Lublin: Trzylatek wypadł z okna. Rodzice kompletnie pijani

O dziecku, które wypadło z okna w budynku w Lublinie zawiadomiła w sobotę wieczorem policję kobieta, świadek wypadku. Trzylatek został przewieziony do szpitala. Funkcjonariusze szybko ustalili, że w mieszkaniu było troje dzieci i pijani rodzice. Ojciec spał, a matka „wyszła na papierosa”. Gdy matka „na chwilę wyszła z domu na papierosa”, a ojciec spał po pracy trzyletni chłopczyk skorzystał z okazji i wszedł na parapet okienny. Po chwili jednak stracił równowagę i wypadł z wysokości pierwszego piętra. Do wypadku doszło w sobotę około 20:20 w Lublinie.

Świadkowie zawiadomili policję i pogotowie. Dziecko zostało przewiezione do szpitala, gdzie ustalono, że upadając na miękkie podłoże nie doznało groźnych dla zdrowia obrażeń.

Jak się okazało w mieszkaniu poza 3-latkiem, który wypadł przez okno, była jeszcze dwójka nieletnich dzieci w wieku 6 i 11-lat. Byli również opiekujący się nimi nietrzeźwi rodzice. Badanie alkomatem wykazało, że w organizmie 33-letniego ojca był ponad 1 promil, a u matki prawie 1,5 promila alkoholu.

Mundurowi ustalają dokładny przebieg oraz okoliczności zdarzenia. Policja przypomina, że za narażenie dzieci na niebezpieczeństwo utraty zdrowia, a nawet życia Kodeks karny przewiduje karę do 5 lat więzienia. O zdarzeniu policja zawiadomi Sąd Rodzinny i Nieletnich. Dzieci trafiły pod opiekę trzeźwego członka rodziny.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Rodzice aresztowani w związku ze śmiercią miesięcznego Wiktora z Rudy Śląskiej. Usłyszeli zarzuty

O aresztowaniu rodziców podejrzanych ws. śmierci miesięcznego chłopca z Rudy Śląskiej, który w środę zmarł w szpitalu w Katowicach, zdecydował w piątek wieczorem Sąd Rejonowy w Gliwicach. Wcześniej oboje rodzice usłyszeli w Prokuraturze Okręgowej w Gliwicach zarzuty znęcania się nad dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem, a także spowodowania urazu, którego skutkiem była jego śmierć.

Jak poinformowała prok. Karina Spruś z gliwickiej prokuratury, sąd przychylił się do wniosku prokuratury o zastosowanie aresztu wobec obojga rodziców. Prokuratura przesłuchała w piątek zatrzymanych jeszcze w środę rodziców Wiktora – 29-letnią matkę i 30-letniego ojca. W piątek rano na podstawie wyników sekcji zwłok podała, że przyczyną śmierci dziecka był rozległy uraz czaszkowo-mózgowy.

Zarzuty dla rodziców

O zarzutach przedstawionych po kilkugodzinnym przesłuchaniu poinformowała w piątek po południu prok. Karina Spruś z gliwickiej prokuratury.

– Matce małoletniego Wiktora przedstawiono dwa zarzuty: pierwszy zarzut dotyczy znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad małoletnim dzieckiem (…). Drugi zarzut dotyczy natomiast udzielania pomocy do zabójstwa małoletniego dziecka – powiedziała prok. Spruś.

Przypomniała, że pierwszy z tych czynów jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat 8, a drugi – podobnie jak samo dokonanie zabójstwa – karą od 8 lat do dożywocia.

– Ojcu przedstawiono dwa zarzuty. Pierwszy zarzut jest zarzutem łącznym: znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad małoletnim dzieckiem i spowodowania u niego urazu czaszkowo-mózgowego, którego skutkiem była śmierć małoletniego dziecka – wskazała prok. Spruś.

– Natomiast drugi z zarzutów dotyczy sprawy z ub. roku, która była prowadzona w Rudzie Śląskiej, a która została przejęta do dalszego prowadzenia przez Prokuraturę Okręgową w Gliwicach – i jest to zarzut spowodowania obrażeń ciała u małoletniej Wiktorii (starszej siostry Wiktora – red.): złamania trzech żeber, naruszających czynności narządów ciała na okres powyżej siedmiu dni – dodała.

Pierwszy z zarzuconych ojcu czynów jest zagrożony karą dożywocia; drugi – karą od 3 miesięcy do lat 5 pozbawienia wolności.

Nie przyznali się do winy

– Oboje podejrzani nie przyznali się do stawianych im zarzutów. W swoich bardzo obszernych wyjaśnieniach przedstawili swoją wersję, natomiast z uwagi na to, że konieczna jest weryfikacja tych wyjaśnień, nie mogę przytoczyć ich szczegółów – zastrzegła prok. Spruś.

Zasygnalizowała, że prowadzący sprawę prokurator złoży jeszcze w piątek do Sądu Rejonowego w Gliwicach wniosek o tymczasowe aresztowanie obojga rodziców. Posiedzenie aresztowe – według ustaleń prokuratury – miałoby się odbyć w sobotę rano. Prokuratura badała już wcześniej i umorzyła postępowanie ws. obrażeń ciała u dziewczynki. Ubiegłoroczna opinia biegłego była niejednoznaczna. Nie wskazała, w jaki sposób mogło dojść do urazu. Teraz to postępowanie wznowiono i połączono ze sprawą śmierci miesięcznego Wiktora.

Pytana w piątek o tę kwestię prok. Spruś zaznaczyła, że nie zna całości materiału w tym postępowaniu i nie wie, czy uzyskano w nim kolejną opinię czy też zreinterpretowano dotychczasową. W tej sprawie sąd uchylił decyzję o umorzeniu wskutek zażalenia wywiedzionego przez kuratora dziecka.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Maltretowany chłopczyk z Rudy Śląskiej nie żyje. Zatrzymano rodziców dziecka

W skrajnie ciężkim stanie trafił w środę do szpitala w Katowicach miesięczny chłopczyk z Rudy Śląskiej. Zmarł po kilkugodzinnej walce lekarzy o jego życie. Policja zatrzymała rodziców dziecka – poinformował oficer prasowy rudzkiej policji st. asp. Arkadiusz Ciozak.

Do tragedii doszło 22 lipca w Rudzie Śląskiej. Pogotowie do miesięcznego chłopca wezwała najprawdopodobniej rodzina. Śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego niemowlę zostało przetransportowane do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie lekarze musieli je reanimować. W skrajnie ciężkim stanie chłopiec trafił na oddział intensywnej terapii, gdzie zmarł.

Lekarze, którzy stwierdzili u niego objawy maltretowania, powiadomili policję. – Zatrzymani zostali rodzice chłopca, a ich drugie dziecko, 14-miesięczna dziewczynka również została przewieziona do szpitala na badania – poinformował asp. Ciozak.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Rodzice chorego na autyzm 7-latka, którzy uciekli z Holandii do Polski poszukiwani ENA

Adwokat Bartosz Lewandowski powiedział w rozmowie z PAP, że obecnie polska policja aktywnie poszukuje rodziców i domaga się od pełnomocników informacji o miejscu ich pobytu.

– Za rodzicami chorego na autyzm 7-letniego Martina Holandia wystawiła już europejski nakaz aresztowania. Rodzice deklarują, że dobrowolnie stawią się w prokuraturze – poinformował Lewandowski.

O sprawie 7-letniego cierpiącego na autyzm Martina świat usłyszał w lutym 2018 r., kiedy w środku nocy chłopiec został odebrany rodzicom przez holenderską opiekę społeczną.

– Powodem były zarzuty rzekomych zaniedbań ze strony rodziców formułowane przez sąsiadów – przekazywał wcześniej PAP mec. Bartosz Lewandowski, jeden z pełnomocników rodziny.

Chłopiec przyszedł na świat w australijsko-rosyjskiej rodzinie, która od kilkunastu lat mieszkała w Holandii. Ojciec Martina – Conrad jest informatykiem, a mama chłopca – Katya z wykształcenia prawniczką.

Martin dorastał w Holandii, gdzie wskutek starań rodziców, zdiagnozowano u niego ciężką postać autyzmu.

– Władze holenderskie, które zainteresowały się rodziną z uwagi na sygnały od sąsiadów, zlekceważyły rozpoznane u Martina zaburzenie rozwojowe polegające m.in. na braku komunikacji z rówieśnikami adekwatnego do wieku czy niekontrolowane wybuchy złości, przypisując ich przyczynę zaniedbaniom rodzicielskim i rzekomej przemocy ze strony rodziców – wyjaśniał mec. Bartosz Lewandowski.

Przez pierwsze 13 miesięcy po odebraniu chłopca rodzicom Conrad i Katya mieli ograniczone możliwości widzeń z synkiem.

– Wskutek walki o dziecko umożliwiono rodzicom widzenia z Martinem kilka godzin w tygodniu. Podczas spotkań z mamą i tatą, chłopiec wykazywał ogromną radość oraz nawiązywał z nimi kontakt, co nie miało miejsca w odniesieniu do innych osób. U Martina z uwagi na rozłąkę nastąpił znaczny regres rozwojowy. Chłopiec w trakcie spotkań zakomunikował rodzicom chęć ucieczki – powiedział mec. Lewandowski.

Wówczas Conrad i Katya podjęli decyzję o zostawieniu całego majątku w Holandii, zabraniu synka bez powiadamiania władz i ucieczki do Polski w celu zapewnienia mu rehabilitacji i terapii, która nie była zapewniana ze strony holenderskich organów.

– Jest to kolejna sprawa, w której polskie organy są proszone o udzielenie ochrony niesłusznie i bezprawnie rozbitym rodzinom, pochodzącym z wysoko rozwiniętych krajów – powiedział mec. Lewandowski.

W zeszły czwartek mec. Lewandowski poinformował też, że został złożony formalny wniosek o azyl dla rodziny den Hertog na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej. Dodał, że liczy na wsparcie Ministerstwa Sprawiedliwości, ponieważ ta sprawa „powinna być bezwzględnie rozstrzygnięta na korzyść rodziców”.
Źródło info i foto: onet.pl

31-letni Daniel G. znęcał się nad 2-letnim synem. Zapadł wyrok w sprawie

Kamilek (2 l.) już jako niemowlę był bestialsko bity. Połamane żebra, kość łonowa, kości czaszki i siniaki na całym ciele – w takim stanie maluszek trafił do warszawskiego szpitala. Pani w sekretariacie prokuratury, która rejestrowała sprawę, płakała, widząc jego obrażenia na zdjęciach. Rodzice chłopczyka zasiedli na ławie oskarżonych. W bulwersującej sprawie zapadł wyrok.

Koszmar Kamilka z podwarszawskiego Chotomowa (pow. legionowski) trwał niemal od jego narodzin. W czterech ścianach niespełna dwumiesięczne dziecko było katowane przez najbliższą mu osobę, jego ojca Daniela G. (31 l.). Maluch nie mógł liczyć na ochronę ze strony swej matki, Dagmary N. (21 l.). Młoda kobieta wiedziała o cierpieniu synka, lecz nie zrobiła nic, by mu pomóc.

Piekło maleństwa przerwał asystent Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Jabłonnie. To on we wrześniu 2018 roku pojawił się na rutynowej kontroli w domu młodych rodziców. Pracownik zauważył obrażenia u niemowlęcia i wezwał pogotowie. Kamilek trafił do Szpitala Dziecięcego im. prof. dr. med. Jana Bogdanowicza w Warszawie. W placówce okazało się, że maluszek ma połamane żebra, kość łonową, kości czaszki i widoczne na całym ciele siniaki. – Biegły sądowy orzekł, że tak rozległe obrażenia nie mogły powstać przypadkiem – wyjaśniał wówczas prok. Marcin Saduś, rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

Horror w Chotomowie. Rodzice chłopczyka z zarzutami

Śledczy nie mieli wątpliwości, że to 31-letni operator koparki stoi za obrażeniami u własnego dziecka. Daniel G. został zatrzymany i trafił do aresztu. Mężczyzna miał utrzymywać, że dziecko spadło mu z przewijaka. Nikt nie dał wiary jego tłumaczeniom. Początkowo prokuratura zarzuciła mu znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad niemowlęciem.

Danielowi G. zarzucono katowanie maleństwa po całym ciele. Niedługo po urodzeniu synka mężczyzna z dużą siłą rzucił nim o podłogę. Jak podała prokuratura, wyrodny ojciec uderzył swoje dziecko „wielokrotnie w głowę w okolicę ciemieniową lewą i potyliczną prawą nieustalonym narzędziem twardym”. 31-latek nie przyznał się do winy.

Na wniosek prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobro oskarżonemu postawiono nie tylko zarzut znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad swoim wówczas dwumiesięcznym synkiem, ale także usiłowanie zabójstwa chłopca z zamiarem ewentualnym. Zmiany kwalifikacji czynu dokonano ze względu na brutalność czynu oraz fakt, że Daniel G. był już w przeszłości karany za pobicie.

– Dzieciom należy się miłość, a nie okrucieństwo. Rolą rodziców jest chronić je przed złem, a nie bestialsko bić i łamać kości. To potworne, że ten maleńki chłopiec doświadczył tyle bólu i cierpienia, najprawdopodobniej ze strony własnego ojca. Takie okrucieństwo zasługuje na surową karę – uzasadniał swoją decyzję Zbigniew Ziobro.

Matce Kamilka przedstawiono zarzut niedopełnienia obowiązków oraz narażenia syna na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Dagmara N. nie zrobiła nic, by pomóc maleństwu, które tak bardzo potrzebowało ochrony matki. 21-latka zostawiała je pod opieką kata. Wyrodnej matce grozi do 5 lat więzienia.

W Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga zapadło rozstrzygnięcie w tej przerażającej sprawie.

Podczas mów końcowych prokurator wskazywała, że oskarżony musiał być świadomy tego, że może doprowadzić do śmierci dziecka. – Dorosły człowiek, który uderzał głową dziecka, albo bił ją, musiał się godzić z tym, że dziecko nie przeżyje – mówiła prokurator. Jak dodała, Daniel G. zgotował maluszkowi „piekło”. – To był horror. Pani w sekretariacie prokuratury płakała, rejestrując sprawę tego dziecka, widząc jego obrażenia na zdjęciach. Reakcja na takie zachowania powinna być surowa, kara powinna odstraszać innych potencjalnych sprawców – argumentowała prokurator.

Z kolei pełnomocniczka Daniela G. stwierdziła, że oskarżenie nie wskazało żadnego świadka, który by potwierdził taki przebieg zdarzeń. Adwokat podkreśliła też, że zeznania Dagmary N. w tej sprawie są niewiarygodne. – Nikt nie widział jak oskarżony uderza głową dziecka. Postępowanie opiera się na samych poszlakach – mówiła na sali rozpraw pełnomocniczka oskarżonego. Według niej nie daje to podstaw do przedstawionej kwalifikacji czynu.

Podczas rozprawy mowę końcową wygłosiła także pełnomocniczka Dagmary N., która zaznaczyła, że młoda kobieta była uzależniona od swojego partnera. – Nie zdążyła go powstrzymać przed zrobieniem dziecku krzywdy. Wolała milczeć i się podporządkować w zmian za szczątkową formę stabilizacji. Wierzyła, że jej partner jeszcze się zmieni. Ofiary przemocy bardzo często przyjmują taką postawę. Chciała, by jej syn miał ojca i matkę – tłumaczyła przed sądem.

On katował synka, ona na to patrzyła. Zapadł wyrok

Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Daniela G. na 15 lat więzienia, pozbawił go praw publicznych na okres 5 lat oraz nakazał zapłacenie 30 tys. złotych zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonego syna. W uzasadnieniu podano, że zachowanie oskarżonego było „wyjątkowo brutalne” i „całkowicie nie akceptowalne społecznie”.

– Pokrzywdzone dziecko było bezbronnym niemowlęciem. W tym przypadku przemoc, której użył oskarżony była drastyczna i przekroczyła wszelkie możliwe granice. [Oskarżony – przyp. red.] naruszył wszelkie normy etyczne, kulturowe. Właściwie brak słów na to, jak oskarżony się zachował. Należy takie zachowania piętnować – zaznaczył sąd.

Zdaniem sądu oskarżony najwidoczniej uznał, że może „bezkarnie stosować przemoc wobec dziecka”. Nie podzielił jednak stanowiska prokuratury, że było to usiłowanie zabójstwa z zamiarem ewentualnym. Jak zaznaczył na to potrzebne są „kategoryczne dowody”.

Matka skatowanego Kamilka usłyszała karę 1 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat. Dagmara N. dostała również dozór kuratora, a sąd zobowiązał ją do podjęcia pracy zarobkowej lub nauki. – Wiedziała, że dziecko ma obrażenia, jest w złym stanie zdrowia, a mimo wszystko nie wezwała pomocy. W sposób niewłaściwy wywiązała się z roli rodzica – podkreślono w uzasadnieniu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Matka zabiła ojca na oczach dzieci. Została aresztowana pod zarzutem morderstwa

Dwójka dzieci – 4-letnia dziewczynka i 2-letni chłopiec – zostali bez rodziców po tym, jak ich matka została aresztowana pod zarzutem morderstwa męża – donosi „Super Express”. Miała pchnąć go nożem w klatkę piersiową. Jak wynika z zeznań sąsiadki małżeństwa, mężczyzna miał znęcać się nad swoją żoną. – Karolina bardzo dbała o dzieci. Dlatego najpierw ukrywała, że mąż się nad nią znęca. Dopiero potem zaczęła szukać pomocy – mówi w „SE” pani Danuta, najbliższa sąsiadka.

– Ona szukała pomocy. Marcin się nad nią znęcał, non stop był pijany. Wszczynał awantury. Karolina często podczas nich szukała u mnie schronienia – dodaje seniorka.

Jak donosi dziennik kobieta zastępowała dzieciom babcię, bo matka oskarżonej zmarła.

W dniu zdarzenia na miejsce przyleciał śmigłowiec LPR, karetka i policja. Funkcjonariusze aresztowali matkę dzieci. Sąsiadka stwierdziła, że kobieta była „roztrzęsiona”.
Źródło info i foto: onet.pl

Policjanci pomogli odnaleźć dom zagubionemu 4-latkowi

Policjanci z podwrocławskich Siechnic otrzymali wezwanie dotyczące 4-latka, który samotnie, bez jakiejkolwiek opieki szedł drogą gruntową. Chłopczyk nie wiedział gdzie mieszka, płakał i był roztrzęsiony. Pokazał jednak mundurowym ścieżkę oraz kierunek, skąd przyszedł, co pozwoliło funkcjonariuszom odnaleźć jego dom i rodziców. Okazało się, że 4-latka z oczu stracił jego dziadek, który miał się nim opiekować. Ta sytuacja pokazuje, jak dużą uwagę trzeba zwracać na małe dzieci. Czasem wystarczy moment i nieszczęśliwy zbieg okoliczności, aby maluch oddalił się od opiekunów.

Nie bez przyczyny o małych dzieciach mówi się „żywe srebro”. Maluchy zazwyczaj nie mogą usiedzieć w miejscu, są ciekawe świata i wystarczy tylko chwila, aby stracić je z oczu. Potwierdzeniem tych słów jest sytuacja, która przydarzyła się małemu Fabianowi z jednej z podwrocławskich miejscowości. Na czterolatka, który oddalił się od domu, uwagę zwróciła 48-letnia kobieta. Zorientowała się ona, że chłopiec jest bez opieki i o zdarzeniu natychmiast poinformowała Policję.

Już po chwili na miejscu był patrol funkcjonariuszy z Komisariatu Policji w Siechnicach. Niestety chłopczyk silnie przeżywał całą sytuację, płakał i był bardzo roztrzęsiony. Nie potrafił mundurowym powiedzieć gdzie dokładnie mieszka. Policjanci musieli najpierw chłopca uspokoić i zapewnić, że nic mu nie grozi oraz obiecać, że razem na pewno znajdą jego rodziców.

Chłopiec nie znał swojego adresu, ale pokazał policjantom kierunek, z którego przyszedł. Funkcjonariusze wybrali się zatem ze zgłaszającą oraz z małym Fabianem na spacer. Maluch prowadził ścieżką, którą przyszedł, a mundurowi po drodze rozpytywali mieszkańców, czy znają 4-latka. W końcu, po blisko kilometrowym spacerze, policjanci znaleźli dom chłopca. Na miejscu zastali jego rodziców oraz dziadka. Funkcjonariusze ustalili też okoliczności zdarzenia. Dzieckiem miał zajmować się na podwórzu jego dziadek. Maluch w pewnym momencie powiedział, że chce mu się pić i poszedł do domu – wówczas dziadek stracił go z oczu. Niestety, zamiast do domu, chłopiec poszedł ścieżką przed siebie.

Całe szczęście, że losem idącego samotnie chłopca zainteresowała się postronna kobieta, dzięki czemu mógł on szybko wrócić do domu pod opiekę rodziców. Przypadek ten pokazuje jednak, że na małe dzieci trzeba nieustannie zwracać uwagę, ponieważ wystarczy chwila, aby doszło do nieszczęścia.
Źródło info i foto: Policja.pl

Jest akt oskarżenia przeciwko rodzicom 4-tygodniowej dziewczynki. Są oskarżeni o usiłowanie pozbawienia życia dziecka

Jest akt oskarżenia przeciwko rodzicom 4-tygodniowej Luizy, która w lutym w bardzo ciężkim stanie trafiła do szpitala w Malborku. Prokuratura Rejonowa w Malborku oskarżyła parę o usiłowanie pozbawienia życia dziecka. Akt oskarżenia przeciwko Klaudii F. oraz Marcinowi G. trafił do Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Prokurator zarzucił oskarżonym popełnienie wspólnie i w porozumieniu przestępstwa znęcania się fizycznego nad dziewczynką oraz spowodowanie u niej ciężkich obrażeń ciała, przez co usiłowali pozbawić ją życia, przy czym celu tego nie osiągnęli z uwagi na udzielenie pokrzywdzonej pomocy medycznej – mówi Mariusz Duszyński z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku

Jak ustalili śledczy, dziewczynka była szarpana i bita. Miała uraz głowy – złamaną kość ciemieniową i obrzęk mózgu, które spowodowały chorobę realnie zagrażającą życiu.

Luiza miała też złamane: trzon kości ramiennej, obojczyk, kość udową oraz liczne powierzchowne urazów głowy. Zimą 2020 r. przez półtora miesiąca była hospitalizowana – najpierw w szpitalu w Malborku, później w Gdańsku. Przez 11 dni przebywała na oddziale intensywnej terapii dziecięcej.

Za usiłowanie pozbawienia życia rodzicom grozi dożywocie. Para nie przyznała się do zarzutów. Czeka na proces w areszcie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

15 i 16-latek poszli łowić ryby. Rodzice ukarani

Rodzice dwóch nastolatków, którzy wędkowali na jeziorkiem „Moczydło” w Karczewie zostali ukarani mandatami – poinformował w środę nadkom. Daniel Niezdropa z Komendy Powiatowej Policji w Otwocku.

Jak przekazał, funkcjonariusze z komisariatu w Karczewie sprawdzali osiedla i miejsca rekreacji, aby reagować na wszelkie naruszenia przepisów wprowadzonych wz. z epidemią koronawirusa. W pewnym momencie patrolując teren przyległy do jeziorka „Moczydło” zauważyli siedzących nad brzegiem dwóch młodych chłopców, którzy wędkowali.

Okazało się, że mieli 15 i 16 lat, pierwszy pochodził z Warszawy, a drugi z Józefowa. Funkcjonariusze znaleźli przy nich paczkę papierosów, a nieletni przyznali się do ich palenia – poinformował nadkom. Daniel Niezdropa.

Policjanci powiadomili rodziców chłopców, a kiedy ci przyjechali po swoje dzieci nad jeziorko zostali ukarani mandatami.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Łódź: Półtoraroczna dziewczynka wypadła z okna. Policja bada sprawę

Dramat rozegrał się około godziny 15. Dziewczynka wypadła z okna mieszkania na trzecim piętrze w kamienicy przy ul. 6 Sierpnia w Łodzi. Dziecko było pod opieką rodziców. W lokalu był jeszcze 5-letni braciszek dziewczynki. To prawdopodobnie on otworzył okno. 1,5 dziewczynka trafiła do szpitala w Łodzi po tym, jak wypadła z okna kamienicy na 3. piętrze. W mieszkaniu byli obecni rodzice 1,5-latki oraz jej 5-letni brat. Jak ustaliła policja, matka dzieci była pod wpływem alkoholu.

– Policjanci wyjaśniają okoliczności zdarzenia, do którego doszło w niedzielę ok. godz. 15 przy ul. 6 Sierpnia w Łodzi. Ze wstępnych ustaleń wynika, że w mieszkaniu znajdowali się rodzice i dwójka dzieci w wieku pięciu lat i 18 miesięcy – poinformowała rzeczniczka Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi Joanna Kącka.

W pewnym momencie 36-letni ojciec przysnął, a matka wyszła do innego pomieszczenia. Wtedy doszło do tragedii. Z ustaleń policji wynika, że to 5-latek otworzył uchylone okno. Jego siostrzyczka runęła z trzeciego piętra.

Dziecko zostało odwiezione do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. Stan 1,5-latki nie jest znany. Okoliczności tragedii bada policja. 26-latka miała 0,8 promila alkoholu w organizmie, jej partner był trzeźwy. Do policji nigdy wcześniej nie wpłynęły żadne niepokojące sygnały dotyczące tej rodziny.
Źródło info i foto: Fakt.pl