Policja użyła armatek wodnych. Ponad 300 aresztowanych w Hongkongu

We wtorek chiński parlament przyjął nowe, kontrowersyjne prawo o tzw. bezpieczeństwie narodowym w Hongkongu. Przewiduje ono, że działania uznane za zagrożenie dla stabilności miasta mogą być karane nawet dożywociem. W proteście przeciw decyzji na ulicach odbyły się manifestacje. Zatrzymano ponad 300 osób, a dziewięciu postawiono zarzuty.

23 lata temu Hongkong został zwrócony przez Wielką Brytanię Chińskiej Republice Ludowej. Rząd w Pekinie musiał jednak zagwarantować, że status byłej kolonii nie ulegnie zmianie przez kolejne 50 lat, czyli do 2047 roku. Przyjęcie we wtorek przez chiński parlament ustawy o tzw. bezpieczeństwie narodowym odbierane jest jednak, zarówno przez hongkońską opozycję, jak i władze wielu państw zachodnich, jako ograniczenie autonomii regionu. Na mocy ustawy dożywociem karane mają być m.in. działania uznane za terrorystyczne, secesjonistyczne czy spiskowanie z obcymi siłami. Od sądów zależeć będzie natomiast, czy działania opozycji będą uznawane za zagrożenie dla bezpieczeństwa Hongkongu, czy też nie.

W Pekinie rzecznik chińskiego MSZ Zhao Lijian wezwał kraje do obiektywnego spojrzenia na sytuację i powiedział, że Chiny nie pozwolą na ingerencję zagraniczną w sprawy wewnętrzne.

Zakazano corocznego marszu

Rząd w Pekinie przekonuje, że nowe prawo ma na celu wyłącznie uporządkowanie sytuacji w mieście. Szefowa władz Hongkongu Carrie Lam uważa, że przyjęcie ustawy to najważniejsze wydarzenie w historii Hongkongu od 23 lat. Miejscowa policja zakazała środowiskom prodemokratycznym przeprowadzenia marszu organizowanego co roku przy okazji rocznicy przejęcia zwierzchnictwa nad regionem przez Chiny, tłumacząc decyzję względami epidemicznymi. Jednak ludzie tak wyszli na ulice i zaprotestowali m.in. przeciw nowemu prawu.

Jak podaje BBC News, wobec demonstrantów policja użyła armatek wodnych, gazu łzawiącego i pieprzowego. Ponad 300 z nich zostało zatrzymanych, a dziewięciu osobom postawiono zarzuty naruszenia uchwalonego we wtorek prawa. Aresztowany został m.in. mężczyzna, który trzymał flagę z napisem „niepodległość Hongkongu”.

W zeszłym roku w Hongkongu doszło do wielu antyrządowych demonstracji, które kończyły się starciem z policją. W ich trakcie domagano się między innymi w pełni wolnych wyborów w Hongkongu i amnestii dla ponad sześciu i pół tysiąca aresztowanych demonstrantów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Rząd Izraela ogranicza śledzenie połączeń osób z koronawirusem przez służby bezpieczeństwa

Rząd Izraela ograniczy śledzenie telefonów komórkowych osób z koronawirusem przez służby bezpieczeństwa i kontrwywiadu Szin Bet do „szczególnych przypadków”, w których dochodzenie epidemiologiczne nie wystarcza do wyszukania potencjalnych zakażonych. Władze oceniły, że spadek liczby nowych przypadków koronawirusa pozwala na ograniczenie praktyki śledzenia kontaktów osób zakażonych. Izraelskie służby bezpieczeństwa i kontrwywiadu Szin Bet rozpoczęły śledzenie telefonów komórkowych osób zakażonych koronawirusem oraz potencjalnych zainfekowanych w połowie marca.

Zastępcy prokuratora generalnego zapewnili wtedy, że biuro prokuratora dopilnuje, by informacje na temat obywateli nie były przekazywane policji. Jednak organizacje broniące prawa do zachowania prywatności złożyły skargi w sądzie na tę decyzję.

Wcześniej rząd, pomijając konsultacje w parlamencie, zezwolił służbom na monitorowanie geolokalizacji zakażonych oraz tych, którzy w ciągu 14 dni przed zdiagnozowaniem mieli z nimi kontakt, w celu informowania ich za pośrednictwem wiadomości tekstowych o konieczności przebywania w kwarantannie domowej.

Wysoki urzędnik z ministerstwa sprawiedliwości przekazał wtedy anonimowo dziennikowi „Haarec”, że zezwolenie oznacza, iż służby będą mogły namierzać telefony bez nakazu sądowego, a co za tym idzie bez żadnej kontroli. W Izraelu, który liczy 9 mln mieszkańców, stwierdzono 16 712 przypadków koronawirusa, na Covid-19 zmarło 279 osób.

Komisja nadzoru Knesetu podjęła dyskusje z rządem na temat ustawy, która regulowałaby zaangażowanie Szin Bet w tropienie ognisk zakażenia koronawirusem.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Kandydat na prezydenta Paweł Tanajno zatrzymany przez policję

Duże siły policyjne w centrum Warszawy. To reakcja na protest przedsiębiorców. – Państwo PiS się wali na naszych oczach – wykrzykiwał Paweł Tanajno, rozpoczynając strajk. W trakcie marszu w kierunku pałacu prezydenckiego został zatrzymany pod zarzutem naruszenia nietykalności cielesnej policjanta.

– Nadchodzi zmierzch reżimu kaczora. Ten bój nie odbędzie się na ulicach. Nie będzie tu czołgów. Ten bój o wolną Polskę odbędzie się w naszych sercach – nawoływał Paweł Tanajno, a więc jeden z organizatorów strajku, rozpoczynając protest.

– Wiemy, że państwo PiS zbankrutowało. Tracimy pracę, firmy. Pomoc jest pozorna. Mamy szansę walczyć o coś więcej. Domagajmy się wolności, ochrony własności – wskazywał. – Nie możemy być ciągle na kolanach przed politykami.

Strajk przedsiębiorców wystartował po godzinie 14:00. Zebrało się stosunkowo niedużo ludzi. Z obrazków przekazywanych przez media wynikało, że mogło ich być około stu. W tle można było usłyszeć lecącą z głośników najnowszą piosenkę Kazika pt. „Twój ból jest mniejszy niż mój”.

– Zgromadzenie mamy legalne, a w świetle rozporządzeń sanitarnych będziemy również działać zgodnie z prawem – zapewniał Paweł Tanajno. – Policja kłamie. Łamie prawo – podkreślał.

Czego chcą demonstrujący?

Przedsiębiorcy na strajk zabrali ze sobą kwiaty i znicze. Ułożyli z nich krzyż. Miało to być symbolizować bezradność rządu. To wyraz sprzeciwu wobec działania władzy, który ich zdaniem popełniła błąd dokonując tak drastycznego zamrożenia gospodarki. Wskazują też, że odmrażanie idzie zbyt wolno.

– W wypadkach umiera więcej osób niż na koronawirusa. To samo z rakiem. Postulat gospodarczy zamyka się w czymś co jest fundamentem. Chcemy ochrony własności. Rząd już zamierza wprowadzać ustawy, które pozwolą zajmować majątki przedsiębiorców – mówił Paweł Tanajno.

Podkreślał, że tak jak wczasach PRL-u, rząd ściga przedsiębiorców i nakłada tak dużo regulacji, że nie da się normalnie prowadzić działalności.

Zebrani przedsiębiorcy podkreślali też, że kierowana do nich pomoc jest niewystarczająca. Jedna z uczestniczek w rozmowie z dziennikarzem WP wskazała, że rząd chwali się dużą liczbą składanych wniosków, ale pomija fakt, że mało z nich jest rozpatrywanych, urzędnicy bawią się w biurokrację, a ostateczne dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników czy kilka tysięcy złotych wsparcia to za mało.

– W wypadkach umiera więcej osób niż na koronawirusa. To samo z rakiem. Postulat gospodarczy zamyka się w czymś co jest fundamentem. Chcemy ochrony własności. Rząd już zamierza wprowadzać ustawy, które pozwolą zajmować majątki przedsiębiorców – mówił Paweł Tanajno.

Podkreślał, że tak jak wczasach PRL-u, rząd ściga przedsiębiorców i nakłada tak dużo regulacji, że nie da się normalnie prowadzić działalności.

Zebrani przedsiębiorcy podkreślali też, że kierowana do nich pomoc jest niewystarczająca. Jedna z uczestniczek w rozmowie z dziennikarzem WP wskazała, że rząd chwali się dużą liczbą składanych wniosków, ale pomija fakt, że mało z nich jest rozpatrywanych, urzędnicy bawią się w biurokrację, a ostateczne dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników czy kilka tysięcy złotych wsparcia to za mało.

Z megafonów policyjnych dochodziły nawoływania do stosowania się do zasad związanych ze stanem epidemii. Chodzi o niegromadzenie się i noszenie maseczek. Na miejscu był „zespół antykonfliktowy policji”. Mieli niebieskie kamizelki i zadanie by dbać o to, żeby nie doszło do podobnych scen jak sprzed tygodnia.

Przedsiębiorcy dosyć szybko zebrali się i ruszyli w stronę pałacu prezydenckiego. Policja starała się wstrzymywać ruch, legitymując osoby, które były na proteście.

Cały plac Defilad był szczelnie obstawiony przez policję. Służby początkowo były nieco zaskoczone wymarszem, ale blokowane były kolejne większe grupy protestujących.

Policja interweniuje

Z czasem rosło napięcie. Policjanci w pewnym momencie otoczyli m.in. Pawła Tanajno i doszło do interwencji. Po chwili został wypuszczony, po czym wszedł do jednej z pobliskich restauracji i chwilowo marsz został zatrzymany. Wokół restauracji zebrało się sporo policjantów, którzy pilnowali wejścia.

– Kilku oficerów mnie napadło – skomentował zajście Paweł Tanajno. Tłumaczy, że szedł po prostu chodnikiem w związku z rozejściem się po zgromadzeniu na placu Defilad. Sugerował, że idzie do domu, kierując się w stronę pałacu prezydenckiego.

Ze słów organizatora strajku wynikało, że formalnie demonstracja już się zakończyła. Tym samym wskazywał, że interwencje policji są nieuzasadnione.

Policja starała się otoczyć większe grupy demonstrantów. Jednak nie do końca sobie z tym radziła, bo protestujący tłumaczyli się, że po prostu spacerują, niezależnie od strajku. W pewnym momencie okazało się, że grupka otoczonych osób była mniejsza niż liczba otaczających ich policjantów.

Funkcjonariuszy było tak wielu, że starali się odcinać kolejne drogi prowadzące w kierunku pałacu prezydenckiego. Policja w pewnym momencie informowała przez megafon, że może użyć środki przymusu bezpośredniego, jeśli nie dojdzie do rozejścia się zgromadzenia. Jednocześnie Paweł Tanajno podkreślał cały czas, że nie ma już formalnie żadnego strajku, a on tylko wraca do domu.

Zatrzymanie Pawła Tanajno

Po kilkudziesięciu minutach funkcjonariusze wyprowadzili Pawła Tanajno poza kordon, wsadzili do samochodu i wywieźli.

„Nie będzie przyzwolenia na atakowanie policjantów. Jeżeli ktoś wyciąga rękę na funkcjonariusza, zmusza nas do zdecydowanej reakcji. Potwierdzamy, że w związku z naruszeniem nietykalności cielesnej policjanta zatrzymany został Paweł Tanajno” – czytamy w komunikacie policji.

Razem z organizatorem szło wielu dziennikarzy. Wszyscy na długi czas zostali razem z garstką protestujących otoczeni przez policję, bez możliwości opuszczenia tego miejsca. Co na to wszystko policja? „Zawsze reagujemy na naruszenie prawa. Gdy prawo nie jest łamane skupiamy się na bezpieczeństwie uczestników” – czytamy w komunikacie KSP.
Źródło info i foto: Money.pl

„Przez rok nie udało się nawet powołać komisji do spraw pedofilii”

Rządząca partia dzisiaj nie ma interesu w tym, żeby rozliczać Kościół, bo Kościół jest jej w jakimś stopniu politycznym sojusznikiem – mówił w TVN24 Marek Sekielski, jeden z twórców filmu „Zabawa w chowanego” o pedofilii w polskim Kościele. Jego zdaniem przez rok od poprzedniego filmu na ten temat „politycy nie zrobili nic w tej sprawie”.

Film braci Tomasza i Marka Sekielskich „Zabawa w chowanego” miał premierę w sobotę 16 maja. 21 maja (czwartek) o godzinie 21.35 wyemituje go stacja TVN. To druga produkcja braci Sekielskich, która dotyczy pedofilii wśród księży. Film przedstawia historię trzech chłopców molestowanych przez księdza Arkadiusza H. Poruszono także kwestię przenoszenia księży, podejrzewanych o molestowanie seksualne nieletnich, do innych parafii.

„Zapowiedzi po poprzednim filmie były bardzo szumne”

W czwartek rano na antenie TVN24 o filmie opowiadał jeden z jego twórców, Marek Sekielski. Wspomniał o tym, że minął rok od powstania poprzedniego filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, a wciąż nie powstała zapowiadana przez polityków komisja do spraw pedofilii.

– To jest wstrząsające tak naprawdę, jak politycy w Polsce zamiast zajmować się realnymi i trudnymi problemami, a przypomnę, że tutaj nie chodzi o jakieś pospolite przestępstwo albo jakieś przekręty tylko o dramat najmłodszych, najbardziej niewinnych osób, o dramat dzieci gwałconych, molestowanych, i ci politycy nie zrobili nic. Zapowiedzi po poprzednim filmie były bardzo szumne, bardzo głośne, a przez rok nie udało się nawet powołać komisji, która miała powstać. Winię za to tutaj nie tylko rządzących obecnie, ale wszystkie inne ugrupowania, bo wszystkie ugrupowania ten temat brały na sztandary rok temu, a po kampanii wyborczej, po wyborach do europarlamentu, wszystkie solidarnie o tym temacie zapomniały – powiedział Sekielski.

Jego zdaniem „rządząca partia dzisiaj nie ma interesu w tym, żeby rozliczać Kościół, bo Kościół jest jej w jakimś stopniu politycznym sojusznikiem”. Ocenił, że to „się pewnie nie wydarzy dopóki nie zmieni się być może władza, która będzie miała na tyle odwagi, żeby po prostu wykonywać swoje obowiązki i po prostu traktować duchownych przestępców i świeckich przestępców na równi”.

„To było zawsze wszystko organizowane z zimną krwią”

Sekielski opowiadał na antenie, co można zobaczyć w filmie „Zabawa w chowanego”. – Pokazujemy w tych filmach kolejny raz, jak w pigułce, jak w Kościele wygląda ta taka chora, korporacyjna lojalność, która nakłania duchownych, i jak widać nie tylko księży, ale również siostry zakonne czy zakrystianki, do tego, żeby przede wszystkim słuchać się proboszcza, biskupa, a nie żyć w prawdzie przed Bogiem, do czego przecież Kościół nawołuje – powiedział.

Marek Sekielski mówił też, że bohaterowie filmu, którzy opowiedzieli w nim o swoich doświadczeniach molestowania, czują się po jego premierze doskonale. – Każdy na swój sposób sobie z tym radzi, natomiast są wszyscy zadowoleni, czują się szczęśliwi, że zrzucili to z siebie, że odważyli się stanąć jakby publicznie i opowiedzieć o swoich historiach – powiedział.

Sekielski zwrócił uwagę, że w rożnych przypadkach molestowania przez księży zawsze powtarzał się ten sam modus operandi – „ksiądz, który był oprawcą, wypracowywał sobie jakiś model postępowania właśnie, żeby się doskonale kryć, model łowienia też tych ofiar, wyciągania ich powoli, cierpliwie”. – To było zawsze wszystko organizowane z zimną krwią, to było przemyślane – dodał.

– Widać było, że ksiądz nabiera doświadczenia z każdą kolejną ofiarą – stwierdził Sekielski. – W zasadzie nigdy się nie dzieje tak, że jakaś osoba, która krzywdzi dzieci, krzywdzi jedną osobę. Na ogół to jest proces, który jak się zaczyna, to on już później nie ma końca. Jak ten ksiądz jest przenoszony z jednej parafii do drugiej, to robi to znowu od początku – wyjaśnił.

Dodał, że schemat przenoszenia księży pedofilów nie jest specyfiką polskiego Kościoła, a podobne historie dzieją się na całym świecie.
Źródło info i foto: tvn24.pl

71,4% Polaków krytykuje działania rządu ws. pedofilii w Kościele

71,4 proc. Polaków uważa, że działania rządu ws. pedofilii w Kościele są niewystarczające. Jak wynika z najnowszego sondażu IBRiS, najmniej krytyczni są wyborcy Prawa i Sprawiedliwości oraz osoby wierzące i regularnie praktykujące. W sobotę swoją premierę miała „Zabawa w chowanego”, drugi film braci Sekielskich o pedofilii w Kościele. Wywołał on ponowną dyskusję na ten temat.

Z sondażu przeprowadzonego przez IBRiS na zlecenie Onetu wynika, że 71,4 proc. badanych uważa, że działania rządu w kwestii pedofilii wśród księży są niewystarczające. Pozytywnie działania władz oceniło 11,1 proc. uczestników badania. 17,5 proc. respondentów nie ma zdania na ten temat.

Sondaż wskazał również, że ocena działań rządu ws. pedofilii w Kościele ma związek z poparciem danej partii politycznej. I tak 90 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, PSL-u i Konfederacji ocenia negatywnie pracę rządu w tym temacie. Wśród głosujących na Prawo i Sprawiedliwość 40 proc. twierdzi, że działania władz są niewystarczające, 24 proc. uważa je za wystarczające, a 36 proc. nie chce odpowiadać.

Niewierzący najbardziej krytyczni wobec działań rządu

Z badania wynika, że najmniej krytyczni wobec aktywności rządu dot. pedofilii wśród księży są osoby, które oglądają „Wiadomości” TVP, TVP Info, „Wydarzenia” Polsatu i słuchają radia. Najbardziej krytyczni są natomiast widzowie „Faktów” TVN, TVN24 i Polsat News.

Wśród osób wierzących i regularnie praktykujących 50 proc. uważa, że podejmowane działania są niewystraszające, a 23 proc., że są wystarczające. Najbardziej krytyczne są osoby niewierzące. Aż 96 proc. negatywnie ocenia działania rządu.

Badanie zostało zrealizowane w sobotę 16 maja 2020 roku metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI) na ogólnopolskiej próbie 1100 osób.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Co z państwową komisją dotyczącą pedofilii w Kościele?

Choć od ośmiu miesięcy formalnie funkcjonuje państwowa komisja ds. wyjaśnienia przypadków molestowania nieletnich oraz urząd ją obsługujący, to do tej pory rząd nie powołał ani jednego członka. Politycy obozu rządzącego, którzy zapewniali, że zajmą się problemem pedofilii na poważnie, powołali komisję widmo i zamietli sprawę pod dywan. I trudno oczekiwać, że ten zespół zacznie kiedykolwiek działać.

Morawiecki: ani mundur, ani koloratka…

– Zdecydowaliśmy o powołaniu państwowej komisji do zbadania wszelkich przypadków pedofilii – mówił w maju ub.r., krótko po premierze filmu „Tylko nie mów nikomu” premier Mateusz Morawiecki, podkreślając, że nikt nie uniknie odpowiedzialności za czyny pedofilskie.

– Ani mundur, ani koloratka, ani fartuch lekarski, ani waciak, ani Nagroda Nobla, ani żadne inne tytuły, czy stroje nie mogą służyć jako zasłona dymna – zapewniał wówczas premier, wskazując, że pedofilia nie jest jedynie problemem Kościoła i osób duchownych, lecz całego społeczeństwa.

Jednak na szumnych zapowiedziach rządzących podjęcia skutecznej walki z molestowaniem nieletnich się skończyło.

PR-owe alibi dla rządzących

Co z tego, że zaostrzono przepisy karne i przyjęto ustawę powołującą specjalną państwową komisję do badania spraw pedofilii, skoro jej działania zostały ewidentnie storpedowane. Można odnieść wręcz wrażenie, że ta komisja nigdy nie miała rozpocząć swojego funkcjonowania. Miała być jedynie PR-owym alibi dla partii rządzącej, by nikt nie mógł powiedzieć, że nic w tej sprawie nie zrobiono.

Reakcja na film Sekielskich

Prace nad ustawą powołującą komisję ds. pedofilii rozpoczęły się w Kancelarii Premiera pod okiem wicepremiera Jacka Sasina w reakcji na gorącą dyskusję, jaką wywołał ubiegłoroczny film braci Sekielskich pt. „Tylko nie mów nikomu”.
Została ona uchwalona wręcz w błyskawicznym tempie, nie zważając na uwagi m.in. Sądu Najwyższego, Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka, czy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, które zwracały uwagę na niejasności uprawnień komisji, dublowanie kompetencji komisji i które zgłaszały zastrzeżenia konstytucyjne związane z umieszczaniem przez komisję podejrzanych w rejestrze przestępców seksualnych.

Duże uprawnienia komisji

Jak wskazano już na początkowym rządowym etapie tworzenia ustawy, celem państwowej komisji miało być wyjaśnienie przypadków wykorzystywania seksualnego nieletnich we wszystkich środowiskach społecznych. Do zadań komisji – według ustawodawcy – należeć ma m.in. wskazywanie zaniedbań i zaniechań instytucji państwowych, organizacji pozarządowych, podmiotów i instytucji prowadzących działalność kulturalną, wypoczynkową, wychowawczą, opiekuńczą oraz edukacyjną.

Ponadto komisja otrzymała uprawnienia do informowania organów śledczych o podejrzeniu popełnienie przestępstwa pedofilii, a także o możliwych przypadkach zaniechania lub zatajania tego rodzaju przestępstw. Członkowie komisji otrzymali także uprawnienia do wydawania postanowień o wpisie do państwowego rejestru sprawców na tle seksualnym.

Według uchwalonej ustawy Komisja miała liczyć siedem osób i być całkowicie niezależna od innych organów państwowych.

Nieposzlakowani członkowie

Jej członkowie powinni cieszyć się nieposzlakowaną opinią, nie być politykami, oraz posiadać w najwyższym stopniu wiedzę merytoryczną i bogate doświadczenie zawodowe.

Wśród podmiotów, które mogły zgłaszać kandydatów na członków Komisji, wskazano w ustawie: Naczelną Radę Adwokacką, Krajową Radę Radców Prawnych, Krajową Radę Sądownictwa, Krajową Radę Prokuratorów, Naczelną Izbę Lekarską, Krajową Izbę Psychologów oraz organizacje pozarządowe, których zadania statutowe przez co najmniej dwa lata obejmowały działania związane z prawami dzieci, w tym szczególnie związane z ochroną i przeciwdziałaniem przemocy seksualnej.

Członkowie komisji mieli zostać wybrani przez Sejm (trzech – większością 3/5 głosów), Senat (jeden – większością 3/5 głosów), prezydenta, premiera i Rzecznika Praw Dziecka.

Dlaczego komisja nie działa? Państwo nie potrafi wyjaśnić

Dość szybko okazało się, że nie ma politycznej woli, aby tę procedurę przeprowadzić, a państwowe instytucje w korespondencji z Onetem nie potrafią wyjaśnić, dlaczego po upływie tylu miesięcy komisja wciąż nie może rozpocząć działalności.

„Do Kancelarii Sejmu jak dotąd nie wpłynęły formalne kandydatury do uczestnictwa w Komisji wskazanej w zapytaniu. Złożona została inicjatywa uchwałodawcza (druk 270) grupy posłów w celu zmiany regulaminu Sejmu, co jest niezbędne do powołania Komisji. Marszałek Sejmu nadała inicjatywie bieg i w marcu br. skierowała ją do I czytania w Komisji Regulaminowej, Spraw Poselskich i Immunitetowych. Obecnie ze względu na koronawirusa i aktualne priorytety działania Parlamentu, prace zostały wstrzymane” – odpowiedziała nam kancelaria Sejmu, w korespondencji datowanej na 14 maja.

Z tymi samymi pytaniami zwróciliśmy się także do Kancelarii Senatu, która w przesłanej odpowiedzi poinformowała, że do tej pory trzy podmioty zgłosiły kandydatów na członków Państwowej Komisji ds. wyjaśniania przypadków czynności skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec małoletniego poniżej 15 lat. Uczyniły to: Naczelna Rada Adwokacka, Fundacja Opowiemy Wszystkim oraz Fundacja Arrow-Instytut Przywództwa. Jak podkreśla Kancelaria Senatu, „przeprowadzenie wyboru kandydata do przywołanej Komisji wymaga zmiany Regulaminu Senatu”.

Zmiana została zaproponowana w projekcie uchwały, który senackie komisje przyjęły w dniach 25 lutego i 10 marca. Projekt ten czeka obecnie na dopuszczenie pod obrady na posiedzeniu plenarnym Senatu. Dlaczego przez osiem miesięcy Senat nie był w stanie zmienić swojego regulaminu? To pytanie pozostaje, jak na razie bez odpowiedzi.

Kancelarie premiera i prezydenta milczą

Z kolei wody w usta nabrała Kancelaria Premiera, która w odpowiedzi na nadesłane pytania zacytowała nam treść ustawy, powołującej komisję. I przyznała jednocześnie, że 26 września ub.r. zarówno państwowa komisja, jak i obsługujący ją urząd zostały powołane i formalnie funkcjonują. Na pytania, ile osób zatem urząd zatrudnia, jakim dysponuje budżetem oraz gdzie się mieści siedziba urzędu, KPRM od tygodni milczy.

Na pytania Onetu nie odpowiedziała w ogóle Kancelaria Prezydenta.

Rzecznik Praw Dziecka prowadzi konsultacje

Z pytaniami zwróciliśmy się także do Rzecznika Praw Dziecka, czyli do instytucji powołanej w polskim porządku prawnym właśnie do ochrony praw nieletnich. W odpowiedzi czytamy, że Rzecznik Praw Dziecka wciąż prowadzi konsultacje w sprawie wyboru kandydata. „Jak tylko zostanie wyłoniony kandydat, Rzecznik Praw Dziecka poinformuje o tym opinię publiczną” – podkreślono.

Politycy władzy rozkładają ręce

Wielu polityków z kręgów władzy w rozmowach z Onetem bezradnie rozkładało ręce, wskazując na zapisy w ustawie, które nie określają żadnych terminów zgłaszania członków, czy ich powołania.

Autorzy jednak nie zapomnieli dość szczegółowo rozpisać założeń finansowych, według których roczne wynagrodzenie członków komisji kosztowałoby podatnika ok. 1 mln zł, a powołany specjalny urząd tylko w pierwszym roku otrzymał 8 mln zł na swoją działalność. Zatrudniać miałby on w sumie 44 pracowników: dyrektora, zastępcę, 32 pracowników merytorycznych, 4 pracowników administracji, 4 sekretarki i 2 kierowców.

Jak pisał dziennik „Rzeczpospolita”, wynagrodzenie dyrektora określono na 13 tys. zł brutto, zastępcy na 11 tys. zł, pracowników merytorycznych i administracyjnych oraz kierowców średnio na 9 tys. zł, a sekretarek na 5,5 tys. zł. Łącznie na wynagrodzenia przewidziano 4,6 mln zł oraz 1 mln zł na dodatki motywacyjne.

– Ta komisja powinna już dawno funkcjonować. Ta sprawa jeszcze przysporzy nam wielu kłopotów i będzie dużym wyrzutem sumienia dla całej Zjednoczonej Prawicy – mówi Onetowi jeden z liderów koalicji rządzącej.

Tego się nie da zamieść pod dywan

Mimo tej świadomości w obozie władzy, zarówno Sejm, jak i Senat, prezydent, premier i Rzecznik Praw Dziecka od miesięcy świadomie blokują prace komisji. A przecież deklarację współpracy z nią złożyli przedstawiciele Kościoła w Polsce, w tym m.in. prymas abp Wojciech Polak.

Dzieje się tak zapewne nie bez powodu, a dobro dzieci, które rok temu było na ustach wszystkich polityków dobrej zmiany, szybko przestało być politycznie potrzebne tak, jak uchwalone martwe prawo. Ale tego problemu, jakim jest pedofilia, której sprawcami są nie tylko duchowni, lecz i świeccy nie da się zwyczajnie zamieść pod dywan.
Źródło info i foto: onet.pl

Nowe informacje dotyczące afery maseczkowej

Nie milkną echa transakcji, które przeprowadził resort zdrowia, kupując maseczki od znajomego ministra Szumowskiego. 5 mln zł poszło w piach, bo sprzęt nie ma żadnych atestów. Wiemy jednak, że Łukasz G. handlował nie tylko z ministerstwem zdrowia. Dotarliśmy do ofert, jakie wystawiał na Facebooku. Maseczki sprzedawał taniej niż rządowi.

Nawet ok. 5 mln zł kosztowały maseczki ochronne, które nie spełniają polskich norm. Resortowi zdrowia miał je sprzedać instruktor narciarski, który zna się z ministrem Łukaszem Szumowskim oraz jego bratem – podała we wtorek „Gazeta Wyborcza”. Gdy w ministerstwie zorientowano się, że maseczki nie spełniają norm, zażądano wymiany lub zwrotu pieniędzy.

Ów instruktor to Łukasz G. Ofertę sprzedaży maseczek wrzucał też na swój profil na Facebooku. Po wybuchu afery skasował post. Zostawił jednak sporo innych ofert zarówno kupna, jak i sprzedaży maseczek, w różnych miejscach w internecie.

Był na przykład aktywny w grupie założonej specjalnie po to, by handlować maseczkami, rękawiczkami i innymi środkami ochrony przed koronawirusem. Z informacji „Wyborczej” wynika, że pierwszego SMS-a z ofertą wysłał 16 marca 2020 roku do Marcina Szumowskiego. Ten obiecał skontaktować go ze swoim bratem – czyli ministrem Łukaszem Szumowskim.

Oferta Łukasza G. była droga – jedna maseczka chirurgiczna za 4,60 zł plus VAT. Owszem, w internecie roiło się od różnych ofert z kosmicznymi wręcz wycenami, sięgającymi kilkunastu złotych za sztukę. Mimo wszystko cena ok. 5 złotych za maseczkę była już wtedy uważana za wygórowaną, w hurcie sprzedawały się za cenę w przedziale 2-3 zł.

Pod koniec marca na facebookowej grupie zrzeszającej sprzedawców i nabywców artykułów do ochrony przed wirusem, maseczki jednorazowe dało się kupić za 3-3,5 zł netto za sztukę, w dużych ilościach nawet za ok. 2 zł. Maseczki z certyfikatem FFP2 kosztowały ok. 2,5 euro, czyli ok. 10 zł. Według informacji przekazanych przez Janusza Cieszyńskiego, wiceministra zdrowia, resort zdrowia zakupił za pośrednictwem Łukasza G. 100 tys. masek FFP2, 20 tysięcy maseczek chirurgicznych, 3 tys. przyłbic ochronnych oraz 10 tys. masek FFP2 od innego producenta.

Maseczki typu FFP2 kosztowały ok. 39 zł netto za sztukę (z VAT to ok. 42 zł), maseczki chirurgiczne – po 8 zł za sztukę. To musiał być dla niego świetny biznes, bo na facebookowej grupie, w której udzielał się Łukasz G., maseczki chirurgiczne kosztowały… 2,20 zł za sztukę.

Ministerstwo odpiera zarzuty o wygórowane ceny

Trzeba jednak dodać, że z ministerstwem obrotny instruktor narciarski handlował w środku marca, na Facebooku miesiąc później. Te parę tygodni wystarczyło, by cena spadła o 70 proc. Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia, odpiera zarzuty, iż resort przepłacił, kupując maseczki od Łukasza G.

– Porównywanie połowy marca, kiedy kupowaliśmy maseczki u wskazanego dostawcy z połową kwietnia, jest pozbawione racjonalności. Porównujemy okres, w którym na rynku nie było środków ochrony osobistej i każdy kraj walczył o możliwość zdobycia choćby małych ilości środków, z okresem, kiedy te środki zaczęły być już dostępne z różnych źródeł. Dziś też ceny są inne niż w połowie kwietnia i my dziś, w połowie kwietnia i połowie marca płaciliśmy i płacimy inne kwoty za zamówienia. Tak się dzieje na całym świecie. W każdym z tych okresów zarówno popyt, jak i podaż są zupełnie inne. A to te dwie rzeczy kształtują ceny – mówi Andrusiewicz w rozmowie z money.pl

Rzecznik resortu zdrowia podkreśla, że ministerstwo szukało i szuka najlepszych ofert w danym momencie. – Nikt nie oferował takich ilości masek ministerstwu za te pieniądze. Dla obiektywizmu trzeba sprawdzić, po ile państwa kupowały maski – a kupowały nawet za kwoty wyższe. Nikt ówcześnie nie składał do nas ofert w tych cenach, a my szukaliśmy też na innych rynkach – mówi nam Wojciech Andrusiewicz.

Rzecznik ministerstwa dodaje, że większość sprzedawców żądała zapłaty przed dostawą towaru, a na to resort nie wyrażał zgody. Byli to wyłącznie pośrednicy, niedający na dodatek gwarancji dostawy. Wymaganiem ministerstwa była więc dostawa, a następnie zapłata. Łukasz G. wystawił fakturę już po dostarczeniu sprzętu.

To już sprawa dla prokuratury, warto jednak przypomnieć, że na początku kwietnia farmaceutyczna grupa Neuca sprowadziła do Polski 8 milionów maseczek, które sprzedawała w aptekach (czyli w detalu) w cenie rekomendowanej 2,50 zł. Czyli 5,50 zł taniej, niż resort zdrowia kupił od Łukasza G.

Znajomość z instruktorem potwierdzili Łukasz oraz Marcin Szumowscy. Zdaniem gazety znajomość z rodziną ministra zdrowia miała ułatwić przedsiębiorcy sprzedaż artykułów potrzebnych do walki z pandemią. Z kolei w ocenie resortu, oferta zakopiańskiego przedsiębiorcy została potraktowana jak każda inna. Nie zajmował się nią Szumowski, a wiceminister Cieszyński.

Chcieliśmy zadać Łukaszowi G. pytania dotyczące różnic w cenach produktów: dlaczego ministerstwu sprzedawał o wiele drożej? Niestety nie odbiera telefonu i nie odpowiada na SMS-y.
Źródło info i foto: wp.pl

Turcja: Rząd wypuści nawet 90 tys. więźniów

Na mocy uchwalonej dzień wcześniej przez parlament ustawy rozpoczęto w środę w Turcji zwalnianie więźniów w związku z pandemią koronawirusa, co może objąć do 90 tys. osadzonych – poinformowała państwowa agencja Anadolu. Według niej, z zakładów karnych w Stambule, Ankarze i Izmirze odwożono zwalnianych autobusami.

Obrońcy praw człowieka oraz adwokaci krytykują tę akcję, gdyż nie dotyczy ona skazanych na podstawie oskarżeń o działalność terrorystyczną, ani osób tymczasowo aresztowanych, wśród których są opozycyjni politycy i dziennikarze. Z dobrodziejstw ustawy nie mogą także skorzystać dwaj odbywający kary za terroryzm obywatele Niemiec – Patrick K. z Giessen oraz Hozan Cane z Kolonii.

Jak podaje Anadolu, ustawa przewiduje między innymi, że więźniowie z tak zwanych grup ryzyka mogą dokończyć odsiadywanie wyroków w areszcie domowym, co dotyczy również osób podległych tylko częściowemu nadzorowi więziennemu. Wykluczono natomiast zwalnianie sprawców zabójstw, aktów przemocy wobec kobiet, przestępstw obyczajowych oraz przestępczości narkotykowej.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Dziś zapadną decyzje w sprawie zakresu przedłużenia obostrzeń

W trakcie czwartkowego posiedzenia rządowego zespołu zarządzania kryzysowego zostaną podjęte decyzje w sprawie zakresu przedłużenia obecnych obostrzeń i zaleceń postępowania na najbliższe dni w związku z epidemią koronawirusa – poinformował PAP rzecznik rządu Piotr Müller.

Posiedzenie rządowego zespołu zarządzania kryzysowego odbędzie się w formie wideokonferencji. W trakcie posiedzenia zostaną podjęte decyzje dotyczące zakresu przedłużenia aktualnych obostrzeń i zaleceń postępowania na najbliższe dni w związku z epidemią koronawirusa – poinformował PAP rzecznik rządu.

Zgodnie z obecnymi rozporządzeniami do soboty 11 kwietnia obowiązuje m.in. zakaz przemieszczania się z wyjątkiem np. wykonywania czynności zawodowych lub zadań służbowych, prowadzenia działalności rolniczej lub prac w gospodarstwie rolnym, oraz zakupu towarów i usług z tym związanych; zaspokajania niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego, w tym uzyskania opieki zdrowotnej lub psychologicznej oraz zakupu towarów i usług.

Przepisy zakazują do 11 kwietnia organizowania zgromadzeń. Ograniczenia tego, nie stosuje się do spotkań i zebrań związanych z wykonywaniem czynności zawodowych lub zadań służbowych, lub pozarolniczej działalności gospodarczej, lub prowadzeniem działalności rolniczej lub prac w gospodarstwie rolnym.

Minimalna odległość między pieszymi to – zgodnie z obecnymi zasadami – dwa metry i ograniczenie to dotyczy także rodzin i bliskich, z wyłączeniem rodziców z dziećmi do 13. roku życia i osób niepełnosprawnych lub niesamodzielnych oraz ich opiekunów.

Obowiązuje zakaz przebywania na plażach i terenach zielonych, pełniących funkcje publiczne: parków, zieleńców, promenad, bulwarów, ogrodów botanicznych i zoologicznych czy ogródków jordanowskich. Ten zakaz obowiązuje do odwołania.

W zbiorowym transporcie publicznym obowiązuje obecnie zasada „tyle pasażerów, ile połowa miejsc siedzących w pojeździe”. Wymóg ten obowiązuje też pojazdy, które mają więcej niż 9 miejsc siedzących, w tym transport niepubliczny i nie dotyczy samochodów osobowych.

Ponadto obecnie restauracje, bary i kawiarnie mogą prowadzić działalność tylko na wynos i na dowóz. Banki i placówki finansowe – zgodnie z przepisami – pozostają otwarte, krajowy transport cargo oraz autobusy, koleje i samoloty działają normalnie, a sklepy spożywcze (również w galeriach handlowych), drogerie i apteki pozostają otwarte.

Obowiązują również ograniczenia liczby klientów m.in. w sklepach, na targach i na poczcie. W sklepach i punktach usługowych obowiązuje ograniczenie do trzech osób na kasę lub inne stanowisko do płacenia. W przypadku targowiska, trzech klientów przypada na jeden punkt handlowy, a na poczcie są to dwie osoby na jedno okienko. W weekendy zamknięte będą wielkopowierzchniowe sklepy budowlane.

Wszyscy klienci muszą robić zakupy w jednorazowych rękawiczkach, a od godz. 10 do 12 sklepy i punkty usługowe mogą przyjmować oraz obsługiwać jedynie osoby powyżej 65 roku życia. W pozostałych godzinach sklepy i lokale usługowe są dostępne dla wszystkich – w tym także dla osób powyżej 65. roku życia.

Zamknięte są też zakłady fryzjerskie, kosmetyczne, salony tatuażu i piercingu, a usług związanych z tymi placówkami nie można realizować w domach. Zawieszone będą także zabiegi rehabilitacyjne i masaże. Tu wyjątkiem są sytuacje, w których rehabilitacja jest bezwzględnie wymagana stanem zdrowia pacjenta.

Przepisuje obejmują także hotele i miejsca noclegowe, które zostają zamknięte i będą mogły funkcjonować tylko wtedy, gdy będą w nich przebywać osoby w kwarantannie, izolacji lub gdy przebywa w nich personel medyczny. Goście, którzy obecnie przebywają w takich obiektach, muszą się wykwaterować do 2 kwietnia.

Dzieci i młodzież, które nie ukończyły 18 roku życia nie mogą wyjść z domu bez opieki, a tylko obecność rodzica, opiekuna prawnego lub kogoś dorosłego usprawiedliwia ich obecność na ulicy.

Instytucje publiczne i urzędy swoje obowiązki wykonują zdalnie, ale wyjątek stanowią czynności, gdzie praca zdalna nie gwarantuje możliwości realizacji kluczowych obowiązków tych instytucji.

Obowiązkowej kwarantannie domowej są objęci będą wszyscy, którzy mieszkają z osobą na kwarantannie. Zasady te będą obowiązywały osoby, które przebywają w jednym mieszkaniu z osobami kierowanymi na kwarantannę od środy 1 kwietnia.

Pracodawcy muszą zapewnić dodatkowe środki bezpieczeństwa swoim pracownikom: stanowiska ich pracy muszą być oddalone od siebie o co najmniej 1,5 metra, a pracownicy mają obowiązek używania rękawiczek, a także mieć dostęp do płynów dezynfekujących.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nowe obostrzenia. Egzekwowanie obecnych przepisów będzie wzmocnione

Rzeszów, 28.03.2020. Koronawirus w Polsce. Policyjny patrol na bulwarach w Rzeszowie, 28 bm. Ograniczenie swobody przemieszczania siê, z wyj¹tkiem dojazdu do pracy, za³atwiania niezbêdnych ¿yciowych spraw, wolontariatu i ca³kowity zakaz zgromadzeñ, imprez, spotkañ, chyba ¿e z najbli¿szymi – s¹ wœród nowych obostrzeñ wprowadzanych przez rz¹d w zwi¹zku z epidemi¹ koronawirusa. Wprowadzone 25 bm. ograniczenia obowi¹zuj¹ do 11 kwietnia br. (sko) PAP/Darek Delmanowicz

Rząd wprowadzi dziś nowe obostrzenia mające usprawnić przeciwdziałanie epidemii koronawirusa. Rzecznik rządu Piotr Mueller potwierdził, że nowe przepisy oznaczają zwiększenie dyscypliny i ukrócenie przemieszczania się. Rządowy zespół zarządzania kryzysowego rozpocznie spotkanie o godz. 9.30. Zapewne po nim ogłoszone zostaną nowe obostrzenia. 

„Potrzeba jeszcze większej dyscypliny. Egzekwowanie obecnych przepisów będzie wzmocnione” – zapowiedział w radiowej
Trójce rzecznik rządu Piotr Mueller.

Mueller mówił też, że nowe restrykcje mają ukrócić największy problem w czasie epidemii – czyli częste kontakty międzyludzkie w miejscach publicznych. Do tego dochodzi niestosowanie bezpiecznego dystansu i gromadzenie się w grupach.

„To jest wyzwanie, które jest przed nami i dotyczy takich miejsc jak parki czy inne miejsca zgromadzeń” – powiedział.

Limity osób w sklepach? „Rozważamy ten wariant”

Pytany o ograniczenia dotyczące sklepów Mueller stwierdził, że „będzie to przedmiot dzisiejszych analiz”. Wspomniał o limicie osób przebywających o tej samej porze w sklepach.

„To jest wariant, który jest rozważany podczas dzisiejszego zespołu zarządzania kryzysowego. Bardziej chodzi o kwestie związane z limitami osób, które przebywają w tych sklepach, bo różnie dostosowują się podmioty, które prowadzą działalność gospodarczą” – powiedział rzecznik rządu.

Sobolewski: Nie ma podstaw do stanu wprowadzenia nadzwyczajnego

Z kolei Krzysztof Sobolewski, szef komitetu wykonawczego PiS, komentował dziś w Polskim Radiu sprawę wyborów. Zastrzegł, że w tej chwili wysiłki skupiają się na pandemii koronawirusa, a nie na terminie wyborów. Mimo kolejnych restrykcji, nie widzi podstaw do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego.

„My ciągle powtarzamy, że w tej chwili termin wyborów oczywiście jest znany, nie ma podstaw ani planów by je przekładać. Nie ma przesłanek, żeby wprowadzać któryś ze stanów nadzwyczajnych, co wiązałoby się – przypominam – z ograniczeniem swobód obywatelskich. Pociągałoby to różne inne ograniczenia związane z codziennym życiem Polaków” – mówił polityk PiS.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl