Policjanci nie zastali w domu bossa „wnuczkowej mafii”. Będzie list gończy

Funkcjonariusze policji w środę (25 marca) rano przekazali do sądu materiały wskazujące na konieczność poszukiwania Arkadiusza Ł. ps. „Hoss” listem gończym. „Hoss” specjalizował się w przestępstwach metodą „na wnuczka”. Jak poinformował mł. insp. Andrzej Borowiak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, funkcjonariusze we wtorek, po otrzymaniu dokumentacji z sądu, podjęli próbę zatrzymania „Hossa”.

„Nakaz zatrzymania nie mógł zostać zrealizowany. Arkadiusz Ł. nie przebywał pod adresem wskazanym sądowi. Dlatego w środę rano funkcjonariusze pojechali do sądu, by dostarczyć dokumentację wskazującą na konieczność poszukiwania Arkadiusza Ł. listem gończym” – powiedział Borowiak.

Jak wyjaśniał we wtorek sędzia Aleksander Brzozowski z Sądu Okręgowego w Poznaniu, w przypadku braku możliwości zatrzymania „Hossa” w miejscu, w którym miał przebywać, zostanie za nim wydany list gończy.

Areszt międzyinstancyjny

Sąd Okręgowy w Poznaniu uwzględnił w poniedziałek wniosek Prokuratury Okręgowej w Warszawie o zastosowanie wobec Arkadiusza Ł. ps. „Hoss” tymczasowego aresztu międzyinstancyjnego w związku z wyrokiem, który wobec „Hossa” został orzeczony we wrześniu ubiegłego roku.

„We wrześniu w sprawie ‚Hossa’ została orzeczona nieprawomocnie kara siedmiu lat pozbawienia wolności, czyli kara surowa. Obecnie jest rozpoznawana apelacja. Sposób jej rozpoznania będzie miał bezpośrednie przełożenie na postępowanie, które zostało umorzone w ubiegłym tygodniu” – wyjaśniła w poniedziałek prokurator Mirosława Chyr z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

„Żeby zabezpieczyć wykonanie kary, prokurator wniósł o zastosowanie międzyinstancyjnego aresztu tymczasowego, uzasadniając wniosek wysokim prawdopodobieństwem prawomocnego orzeczenia kary siedmiu lat pozbawienia wolności, a także uzasadnioną obawą, że oskarżony będzie uciekał, ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości” – dodała prok. Chyr.

Prokurator przypominała, że „Hoss” zachowywał się w opisany sposób „na gruncie sprawy, która została właśnie umorzona”.

„Sąd Okręgowy w Poznaniu uwzględnił wniosek. Zgodził się, że to, jak się oskarżony zachowuje w kontaktach z organami ścigania, jest przesłanką do zastosowania tymczasowego aresztowania. Areszt został zastosowany na okres sześciu miesięcy” – dodała.

Ten okres aresztowania powinien wystarczyć do rozpoznania apelacji od wrześniowego wyroku, którą wniosły strony.

Zażalenie na decyzję z 18 marca

Prokuratura Okręgowa w Warszawie przygotowuje także zażalenie na decyzję Sądu Okręgowego w Poznaniu, podjętą 18 marca.

Jak wyjaśniał w minionym tygodniu sędzia Aleksander Brzozowski, „18 marca sąd umorzył wobec Arkadiusza Ł. postępowanie z uwagi na to, że czyny, które zostały zarzucone oskarżonemu w tym postępowaniu, zawierają się w okresie, który został osądzony przez Sąd Okręgowy w Poznaniu we wrześniu ubiegłego roku. Sąd wówczas przyjął koncepcję czynu ciągłego, czyli dane zachowania, w tym przypadku oszustwa, popełnione w jednym czasie, uznał za jeden czyn. Nowy akt oskarżenia obejmuje takie same zachowania, popełnione tą samą metodą, w tym samym czasie. Jest to okres zamknięty i wszystkie czyny z tego okresu uznaje się za osądzone, nawet jeżeli organy ścigania ujawniły je później. W związku z umorzeniem postępowania sąd podjął decyzję o zwolnieniu Arkadiusza Ł. z aresztu” – poinformował sędzia Brzozowski.

„Król wnuczkowej mafii”

„Hoss” został nieprawomocnie skazany we wrześniu ub.r. przez Sąd Okręgowy w Poznaniu na siedem lat więzienia za oszustwa dokonane metodą „na wnuczka”. Proces „króla wnuczkowej mafii” trwał ponad dwa lata. Śledczy zarzucali mu udział w grupie przestępczej i wyłudzenie lub próbę wyłudzenia w Niemczech, Szwajcarii i Luksemburgu – w latach 2012-2014 – w sumie kilku milionów złotych w różnych walutach oraz kosztowności: biżuterii, złota i złotych monet.

Ofiarami były głównie osoby w podeszłym wieku, często samotne. Mężczyzna wprowadzał seniorów w błąd, pozorując bliskie pokrewieństwo lub znajomość z nimi. Miał też podawać się m.in. za funkcjonariusza policji.

Na ławie oskarżonych Hoss zasiadł razem ze swoim bratem. Adam P. został skazany na sześć lat pozbawienia wolności. Sąd nakazał im również naprawienie szkody oraz pokrycie kosztów sądowych. Żaden z mężczyzn nie był w tej sprawie pozbawiony wolności. Po zatrzymaniach w 2015 roku obaj poszli na współpracę z prokuraturą, przyznali się do przestępstw i zgodzili się dobrowolnie poddać karze, wpłacili także poręczenia majątkowe. Z ugody wycofali się dopiero na etapie postępowania sądowego.

Ponowne zatrzymanie

W lutym 2017 roku „Hoss” został ponownie zatrzymany na warszawskiej Woli przez Centralne Biuro Śledcze Policji na podstawie materiałów zebranych przez warszawską prokuraturę. Nowe zarzuty dotyczyły wyłudzeń na blisko 1,6 mln złotych w latach 2012-2014.

Sprawa nabrała rozgłosu, bo Sąd Rejonowy Warszawa-Mokotów uznał, że areszt w tej sprawie nie będzie konieczny i wyznaczył mu dozór policji połączony z poręczeniem majątkowym. Wkrótce po tej decyzji „Hoss” zniknął, a prokuratura wytknęła sądowi, że przekroczył czas 24 godzin, jaki miał na zbadanie wniosku i decyzję. Śledczy wnieśli też do sądu odwoławczego o zmianę decyzji i aresztowanie „Hossa”.

W sprawie głos zabrał także Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, podkreślając, że „przestępca, który grasuje ze swoją szajką w całej Europie, okradając starszych ludzi z oszczędności ich życia, nie powinien się dłużej cieszyć wolnością”.

Ukrywał się w wynajętym mieszkaniu

Arkadiusz Ł. został zatrzymany po miesiącu poszukiwań. Ukrywał się na stołecznym Żoliborzu w wynajętym mieszkaniu. Ujęli go funkcjonariusze z policyjnego Zespołu Poszukiwań Celowych z Poznania. „Hoss” był w tej sprawie aresztowany od 17 marca 2017 roku.

Jesienią ubiegłego roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie ponownie oskarżyła Arkadiusza Ł. Sprawa początkowo trafiła do Sądu Okręgowego w Warszawie, a następnie decyzją sądu apelacyjnego, przekazana do rozpoznania przez Sąd Okręgowy w Poznaniu. Jej finałem była decyzja z 18 marca o umorzeniu postępowania.
Źródło info i foto: interia.pl

W Krakowie ruszył proces Roberta J. Mężczyzna oskarżony jest o zamordowanie 21 lat temu studentki i zbezczeszczenie jej zwłok

Przed krakowskim sądem ruszył w środę proces Roberta J., oskarżonego o zamordowanie 21 lat temu studentki i zbezczeszczenie jej zwłok. Po odczytaniu aktu oskarżenia proces ma toczyć się za zamkniętymi drzwiami. Sąd zamierza przesłuchać około 200 świadków. Powołano 20 biegłych. Rozprawa miała rozpocząć się o godzinie 9:30 przed krakowskim sądem okręgowym, jednak stało się to dopiero przed godziną 12.

Podczas środowej rozprawy prokurator Piotr Krupiński z Małopolskiego Wydziału Prokuratury Krajowej rozpoczął odczytywanie aktu oskarżenia. Po jego odczytaniu proces będzie toczyć się za zamkniętymi drzwiami. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami mecenasa Łukasza Chojniaka, adwokata oskarżonego o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem Roberta J., jego klient, doprowadzony na rozprawę z aresztu, prawdopodobnie skorzysta z prawa do składania wyjaśnień.

To już drugi termin rozpoczęcia tego głośnego procesu – 8 stycznia sąd zdecydował o odroczeniu go do 12 lutego. Powodem był wybór nowego ławnika, który nie zdążył zapoznać się z materiałem dowodowym. O odroczenie zawnioskował obrońca Roberta J.

– Nie było ze strony obrony innej możliwości, jak złożenie wniosku o odroczenie rozprawy, z uwagi na to, że jeden z sędziów – ławnik, nie z winy sądu, ale został powołany do tej sprawy na początku stycznia – wyjaśnił obrońca oskarżonego mec. Łukasz Chojniak.

Przekonywał w rozmowie z dziennikarzami, że w „sprawie poszlakowej, gdzie nie ma dowodu bezpośredniego, w sprawie, w której oskarżony – co trzeba stanowczo podkreślić – nie przyznaje się do stawianych mu zarzutów i stanowczo kwestionuje zarzuty, które są wobec niego formułowane, obrona nie miała innej możliwości, jak złożenie wniosku o przerwę w rozprawie”.

Akt oskarżenia liczy około 800 stron, a akta sprawy to niemal 500 tomów. Krakowski sąd wyznaczył już terminy rozpraw na kilka miesięcy, planuje przesłuchać około 200 świadków. Na razie są to osoby wskazane przez prokuratora – nie wiadomo, ilu świadków wskaże jeszcze m.in. obrona. Sąd w tej sprawie dysponuje opiniami około 20 biegłych.

Szczegóły sprawy są na tyle brutalne, że sąd zdecydował o wyłączeniu jawności rozpraw.

Ciało w Wiśle

Robert J. będzie odpowiadał za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura zarzuca mu, że na przełomie 1998 i 1999 roku zamordował Katarzynę Z., studentkę religioznawstwa UJ. Fragmenty skóry i ciała wyłowiono z Wisły, jednak części zwłok nigdy nie odnaleziono. Szczątki zostały pozbawione skóry, jej fragmenty były fachowo odcięte i wypreparowane. Tożsamość ofiary ustalono dzięki badaniom genetycznym.

Mimo wysiłków śledczych nikogo w związku z tą sprawą nie zatrzymano aż do 2017 roku. Dopiero wówczas policjanci zdecydowali, że mają wystarczająco wiele dowodów przeciwko Robertowi J. i mężczyzna trafił do aresztu. Jak przyznają śledczy, był podejrzewany niemal od początku śledztwa, ale brakowało dowodów.

– Pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sprawcy tej brutalnej zbrodni będzie możliwe dzięki wyjątkowo wytężonej pracy prokuratorów prowadzących to postępowanie oraz funkcjonariuszy policji, jak również biegłych powołanych do opiniowania w tej sprawie. Musieli się oni zmierzyć z przestępczym działaniem, które dotąd było nieznane polskiej i zagranicznej kryminalistyce – mówiła krótko po zatrzymaniu podejrzanego Beata Marczak, zastępczyni prokuratora generalnego.

Trenował sztuki walki

Prokuratura Krajowa podała natomiast, że „w sprawie tej przez wiele lat przeprowadzono żmudne czynności śledcze, które w konsekwencji doprowadziły do ustalenia sprawcy zabójstwa”.

– Prokuratorzy zlecali kolejne badania i opinie biegłych, żeby na podstawie najdrobniejszych nawet śladów dowiedzieć się jak najwięcej o okolicznościach mordu i samym sprawcy. Z tak bestialską zbrodnią i zbezczeszczeniem ciała nie mieliśmy jeszcze w Polsce do czynienia, dlatego prokuratura postawiła sobie za punkt honoru wykrycie sprawcy – mówiła osoba znająca kulisy śledztwa. Prokuratorzy zaangażowali dziesiątki biegłych z Polski i zagranicy. Korzystali ze wszystkich najnowocześniejszych metod badawczych oraz zdobyczy nauki i techniki.

Na ich zlecenie Laboratorium Ekspertyz 3D Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu po raz pierwszy na świecie sporządziło trójwymiarowy obraz zbrodni tylko na podstawie śladów pozostawionych przez sprawcę na tkankach ofiary. Dzięki badaniom Katedry Biologii Eksperymentalnej Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu udało się także wykryć związki chemiczne, które morderca podawał studentce. Takie badania najprawdopodobniej zostały wówczas przeprowadzone po raz pierwszy w historii polskiej kryminalistyki.

Na tej podstawie ustalono sposób zadawania ciosów przez mordercę i fakt, że mogła je zadawać osoba wyszkolona w określonych sztukach walki – trenował je właśnie Robert J.

Było to przełomowe dla śledztwa, w którym prokuratura – jak zapewnia – skrupulatnie zbadała wszystkie ślady pozostawione przez sprawcę, sposób jego działania i profil psychologiczny.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Australia: Sąd Najwyższy rozpatrzy odwołanie kardynała George’a Pella skazanego za pedofilię

Sąd Najwyższy Australii zgodził się rozpatrzyć odwołanie, złożone przez kardynała George’a Pella, skazanego na 6 lat więzienia za czyny pedofilii w połowie lat 90. Były prefekt watykańskiego Sekretariatu ds. Ekonomii przebywa w zakładzie karnym od marca br.

Decyzję Sądu Najwyższego w Canberze ogłoszono w środę miejscowego czasu. Zaznacza się, że tym samym były watykański „minister finansów”, który od początku zapewnia, że jest niewinny, otrzymał ostatnią szansę.

Według lokalnych mediów rozprawa odbędzie się zapewne w przyszłym roku, a australijski kardynał, do niedawna bliski współpracownik papieża Franciszka, będzie czekał na nią w więzieniu w Melbourne.

78-letni kardynał Pell jest najwyższym dostojnikiem Kościoła, skazanym za pedofilię. Otrzymał wyrok, gdy uznano go winnym napaści seksualnej na dwóch 13-letnich chłopców z chóru w zakrystii katedry w Melbourne w 1996 roku. Był wtedy metropolitą tego miasta.

W sierpniu wyrok 6 lat, wydany na początku tego roku, utrzymał sąd apelacyjny stanu Wiktoria. Akt oskarżenia sporządzono na podstawie zeznań jednej z ofiar; drugi mężczyzna zmarł przed kilkoma laty.

Sąd pierwszej instancji orzekł w marcu, że kardynał Pell będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie w październiku 2022 r., gdy będzie miał 81 lat.

Dostojnik, urodzony w 1941 r. w australijskim Ballarat, był biskupem pomocniczym Melbourne w latach 1987-1996, a następnie do 2001 r. metropolitą tego miasta. W latach 2001-2014 był arcybiskupem metropolitą Sydney, mianowanym kardynałem przez Jana Pawła II. Franciszek mianował go w 2013 roku członkiem Rady Kardynałów, a rok później prefektem Sekretariatu ds. Ekonomii Stolicy Apostolskiej.

Początkowo australijski wymiar sprawiedliwości prowadził śledztwo w jego sprawie w związku z zarzutami tuszowania czynów wykorzystywania i wysłuchał jego zeznań, w których zapewniał, że nie wiedział o takich zdarzeniach w swojej diecezji. W 2017 roku kardynał Pell został formalnie oskarżony o czyny seksualnego wykorzystania nieletnich. Papież urlopował go na czas procesu, a później zdymisjonował go.

Gdy na początku tego roku purpurat został uznany jednomyślnie winnym pedofilii przez ławę przysięgłych sądu pierwszej instancji, otrzymał od Franciszka zakaz publicznego pełnienia posługi i kontaktów z nieletnimi. Jak tłumaczył wtedy Watykan, są to „środki zapobiegawcze”, zastosowane w oczekiwaniu na definitywne potwierdzenie faktów. Wyjaśniono, że Stolica Apostolska przyjmuje do wiadomości wyrok pierwszej instancji.

Gdy latem odrzucono apelację kardynała Pella, Watykan oświadczył, że z decyzją w jego sprawie czeka na zakończenie całego postępowania sądowego. Rzecznik Matteo Bruni podkreślił też, że Watykan potwierdza swój szacunek dla australijskiego wymiaru sprawiedliwości.

Bruni zaznaczył wówczas: Stolica Apostolska wraz z Kościołem w Australii potwierdza swoją bliskość z ofiarami wykorzystywania seksualnego i zaangażowanie na rzecz tego, by za pośrednictwem właściwych władz kościelnych ścigać członków duchowieństwa, którzy są za nie odpowiedzialni.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Trwa walka o odszkodowanie dla Tomasza Komendy

Tomasz Komenda walczy o odszkodowanie i zadośćuczynienie. Mężczyzna spędził w więzieniu 18 lat, choć był niewinny. Zakończyła się pierwsza rozprawa. Komenda chce otrzymać prawie 19 mln zł. Swoje zeznania złoży w środę. Tomasz Komenda nie pojawił się w Sądzie Okręgowym w Opolu. Reprezentujący go mec. Zbigniew Ćwiąkalski wyjaśnił, że mężczyzna zbyt mocno przeżywa traumatyczne doświadczenia z przeszłości i na tym etapie nie jest konieczne, by do nich wracał.

Komenda domaga się od państwa prawie 19 mln zł. Chce 18 mln zł zadośćuczynienia za 18 lat spędzonych w zakładzie karnym. Ćwiąkalski. – Po mln zł za każdy rok pobytu w zakładzie karnym – wyjaśnił mec. Ćwiąkalski.

Walczy też od dodatkowe odszkodowanie w wysokości 812 tys. zł. Niższa kwota ma zrekompensować zarobki, które Komenda mógłby przez te lata wypracować. Jeśli sąd przychyli się do jego argumentacji, będzie to najwyższe zadośćuczynienie i odszkodowanie za niesłuszne uwięzienie w historii polskiego sądownictwa.

Pieniądze w takiej sytuacji wypłaci Skarb Państwa.

Tomasz Komenda został niesłusznie skazany

Proces toczy się w Opolu na prośbę Tomasza Komendy. Mężczyzna nie chciał pojawiać się w sądzie we Wrocławiu ze względu na traumatyczne przeżycia.

Poprosił również o wyłączenie jawności rozpraw. Prokuratura przychyliła się do jego wniosku. – Osoby skazane za czyny, o które oskarżano mojego klienta, są na samym dnie i tak też są traktowane przez współosadzonych, a także kadrę więzienną. To był prawdziwy koszmar, z którym do dzisiaj musi się zmagać – tłumaczył Ćwiąkalski.

W noc sylwestrową 1997 r. w Miłoszycach na Dolnym Śląsku brutalnie zgwałcono i zamordowano 15-letnią Małgosię z Jelcza-Laskowic. Za tę zbrodnię Sąd Okręgowy we Wrocławiu skazał w 2003 roku Tomasza Komendę na 15 lat więzienia. Ostatecznie karę zaostrzono do 25 lat. Mężczyzna spędził w więzieniu 18 lat. W maju ubiegłego roku został uniewinniony.
Źródło info i foto: wp.pl

Hiszpania: Marek Falenta sprzeciwił się ekstradycji do Polski

Podczas rozprawy przed hiszpańskim sądem Marek Falenta sprzeciwił się ekstradycji do Polski. Biznesmen poszukiwany Europejskim Nakazem Aresztowania został w piątek zatrzymany nieopodal Walencji. Rzecznik hiszpańskiego Sądu Narodowego, który zajmował się sprawą ekstradycji Marka Falenty, poinformował, że do czasu decyzji w sprawie jego powrotu do Polski, biznesmen pozostanie w areszcie. 

Falenta podczas przesłuchania sprzeciwił się ekstradycji do Polski. Taka deklaracja nie oznacza, że do ekstradycji nie dojdzie, ale z pewnością przedłuży proces – może on potrwać od kilku tygodniu nawet do kilku miesięcy, a sprawa Falenty może zostać ponownie rozpatrzona. 

Groził skokiem z 9. piętra

Falenta został zatrzymany w piątek miejscowości Cullera, 50 kilometrów od Walencji. Miejscowe służby blisko współpracowały z polską policją od kiedy za skazanym wystawiono Europejski Nakaz Aresztowania. Dzięki wspólnym wysiłkom, Falenta został zlokalizowany w luksusowym mieszkaniu w Cullerze, gdzie – jak opisują służby – „dyskretnie mieszkał” wraz ze swoją partnerką.

Kiedy policja dotarła na miejsce, Falenta wszedł na balustradę i groził, że wyskoczy z balkonu na 9. piętrze. Ostatecznie udało się go odwieść od tego zamiaru.

Próba ucieczki przed więzieniem

Za zlecenie nagrywania rozmów polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach Marek Falenta został prawomocnie skazany w styczniu 2017 roku. Policja poinformowała sąd, że skazany nie został zatrzymany na podstawie listu gończego i opuścił terytorium Polski.

Obrońca Marka Falenty mówił, że nie wie, gdzie jest jego klient, ale składał do sądu kolejne wnioski w jego imieniu. Cały czas walczy o odroczenie wyroku w czasie. Pod koniec lutego pełnomocnik Falenty złożył wniosek o odroczenie wykonania kary pozbawienia wolności, ale sąd go odrzucił. 
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Rosja: Sąd przedłużył areszt modelce, oskarżonej o nielegalną prostytucję

Białorusinka Nastia Rybka, modelka, która w czwartek została deportowana z Tajlandii i została aresztowana w Moskwie, spędzi w celi kolejne 72 godziny. Rozprawa celebrytki rozpocznie się jutro. Modelka twierdzi, że ma dowody na ingerowanie przez Rosję w wybory w USA.

Wcześniej Anastazja Waszukiewicz, znana jako Nastia Rybka, przyznała się do winy. W areszcie spędziła dziewięć miesięcy.

W tej samej sprawie skazano siedmioro innych obywateli Białorusi i Rosji, w tym deklarującego się jako „guru w sprawach seksu” Alexa Lesleya. Jak podała policja, w rzeczywistości jest to Aleksander Kiryłow, który według niepotwierdzonych nigdy doniesień mediów rozważał udział w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich w Rosji.
Źródło info i foto: onet.pl

Odroczono rozprawę ws. pobicia byłego wiceszefa KNF

Do 5 marca Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa odroczył rozprawę ws. brutalnego pobicia b. wiceprezesa Komisji Nadzoru Finansowego Wojciecha Kwaśniaka. Proces miał rozpocząć się powtórnie w środę po tym, gdy sędzia prowadząca sprawę poszła na urlop macierzyński.

Sąd podjął w środę decyzję o odroczeniu rozprawy wobec usprawiedliwionej nieobecności oskarżonego Krzysztofa A. ps. „Twardy”, któremu postawiono zarzut napaści na Kwaśniaka. Obrońca oskarżonego mec. Adam Gomuła przedstawił zwolnienie lekarskie wydane przez biegłego, z którego wynika, że do końca marca Krzysztof A. ze względu na stan zdrowia nie jest w stanie stawić się w sądzie.

Na środowej rozprawie nie pojawił się również, Krzysztof An. ps. „Brzydki Krzysiek” oskarżony o pośrednictwo w zleceniu pobicia Kwaśniaka. Przebywa on w zakładzie karnym w Niemczech za przestępstwa popełnione na terenie tego kraju. W grudniu w celu umożliwienia rozpoczęcia procesu warszawski sąd wydał wobec niego Europejski Nakaz Aresztowania.

Prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie w maju 2014 r. Natomiast akt oskarżenia trafił do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa w październiku 2015 r.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Poznań: Wysokie odszkodowanie dla kobiety gwałconej w dzieciństwie przez księdza?

Poznański sąd apelacyjny rozpatruje w czwartek sprawę milionowego odszkodowania od zgromadzenia Towarzystwo Chrystusowe dla kobiety gwałconej w dzieciństwie przez księdza Romana B. Rozprawa odbywa się z wyłączeniem jawności.

Sprawa duchownego została nagłośniona w ubiegłym roku. Ks. Roman B. w trakcie posługi w jednej z miejscowości w woj. zachodniopomorskim molestował seksualnie 13-letnią dziewczynkę. Według mediów miał ją podstępnie wywieźć od rodziców, więzić i gwałcić przez kilkanaście miesięcy. W jego komputerze śledczy mieli znaleźć także treści pedofilskie i korespondencję z innymi dziećmi. Mężczyzna został aresztowany w 2008 r.

Poza sprawą karną, poszkodowana kobieta wytoczyła proces także Towarzystwu Chrystusowemu dla Polonii Zagranicznej, do którego należał ksiądz Roman B. „Gazeta Wyborcza” poinformowała w poniedziałek, że wyrokiem poznańskiego sądu okręgowego Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej musi zapłacić kobiecie 1 milion złotych zadośćuczynienia i 800 zł miesięcznie dożywotniej renty.

W uzasadnieniu wyroku, do którego dotarła gazeta, sąd stwierdził m.in., że Roman B. „wykorzystał swoją pozycję zawodową jako ksiądz” – poznał dziewczynkę na lekcji religii, zapraszał na plebanię, czyli do „miejsca służbowego”.

„Gdyby nie uczył religii, gdyby nie był księdzem, to do jego spotkania z pokrzywdzoną w ogóle nie doszłoby. Gdyby nie wykorzystał swojej funkcji księdza do zdobycia zaufania pokrzywdzonej, szkoda nie zostałaby wyrządzona” – podkreślił sąd.

W czwartek sprawą zajął się Sąd Apelacyjny w Poznaniu. Rozprawa toczy się z wyłączeniem jawności.

Przed budynkiem sądu apelacyjnego zebrała się grupa kilkunastu osób, które chciały wyrazić swoją solidarność z poszkodowaną kobietą. Mieli ze sobą transparenty: „Stop pedofilii w Kościele”, „Zły dotyk boli przez całe życie”, „Zapłaćcie za te gwałty”. Uczestnicy zgromadzenia podkreślali, że liczą na utrzymanie w mocy wyroku sądu okręgowego. „Mamy nadzieję, że sądy są jeszcze niezawisłe i liczymy, że ten wyrok ruszy lawinę, że Kościół katolicki zapłaci za swoich funkcjonariuszy, którzy gwałcili dzieci” – mówił Kuba Kapral, jeden z uczestników manifestacji.

Zgromadzeni wskazywali, że w przypadku kasacji wyroku, kiedy sprawa trafiłaby do Sądu Najwyższego, „tam już bez wątpienia będą bardzo duże naciski ze strony hierarchów Kościoła, żeby ofiara nie dostała ani grosza i żeby Kościół dalej mógł się czuć bezkarny” – zaznaczył Michał Walkowiak, także jeden z uczestników zgromadzenia. Jak dodał, „wsparcie – choćby w takiej formie – dla ofiar tego typu spraw jest niezbędne. Jesteśmy zdegustowani postępowaniem hierarchów kościelnych, którzy cały czas – nie tylko w Polsce – ukrywają pedofilów” – dodał.

Pełnomocnik Towarzystwa Chrystusowego adwokat Krzysztof Wyrwa powiedział mediom przed rozprawą, że na gruncie obowiązujących w Polsce przepisów prawa, odpowiedzialności za czyn popełniony przez księdza nie ponosi instytucja Kościoła. Jak dodał, czyn, którego dopuścił się ksiądz Roman B. „był haniebny” i tego w tej sprawie nikt nie zmienia, ani nie kwestionuje winy księdza.

Adwokat pytany o fakt, że już wcześniej zgromadzenie proponowało ofierze pieniądze odpowiedział, że „czym innym jest gest chrześcijańskiej pomocy, wychodzenie z prośbą czy na przeciw temu, żeby pomóc w rehabilitacji, w traumie, która z pewnością dotknęła ofiarę, a czym innym jest przyjęcie odpowiedzialności. W związku z tym odpowiedzialności według nas nie ma, i brak jest podstaw, by te odpowiedzialność ze sprawcy przenieść na osoby prawne Kościoła” – podkreślił.

W 2009 roku ksiądz Roman B. został skazany w procesie karnym na osiem lat więzienia. Obrońcy odwołali się od decyzji sądu i sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia. W sądzie Roman B. miał przyznać się do kilkudziesięciu przestępstw seksualnych, ale zaprzeczał biciu ofiary i planowaniu działań z góry. Sąd podjął wówczas decyzję o zmniejszeniu kary do 4,5 roku leczenia psychiatrycznego na oddziale szpitalnym w zakładzie karnym. W 2010 r. wyrok został złagodzony o pół roku. Ksiądz wyszedł na wolność dwa lata później. Administracyjny proces karny ks. Romana B. zakończył się jego wydaleniem ze stanu duchownego. Roman B. nie jest już także członkiem zgromadzenia Towarzystwa Chrystusowego.
Źródło info i foto: interia.pl

Sprawa wypadku z udziałem Beaty Szydło w Oświęcimiu trafi na rozprawę

Sprawa zderzenia seicento i kolumny BOR, w której jechała ówczesna premier Beata Szydło, trafi na rozprawę – poinformował sąd w Oświęcimiu. Do wypadku doszło 10 lutego 2017 r. w Oświęcimiu. Policja podała, że rządowa kolumna trzech samochodów, w której jechała ówczesna premier Beata Szydło (jej pojazd znajdował się w środku kolumny – red.) wyprzedzała fiata seicento. Jego 21-letni kierowca przepuścił pierwszy samochód, a następnie zaczął skręcać w lewo i uderzył w auto ówczesnej szefowej rządu, które następnie uderzyło w drzewo.

14 lutego ubiegłego roku prokuratorski zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku usłyszał kierowca Fiata Seicento Sebastian K. Mężczyzna nie przyznał się do winy. W wyniku wypadku poważne obrażenia ciała, utrzymujące się dłużej niż siedem dni, odnieśli Beata Szydło i jeden z funkcjonariuszy BOR – szef ochrony premier. Ówczesna szefowa rządu do 17 lutego ub.r. przebywała w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. U drugiego funkcjonariusza BOR – kierowcy pojazdu – stwierdzono lżejsze obrażenia.
Źródło info i foto: onet.pl

Harvey Weinstein trafi za kratki na 25 lat za molestowanie kobiet?

Były potentat amerykańskiej branży filmowej Harvey Weinstein oświadczył we wtorek w trakcie rozprawy przed sądem wyższej instancji na nowojorskim Manhattanie, że nie jest winny stawianych mu zarzutów gwałtów i agresji seksualnej – podały nowojorskie media.

Ponad 70 kobiet obwinia 66-letniego Weinsteina o popełniane wobec nich na przestrzeni dziesięcioleci gwałty i inne nadużycia seksualne. Oskarżenia te, o których w ubiegłym roku doniosły jako pierwsze „New York Times” i „New Yorker”, dały początek społecznemu ruchowi #MeToo skierowanemu w sprawców seksualnego wykorzystywania kobiet, w tym przede wszystkim w osoby zajmujące eksponowane stanowiska w branży rozrywkowej oraz w świecie polityki i biznes.

#MeToo i koniec kariery Weinsteina

Skandal z udziałem Weinsteina – jednego z najważniejszych producentów filmowych w Hollywood, współzałożyciela studia Miramax i firmy producenckiej Weinstein Co. – zakończył jego karierę. Został on wyrzucony z własnej firmy, która potem zbankrutowała. Konsekwentnie utrzymuje jednak, że wszystkie stawiane mu zarzuty przestępstw obyczajowych są bezpodstawne. 25 maja sam zgłosił się na jeden z komisariatów policji w Nowym Jorku, skąd zabrano go w kajdankach do sądu na wstępne przesłuchanie. Sędzia zwolnił Weinsteina za kaucją w wysokości miliona dolarów z zastrzeżeniem, że odda swój paszport, będzie nosił czujnik lokalizacyjny oraz nie opuści terytorium stanów Nowy Jork i Connecticut.

Grozi mu nawet 25 lat więzienia

W ubiegłym tygodniu ława przysięgłych sądu na Manhattanie uznała Weinsteina za winnego w dwóch sprawach karnych. Prokuratura okręgowa Manhattanu nie ujawniła tożsamości dwóch kobiet, które zarzucają mu agresję seksualną w akcie oskarżenia, będącym efektem wielomiesięcznego śledztwa prowadzonego przez nowojorską policję. Jak zaznacza Reuters, szczegóły jednej ze spraw są zbieżne z tym, co powiedziała „New Yorkerowi” była początkująca aktorka Lucia Evans na temat seksu oralnego, do jakiego Weinstein miał ją zmusić w 2004 roku.

W razie uznania przez sąd słuszności najpoważniejszych spośród stawianych Weinsteinowi zarzutów groziłaby mu kara od pięciu do 25 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl