z sześciomiesięczną dziewczynką przyspieszyło decyzję prokuratorów o postawieniu parze zarzutów w związku ze znęcaniem nad starszymi dziećmi. Oba śledztwa zostały też połączone.

W niedzielę prokuratura postawiła obojgu rodzicom zarzut znęcania się psychicznego i fizycznego nad trójką pozostałych potomków. Podejrzani nie przyznali się do winy i złożyli wyjaśnienia. Prokuratura złożyła do sądu w Malborku wnioski o trzymiesięczne areszty dla rodziców. Sąd przychylił się do tych wniosków.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Monika S. oskarżona o zabicie 10-letniego syna odpowie za wyłudzenia

Pod koniec listopada 2019 roku w pokoju jednego z lubelskich hosteli znaleziono zwłoki 10-letniego Filipka. Chłopiec został z zimną krwią pozbawiony życia. Do jego uduszenia przyznała się matka. 39-letnią Monikę S. zatrzymano w Kazimierzu Dolnym. Kobieta jest także oskarżona o inne poważne przestępstwo. Prokuratura w Lublinie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Monice S. Byłą prezes Bractwa Miłosierdzia im. Św. Brata Alberta w Lublinie i dwie pracownice oskarża się o przywłaszczenie ponad 200 tys. zł z kasy organizacji.

Według aktu oskarżenia, Monika S. miała zabrać ponad 180 tys. zł. Wspólnie z pracownicami Bractwa Magdaleną W. i Dominiką S. fałszowały dokumenty dotyczące wypłacanych zapomóg i w ten sposób przywłaszczyły sobie kolejne 24 tys. zł.

Fałszywe zaświadczenia o pracy i zarobkach

Ponadto Monika S. wspólnie z Adamem K., Stanisławem Ch. i Bożeną S. zostali oskarżeni o wyłudzenie z banków kredytów na blisko 400 tys. zł. Monika S. wystawiała swoim wspólnikom fałszywe zaświadczenia o ich rzekomym zatrudnieniu w Bractwie św. Alberta i zarobkach. Na tej podstawie brali kredyty w bankach, które nie były spłacane. Pieniędzmi dzielili się. Do tych przestępstw miało dochodzić w latach 2017-2018. Oskarżeni nie przyznają się do winy, grozi im do 12 lat więzienia.

Sprzątaczka dokonała makabrycznego odkrycia

Na Monice S. ciąży też zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem jej 10-letniego syna Filipa. Ciało chłopca znaleziono w listopadzie ubiegłego roku w jednym z lubelskich hosteli. Matka i syn zameldowali się w ośrodku kilka dni wcześniej. Wczesnym popołudniem sprzątaczka dokonała makabrycznego odkrycia. W łóżku leżał martwy chłopiec, ale matki nigdzie nie było. Odnaleziono ją w Kazimierzu Dolny, gdzie przeprowadził się jej mąż. Wszystko wskazuje na to, iż chciała odebrać sobie życie. Małżonkowie byli w separacji, czego powodem były prawdopodobnie problemy kobiety z prawem. Mieszkańcy Kłodnicy, skąd pochodzi Monika S., mówili Faktowi, że chciał zabrać jej syna.

Zaplanowała zbrodnię

Monika S. przyznała się do zabicia Filipka. Jak ustaliła prokuratura, 39-latka zaplanowała zbrodnię. Kazała położyć się synkowi do łóżka, przykryła go kołdrą, a potem przycisnęła własnym ciałem na skutek czego chłopiec się udusił. – Postępowanie w sprawie zabójstwa jest w toku. Prokurator czeka na opinie biegłych – przekazał „Kurierowi Lubelskiemu” rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie Agnieszka Kępka.
Źródło info i foto: Fakt.pl