24-letni aktor Ryan Grantham skazany na dożywocie

Ryan Grantham, kanadyjski aktor, znany między innymi z roli Jeffreya Augustine’a w serialu Netfliksa „Riverdale”, dwa lata temu zastrzelił swoją matkę. Sąd Najwyższy w Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie skazał aktora na dożywotnie pozbawienie wolności.

Dwa lata temu fanami serialu „Riverdale” wstrząsnęła wiadomość o zbrodni, której dopuścił się Ryan Grantham. 24-letni dziś aktor w 2020 roku strzelił swojej matce, Barbarze Waite, w tył głowy, gdy ta grała na pianinie. Później okazało się, że zrobił to, by nie była świadkiem zbrodni, którą dopiero zamierzał popełnić.

Okazało się bowiem, że mężczyzna zamierzał zabić premiera Kanady, Justina Trudeau. Dzień po makabrycznej zbrodni Grantham wziął broń, amunicję i koktajle Mołotowa, a następnie ruszył w kierunku Ottawy, by zabić premiera. Ostatecznie jednak rozmyślił się i oddał w ręce policji.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Ruszył proces Sławomira Neumanna

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie stanął w piątek były wiceminister zdrowia w rządzie PO-PSL Sławomir Neumann. Polityk i trzy inne osoby są oskarżeni w głośnej sprawie dot. oszustw przy realizacji i kontraktowaniu usług medycznych w klinice okulistycznej. Grozi im do 10 lat więzienia.

Polityk KO jeszcze przed wejściem na salę rozpraw zapewniał w rozmowie z dziennikarzami o swojej niewinności. „Jestem niewinny, nie popełniłem przestępstwa, nie złamałem prawa. Na to są dokumenty, są dowody, są zeznania świadków” – mówił Neumann. Jego zdaniem zarzuty wobec niego są „absurdalne” i „naciągane”, a prokuratura „sprytnie” połączyła kilka wątków spraw.

Oprócz Neumanna na ławie oskarżonych zasiadają: Adam T., były dyrektor mazowieckiego NFZ, Krzysztof R. i Agnieszka O. – prezes i wiceprezes zarządu warszawskiej kliniki okulistycznej, w której miało dochodzić do oszustw. Ten pierwszy nie stawił się w piątek w stołecznym sądzie. Inni oskarżeni przybyli na rozprawę w towarzystwie licznych obrońców. Wśród nich są m.in. znani warszawscy adwokaci Jacek Dubois i Mikołaj Pietrzak.

W piątek po godz. 12. śledczy jeleniogórskiej prokuratury odczytali akt oskarżenia w tej sprawie. Żaden z oskarżonych nie przyznał się do popełnienia zarzucanych im czynów.

W rozpoczętym procesie prokuratura wiceminister i Adam T. oskarżeni są o przekroczenie uprawnień służbowych w celu osiągnięcia przez klinikę korzyści majątkowych w kwocie 13,5 mln zł. Według prokuratorów lecznica pobierała dodatkowe opłaty za zabiegi usunięcia zaćmy, mimo że były one w całości finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. W ten sposób miała wyłudzić od ponad 2 tys. pacjentów niemal 2,5 mln zł. Do nieprawidłowości miało dochodzić w latach 2012-2014.

Według śledczych, Neumann zabiegał o interesy kliniki i działał w celu jej dalszego finansowania z NFZ pomimo, że Fundusz rozwiązał umowę z tą lecznicą z uwagi na wykryte nienależne pobieranie opłat od pacjentów. Polityk miał interweniować u kierownictwa NFZ i zlecać urzędnikom interpretacje przepisów korzystną dla kliniki. Zdaniem prokuratury naciskom Neumanna uległ Adam T. Jako dyrektor mazowieckiego NFZ, wbrew przepisom miał w końcu grudnia 2013 r. zawrzeć z kliniką aneks do umowy o świadczenie opieki okulistycznej, która już w tym momencie nie obowiązywała. Aneks został zawarty z datą wsteczną, gdy dobiegała końca wypowiedziana wcześniej umowa.
Źródło info i foto: zachod.pl

Ruszył proces ws. znęcania się nad 5-letnią Zuzią

W Sądzie Okręgowym w Łodzi ruszył proces w sprawie pięcioletniej Zuzi. Rodzice małej dziewczynki zgotowali jej prawdziwe piekło. Mała Zuzia była bita, związywana i zamykana w pojemniku na pościel. Przez wiele dni nie była również karmiona. Matce dziewczynki oraz jej partnerowi grozi do 10 lat więzienia. Do przerażających scen dochodziło na łódzkim Polesiu. Magdalena M. oraz jej partner Dawid P. przez dwa lata znęcali się ze szczególnym okrucieństwem nad dzieckiem. Proces w sprawie pięcioletniej dziewczynki ruszył w poniedziałek 19 września w Sądzie Okręgowym w Łodzi.

Prokuratorka, odczytując akt oskarżenia, mówił, że dziewczynka była wyzywana, poniżana, zastraszana. Była również wielokrotnie bita, szarpana i kopana po całym ciele.

– Była wielokrotne przypalana papierosami w wyniku czego pokrzywdzona doznała otarć naskórka głowy, szyi, tułowia, kończyn górnych i lewej kończyny dolnej, wybroczyn na głowie, sińców powłok głowy, tułowia, kończyn, okrągłych ognisk o wyglądzie gojących się pęcherzy oparzeniowych – mówiła prokuratorka Monika Fidos, cytowana przez „Super Express”.

– [Oskarżeni – red.] zaniedbywali jej potrzeby higienicznie, a także pozbawiali wolności poprzez związywanie jej i umieszczanie w pojemniku na pościel o niewielkich rozmiarach z ograniczonym dostępem powietrza, co łączyło się ze szczególnym udręczeniem – tłumaczyła oskarżycielka.

Matka dziewczynki, 28-letnia Magdalena M. oraz jej 23-letni konkubent Dawid P., przebywają w aresztach. Na salę sądową zostali doprowadzeni przez policjantów. Kobieta była wcześniej karana. Jak relacjonuje „Dziennik Łódzki” Magdalena M. na sali sądowej nie przyznała się do winy i odmówiła składania zeznań. Magdalena M., zapewniała, że nie krzywdziła córki. Nie widziała również, skąd się wzięły ślady po oparzeniach papierosem. Jej partner również nie przyznał się do winy. Wydał jedynie krótkie oświadczenie, w którym poinformował, że widział wcześniej, że Zuzia była niedożywiona i niedokarmiana. – Żałuje tego, że nie zgłosiłem tej sprawy policji – mówił Dawid P.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

3,5-latek utonął w Kwisie. Ojciec chłopca usłyszał wyrok

Na dwa lata więzienia Sąd Rejonowy w Bolesławcu skazał Rafała B. – ojca 3,5-letniego Kacperka z Nowogrodźca. Chłopiec w kwietniu 2020 roku utonął w Kwisie. Wyrok nie jest prawomocny. Sprawą zaginięcia chłopca, który był z ojcem i jego kolegą na działkach w Nowogrodźcu żyła nie tylko lokalna społeczność, ale cała Polska. Poszukiwania 3,5-latka, którego ciało odnaleziono w Kwisie ok. 900 metrów od miejsca zaginięcia, trwały prawie dwa tygodnie.

Ojcu zarzucono narażenie dziecka na utratę życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Według prokuratury, w momencie zaginięcia dziecka mężczyzna miał być pod wypływem metamfetaminy. Sekcja zwłok wykazała, że narkotyk ten był też w żołądku dziecka, ale nie zdołał się jeszcze rozprzestrzenić do krwiobiegu.

Mężczyzna przyznał, że nie dopilnował dziecka. Nie przyznawał się jednak do tego, że dał dziecku narkotyki, ani do tego, że pozostawił je w miejscu, z którego syn mógł je wziąć sam. Dziecko było pozostawione przez około 10 minut bez jakiekolwiek opieki przy działkach, w pobliżu stromej skarpy nad rzeką.

Sąd uznał, że mężczyzna jest winny niedopilnowania dziecka i narażenia go na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia oraz udzielania narkotyków koledze.

Za oba te czyny sąd skazał go łącznie na 2 lata pozbawienia wolności.

Jednocześnie sąd uniewinnił Rafała B. od zarzutów pozostawienia metamfetaminy w miejscu dostępnym dla dziecka i od kierowania samochodem pod wpływem środków odurzających.

Kiedy żonie umiera mąż, albo mężowi żona mówimy, że ktoś owdowiał. Kiedy dziecku umierają rodzice mówimy, że ktoś kogoś osierocił. Ale w języku polskim i chyba w żadnym języku świata nie ma słowa, które by oddało ogrom bólu i cierpienia, jakie spotyka rodziców w momencie, kiedy umiera im 3,5 letni syn – mówił sędzia Marcin Rygiel.

Zdaniem sądu „życie ukarało oskarżonego najsurowiej i najboleśniej”. Rafał B. już do końca swoich dni będzie żył z myślą, że w wyniku swojego zaniedbania już nigdy nie porozmawia, nie pobawi się ze swoim synkiem Kacperkiem – powiedział s. Rygiel. Dodał, że chłopiec był ulubionym dzieckiem Rafała B., faworyzowanym przez ojca.

Sąd uwzględnił zachowanie Rafała B. przed tym tragicznym zdarzeniem i po nim. Wyrok – jak podkreślono – ma być nauczką dla oskarżonego i powodem do zmiany życia, ale i przestrogą dla osób, które choćby chwilowo sprawują opiekę nad dziećmi. Ma im uświadomić, jak wielka to odpowiedzialność.

Pełnomocnik oskarżonego Luiza Słychan powiedziała RMF24, że wyrok jest korzystny dla Rafała B. i w tym momencie nie przewiduje składania apelacji, choć w tej sprawie będzie jeszcze konsultować się ze swoim klientem.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Jest wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w sprawie reprywatyzacji

Naczelny Sąd Administracyjny rozpatrywał sprawę czterech skarg kasacyjnych na wyroki Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który uchylił decyzje komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji. NSA uchyliła wszystkie cztery wyroki. Córka zamordowanej działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej powiedziała, że cieszy ją wyrok NSA w sprawie reprywatyzacji, i że jej nieżyjąca matka też byłaby zadowolona. Według wiceministra sprawiedliwości i członka komisji do spraw reprywatyzacji nieruchomości warszawskich Sebastiana Kalety NSA tym wyrokiem zakwestionował de facto wszystkie decyzje zwrotowe i odszkodowawcze wydane na rzecz nabywców roszczeń. Wiceminister wyjaśnił, że NSA wydał łącznie 4 wyroki o analogicznej treści. – To nie tylko ogród przy Szarej zreprywatyzowany na rzecz Macieja M., ale także kamienice na Krakowskim Przedmieściu, zrujnowane po wojnie, do których roszczenia nabyto za bezcen.

Ocenił, że „długotrwała walka Komisji Weryfikacyjnej okazała się być skuteczna!”.

Córka Jolanty Brzeskiej: Moja mama byłaby zadowolona

– Mama, gdy jeszcze żyła, bardzo to przeżywała, że ludzie tracą dach nad głową, mieszkania, w których się wychowali, na rzecz spekulantów, osób tak naprawdę nieuprawnionych, którzy tylko kupili te roszczenia – powiedziała Magda Brzeska, córka zamordowanej przed 11 laty Jolanty Brzeskiej, liderki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

Kobieta mieszkała w kamienicy przy ul. Nabielaka 9 w Warszawie, która stała się jednym z symboli tzw. afery reprywatyzacyjnej. Spalone ciało Brzeskiej znaleziono w marcu 2011 r. w lesie w położonym na południowym krańcu Warszawy Powsinie. Śledztwo w sprawie śmierci prowadzi Prokuratura Regionalna w Gdańsku. Nie ma jednak podejrzanych w tej sprawie.

Magda Brzeska, komentując poniedziałkowy wyrok i jego spodziewane konsekwencje, powiedziała: – Moja mama byłaby zadowolona.

„Od początku chodziło nam dokładnie o to”

Decyzje sądu skomentowała też Ewa Andruszkiewicz, działaczka Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów im. Jolanty Brzeskiej. Wyrok NSA w sprawie reprywatyzacji nazwała przełomowym i rewolucyjnym. Wyraziła nadzieję, że będzie on „fundamentem do rozliczenia nieuczciwych beneficjentów tego procederu”.

– Od początku chodziło nam dokładnie o to, że osoby skupujące roszczenia nie mogą być beneficjentami reprywatyzacji. Nie może być tak, że ktoś za 1500 zł kupuje kamienicę, a potem sprzedaje pojedyncze mieszkania za miliony – powiedziała działaczka.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Kompletnie pijana 34-latka spacerowała z rocznym dzieckiem

34-letnia obywatelka Ukrainy została zatrzymana przez warszawskich policjantów po tym, jak kompletnie pijana opiekowała się swoją roczną córką. Badanie alkomatem wykazało u niej blisko cztery promile. Kobieta spędzała czas w towarzystwie 44-latka, który został wcześniej skazany przez sąd na 96 dni pozbawienia wolności. Policjanci z warszawskiego Targówka otrzymali zgłoszenie o prawdopodobnie pijanej kobiecie, która w towarzystwie znajomego opiekowała się małą dziewczynką. Mundurowi natychmiast udali się na miejsce, gdzie rozpoczęli poszukiwania podejrzanej pary. Funkcjonariusze wylegitymowali opisywane przez świadków osoby chwilę później, przy ulicy Wybrańskiej.

Podczas interwencji, policjanci wyczuli od kobiety alkohol. Badanie alkomatem wykazało, że miała prawie 4 promile w wydychanym powietrzu. Następnie sprawdzili dane towarzyszącego jej 44-latka. Okazało się, że Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Północ wydał nakaz jego doprowadzenia do aresztu śledczego ze względu na orzeczoną karę 96 dni pozbawienia wolności za niedopełnienie obowiązku alimentacyjnego.

– Policjanci zatrzymali 44-latka i przekazali innemu patrolowi, który przewiózł go do komisariatu przy ulicy Chodeckiej, by sporządzić niezbędną dokumentację procesową i wykonać dyspozycję sądu – relacjonuje kom. Paulina Onyszko z KRP VI.

W trakcie interwencji policjanci ustalili, że zatrzymana kobieta to 34-letnia obywatelka Ukrainy. Tłumaczyła ona mundurowym, że po kłótni z partnerem spakowała rzeczy swoje i dziecka i opuściła mieszkanie. Następnie udała się do znajomego, lecz go nie zastała, w związku z czym spacerowała w okolicy z roczną córką.

– Policjanci próbowali skontaktować się ze znajomym kobiety, jednak bezskutecznie. Zdecydowali o przewiezieniu jej i dziecka do komisariatu. Tam ponownie poddali kobietę badaniu alkomatem, który wykazał prawie 3,5 promila alkoholu w wydychanym powietrzu – informuje kom. Paulina Onyszko.

Dzielnicowi zaopiekowali się małym dzieckiem. Ponieważ dziewczynka nie miała butów, jedna z policjantek ubrała je stosownie do panującej temperatury, przebrała w czyste i suche ubranka, a także przewinęła.

 Policjanci przekazali pijaną matkę patrolowi straży miejskiej, który przewiózł ją do stołecznej izby wytrzeźwień. Na miejsce wezwali także załogę pogotowia, aby przetransportować dziecko do szpitala.

Kobiecie grozi do 5 lat więzienia

Funkcjonariusze z Wydziału ds. Nieletnich i Patologii północnopraskiej komendy powiadomili Sąd Rodzinny i Nieletnich, by zdecydował o dalszym losie dziecka. W sobotę 34-letnia matka dziecka została przesłuchana. Kobieta usłyszała zarzut dotyczący narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Za tego typu czyn może jej grozić kara do 5 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Dwoje dzieci wypadło z 9. piętra wieżowca. Jest wyrok dla matki

Przed Sądem Rejonowym w Koszalinie zapadł wyrok dotyczący śmierci dwojga dzieci, które wypadły z okna. Ich matka, 28-letnia Joanna W., została skazana na rok bezwzględnego pozbawienia wolności. Wyrok zapadł na posiedzeniu niejawnym.

Oskarżona przyznała się do popełnienia zarzucanego jej przestępstwa i poddała dobrowolnie karze. W związku z tym został jej wymierzony wyrok roku pozbawienia wolności. Wyrok jest nieprawomocny – poinformował Krzysztof Kozber z Prokuratury Okręgowej w Koszalinie.

Rodzeństwo, 4-letnia Amelia i 5-letni Sebastian, wypadli z okna mieszkania na 9. piętrze wieżowca przy ul. Władysława IV w Koszalinie (woj. zachodniopomorskie) 30 czerwca 2020 r., ok. godz. 20.30. Oboje zginęli na miejscu. W mieszkaniu była matka dzieci i jeszcze dwoje ich młodszego rodzeństwa, którymi Joanna W. zajmowała się, gdy doszło do tragedii. Partnera kobiety nie było wówczas w mieszkaniu, dopiero wracał z pracy. Kobieta była trzeźwa.

28-letnią Joannę W. Prokuratura Rejonowa w Koszalinie ostatecznie oskarżyła o narażenie swoich dzieci na niebezpieczeństwo utraty życia i nieumyślne spowodowanie śmierci dwojga z nich, o czym w maju poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Koszalinie Ryszard Gąsiorowski. W sprawie, którą w listopadzie 2020 r. śledczy nieprawomocnie umorzyli, uznając zdarzenie za nieszczęśliwy wypadek, jak zaznaczył prok. Gąsiorowski, nastąpił „nieoczekiwany zwrot”.

Ocenę materiału dowodowego zmieniła opinia biegłych.

Stwierdzili oni, że Joanna W. była pod wpływem środków psychotropowych w dniu, gdy doszło do tragicznej śmierci jej dzieci. W organizmie miała ponad 44 nanogramy amfetaminy na mililitr krwi. To nie są jakieś duże ilości, ale biegli uznali, że w tym stanie kobieta nie mogła rzetelnie opiekować się czworgiem dzieci – mówił prok. Gąsiorowski.

Joanna W. przesłuchana w charakterze podejrzanej nie przyznała się do winy. Tłumaczyła, jak przekazał prok. Gąsiorowski, że dzień przed zdarzeniem, odwiedził ją i jej partnera znajomy. Podał im napój i gdy już go wypili, powiedział, że zrobił psikusa i dodał do niego amfetaminę. Podejrzana zaznaczyła, że czuła się po nim dobrze. Nic jej nie było, a poza tym od jego wypicia do zdarzenia minął niemal cały dzień. Dla Joanny W. to, co się stało, było nieszczęśliwym wypadkiem.

Powtórzyła swoje wcześniejsze zeznania, że nie była świadoma tego, że dzieci w wieku 4 i 5 lat są już w stanie wejść na parapet, że mogą ruszyć klamkę i okno się otworzy. Nie miała takiej wiedzy, że dzieci mogą to zrobić. Do pokoju weszła, bo poczuła, że „zrobił się przeciąg”. Gdy zobaczyła, że dzieci nie ma w łóżkach, pomyślała, że się przed nią schowały. Dopiero chwilę później wyjrzała przez otwarte okno. Dzieci leżały na dole.

Rodzina wynajmowała mieszkanie na 9. piętrze wieżowca przy ul. Władysława IV w Koszalinie. Zarówno sąsiedzi, opieka społeczna, jak i dzielnicowy nie mieli zastrzeżeń do kobiety i jej partnera w kwestii opieki nad dziećmi. Po śmierci Amelii i Sebastiana rodzina przeprowadziła się do innego lokum w Koszalinie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Potrącił ludzi na przejściu dla pieszych i uciekł. Trafi do aresztu

Decyzją sądu najbliższe 3 miesiące spędzi w areszcie 23-letni mieszkaniec powiatu wyszkowskiego. Mężczyzna w miniony weekend wsiadł za kierownicę pod wpływem alkoholu i potrącił na przejściu dla pieszych 3 osoby. Kierujący fordem chcąc uniknąć odpowiedzialności odjechał z miejsca wypadku, nie udzielając poszkodowanym żadnej pomocy. Za takie zachowanie 23-latek może spędzić w więzieniu do 12 lat.

Do poważnego zdarzenia drogowego doszło w nocy z soboty na niedzielę, chwilę przed godz. 3. Oficer dyżurny wyszkowskich policjantów otrzymał zgłoszenie, że na ul. Kościuszki w Wyszkowie na oznakowanym i oświetlonym przejściu dla pieszych, nad którym emitowany jest pomarańczowy sygnał ostrzegawczy zostały potrącone trzy osoby. Posiadały one liczne obrażenia, a sprawca wypadku nie zatrzymując się odjechał. Na miejsce zostały skierowane służby ratunkowe. Do szpitala z obrażeniami przetransportowano troje mieszkańców powiatu wyszkowskiego, kobietę (38 lat) oraz dwóch mężczyzn (30 i 37 lat). Jeden z przechodzących mężczyzn uniknął uderzenia. Stan rannego i nieprzytomnego 37-latka, który upadł na środek drogi określony został jako ciężki, a jego obrażenia stanowiące zagrożenie dla życia i zdrowia.

Początkowo nie znana była marka, ani numer rejestracyjny pojazdu. Świadek, który uniknął potrącenia zapamiętał jedynie, że był to samochód koloru srebrnego. Do działań natychmiast przystąpili policjanci wszystkich pionów. W ustaleniu pojazdu oraz kierowcy pomógł m.in. miejski monitoring. Mundurowi natychmiast rozpoczęli poszukiwania samochodu, jak i uciekiniera.

Na miejscu potrącenia przez kilka godzin pracowali policjanci ruchu drogowego, wydziału kryminalnego oraz technik kryminalistyki. Funkcjonariusze wykonywali oględziny miejsca zdarzenia, zabezpieczali ślady oraz sporządzali szkice zdarzeniowe. W tym czasie policjanci „patrolówki” przeczesywali ulice w poszukiwaniu rozbitego auta.

Porzucone rozbite auto zostało odnalezione przez policjantów ogniwa patrolowo-interwencyjnego na ul. Miłej w Wyszkowie. To pomogło również ustalić, kto mógł kierować osobówką, ponieważ mundurowi kila dni wcześniej legitymowali kierowcę forda.

Mężczyzną tym okazał się być 23-latek, mieszkaniec powiatu wyszkowskiego. Dzięki zaangażowaniu mundurowych został on zatrzymany już w niedzielę rano. W chwili zatrzymania w jego organizmie było ponad pół promila alkoholu. Tłumaczył on początkowo, że w sobotę wieczorem pił wódkę oraz piwa, a jego auto prawdopodobnie zostało skradzione. 23-latek trafił do policyjnej celi. Policjanci pobrali również jego krew do badań laboratoryjnych, aby sprawdzić czy nie kierował pod wpływem narkotyków oraz ile promili mogło być w jego organizmie w chwili potrącenia pieszych.

Na podstawie zebranego materiału dowodowego 23-latek usłyszał prokuratorskie zarzuty spowodowania wypadku drogowego będąc w stanie nietrzeźwości, gdzie obrażenia jednego z poszkodowanych stanowiły ciężki uszczerbek na zdrowiu w postaci choroby realnie zagrażającej życiu, a także ucieczki z miejsca wypadku. We wtorek Sąd Rejonowy w Wyszkowie przychylił się do wniosku śledczych i zastosował wobec mężczyzny najsurowszy środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania.

Mężczyźnie za popełnione przestępstwa grozi do 12 lat pozbawienia wolności, dożywotni zakaz kierowania pojazdami mechanicznymi oraz surowa kara finansowa.

Opublikowany materiał wideo pokazuje to, o czym codziennie przypominają i apelują policjanci. Nie tylko bezpośrednio podejmujący czynności kontrolo-pomiarowe, ale także ci, którzy bezustannie apelują o zachowanie ostrożności w akcjach profilaktycznych. Niechronieni uczestnicy muszą być otoczeni szczególną uwagą i troską z uwagi na fakt, że w konfrontacji z samochodami maja małe szanse na wyjście z wypadku bez obrażeń. To właśnie relacje kierujący-pieszy są tak ważne, aby na drogach było bezpiecznie.

Kierowca musi pamiętać, że w mieście, nie tylko na oznakowanym przejściu dla pieszych, ale i poza nim, w każdej chwili na drodze może znaleźć się pieszy. Szybka reakcja tylko przy małej prędkości pozwoli nam uniknąć potrącenia. Również piesi muszą zdawać sobie sprawę, że nie zawsze są widoczni nawet w miejscach, w których powinni mieć zapewnione bezpieczeństwo. Warto więc nosić odblaski dzięki którym z pewnością będziemy bardziej widoczni na drodze nawet w mieście. Jednak najważniejszy jest zdrowy rozsądek i zdolność do przewidywania.
Źródło info i foto: Policja.pl

Bułgaria: 46-letni Rosjanin zostanie poddany ekstradycji

Sąd okręgowy w Warnie postanowił, że 46-letni Rosjanin Alieksiej Ałczin ma zostać poddany ekstradycji z Bułgarii. Taki wniosek złożyli śledczy z jego ojczystego kraju, którzy uważają, że mężczyzna nie płacił podatków. Ałczin z kolei uważa, że jest ofiarą politycznych represji, bo sprzeciwia się reżimowi Władimira Putina. W lutym – po wybuchu wojny w Ukrainie – mężczyzna spalił swój rosyjski paszport w czasie protestu przeciw inwazji.

Sędziowie odrzucili argumentację Rosjanina, który twierdzi, że jest prześladowany przez władze w Moskwie za poglądy polityczne i publiczną krytykę inwazji na Ukrainę. Dwa dni po jej rozpoczęciu mężczyzna wziął udział w antywojennym proteście w Warnie, gdzie mieszka od prawie pięciu lat. Zawodowo zajmuje się nauczaniem dzieci sztuk walki kendo i iaido – opisało Radio Swoboda, które przeprowadziło śledztwo dziennikarskie w sprawie Ałczina. Kilka miesięcy później Rosjanin został powiadomiony przez władze bułgarskie, że Rosja wysłała oficjalny wniosek o jego ekstradycję. W zeszłym tygodniu został zatrzymany, a w poniedziałek sąd okręgowy w Warnie rozpatrzył wniosek w pierwszej instancji. W mieście odbyła się seria demonstracji przeciwko jego przekazaniu w ręce Kremla.

Obrona Ałczina podkreśliła, że w czerwcu złożył on wniosek o azyl polityczny w Bułgarii po zatrzymaniu go przez ministerstwo spraw wewnętrznych na wniosek Moskwy. Jednak zdaniem prokuratury taki wniosek „może być uwzględniony tylko wtedy, gdy zostanie złożony przed zatrzymaniem osoby w związku z wnioskowaną ekstradycją”.

Rosja twierdzi, że Ałczin nie płacił podatku VAT

Ałczin jest na celowniku rosyjskich prokuratorów od 25 stycznia 2018 r., kiedy to wszczęto śledztwo przeciwko niemu w sprawie domniemanego uchylania się od płacenia podatków. 9 kwietnia tego samego roku został uznany za poszukiwanego przez władze w swoim ojczystym kraju, a od 5 lutego 2020 roku jest poszukiwany na poziomie międzynarodowym.

Według rosyjskich władz, Ałczin – w trakcie gdy był szefem firmy zajmującej się skupem metali szlachetnych Esterial – unikał płacenia podatku VAT w wysokości ponad 282,5 mln rubli (ok. 21,5 mln zł) w okresie od 1 października do 31 grudnia 2015 roku.

Ze złożonych przez Rosjanina wyjaśnień wynika, że w latach 2005-2006 pracował w firmie wydobywczej Sibir, gdzie zajmował się dostawami platyny dla europejskich firm. Z kolei w latach 2007-2010 zasiadał w Komisji Polityki Gospodarczej i Przedsiębiorczości rosyjskiej Dumy Państwowej, skąd odszedł „ze względu na wysoki poziom skorumpowania systemu”.

– Następnie zdecydowałem się wycofać ze struktur państwowych, ponieważ stało się dla mnie jasne, że ich rozumienie wyrażenia „sługa narodu” zasadniczo różni się od mojej wizji roli w tym systemie – skomentował Ałczin.

W 2014 roku został szefem prywatnej firmy Esterial. Rosjanin twierdzi, że „ten lukratywny interes” stał się obiektem zainteresowania rosyjskich władz. Pod koniec 2016 r. otrzymał informację, że zostanie oskarżony o przestępstwa podatkowe i postanowił opuścić Rosję.

– W 2018 roku wytoczono przeciwko mnie sprawę dotyczącą zobowiązań podatkowych, ale ponieważ prawnicy, do których zwróciłem się jeszcze przed emigracją, odmówili reprezentowania moich interesów ze względu na wywieraną na nich presję, nie otrzymałem żadnych wezwań do sądu. Wszystkie postępowania sądowe i pozasądowe były prowadzone bez mojego udziału i wiedzy – powiedział Ałczin.

Pod koniec czerwca bułgarskie MSW powiadomiło go, że powinien stawić się na rozmowę w związku z międzynarodowym listem gończym. Został następnie zatrzymany na 12 dni, a od tamtej pory przebywa w areszcie domowym, o czym poinformowała jego żona.
Źródło info i foto: interia.pl

Joe Biden reaguje na wyrok ws. amerykańskiej koszykarki

Amerykańska koszykarka Brittney Griner została skazana przez rosyjski sąd za próbę przemytu narkotyków. Choć zawodniczka przyznała się do winy i tłumaczyła, że doszło do pomyłki, sąd wymierzył jej karę grzywny i karę dziewięciu i pół roku pozbawienia wolności. W uzasadnieniu stwierdził, że popełniła przestępstwo z premedytacją. Rosyjscy funkcjonariusze 17 lutego na lotnisku Szeremietiewo znaleźli w bagażu Britnney Griner – amerykańskiej gwiazdy Women’s National Basketball Association (WNBA) – wkłady do e-papierosów zawierające olej haszyszowy – podaje Agencja Reutera. Koszykarka trafiła do aresztu śledczego, a prokuratura oskarżyła ją o próbę przemytu narkotyków.

Na początku lipca ruszył proces. Griner przyznała się do winy. Podkreśliła, że w USA przepisano jej medyczną marihuanę, co potwierdził lekarz. Wyjaśnienia nie zrobiły wrażenia na rosyjskim wymiarze sprawiedliwości, a liczne próby wyciągnięcia koszykarki z więzienia przez amerykański rząd zakończyły się fiaskiem. Britnney Griner na wyrok czekała prawie miesiąc. Zapadł w czwartek 4 sierpnia.
Źródło info i foto: Gazeta.pl