Strzelanina w szkole w Brześciu Kujawskim. Woźny złamał zakaz, by ratować dzieci

– Woźny pobiegł na piętro mimo strzałów i ryzyka. Złamał mój zakaz, ale chciał ratować dzieci – mówi dyrektorka podstawówki w Brześciu Kujawskim, w której były uczeń urządził strzelaninę. Dodaje, że napastnik był w przeszłości bardzo spokojnym chłopcem.

Wczoraj do szkoły podstawowej w Brześciu Kujawskim wtargnął 18-letni Marek N. – były uczeń tej placówki. Oddał kilka strzałów i użył przygotowanych wcześniej materiałów wybuchowych. Ranne zostały sprzątaczka i 11-letnia uczennica. Mężczyzna usłyszał zarzut usiłowania zabójstwa wielu osób.

– Mam fioła na punkcie bezpieczeństwa dzieci. W zeszłym roku wszyscy nauczyciele i osoby pracujące w szkole były szkolone przez dwóch emerytowanych wojskowych, którzy uczestniczyli w akcjach w Afganistanie. Szkolenia dotoczyły właśnie takich sytuacji. Wydawało mi się, że jesteśmy przygotowani… Szkoła ma dwa wejścia – główne i boczne. Panie woźne pełnią dyżury przy tych wejściach. Drzwi są zamknięte. Można wejść tylko wtedy, gdy panie te drzwi otworzą. Dodatkowo trzeba wpisać się do księgi wejść. Rodzice mieli czasami pretensje, że nie mogą swobodnie wejść do obiektu, ale bezpieczeństwo dzieci jest dla nas zadaniem priorytetowym. Nie uchroniliśmy jednak uczniów przed tą sytuacją… – mówi dyrektor szkoły podstawowej z oddziałami gimnazjalnymi Danuta Kuczyńska.

Dodaje, że analizowane są dwie hipotezy odnośnie do tego, w jaki sposób były uczeń mógł wejść niezauważony do placówki.

– Jedna z przyjętych hipotez dotyczy tego, że wszedł przez dach, a druga, że przez mniejszy daszek. Wejście przez dach tłumaczyłoby to, że znalazł się na drugim piętrze. Od dachu teoretycznie można wejść do budynku przez uchylone okno – podkreśla Kuczyńska.

Mówi, że nie ma żadnej wiedzy o tym, jakoby Marek N. miał ostrzegać kogokolwiek ze szkoły bądź jego bliskich o planowanym ataku. Podkreśla, jak ogromny szok przeszła matka chłopca, po informacji o tym, co się stało, i że natychmiast skontaktowała się ze szkołą i przeprosiła za czyn jej syna.

Woźny został bohaterem

– Jestem zachwycona zachowaniem nauczycieli, zachwycona zachowaniem dzieci. Ewakuacja przebiegła niezwykle sprawnie. Wszyscy zachowali zimną krew. Młodsze dzieci myślały, że to kolejny próbny alarm. One nawet nie słyszały strzałów, ale wszystkie zasady bezpieczeństwa zostały zrealizowane na celujący plus. Napastnik, gdy wszedł na drugie piętro, rzucił petardę własnej roboty do jednej z klas. Były tam uchylone drzwi, bo jeden z uczniów wyszedł na chwilę do toalety, a nauczyciel chciał, żeby do klasy wleciało trochę świeżego powietrza. Część dzieci udało się nauczycielowi ewakuować do łazienki, żeby tam się zabarykadować. Niektóre wybiegły jednak na klatkę schodową i napastnik zaczął strzelać do dziewczynki, która była ostatnia – relacjonuje tragiczne poniedziałkowe wydarzenia dyrektorka szkoły.

Później Marek N. strzelił jeszcze z pistoletu do woźnej i ją również ranił. Następnie wyrzucił jedną z petard przez okno, co zaalarmowało dyrektorkę i woźnego – pana Krzysztofa.

– On szedł pierwszy. Gdy usłyszałam strzały do naszej woźnej – nie pozwoliłam mu iść do góry. Nie posłuchał jednak i poszedł dalej, bo chciał ratować dzieci. W jego stronę poleciała jeszcze jedna – mniejsza petarda. Więcej napastnik nie miał w ręku. Nasz woźny zaczął do niego krzyczeć: „co ty robisz?”. Wtedy ten zdjął czapkę, okulary, buty i położył się na podłodze. Pan Krzysztof go obezwładnił – opowiada Kuczyńska.

Około 40-letni mężczyzna także był szkolony na wypadek takich ataków. I został bohaterem. Na pewno uratował zdrowie, a być może i życie wielu osób.

– Złapał Marka za ręce. Ten nic nie wykrzykiwał. Sprowadziliśmy go na dół i zajęliśmy się dziećmi, które były zabarykadowane w łazience. Później udzielaliśmy pomocy, tamowaliśmy krew i opiekowaliśmy się osobami rannymi do przyjazdu pogotowia – relacjonuje dyrektorka.

Kim jest napastnik? Marek N. atakował wcześniej dzieci na boisku

Potwierdza, że Marek N. leczy się psychiatrycznie. Dodaje, że w szkole podstawowej sprawca ataku był dobrym i bardzo spokojnym uczniem – nieco wycofanym.

– Uczył się dobrze. W gimnazjum – przynajmniej na początku – także nie stwarzał problemów wychowawczych. Problem pojawił się w trzeciej klasie i dotyczył sytuacji rodzinnej. Nie było jednak żadnych aktów agresji tego chłopaka w stosunku do innych uczniów. Dementuję też dzisiejsze rewelacje pojawiające się na niektórych portalach, że nie zdał z klasy do klasy i motywacją jego działania była chęć zemsty na którymś z nauczycieli. To informacje kompletnie nieprawdziwe. Wszyscy nauczyciele w trzeciej klasie gimnazjum po okresie, w którym musiał przejść leczenie psychiatryczne, wystawili mu oceny pozytywne. On skończył szkołę, jest jej absolwentem i nie powtarzał żadnej klasy – wyjaśnia dyrektorka.

Kuczyńska potwierdza za to wcześniejsze informacje o ataku Marka N. w lipcu ubiegłego roku koło szkoły.

– Siedział z kapturem na głowie na orliku. Potem wyjął nóż i gonił dziewczynki. Opiekun orlika zadzwonił na policję. Dziewczynki były bardzo wystraszone. Przyjechali funkcjonariusze, wezwano pogotowie i zabrano go wówczas do zakładu psychiatrycznego – wyjaśnia dyrektorka.

Śledczy badają także ten wątek. Wyjaśniają, dlaczego młody mężczyzna opuścił zakład psychiatryczny. Wszelkie działania w jego sprawie są konsultowane z lekarzami. 18-latkowi grozi nawet dożywotnie więzienie.
Źródło info i foto: onet.pl

Niemcy: Ahmeda T. zabił Polkę nożem. Kobieta zginęła na oczach dzieci

Przyczyną śmierci były najprawdopodobniej liczne rany zadane nożem. Niemiecki portal bz-berlin.de podaje, że kobieta osierociła czwórkę dzieci. Najstarsze z nich – 11 letnia córka – próbowało ratować mamę. Do tragedii miało dojść w jednej z dzielnic Berlina. Patrycja F. po 11 latach związku – po raz kolejny w ostatnim czasie – próbowała rozstać się ze swoim partnerem – 7 lat starszym Ahmedem T.

Około godziny 16 w czwartek policjanci zostali wezwani ze względu na przemoc domową. Zanim przyjechali na miejsce, Ahmeda T. już tam nie było. Uciekł. Funkcjonariusze przeprowadzili czynności i odjechali, a około godziny 20 mężczyzna wrócił do mieszkania. Wtedy na pierwszym piętrze kamienicy zaczął się dramat.
Źródło info i foto: wp.pl

Irlandia: Zatrzymano podejrzanego o zabójstwo 40-letniego Polaka

Irlandzka policja aresztowała 38-letniego Polaka w związku z zabójstwem innego Polaka, do którego doszło w sylwestrową noc w małym miasteczku na północy Irlandii. Jak informują lokalne media mężczyzna sam zgłosił się na policję. Do zabójstwa doszło w niewielkim Ballyjamesduff na północy Irlandii. 40-letni Polak został kilka razy dźgnięty nożem na godzinę przed nadejściem nowego roku. Trafił do szpitala, ale jego życia nie udało się uratować. Mężczyzna zmarł w noworoczny poniedziałek.

Kłótnia podczas gry w pokera

Sekcja zwłok potwierdziła, że 40-latek zmarł od ran zadanych nożem. Jak się później okazało, jego śmierć była wynikiem sprzeczki, do której doszło przed domem, w którym mężczyzna mieszkał wraz z innymi Polakami.

„W Sylwestra grali w pokera. W pewnym momencie wybuchła awantura, która przeniosła się przed dom. Niestety, jeden z mężczyzn został pchnięty nożem” – relacjonował mediom sąsiad zamordowanego Polaka.

Świadek zapewnił, że mieszkający w sąsiedztwie Polacy nie byli uciążliwi, a w domu przy Dublin Street nie dochodziło wcześniej do awantur.

Sam zgłosił się na policję

Po śmierci Polaka policja wszczęła śledztwo. O sprawie poinformowano również ambasadę RP w Dublinie.

W środę wieczorem na posterunek policji dobrowolnie zgłosił się 38-letni Polak, który może być zamieszany w tę sprawę. Został zatrzymany. Nie wiadomo jednak czy usłyszał zarzuty. Policja nadal apeluje jednak o pomoc w śledztwie do osób, które w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia przebywały w okolicy oraz do Polaków i członków innych społeczności, którzy mogą posiadać jakiekolwiek informacje w tej sprawie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Marcin P. pogrąży Donalda Tuska, by ratować siebie?

Biała koszula, marynarka, dobrze skrojone ciemne jeansy, a do tego jakby kilka kilogramów więcej. Pewny głos, wyprostowana sylwetka, uśmiech na twarzy. Szef Amber Gold Marcin P. (33 l.), który odpowiada przed gdańskim sądem okręgowym za krzywdy tysięcy Polaków, przeżywa prawdziwą metamorfozę! Co takiego się stało, że zrzucił zielony więzienny drelich? Czyżby zobaczył jakieś światełko w tunelu i już szykuje się na wolność?

Proces w sprawie Amber Gold ruszył pod koniec marca zeszłego roku. Kiedy Marcin P. pojawił się na sali sądowej, wszyscy byli zaskoczeni. To na pewno nie był ten człowiek, którego zapamiętano z 2012 roku, jeszcze z czasów Amber Gold, który z szyderczym uśmieszkiem słuchał postanowienia sądu o umieszczeniu go w areszcie. Marcin P. wychudł, zbladł, był prawdziwym cieniem człowieka. Jego policzki się zapadły, na twarzy ostro zarysowały się kości. Na chudych nadgarstkach miał zapięte ciężkie kajdany, łańcuch skuwał także jego stopy. A wszystko przez możliwość samookaleczenia – tak diagnozowali go wtedy psychiatrzy. Próby samobójcze, depresja, skłonności bulimiczne… O tym mówiono w kwietniu zeszłego roku, kiedy Marcin P. coraz częściej nie pojawiał się w sądzie. Mało kto wierzył, że szef piramidy finansowej Amber Gold, która oszukała 19 tys. ludzi na 851 mln zł, kiedykolwiek z tego wyjdzie. Nic dziwnego: stres związany z procesem, groźba 15 lat więzienia, a do tego kompromitacja ze strony własnej żony. W marcu 2015 roku gruchnęła przecież wiadomość, że Katarzyna P. (33 l.) spodziewa się dziecka. Kobieta przebywała wtedy w Zakładzie Karnym nr 1 w Łodzi, a ojcem maleństwa miał być wychowawca więzienny. Syn Jaś przyszedł na świat latem 2015 roku, razem z mamą mieszka teraz w areszcie w Grudziądzu…

Wydaje się, że ta sytuacja nie interesuje już Marcina P. Bezduszne spojrzenia, jakie rzuca ostatnio na sali sądowej swojej byłej partnerce, mówią same za siebie. Szef Amber Gold jest za to niezwykle aktywny, jeśli chodzi o sam proces. Zadaje pytania, notuje, dyskutuje ze swoim obrońcą, a z jego twarzy nie znika uśmiech. Czyżby jeden z największych polskich oszustów ostatnich lat zobaczył światełko w tunelu? Niewykluczone. Jesienią ubiegłego roku ruszyła komisja śledcza w sprawie Amber Gold. Przesłuchiwani są m.in. politycy i prokuratorzy, przez których ręce przechodziła sprawa Amber Gold.

Przed komisją mają stanąć w marcu właśnie Marcin P. i Katarzyna P. Czy ich zeznania będą tu kluczowe? Nie jest tajemnicą, że Prawo i Sprawiedliwość dzięki właśnie tej komisji chce nie tylko wyjaśnić mechanizmy działania Amber Gold, ale także upolować Donalda Tuska (60 l.). Jak twierdzi jej przewodnicząca posłanka Małgorzata Wassermann (38 l.): „muszę założyć, że za Marcinem P. ktoś stał, bo jak to się stało, że tak wiele urzędów i instytucji zezwalało na jego działalność”. W połowie lutego w mediach pojawiła się informacja, że jesienią 2012 roku, tuż po wybuchu afery Amber Gold, Marcin P. chciał być świadkiem koronnym, nikt nie był wtedy zainteresowany jego zeznaniami. Było to właśnie za czasów rządów Donalda Tuska. Czy teraz Marcin P. będzie miał szansę się popisać? Kogo pogrąży? Być może dowiemy się już niebawem.

Tak to się zaczęło

Spółka Amber Gold powstała w Gdańsku w 2009 r. Twórcą parabanku był Marcin P. W latach 2005–2009 polskie sądy kilka razy skazywały go za oszustwa, ale żadna kara wobec niego nie została wykonana. Z tego będą musieli tłumaczyć się m.in. prokuratorzy prowadzący jego sprawy. Parabank jak gdyby nigdy nic przez lata kusił klientów bardzo wysokim oprocentowaniem inwestycji, które miały być lokowane w złoto. W marcu 2012 r. pojawili się pierwsi poszkodowani klienci. Afera wybuchła dopiero latem 2012 r. W sierpniu zapadła decyzja o likwidacji spółki i zamknięciu jej oddziałów. Klienci parabanku zostali bez pieniędzy. Marcin P. i jego żona Katarzyna trafili do aresztu. Pod koniec marca oboje mają zostać przesłuchani przez komisję śledczą. Parabank oszukał ludzi na 851 mln zł, z czego udało się odzyskać zaledwie 43 mln zł.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Nowe fakty w sprawie podpalenia rodziny w Jesionie

Rodzice walczą w szpitalu o życie. Dwoje dzieci jest rannych, w tym jedno poważnie. To finał rodzinnej awantury w Jesionie (woj. lubuskie). Wiele wskazuje na to, że Rafał K. oblał benzyną i podpalił swoją partnerkę, bo chciała się z nim rozstać. Ogień błyskawicznie zajął poddasze, na którym spała dwójka dzieci. Ratowały się, wyskakując przez okna.

Jesiona. Mała wioska w powiecie nowosolskim. W starym domku na obrzeżach miejscowości od lat mieszkała Agnieszka S. i jej narzeczony Rafał K. Mieli trójkę dzieci. Finansowo się im nie przelewało, ale zawsze znaleźli grosz na alkohol. Ciągle też dochodziło do awantur. Co rusz pod dom podjeżdżała policja. – Te interwencje były tak nagminne, że jak ostatnimi czasy dzwoniłem na komisariat, to nawet już nie przyjechali – mówi jeden z sąsiadów.

We wsi mówi się, że Agnieszka nieraz zapowiadała, iż wypędzi agresywnego kochanka. Może to właśnie wywołało awanturę w niedzielę późnym wieczorem. Rodzice pili alkohol na piętrze. Obok spali 14-letnia córka i 3-letni syn. Około godz. 23 sąsiadów zaalarmowały okrzyki trwogi i bólu. Po chwili całe piętro stało już w ogniu. Dzieci się obudziły. Płomienie odcięły im drogę ucieczki. 14-latka zachowała zimną krew. Wyrzuciła przez okno braciszka, potem sama wyskoczyła. Drzwiami na parterze uciekła babcia dzieci i 12-letni wnuk. Z góry obserwowała ich Agnieszka S. Kiedy zobaczyła, że wszyscy są bezpieczni, wróciła w ogień szukać swojego partnera. Po chwili silnie poparzona wyskoczyła przez okno. Dopiero strażacy znaleźli mężczyznę w jednym z pokoi na poddaszu. Oboje dorośli trafili do szpitala w Nowej Soli. Rafał K. ma poparzone aż 90 proc. ciała. Jego partnerka 84 proc. Są w stanie krytycznym. 14-letnia córka ma uszkodzony kręgosłup, a trzyletni chłopczyk zwichnął nogę.

Wszystko wskazuje na to, że mężczyzna podczas kłótni rozlał na podłodze benzynę, oblał nią też Agnieszkę S. i podpalił. Płomienie dosięgły też jego. – Prowadzimy śledztwo pod kątem usiłowania zabójstwa – mówi prokurator Zbigniew Fąfara z prokuratury w Zielonej Górze.
Żródło info i foto: se.pl

Apel o uwolnienie chorwackiego inżyniera z rąk IS

Szefowa chorwackiego MSZ Vesna Pusić podjęła w piątek ostatnią próbę ratowania przed ścięciem chorwackiego inżyniera porwanego przez terrorystów z Państwa Islamskiego (IS), spotykając się w Kairze ze swym egipskim odpowiednikiem Samehem Szukrim. W zamian za życie porwanego Chorwata dżihadyści domagają się uwolnienia aresztowanych w Egipcie muzułmanek. Szukri zapewnił minister Pusić, że Egipt robi wszystko, co w jego mocy, aby wykryć, gdzie jest więziony przez dżihadystów chorwacki inżynier uprowadzony 22 lipca w drodze do biura francuskiego przedsiębiorstwa, w którym pracował.

Przed dwoma dniami IS opublikowało film wideo, w którym zapowiada, że 31-letni chorwacki inżynier Tomislav Salopek zostanie zabity przez dżihadystów, jeżeli „w ciągu 48 godzin” władze nie zwolnią z więzienia „aresztowanych kobiet muzułmańskich”.
Egipski MSZ zapewniał na kilka godzin przed upływem terminu ultimatum ekstremistów, który wygasa w piątek wieczorem, że „podejmuje intensywne wysiłki w celu ustalenia miejsca pobytu zakładnika”, nie odniósł się jednak do tematu uwolnienia aresztowanych kobiet.

Chorwackie MSZ ogłosiło w lipcu, że obywatel tego kraju o tych samych co Salopek inicjałach został porwany w Kairze w drodze do pracy. Napastnicy zatrzymali jego samochód, kierowcę wyrzucili na drogę, a Chorwata uprowadzili. Salopek, żonaty, ojciec dwojga dzieci, pracuje na stanowisku menedżera dla francuskiej firmy CGG Ardiseis (Compagnie Generale de Geophysique) działającej w przemyśle naftowym i gazowym. Jedna z jej siedzib znajduje się na przedmieściach Kairu, w Maadi, gdzie mieszka wielu ekspatów i dyplomatów.

Ojciec porwanego prosi o jego uwolnienie

Ojciec porwanego w lipcu w Kairze przez dżihadystów z Państwa Islamskiego (IS) Chorwata Tomislava Salopka zwrócił się do nich, by go nie zabijali, ponieważ do Egiptu przyjechał jedynie zarabiać – informuje w czwartek agencja AFP.

„Proszę ludzi, którzy przetrzymują mojego syna, żeby pozwolili mu wrócić do rodziny, ponieważ jedynym powodem pozostania w waszej ojczyźnie było zarabianie pieniędzy, żeby nakarmić swoje dzieci. Nic więcej” – apelował Zlatko Salopek w swoim domu rodzinnym w Vrpolje, małym miasteczku na wschodzie Chorwacji.
Żródło info i foto: interia.pl

Dziś przesłuchanie Mirosława P., który śmiertelnie potrącił dwie dziewczynki

Karolina S. (†12 l.) i jej koleżanka Diana W. (†13 l.) ze wsi Zastawie pod Łukowem (woj. lubelskie) zginęły na miejscu staranowane autem przez zalanego prawie do nieprzytomności Mirosława P. (46 l.). Ani on, ani jadący z nim kolega Sylwester S. (39 l.) nawet nie próbowali ratować nastolatek. – „Nie trzeźwieli od świąt” – mówią o Mirosławie P. i Sylwestrze S. mieszkańcy Zastawia, którzy pomagali szukać sprawcy. Niestety, nikt nie powiedział im słowa, gdy pół godziny przed tragedią wytoczyli się z baru i wsiedli do auta. Było im jeszcze mało! Pojechali do sklepu GS w pobliskiej wsi Gózd, gdzie kupili wódkę. Tam też nikt nie zapytał, co robią… Pięć minut później zginęły dwie młode dziewczyny. Żródło info i foto: se.pl

Dominik G. zabił brata

Zarzut zabójstwa brata usłyszał we wtorek w prokuraturze 29-letni Dominik G.z Libiąża w Małopolsce. „Mężczyzna przyznał się do zarzutu” – poinformowała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Krakowie Bogusława Marcinkowska. Rannego 24-latka znaleziono w sobotę wieczorem na jednej z ulic w centrum Libiąża. Mimo reanimacji na miejscu oraz podjętych później przez lekarzy w szpitalu prób ratowania, mężczyzna zmarł. W niedzielę wieczorem policjanci zatrzymali w Bielsku-Białej podejrzewanego o zabójstwo 29-letniego brata ofiary. Mężczyzna był nietrzeźwy, trafił do policyjnego aresztu. Po wytrzeźwieniu został przesłuchany i przedstawiono mu zarzut zabójstwa. Żródło info i foto: RMF24.pl

22-letnia Klaudia R. utopiła dziecko

Klaudia R. (22 l.) z Rudy Śląskiej nie chciała mieć drugiego dziecka. A potem okazało się, że znów jest w ciąży. Gdy przyszedł moment porodu, kucnęła nad wiadrem, do którego cała rodzina załatwiała swoje potrzeby. Kiedy dzieciątko przyszło na świat, jego babcia zabroniła córce i jej 24-letniemu konkubentowi je ratować. Maluch utopił się w wiadrze z fekaliami! – „Nad ranem, dokładnie o 4.28, 8 stycznia pogotowie ratunkowe w Rudzie Ślaskiej zostało wezwane do rodzącej kobiety. Kiedy sanitariusze weszli do mieszkania, zobaczyli ją siedzącą na wiaderku. W środku w nieczystościach było martwe dziecko. Kobieta krwawiła. Pracownicy pogotowia zabrali ją do szpitala w Rudzie Śląskiej” – mówi Artur Borowicz, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach. Żródło info i foto: NaSygnale.pl

Marcin P. próbuje ratować złoto

Podejrzany m.in. o oszustwo prezes Amber Gold sprzeciwia się przekazaniu przez prokuraturę syndykowi spółki 57 kg złota i miliona złotych w gotówce, zabezpieczonych w śledztwie. Marcin P. złożył zażalenie na decyzję prokuratury, wkrótce ma się nim zająć gdański sąd. Prowadząca śledztwo ws. Amber Gold łódzka prokuratura okręgowa zdecydowała o przekazaniu syndykowi spółki 1 mln zł w gotówce i 57 kg złota wycenionego na ponad 9,3 mln zł, które zabezpieczono w ramach śledztwa. – „Uważamy, że jest to majątek spółki i powinien służyć zaspokojeniu wierzycieli. Od tych decyzji odwołał się podejrzany Marcin P., który stoi na stanowisku, że powinno zostać to zabezpieczone w śledztwie” – powiedział we wtorek rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej Krzysztof Kopania. Dodał, że zażalenie wraz z aktami sprawy zostanie w najbliższych dniach przekazane do sądu w Gdańsku. Żródło info i foto: tvn24.pl