Polska nie wyda Szwecji Rosjanina, który porwał dzieci z rodziny zastępczej

Warszawski Sąd Okręgowy odmówił wydania Rosjanina, który uciekł z dziećmi do Polski ze Szwecji. Szwecja wydała za nim Europejski Nakaz Aresztowania pod zarzutem uprowadzenia trzech córek z rodziny zastępczej. Polska prokuratura nie wystąpiła jednak o tymczasowy areszt.

W środę 10 lipca Warszawski Sąd Okręgowy nie zgodził się na wydanie Szwecji 39-letniego Rosjanina Denisa Lisova, który w kwietniu tego roku wraz z trzema córkami został zatrzymany przez Straż Graniczną na lotnisku w Warszawie. Mężczyzna chciał docelowo dostać się do Rosji. Jego obrońca argumentował, że szwedzka opieka socjalna odebrała mu dzieci i umieściła je w rodzinie zastępczej po tym, jak jego żona zachorowała. Była hospitalizowana, lekarze podejrzewali u niej schizofrenię. W ocenie szwedzkich władz ojciec sam nie był zdolny do prawidłowego wychowania swoich córek.

Denis Lisow podkreśla, że służby socjalne nigdy nie zarzuciły mu zaniedbań wychowawczych. Dodatkowo, jego zdaniem, dzieci miały zostać przekazanie rodzinie zastępczej odmiennej kulturowo, pochodzenia arabskiego. Według Rosjanina szwedzkie władze postawiły mu warunek, którego nie był w stanie spełnić – by odzyskać dzieci miał zalegalizować swój pobyt w Szwecji.

Porwał córki i chciał uciec do Rosji

Lisov od siedmiu lat mieszkał w Szwecji. Przyjechał tam ze swoją żoną i najstarszą córką Sofią (obecnie 12-letnią). Po wyjeździe na emigrację małżeństwu urodziły się jeszcze dwie córki – 6-letnia dziś Serafina i 4-letnia Alisa.

Kilka lat temu u żony Lisova zdiagnozowano chorobę i wtedy rodziną zainteresowała się szwedzka opieka społeczna. Zdecydowano, że ojciec nie radzi sobie z opieką nad trzema córkami, więc dziewczynki zostały umieszczone w rodzinie zastępczej. Denisowi Lisovowi przyznano cotygodniowe, 6-godzinne widzenia z dziećmi. Mężczyzna nie mógł się z tym pogodzić, więc postanowił porwać córki. Chciał wywieźć je do rodzinnego kraju. Do Polski przypłynął promem, następnie z warszawskiego lotniska chciał dostać się do swojego kraju.

Mężczyzna jednak, z pomocą rzecznika praw dziecka Mikołaja Pawlaka, złożył w Polsce wniosek o przyznanie mu statusu uchodźcy. W sprawę włączyła się też fundacja Ordo Iuris oraz Ministerstwo Sprawiedliwości.

Sąd uznał działania władz szwedzkich za „skrajne”

– Sąd stwierdza, że wydany w sprawie niniejszej przez władze szwedzkie europejski nakaz aresztowania narusza wolności i prawa człowieka obywatela Denisa Lisova – uzasadniał sędzia Dariusz Łubowski. Sąd stwierdził też, że Denis Lisov „nie mógł zachować bezczynności, gdy widział, że dzieciom działa się krzywda”. Działanie władz szwedzkich sąd uznał za „skrajne”. Odebranie dzieci miało być „wbrew dobru dziecka”, stąd miała zaistnieć „obligatoryjna przesłanka odmowy przekazania Lisova władzom szwedzkim”.

„Polska po raz kolejny staje po stronie rozdzielanych w innych krajach rodzin” – napisał na Twitterze obrońca ojca dzieci, Bartosz Lewandowski z Ordo Iuris. Prezes fundacji Jerzy Kwaśniewski dodał: „Polski Sąd Okręgowy potwierdza, że Szwecja naruszyła międzynarodowe gwarancje praw człowieka – ochronę życia rodzinnego z art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Wydanie Denisa Lisova Szwecji groziłoby dalszym łamaniem praw człowieka”.

Sprawę skomentował też wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik. „Dobra decyzja Sądu w sprawie p. Denisa Lisova, wszyscy pozostają w Polsce. Tożsamość dzieci jest fundamentalna. Dziękuję Sądowi. Dziękuję Prokuraturze! Dobro dzieci wygrało. Fajnie być Polakiem” – napisał.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zabójstwo 9-miesięcznej Blanki z Olecka. Psycholog: „Powrót dziecka do rodziny biologicznej to nie zawsze najlepsze wyjście”

Dziewięciomiesięczna Blanka z Olecka na kilka miesięcy przed swoją tragiczną śmiercią trafiła do rodziny zastępczej. Sąd jednak zdecydował, aby przywrócić opiekę nad dzieckiem rodzicom. Taka decyzja jest zgodna z polityką prowadzoną przez PiS, który w znowelizowanej w 2018 roku Ustawie o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej stawia za cel jak najszybszy powrót dziecka do rodziny biologicznej. Ale czy to faktycznie jest najlepsze wyjście? O tym rozmawiamy z dr Magdaleną Kruk-Rogucka, psycholog i psychoterapeutką.

Lena Gontarek, Gazeta.pl: Co jest lepsze dla dziecka – powrót do rodziny biologicznej, która jest dysfunkcyjna czy pozostanie w domu dziecka lub innej placówce opiekuńczej?

Dr Magdalena Kruk-Rogucka, psycholog i psychoterapeutka: Najprawdopodobniej żadne z tych wyjść nie zabezpieczy wszystkich potrzeb dziecka. Powrót do rodziny biologicznej, która jest dysfunkcyjna, nie jest dla dziecka wyjściem optymalnym. Podobnie jednak trwanie w zawieszeniu, jakim jest np. pozostawanie w domu dziecka. To nie jest sytuacja, która daje możliwości nawiązywania trwałych i bezpiecznych więzi z opiekunami.

Jaki wpływ na dziecko może mieć to „trwanie w zawieszeniu”?

To najtrudniejsza dla niego sytuacja, kiedy nie wie, co się z nim wydarzy: czy wróci do rodziców, czy trafi do innej rodziny, czy będzie przez lata mieszkać w domu dziecka. Dziecko często marzy, aby wrócić do rodziny biologicznej, która częściej lub rzadziej je odwiedza, a która niestety nie zawsze podejmuje kroki, aby dziecko faktycznie mogło wrócić do domu rodzinnego. Jeżeli rodzina podejmuje faktyczną pracę i wykazuje autentyczne starania, żeby dziecko wróciło do domu, to wszyscy na tym zyskują. I rodzice, którzy mogą wychować swoje dziecko, i samo dziecko, które może wychowywać się w rodzinie biologicznej. Problem pojawia się, kiedy rodzina nie podejmuje żadnego wysiłku, kiedy jest on niewielki w stosunku do potrzeb dziecka albo chwilowy i nie niesie za sobą trwałej zmiany.

Jak w takim razie może wpłynąć na dziecko powrót do tego rodzaju rodziny?

W takiej sytuacji możemy mówić o powtórnej traumatyzacji dziecka. Załóżmy, że dziecko trafia do rodziny zastępczej, która – w optymalnej sytuacji – zaczyna je wprowadzać w proces zdrowienia z ran, które zadała rodzina. Potem nagle po raz kolejny z powrotem trafia tam, gdzie jest przemoc, gdzie są różne zaniedbania, a jego potrzeby nie są w ogóle brane pod uwagę, realizowane ani zabezpieczone. Dziecko jest ponownie poddane traumie. Jest to straszne, bo dzieci uczą się w ten sposób, że nie mogą polegać na dorosłych, nie mogą nigdy się czuć bezpiecznie. Nawet jeżeli przez chwilę tak się czują, to nie wiedzą, jak długo będzie to trwało i kiedy znowu będzie gorzej.

Może w takim razie rozwiązaniem jest rodzina zastępcza?

Jeżeli daje ona dziecku możliwość kontaktu z rodziną biologiczną, również w tym pierwszym momencie, kiedy jest z nią podejmowana praca, jeżeli to dobrze przeszkolona rodzina, która zna sytuację dziecka i potrafi odpowiedzieć na jego potrzeby, to nie jest to złe wyjście. Dla dziecka optymalną sytuacją jest taka, kiedy ono ma bezpieczne środowisko, które zabezpiecza jego potrzeby, w tym te emocjonalne, zapewnia mu bezpieczeństwo, stałość, przewidywalność tego, co się będzie działo. I przede wszystkim odpowiada na jego potrzebę miłości.

W nowelizacji Ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej kładzie się nacisk na jak najszybszy powrót dziecka do rodziny biologicznej.

Presja czasu w odniesieniu do pracy z rodzinami dysfunkcyjnymi ma swoje dobre i złe strony. Zła jest taka,
że zmiana jest procesem i potrzeba na to czasu i pracy. Dobra zaś, że czas mobilizuje nie tylko specjalistów zaangażowanych w pracę nad rodziną, lecz także samą rodzinę, która musi się zebrać do działania. Praca z rodziną biologiczną powinna być podejmowana w każdym przypadku, bo to pierwsze środowisko, z którego dziecko się wywodzi. Powinien być jednak również taki moment, w którym wszystkie służby, które są zaangażowane, odpowiadają sobie na pytanie, czy to rokuje, czy nie. Jeżeli nie rokuje, to trzeba otwarcie i jednoznacznie stwierdzić: rodzina nie pójdzie do przodu. W mojej ocenie dziecko nie powinno być jedynym motywem, który napędza rodzinę do tego, żeby się zmieniała.

Czyli reintegracja z rodziną biologiczną za wszelką cenę nie ma sensu?

Rodzinie biologicznej zawsze trzeba dać szansę. Nawet jeśli mamy do czynienia z rodziną z przemocą w wywiadzie, ofiara może wyjść z kręgu przemocy i dać dzieciom bezpieczny i kochający dom. Nigdy jednak ta zmiana w rodzinie biologicznej nie powinna się dziać kosztem dziecka, które czeka w placówce lub wraca do bliskich z nadzieją, że po wstępnych deklaracjach będą trwać dalej w zmianie np. abstynencji, farmakoterapii czy innych. W tej pracy potrzeba dużo mądrości i indywidualnego patrzenia na każdą rodzinę osobno.

Czy w swojej pracy spotkała się pani z sytuacjami, kiedy dzieci cierpią w wyniku przywrócenia ich rodzinie biologicznej lub trwania w tym „zawieszeniu”?

Znam takie rodziny, ale ze względu na tajemnicę zawodową wolałabym nie opisywać konkretnych sytuacji. Ale przebywanie latami w domu dziecka i czekanie na zrealizowanie deklaracji rodziców biologicznych lub adopcję, w zależności od sytuacji, przynosi cierpienie każdemu dziecku, które w takiej sytuacji się znajduje. W rodzinie zastępczej może być o tyle inaczej, że może ona dać namiastkę rodziny i nawet bez zapewnienia pełnej przynależności poprzez adopcję może być dać poczucie bezpieczeństwa i trwałą więź między dzieckiem i rodzicami. W domach dziecka dzieci też mogą nawiązać głębszą więź z ulubionym wychowawcą czy innym pracownikiem, co daje szanse na budowanie zaufania i przywiązania do ludzi w ogóle. Bez wątpienia jednak jest to znacznie trudniejsze niż w prawidłowo funkcjonującej rodzinie.

Jakie koszty społeczne ponosi dziecko, które dorasta lub dorastało do pewnego momentu w rodzinie dysfunkcyjnej?
Wszystko zależy od tego, z jakimi trudnościami rodzinie przyszło się mierzyć i tego, jak długi czas dziecko w niej spędziło. Koszty te jednak zawsze są znaczące. Wychowywanie się w środowisku, które nie zabezpiecza potrzeb dziecka i nie daje mu poczucia bezpieczeństwa, przede wszystkim utrudnia mu nawiązanie bezpiecznego przywiązania z dorosłymi i zdrowy rozwój emocjonalny. W przyszłości może mieć trudności z nawiązywaniem bezpiecznych, dojrzałych relacji w społeczeństwie, począwszy od rówieśniczych, poprzez miejsce pracy, kończąc na relacjach w jego przyszłej rodzinie. W końcu zaufania do innych ludzi uczymy się od dzieciństwa.

Dr Magdalena Kruk-Rogucka – psycholog, psychoterapeuta systemowy, doktor nauk społecznych w zakresie psychologii, ekspert na forum adopcyjnym Stowarzyszenia „Nasz Bocian”, pracuje dla Ośrodka Adopcyjnego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Rodzice 9-miesięcznej dziewczynki z zarzutami zabójstwa

Matka i ojciec 9-miesięcznej dziewczynki zamordowanej w Olecku na Warmii i Mazurach z zarzutami zabójstwa. Ciało dziecka odnaleziono w piątek w jednym z mieszkań. Śledczy sprawdzają teraz, jak to możliwe, że dziewczynka trafiła z powrotem do rodziców. Do kwietnia tego roku przebywała w rodzinie zastępczej, ale sąd zdecydował o zwróceniu jej matce i ojcu.

Szczegóły tej zbrodni są szokujące. Rodzice najpierw przez dwa miesiące mieli znęcać się nad 9-miesięcznym dzieckiem, a potem je zamordować uderzając wielokrotnie tępym narzędziem. Przyczyną śmierci dziecka był krwotok wewnętrzny i uszkodzenie mózgu – poinformował rzecznik prokuratury w Suwałkach Ryszard Tomkiewicz.

Postawione im zarzuty dotyczą też wykorzystywania seksualnego.

Kobiecie i mężczyźnie grozi teraz dożywocie. Właśnie trwa posiedzenie sądu, który ma zdecydować o aresztowaniu ich na 3 miesiące. W piątek po godz. 20.00 policja w Olecku dostała informację o śmierci dziecka. Funkcjonariusze, przybyli na miejsce, wezwali lekarza, który potwierdził zgon dziecka.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Mężczyźni zatrzymani po zamachu w Londynie to uchodźcy

Brytyjski dziennik „The Times” poinformował w poniedziałek, że dwaj mężczyźni zatrzymani po piątkowym zamachu terrorystycznym na londyńskie metro to młodzi uchodźcy, którzy mieszkali w brytyjskiej rodzinie zastępczej. Jak wynika z informacji gazety, obaj mężczyźni pochodzą z krajów objętych strefą wojny i działaniem tzw. Państwa Islamskiego (IS).

Według „Timesa” 18-letni główny podejrzany jest sierotą z Iraku i przyjechał do Wielkiej Brytanii w wieku 15 lat, gdzie otrzymał status uchodźcy. W sobotę został zatrzymany w porcie morskim w Dover nad kanałem La Manche, gdy funkcjonariusze rozpoznali go po charakterystycznej, czerwonej czapce, którą miał na sobie również na nagraniach monitoringu z metra.
„Zszokowani” emeryci

Mężczyzna został przyjęty przez brytyjską parę emerytów Ronalda i Penelopę Jones, którzy na przestrzeni 40 lat opiekowali się jako rodzina zastępcza blisko 300 dziećmi o różnym pochodzeniu, a w ostatnich latach na prośbę hrabstwa Surrey przyjęli wielu uchodźców, w tym m.in. z Somalii i Erytrei. W 2010 roku za swoje zasługi zostali odznaczeni Orderem Imperium Brytyjskiego.
Jak zauważa „Times”, emeryci nie otrzymali od lokalnych władz szczegółowych informacji o 18-latku i byli „zszokowani” tym, co zostało im przekazane w ciągu ostatnich dwóch dni przez śledczych. Od soboty ich dom jest przeszukiwany przez specjalistów z oddziału antyterrorystycznego.

21-letni Syryjczyk

Drugi zatrzymany został zidentyfikowany przez media jako 21-letni Syryjczyk Jahja Farruch, który ostatnio samodzielnie mieszkał w Stanwell w hrabstwie Surrey, ale wcześniej również znajdował się pod opieką Jonesów. Jego tożsamość nie została na razie potwierdzona przez prowadzącą śledztwo policję metropolitalną.

Policja, póki co, nie postawiła mu też żadnych zarzutów.

Pastor Vicci Davidson z lokalnego kościoła metodystów w rozmowie z „Timesem” wyraziła nadzieję, że „ludzie nie będą teraz mówić tylko o tym jednym dziecku, które wpadło w kłopoty, gdy tak wielu udało się pomóc”.

Około 30 osób zostało rannych w piątek rano, gdy w wagonie metra na stacji Parsons Green w zachodniej części Londynu eksplodował improwizowany ładunek wybuchowy z zapalnikiem czasowym. Związana z IS agencja informacyjna Amak poinformowała, że zamachu dokonał „oddział” związany z tą dżihadystyczną organizacją.
Źródło info i foto: interia.pl

Matka zniknęła z 2-letnią córką. Trwają poszukiwania

Policjanci z Rybnika poszukują 2-letniej Wiktorii Namysł i jej matki – Patrycji Wiciok. Sąd ograniczył kobiecie prawa rodzicielskie. 3 listopada miała ona przekazać córkę rodzinie zastępczej. Nie zrobiła tego i wraz z dzieckiem zniknęła. Kobieta do tej pory nie nawiązała żadnego kontaktu z rodziną. Poszukiwana matka dziecka ubrana była w niebieskie, obcisłe spodnie rurki, sportową kurtkę przeciwdeszczową długości 3/4 i wystającą spod kurtki żółto-brązową tunikę oraz jasne sportowe buty.

35-latka ma 170 cm wzrostu, blond włosy i grzywkę. Ma też tatuaż na wewnętrznej części przedramienia lewej ręki. 2-letnia Wiktoria ma z kolei 92 cm wzrostu, ciemne, gęste, kręcone włosy i piwne oczy. Jeśli ktokolwiek wie, gdzie obecnie są obie poszukiwane, proszony jest o kontakt z rybnicką komendą policji pod numerem telefonu 32 429 52 55.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Znajomy rodziny zgwałcił 14-latkę

​Szczecińska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie gwałtu na 14-latce. Dziewczynka przebywała w rodzinie zastępczej – informuje reporterka RMF FM Aneta Łuczkowska. Gwałcicielem miał być znajomy rodziny. Zgwałcona dziewczynka jest teraz w szpitalu. Wydarzenie było dla niej traumą i wymaga ona obserwacji psychiatrycznej.

Prokuratura prowadzi teraz śledztwo w tej sprawie. To oznacza, że nie ma jeszcze oficjalnie podejrzanego o wykorzystanie nastolatki. Wiadomo, że policję powiadomił opiekun dziewczyny i że na razie jej stan nie pozwala na przesłuchanie przez sąd dla nieletnich.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Rozprawa apelacyjna Anny i Wiesława Cz.

Nie ma żadnych przesłanek do ponownego procesu i złagodzenia kar – przekonywał prokurator na rozprawie apelacyjnej Anny i Wiesława Cz., rodziców zastępczych z Pucka, którzy przyczynili się do śmierci 5-letniej Klaudii i 3-letniego Kacperka. Sprawa jest zawiła – przyznał sędzia i odroczył ogłoszenie wyroku o tydzień. Do tragedii w rodzinie zastępczej prowadzonej w Pucku przez małżonków Annę i Wiesława Cz. doszło w 2012 roku. Pięć miesięcy temu Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał 41-letniego mężczyznę na pięć lat więzienia za znęcanie się nad piątką dzieci, a jego 34-letnia żona usłyszała wyrok dożywocia za znęcanie się nad dziećmi oraz za zabójstwo Kacperka i Klaudii. W obu przypadkach bezpośrednią przyczyną śmierci było pęknięcie wątroby i wylew wewnętrzny, spowodowane brutalnym pobiciem. Dzieci miały być bite pięściami i kopane.

Od wyroku odwołali się obrońcy, bo ich zdaniem wyrok jest zbyt surowy. Apelację wniósł też pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, czyli biologicznych rodziców Klaudii i Kacperka – uważają, że sąd pierwszej instancji zbyt łagodnie potraktował Wiesława Cz.

Oskarżona za szybą przeprasza i żałuje

Rozprawa przed Sądem Apelacyjnym w Gdańsku odbyła się w czwartek. Oskarżeni, zakuci w kajdanki, zostali doprowadzeni z aresztu przez kilku policjantów. Siedzieli ze spuszczonymi głowami w tej części sali rozpraw, która oddzielna jest od reszty kuloodporną szybą. Obrońca Anny Cz. wniósł o uchylenie wyroku i skierowanie sprawy do ponownego rozpatrzenia.

– Sąd okręgowy nie udźwignął kilku rzeczy, m.in. tego, że potrzeba prewencji ogólnej – skierowanej do społeczeństwa – przeważyła w sposób przesadny nad wymiarem kary – mówił adwokat Borys Laskowski. – Podczas procesu doszło też do błędów w ustaleniach faktycznych. Obrońca Wiesława Cz. prosił sąd o złagodzenie mu kary, ale nie sprecyzował, jaki konkretnie wyrok by go usatysfakcjonował. – Pięć lat więzienia to maksymalnie dużo za znęcanie się nad dziećmi. Sąd pierwszej instancji nie uwzględnił okoliczności łagodzących takich jak przyznanie się przez oskarżonego do winy i jego niekaralność – stwierdził adwokat Antoni Koprowski.

Tysiąc złotych za dziecko

Prokurator Krzysztof Nowicki z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku przekonywał z kolei, że nie ma żadnych przesłanek do zmiany wyroku. Podkreślił, że Anna i Wiesław Cz. założyli rodzinę zastępczą wyłącznie po to, żeby zdobyć pieniądze na spłatę kredytu we frankach szwajcarskich, który zaciągnęli na budowę swojego domu. Miesięcznie otrzymywali od państwa ok. 7 tys. zł (2 tys. podstawy, plus 1 tys. zł za każde z pięciorga powierzonych im maluchów). – Od początku nie mieli zamiaru stworzyć powierzonym im pod opiekę dzieciom takich warunków do życia, jakie powinny być w rodzinie – mówił prokurator.

Wtórował mu pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, adw. Robert Standowicz: – Dla oskarżonych powierzone im pod opiekę dzieci to nie byli ludzie. Liczyły się tylko pieniądze, które otrzymywali za prowadzenie rodziny zastępczej. W tzw. ostatnim słowie, które zawsze przysługuje oskarżonym przed wydaniem wyroku, Anna i Wiesław Cz. prosili o to samo co ich obrońcy. – Bardzo żałuję, że doszło do tej tragedii. Przepraszam – powiedziała Anna Cz. łamiącym się głosem. Jej mąż stwierdził krótko, że nie ma nic do dodania ponad to, co już powiedział obrońca. Ogłoszenie wyroku sędzia Andrzej Rydzewski odroczył do 4 lutego, bo „sprawa jest zawiła”. Zdecydował również, że oskarżeni nie zostaną tego dnia doprowadzeni do sądu z Aresztu Śledczego w Gdańsku.

Wpadła w szał pod prysznicem

Przypomnijmy, trzy lata temu pod opiekę Annę i Wiesława Cz. z Pucka trafiła piątka rodzeństwa w wieku od roku do sześciu lat. Dzieci trafiły do rodziny zastępczej, bo ich biologicznym rodzicom sąd odebrał prawa rodzicielskie. Gdy w lipcu 2012 roku tragicznie zmarł Kacper, prokuratura wszczęła śledztwo, które szybko umorzono. Śledczy uwierzyli bowiem opiekunom, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, bo dziecko samo spadło ze schodów. Dwa miesiące później zmarła Klaudia. Tym razem opiekunowie również twierdzili, że dziewczynka miała wypadek. Po otrzymaniu wyników sekcji zwłok okazało się jednak, że została brutalnie pobita.

O sprawie zrobiło się głośno w całej Polsce. Automatycznie wznowiono wtedy również postępowanie w sprawie śmierci 3-latka. Ustalono, że do jego śmiertelnego pobicia doszło, gdy przed wyjściem z domu do lekarza chłopiec zmoczył się w majtki i konieczne było przebranie go. To wyprowadziło opiekunów z równowagi. Klaudia został pobita przez matkę zastępczą pod prysznicem. Kobieta wpadła w szał, bo dziewczynka miała wyzywać ją i szarpać się podczas kąpieli. Sąd Apelacyjny – jako sąd drugiej instancji – może utrzymać wyrok w mocy, zmienić go, uchylić częściowo lub w całości i skierować sprawę do ponownego rozpatrzenia przez Sąd Okręgowy w Gdańsku.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Rodzice zastępczy dziś z wyrokiem?

– Nazywała nas śmierdzielami, debilami – mówił chłopczyk. – Biła słuchawką od prysznica, kopała – dodawała jego siostra. Katecheta i jego żona, rodzina zastępcza dla trójki rodzeństwa, prawdopodobnie dziś usłyszą wyrok w sprawie znęcania się nad dziećmi. Dramat w domu w Kowarach (woj. dolnośląskie) miał trwać sześć lat.

W czwartek w sądzie w Jeleniej Górze (woj. dolnośląskie) ma zapaść wyrok w głośnej sprawie katechety i jego żony, którzy przez sześć lat mieli znęcać się nad trójką rodzeństwa. Małżeństwo było dla dzieci rodziną zastępczą. O piekle, jakie przez lata przeżywała trójka małych dzieci, zdecydowali się porozmawiać z inną rodziną zastępczą, u której spędzali wakacje. – Najczęściej było to szczypanie, ciągnięcie za włosy albo bicie paskiem – wyznała wtedy dziewczynka.

„Biła, kopała, przezywała”

– Kopała nas, rzucała w nas krzesła, biła słuchawką od prysznica – dodawał jej brat. – Był taki czerwony pasek, a na nim kolce. Siostra oberwała w oko i miała tutaj [nad okiem-red.] siniaka. Dlatego nie poszła do szkoły – wyznał 9-letni wtedy chłopczyk w rozmowie z reporterką Blisko Ludzi. Dzieci przyznały, że matka zastępcza brzydziła się nimi. – Zakładała rękawiczki, bo mówiła, ze dostanie zarazy albo jakiejś wścieklizny – opisywał wtedy 12-latek. – Nazywała nas śmierdzielami, debilami – przyznał jego brat.

„Groziła, że odeśle do domu dziecka”

W rozmowie z reporterką programu „Blisko Ludzi” rodzeństwo mówiło, że posiłki jadło osobno, a nie w kuchni z rodzicami, bo dzieci nie miały prawa wychodzić z pokojów bez zawołania. Tłumaczyli też, że nikomu się wcześniej nie skarżyły, bo były zastraszone przez matkę zastępczą. Kobieta miała grozić, że odeśle je do domu dziecka.

Kiedy w końcu zdecydowały się opowiedzieć o swoim dramacie, ich obecny ojciec zastępczy Janusz Popiołek zawiadomił Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie. Urzędnicy wybrali się do szkoły, by na osobności porozmawiać z dziećmi. Okazało się, że najmłodszego z rodzeństwa nie było, bo chłopiec miał na twarzy ślady po szarpaniu przez matkę zastępczą. – Wolno pisałem, to mnie wzięła za buzię. Miałem tu taką rysę – pokazywał chłopczyk.

Dzieci trafiły do innej rodziny

Tego samego dnia dzieci z domu, w którym przeżyły tragedię, trafiły do rodziny, u której były na wakacjach. Sprawą zainteresowała się natomiast prokuratura. – Zostało wszczęte dochodzenie dotyczące podejrzenia znęcania się nad trojgiem małoletnich dzieci, które pozostawały w rodzinie zastępczej. Były nieco inaczej, gorzej traktowane niż biologiczne dziecko tych rodziców – mówił w październiku 2013 roku Marcin Zarówny z Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze.

„To pomówienia, dzieci były kochane”

O sprawie reporterka „Blisko Ludzi” spróbowała też porozmawiać z katechetą, byłym ojcem zastępczym dzieci. Nie chciał odpowiedzieć na pytanie, czy rodzeństwo było bite. – Dzieci były kochane i były otoczone troską. Pomówienie mnie i przedstawienie jako katechety, który bije, jest społeczną porażką – powiedział Mariusz M. Dodał, że nie ma sobie nic do zarzucenia. W trakcie procesu nadal utrzymywali, że nie znęcali się nad dziećmi. I przekonywali, że mają na to niepodważalne dowody. Katechecie i jego żonie grozi do 5 lat więzienia.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Anna i Wiesław C. z wyrokami

Dożywocie dla matki zastępczej i pięć lat więzienia dla ojca zastępczego z Pucka – taką karę orzekł gdański Sąd Okręgowy ws. śmierci dwójki dzieci powierzonych parze. Do tragedii doszło w 2012 r. Wyrok jest nieprawomocny. Sąd uznał, że matka zastępcza dzieci Anna C. była winna śmiertelnego pobicia i znęcania się nad dziećmi – dlatego została skazana na dożywocie. Wiesław C., ojciec zastępczy uniewinniony został od zarzutu śmiertelnego pobicia chłopca, a skazany za znęcanie się nad synem.

Prokuratura domagała się 25 lat więzienia dla kobiety i 13 lat więzienia dla mężczyzny. W styczniu 2012 r. do rodziców zastępczych Anny i Wiesława C., mających dwójkę własnych dzieci w wieku 2 i 9 lat, trafiła piątka rodzeństwa w wieku od roku do sześciu lat. Kilka miesięcy później, w lipcu, zmarł powierzony parze 3-letni chłopiec Kacper, a dwa miesiące później jego 5-letnia siostra – Klaudia.

Rodzice zastępczy utrzymywali, że były to wypadki; chłopiec miał spaść ze schodów. Jednak prokuratura w Pucku ustaliła, że dzieci zmarły wskutek pobicia i oskarżyła oboje rodziców zastępczych o śmiertelne pobicie chłopca, a kobietę dodatkowo o zabójstwo „z zamiarem ewentualnym” dziewczynki. Obojgu postawiono też zarzut znęcania się nad dziećmi. Przed sądem mężczyzna przyznał się do znęcania, zaprzeczył udziałowi w pobiciu. Kobieta nie przyznała się do winy.
Żródło info i foto: wp.pl

Prokuratura sprawdza przeszłość rodziny zastępczej. Znęcali się i molestowali dzieci

Prokuratorzy z Łowicza prześwietlają całą przeszłość łęczyckiej rodziny zastępczej, która molestowała i znęcała się nad dziećmi. Prokuratorzy sprawdzą, w jaki sposób była nadzorowana i jak przebiegało jej szkolenie. Zawodowa rodzina zastępcza z Łęczycy sprawowała opiekę nad sześciorgiem dzieci w wieku od 5 do 13 lat. Małżeństwo w wieku 54 ich 59 lat usłyszało zarzuty fizycznego i psychicznego znęcania się nad pięciorgiem podopiecznych. 59-latkowi zarzucono także wykorzystywanie seksualne trzech dziewczynek i dwóch chłopców w wieku od 8 do 13 lat.

Zarzuty w tej sprawie usłyszała także 20-letnia córka małżeństwa. Młodej kobiecie zarzucono znęcanie się nad dziećmi oraz pedofilię wobec 10-letniej dziewczynki. Mężczyźnie i jego córce grozi kara do 12 lat więzienia, 54-letniej kobiecie – do 5 lat. Podejrzane małżeństwo „zawodowo” było rodzicami zastępczymi od 2007 roku. Czwórka pokrzywdzonych dzieci trafiła do nich w 2009 roku; dwoje kolejnych – w 2012 r. Na razie troje podejrzanych przebywa w areszcie.

Dowody „porażające”

Według prokuratury zebrane w sprawie przemocy w rodzinie dowody są „porażające”. Ustalono, że wszystkie dzieci – z wyjątkiem najmłodszej, 5-letniej dziewczynki – były co najmniej od października 2012 roku ofiarami przemocy psychicznej i fizycznej. Dochodziło do sytuacji, że opiekunowie bili dzieci po twarzy, plecach, pasem i pięściami, zatykali im usta, stosowali kary polegające m.in. na wielogodzinnym staniu na baczność. Dzieciom ograniczano dostęp do jedzenia, kontakt z rówieśnikami i używano wobec nich słów wulgarnych – relacjonował ustalenia śledczych prok. Krzysztof Kopania, rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej.

Według prokuratury wszystkie z pięciorga pokrzywdzonych dzieci, w tym trzy dziewczynki w wieku od 8 do 10 lat i dwaj chłopcy w wieku 11 i 13 lat, były wielokrotnie molestowane seksualnie przez 59-latka. Czynności seksualnych na szkodę jednej z 10-letnich dziewczynek dopuściła się także 20-latka. Jej matka zastraszała podopiecznych. Groziła im, że gdy ujawnią, co dzieje się w domu, dzieci zostaną rozdzielone i trafią do domu dziecka (wszystkie dzieci pochodzą z dwóch rodzin). Jedna z molestowanych dziewczynek jest głuchoniema.
Śledztwo wszczęto po zawiadomieniu złożonym przez pedagoga szkolnego, któremu niektóre z dzieci zdecydowały się opowiedzieć o swej sytuacji. Początkowo dotyczyło znęcania się nad dziećmi, które na przełomie marca i kwietnia zostały odebrane rodzinie zastępczej. Później zawiadomienie złożyła także placówka, do której trafiła jedna z dziewcząt; to dotyczyło już wykorzystywania seksualnego.

Z rodziną były problemy

Kierownik Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie Iwona Zielińska przyznaje, że od samego początku, gdy rodzina A. została zawodową rodziną zastępczą, były z nią problemy. PCPR twierdzi, że przez 4 lata, gdy rodzina już opiekowała się dziećmi, w domu raz na kwartał pojawiali się pracownicy socjalni z Centrum. Robili wywiady środowiskowe. Zgodnie z przepisami, koordynator powinien pomagać rodzinie zastępczej. Także on powinien ją sprawdzać. W tej chwili prawo pozwala mu mieć pod opieką nawet 30 rodzin zastępczych lub rodzinnych domów dziecka. Kierownik PCPR przyznaje, że pierwsze sygnały, że w rodzinie z Łęczycy dzieje się źle, Centrum miało w październiku ubiegłego roku. Był jednak potrzebny czas na nawiązanie kontaktu z dziećmi – tłumaczy Zielińska.
Żródło info i foto: RMF24.pl