Wypadek z udziałem byłej premier Beaty Szydło. Nie da się odzyskać nagrania z uszkodzonej płyty

Nie da się odzyskać danych z uszkodzonej płyty będącej dowodem w sprawie wypadku rządowej kolumny Beaty Szydło, do którego doszło w lutym 2017 roku w Oświęcimiu – poinformowali sąd eksperci z Biura Ekspertyz Sądowych z Lublina, którzy zbadali płytę. Znajdowały się na niej nagrania z monitoringu dokumentujące przejazd kolumny ówczesnej szefowej rządu. Jak dowiedziała się reporterka TVN24, Biuro Ekspertyz Sądowych z Lublina zbadało uszkodzoną płytę z nagraniem z monitoringu i przekazało wnioski do sądu w Oświęcimiu. Eksperci stwierdzili, że dane zostały utracone bezpowrotnie. Uszkodzenie płyty było mechaniczne.

Eksperci stwierdzili, że dane zostały utracone bezpowrotnie. Uszkodzenie płyty było mechaniczne.

Prokurator twierdzi, że „dowód nie ma żadnego znaczenia”

Prokurator okręgowy z Krakowa Rafał Babiński powiedział, że „od początku było wiadomo, że ten dowód nie ma żadnego znaczenia dla dalszego sprawy, bo to nagranie nie obejmuje miejsca zdarzenia przejazdu kolumny”.

– To jest nagranie z budynku, który znajduje się kilkaset metrów od miejsca zdarzenia, ale obok, na równoległej ulicy – stwierdził prokurator.

Obrońca tłumaczy, że „prawdopodobnie utraciliśmy możliwość ustalenia bezpośredniego świadka”

Władysław Pociej, obrońca Sebastiana Kościelnika, kierowcy seicento uczestniczącego w wypadku z limuzyną z kolumny rządowej ówczesnej premier ocenił, że „jest wysoce prawdopodobne, jeśli nie graniczące z pewnością, że na tym nagraniu musiał być zarejestrowany samochód, który zatrzymał się bezpośrednio za Sebastianem tuż przed wypadkiem, a później na polecenie funkcjonariuszy ówczesnego BOR został przekierowany do natychmiastowego odjazdu w ulicę Orzeszkowej”.

– Musiał zatem dojechać do skrzyżowania 300 metrów dalej, które było objęte tym monitoringiem. Być może jest inaczej i nie mam racji, ale w moim przekonaniu bardzo prawdopodobne jest, że utraciliśmy możliwość ustalenia kierowcy tego samochodu, bezpośredniego świadka zdarzenia – tłumaczył mecenas.

PO-KO zapowiada zawiadomienie do prokuratury

Posłanka Agnieszka Pomaska z klubu Platformy Obywatelskiej – Koalicji Obywatelskiej, odnosząc się do informacji o bezpowrotnym, mechanicznym uszkodzeniu płyty z nagraniem z monitoringu, poinformowała w czwartek w Sejmie, że jej ugrupowanie złoży „zawiadomienie do prokuratury na działania prokuratury, na niedopełnienie obowiązków przez prokuraturę”.

– Doszło do rzeczy niebywałej, skandalicznej, brakuje słów – podkreślała Pomaska. Jak dodała, „tutaj chodzi o konkretną osobę, młodego człowieka, Sebastiana [Kościelnika, kierowcę seicento – przyp. red.], któremu chce się złamać życie”.

– Ale chcemy wyraźnie powiedzieć. W starciu z państwem PiS, każdy w Polsce może być na miejscu 21-letniego Sebastiana – zaznaczyła parlamentarzystka opozycji.

Uszkodzone dowody w sprawie wypadku

O uszkodzonych płytach z nagraniami wideo poinformował w połowie czerwca portal tvn24.pl. Na jednej z nich znajdował się zapis z kamer monitoringu dokumentujący przejazd kolumny ówczesnej szefowej rządu, a na drugiej materiał programu „Czarno na białym” TVN24 dotyczący wypadku. 14 czerwca Prokuratura Okręgowa w Krakowie przekazała w komunikacie, że prokuratura przesłała do sądu „wszelkie dowody zgromadzone w tej sprawie, łącznie z różnorodnymi nagraniami, wszelkie nośniki były nieuszkodzone i zdolne do odtworzenia”.

Dodano, że „prokuratura została poinformowana, że dwie spośród przesłanych do sądu płyt zostały uszkodzone”. Niespełna dwa tygodnie później – 26 czerwca – ta sama prokuratura w komunikacie przyznała, że biegli z Laboratorium Kryminalistycznego nie odtworzyli nagrania z powodu uszkodzenia jednej z płyt. „W dniu 15 marca 2017 roku Prokuratura Okręgowa w Krakowie uzyskała opinię biegłych, w zakresie zadanych pytań, w treści której – w części wstępnej – wskazano, iż płyta DVD z zapisem z monitoringu z ulicy Prusa posiada uszkodzenie w postaci pęknięcia w jej centralnej części, co skutkowało odstąpieniem przez biegłych od odczytania jej zawartości” – czytamy w komunikacie.

Wypadek Beaty Szydło w Oświęcimiu i proces

10 lutego 2017 roku w Oświęcimiu doszło do wypadku samochodowego, na skutek którego ucierpiała premier Beata Szydło. Rządowy pojazd – pancerne audi A8 z 2016 roku – którym jechała ówczesna szefowa rządu, zderzył się z fiatem seicento kierowanym przez 21-letniego Sebastiana Kościelnika, po czym uderzył w drzewo.

Szydło oraz dwaj funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu – kierowca i szef ochrony szefowej rządu – zostali ranni. Premier została przebadana w szpitalu w Oświęcimiu, następnie przetransportowano ją do Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

Sebastian Kościelnik został oskarżony o nieumyślne spowodowanie wypadku. Nie przyznał się do winy. Śledczy powoływali się na opinie biegłych, według których – niezależnie od tego, czy pojazdy z kolumny uprzywilejowanej używały bądź nie sygnałów dźwiękowych – wyłącznym i bezpośrednim sprawcą zdarzenia był kierowca fiata, który nie rozeznał się prawidłowo w sytuacji na jezdni. Jak informowaliśmy w tvn24.pl, z takim finałem śledztwa nie godził się zespół trzech prokuratorów, którzy sprawę prowadzili od początku. Złożyli oni wnioski o wyłączenie ich ze śledztwa i nie podpisali aktu oskarżenia. W procesie dotyczącym wypadku przesłuchano już wszystkich kilkudziesięciu świadków. Tylko jeden z nich zeznał, że rządowe samochody miały włączone światła i sygnały dźwiękowe. Pozostali utrzymywali, że sygnałów nie było.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Była prezes Wisły Kraków nie zostanie aresztowana

Sąd nie uwzględnił wniosku prokuratury o tymczasowe aresztowanie byłej prezes Wisły Kraków – poinformowało w piątek biuro prasowe Sądu Okręgowego w Poznaniu. Sąd zdecydował o zastosowaniu wobec Marzeny S.-C. środków zapobiegawczych w postaci poręczenia majątkowego w wysokości 100 tys. zł oraz dozoru policji. Z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie byłej prezes Wisły Kraków w czwartek wystąpiła do sądu Prokuratura Regionalna w Poznaniu.

Marzena S.-C. oraz trzy inne osoby w przeszłości wchodzące w skład zarządu i rady nadzorczej spółki Wisła Kraków oraz – powiązane ze środowiskiem kibicowskim klubu – zostały zatrzymane we wtorek na polecenie Prokuratury Regionalnej w Poznaniu. Zatrzymanym postawiono zarzuty m.in. uczestniczenia w zorganizowanej grupie przestępczej oraz dokonania nadużyć i wyrządzenia strat finansowych na niekorzyść spółki Wisła Kraków na łączną kwotę około 10 mln zł.

Podejrzani nie przyznali się do popełnienia zarzucanych im przestępstw. Wszystkim grozi do 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Podwójne zabójstwo w szkole na Białorusi. 16-latek skazany

Na 13 lat więzienia skazał sąd 16-letniego sprawcę podwójnego zabójstwa w szkole w Stołpcach w obwodzie mińskim. Do przestępstwa doszło w lutym 2019 r. Sąd obwodowy w Mińsku uznał 16-latka winnym podwójnego zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, usiłowania zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem i chuligaństwa, wymierzając nastolatkowi karę 13 lat pozbawienia wolności i pobytu w kolonii wychowawczej (więzieniu dla skazanych, którzy nie osiągnęli pełnoletniości).

13 lat pozbawienia wolności to maksymalny możliwy w tym przypadku wymiar kary. Sprawca ma również wypłacić 110 tys. rubli białoruskich (ok. 206 tys. zł) bliskim zamordowanej nauczycielki.

Proces rozpoczął się 19 sierpnia i miał charakter niejawny ze względu na to, że oskarżony w momencie dokonywania przestępstwa nie ukończył jeszcze 16 lat. Ponadto w materiałach sprawy są informacje o stanie jego zdrowia, które są objęte tajemnicą lekarską.

Do zabójstwa doszło 11 lutego br. w szkole średniej w Stołpcach. Uczeń 10. klasy zadał ciosy nożem nauczycielce historii i trójce uczniów. Pedagog i jeden z uczniów zmarli na skutek odniesionych ran. Dwie pozostałe osoby trafiły do szpitala z obrażeniami.

Biegli ocenili, że chłopiec był poczytalny. Według Komitetu Śledczego „częściowo” przyznał się on do winy.

Wyrok nie jest prawomocny.
Źródło info i foto: RMF24.pl

30-latka, która kierowała gangiem wystąpiła z wnioskiem o list żelazny

Nowe fakty w sprawie 30-latki, która miała kierować gangiem pseudokibiców Cracovii. O Magdalenie Kralce z Krakowa zrobiło się głośno, kiedy policja ogłosiła, że jest ona poszukiwana listem gończym, Europejskim Nakazem Aresztowania i wydano za nią czerwoną notę Interpolu. Obrońca kobiety – mec. Maciej Burda złożył w sądzie wniosek o list żelazny. Adwokat w rozmowie z Fakt24 tłumaczy, skąd ta decyzja.

Według prokuratury Magdalena Kralka miała kierować gangiem, który zajmował się handlem marihuaną i kokainą oraz tzw. przestępstwami przeciwko życiu i zdrowiu, m.in. pobiciami z użyciem niebezpiecznych narzędzi. Kobieta miała brać udział w rozprowadzaniu narkotyków z Hiszpanii na ogromną skalę i rozliczaniu pieniędzy pochodzących z nielegalnych źródeł.

Obrońca 30-latki – znany karnista mec. Maciej Burda złożył do sądu wniosek o list żelazny, który pozwoliłby jej na powrót do Polski i pozostanie na wolności co najmniej do zakończenia procesu. O tym, że kobieta stara się o list żelazny, jako pierwszy poinformował portal tvn24.

– Policja przekazała mediom, że nie może sobie poradzić ze złapaniem pani Magdaleny Kralki. Chcieliśmy wyjść na przeciw i zaproponować dobrowolne zgłoszenie się. Uznaliśmy, że przekazywanie prasie, łącznie z portalami plotkarskimi informacji dotyczących Magdaleny Kralki to przejaw desperacji, więc chcemy pomóc – tłumaczy mec. Maciej Burda w rozmowie z Fakt24.

Pierwszy wniosek odrzucono. Powód?

Obrońca Magdaleny Kralki wyjaśnia, że wniosek trafił do sądu we wtorek, 3 września i może on zostać rozpoznany dopiero za ok. 1,5 miesiąca.

– W grudniu ubiegłego roku złożyłem taki wniosek po raz pierwszy. Wtedy sąd nie zgodził się na wydanie listu żelaznego. Uznano, że jest obawa matactwa i że miejsce Magdaleny Kralki jest areszcie. Skoro teraz organy ścigania przenoszą dyskusję o jej wolności na łamy prasy, to stwierdziliśmy, że sytuacja się zmieniła i sąd być może uzna że list żelazny powinien zostać wydany – dodaje Maciej Burda w rozmowie z Fakt24.

Zdaniem adwokata informacje, że jego klientka stała na czele bojówki Cracovii nie są zgodne z prawdą. – Każdy, kto zna przestępczą historię Krakowa, wie, że nie było jednej osoby, która by tym wszystkim zarządzała – podkreśla Maciej Burda.

30-latka spędzi kilka lat w areszcie?

Magdalena Kralka była partnerką Mariusza, jednego z trzech braci Z., tzw. „Zielonych”, którzy należeli do grupy kiboli Cracovii. Jej partner został zatrzymany w grudniu 2017 roku. Jego brat Adrian Z. zginął od strzału podczas próby zatrzymania. Za kratki trafiła także jego partnerka – Gabriela S.

Według obrońcy Magdalena Kralka obawia się, że prokuratura będzie chciała wykazać, że bracia Z. to byli „tak groźni przestępcy, że zastrzelenie jednego z nich w chwili zatrzymania było całkowicie uzasadnione”. Jego zdaniem kobieta ma obawiać się także, że długie przetrzymywanie jej w areszcie będzie legitymizowało postępowanie policji wobec jej niedoszłego szwagra.

– Żaden sędzia nie będzie się zastanawiał, czy ona jest winna, czy niewinna. Sędzia powie, że na zakończenie procesu będziemy rozważali, czy popełniła przestępstwo. Przez to Magdalena Kralka może spędzić w areszcie nawet kilka lat. W międzyczasie może okazać się, że przedstawione jej zarzuty są niezasadne – dodaje Maciej Burda w rozmowie z Fakt24.

Wizerunek „miss listów gończych” wpłynie na wyrok?

30-latka ma też obawiać się, że podzieli los swojej niedoszłej szwagierki. Partnerka drugiego z braci „Zielonych” – Adriana Z. od października 2018 roku przebywa w areszcie. Jak twierdzi mecenas Burda, kobieta została oddzielona od 2,5-letniego dziecka i sąd nie reaguje na jej prośby o przekierowanie do zakładu karnego dla matek z dziećmi.

Zdaniem obrońcy sytuacja życiowa Magdaleny Kralki jest na tyle poważna, że prawdopodobnie nie zdaje sobie ona sprawy z tego, iż internauci okrzyknęli ją „miss listów gończych” i nie czyta komentarzy w sieci na swój temat.

Na pytanie, co sądzi o tym, że uroda jego klientki wzbudziła ogromne zainteresowanie internautów odpowiada: – Ja mam młodą żonę i nie skupiam się na walorach estetycznych Magdaleny Kralki. Wierzę w to, że ona jest piękna, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Jeżeli jej walory cielesne budzą zainteresowanie szerszej publiczności, to nie sądzę, żeby to miało jakiekolwiek przełożenie na wynik procesu karnego – dodaje Maciej Burda w rozmowie z Fakt24.
Źródło info i foto: Fakt.pl

„Hoss”, król mafii wnuczkowej skazany

Na 7 lat więzienia skazał we wtorek poznański sąd Arkadiusza Ł. ps. Hoss, nazywanego „królem mafii wnuczkowej”. Wobec jego brata Adama P. orzeczono karę 6 lat pozbawienia wolności. Obaj oskarżeni byli o kradzieże i wyłudzenia kilku milionów złotych w Niemczech, Szwajcarii i Luksemburgu.

Proces Arkadiusza Ł. ps. Hoss, nazywanego „królem mafii wnuczkowej”, toczył się przed poznańskim sądem okręgowym ponad dwa lata. Śledczy zarzucali mu udział w grupie przestępczej i wyłudzenie lub próbę wyłudzenia w Niemczech, Szwajcarii i Luksemburgu w latach 2012-2014 w sumie kilku milionów złotych w różnych walutach oraz kosztowności: biżuterii, złota i złotych monet. Ofiarami były głównie osoby w podeszłym wieku, często samotne.

Mężczyzna miał wprowadzać obywateli innych państw w błąd co do tożsamości, pozorując bliskie pokrewieństwo lub znajomość z nimi. Miał też podawać się m.in. za funkcjonariusza policji. Na ławie oskarżonych Hoss zasiadł razem ze swoim bratem Adamem P., który odpowiadał z wolnej stopy.

We wtorek poznański sąd uznał Arkadiusza Ł. za winnego zarzucanych mu przestępstw i wymierzył mu karę łączną 7 lat więzienia. Wobec jego brata orzeczono karę 6 lat pozbawienia wolności. Sąd nakazał im również naprawienie szkody, oraz pokrycie kosztów sądowych.

Sędzia Karolina Siwierska podkreśliła w uzasadnieniu wyroku, że „przestępczy proceder prowadzony przez oskarżonych, z którego uczynili sobie stałe źródło dochodu, był wyjątkowo odrażający moralnie”.

– Oskarżeni oszukiwali ludzi w podeszłym wieku, wykorzystując ich nieporadność, naiwność, dobre serce i w ten sposób pozbawiali ich oszczędności całego życia, czy pamiątkowej, rodzinnej biżuterii – dodała.

Wydany we wtorek wyrok nie jest prawomocny.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Jest postępowanie dyscyplinarne wobec dwóch sędziów. Chodzi o ich wypowiedzi w mediach

Zastępca rzecznika dyscyplinarnego sędzia Przemysław Radzik wszczął postępowanie dyscyplinarne wobec dwóch sędziów „niestosujących się do nakazu powściągliwego korzystania z mediów społecznościowych”. Chodzi o sędziego SO w Krakowie Waldemara Ż. oraz Olimpię B.-M. z Sądu Rejonowego w Gorzowie Wlkp.

O wszczęciu postępowania poinformowano w środę w komunikacie. Jak podkreślił rzecznik dyscyplinarny sędziów sądów powszechnych sędzia Piotr Schab, sędziom przedstawiono zarzuty popełnienia przewinień dyscyplinarnych z art. 107 par. 1 ustawy Prawo o ustroju sadów powszechnych, w którym mowa o „oczywistej rażącej obrazie przepisów prawa i uchybienia godności urzędu”.

Wśród zarzutów wobec sędziego Waldemara Ż. wymieniono udzielony przez niego wywiad z 4 lipca 2019 r. dla portalu Prawo.pl. Zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia wygłosił w nim „manifest polityczny dotyczący jego poglądów i ocen związanych z działaniem konstytucyjnych organów państwa, w tym Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądownictwa”, a także kwestionował legalność powołania Kamila Zaradkiewicza na urząd sędziego Sądu Najwyższego.

(Sędzia) określił zadane przez ten Sąd w składzie z SSN Kamilem Zaradkiewiczem, pytania prawne do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie statusu sędziów powołanych na podstawie niezgodnych z Konstytucją uchwał Krajowej Rady Sądownictwa w latach 2011-2015, mianem „ustawki”, zmierzającej do osiągnięcia politycznego celu – czytamy.

Zdaniem sędziego Schaba wypowiedź Ż. mogła poniżyć Zaradkiewicza w opinii publicznej i „narazić na utratę zaufania potrzebnego dla wykonywania stanowiska sędziego Sądu Najwyższego”.

W przypadku sędzi Olimpii B.-M. odniesiono się do jej wpisów na Twitterze z 9 oraz 25 sierpnia. O jednym z prokuratorów i jednocześnie kandydacie na wolne stanowisko sędziowskie w Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego sędzia miała napisać, że „nie ma stażu i łamał prawa człowieka”. Z kolei pisząc o ministrze sprawiedliwości Zbigniewie Ziobro, sędzia oceniła, że jest on ministrem, który „wyprodukował aferę”, a także, że jest „odpowiedzialny za stworzenie systemu korupcyjnego w sądach i prokuraturze uzależniającego wymiar sprawiedliwości od woli politycznej”.

Zgodnie z przywołanymi przepisami Zbioru Zasad Etyki Zawodowej Sędziów i Asesorów Sądowych sędzia nie może żadnym swoim zachowaniem stwarzać nawet pozorów nierespektowania porządku prawnego, ma obowiązek kierowania się zasadami uczciwości, godności, honoru i przestrzegania dobrych obyczajów oraz unikania zachowań, które mogłyby przynieść ujmę godności sędziego oraz podważyć zaufanie do jego bezstronności i niezawisłości oraz obowiązek powściągliwego korzystania z mediów społecznościowych – podkreślił sędzia Schab.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Sąd odrzucił wniosek Falenty o ułaskawienie

Warszawski Sąd Okręgowy negatywnie zaopiniował wniosek biznesmena Marka Falenty o ułaskawienie – dowiedziała się „Rzeczpospolita”. „Rzeczpospolita” przypomina, że chodzi o list, w którym Marek Falenta zaproponował „układ za ułaskawienie”.

Biznesmen prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia w aferze taśmowej w kwietniu napisał list do prezydenta Andrzeja Dudy z prośbą o ułaskawienie. Przedstawił w nim ultimatum: albo zostanie ułaskawiony, albo „ujawni zleceniodawców afery taśmowej”.

Jak pisał w liście – choć „zrobił, co do niego należało, wywiązał się ze wszystkich złożonych obietnic, to został okrutnie oszukany przez ludzi wywodzących się z Pana (Andrzeja Dudy) formacji”. „Nie zamierzam umierać w samotności. Jeśli nie będę ułaskawiony, ujawnię, kto za mną stał” – podkreślił w piśmie Falenta.

Jednak – jak donosi w czwartek „Rzeczpospolita” – szanse na prezydencką łaskę dla biznesmena maleją. We wtorek Sąd Okręgowy w Warszawie wydał niekorzystną dla niego decyzję.

Teraz akta trafią do sądu apelacyjnego, a jeżeli podzieli on opinię sądu niższej instancji, to biznesmen straci szanse na ułaskawienie – informuje dziennik.
Źródło info i foto: interia.pl

Były ksiądz skazany za gwałty na ministrantach trafi do ośrodka dla najniebezpieczniejszych dewiantów

Były ksiądz Paweł Kania skazany za molestowanie i zgwałcenie kilku ministrantów ubiegał się o przedterminowe zwolnienie, ale wniosek został odrzucony. Sąd zadecydował, że po odbyciu kary były kapłan trafi do ośrodka, do którego trafiają przestępcy nadal stanowiący zagrożenie dla społeczeństwa – podaje „Gazeta Wyborcza”.

Były ksiądz Paweł Kania został w 2015 r. skazany na karę siedmiu lat pozbawienia wolności za molestowanie i zgwałcenie kilku ministrantów. Kania był katolickim kapłanem w różnych parafiach Wrocławia, Bydgoszczy i Milicza. Hierarchowie kościelni wiedzieli o tym, że były ksiądz jest pedofilem: w 2005 r. zatrzymała go policja po tym, jak proponował za pieniądze dwójce nieletnich „poddanie się innym czynnościom seksualnym”. Przełożeni przerzucali Kanię do innych parafii po kolejnych skargach na jego zachowanie wobec dzieci – przypomina „GW”.

Przypadek Kani był jednym z przedstawionych w filmie braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Były ksiądz odbywa karę na oddziale wrocławskiego zakładu karnego w Oleśnicy. Po tym, jak został skazany, Kościół wykluczył go ze stanu kapłańskiego. W więzieniu ma przebywać do 22 września 2021 r. Były ksiądz ubiegał się o przedterminowe zwolnienie, ale jego wniosek został odrzucony.

– Cele kary zdaniem Sądu nie zostały osiągnięte, a proces resocjalizacji wymaga dalszego utrwalenia – uznał rozpatrujący sprawę Kani sędzia Jerzy Nowiński.

Pracownicy więziennictwa, sądu i psychologowie, z którymi rozmawiała „GW” twierdzą, że Paweł Kania nie tylko nie powinien wcześniej opuszczać więzienia, ale i nadal powinien przebywać w izolacji.

– Jako zdiagnozowany pedofil, bezkrytycznie odchodzący do swoich czynów i niechcący się leczyć, po wyroku wyląduje w Gostyninie – mówi „GW” osoba, która analizowała jego przypadek.
Źródło info i foto: onet.pl

Zaatakował dziadka siekierą. Są zarzuty dla 30-latka

To makabryczne zdarzenie wstrząsnęło mieszkańcami Piwnicznej Zdroju (woj. małopolskie). 30-latek, który zaatakował swojego 77-letniego dziadka maczetą, poniesie konsekwencje. Mężczyzna zadawał staruszkowi ciosy na oślep – zranił go m.in. w głowę, ręce i nogi. Prokuratura postawiła 30-latkowi zarzuty. Sąd Rejonowy w Muszynie podął decyzję dotyczącą jego pobytu w areszcie.

30-latek z Piwnicznej Zdroju (woj. małopolskie), który zaatakował swojego 77-letniego dziadka maczetą, usłyszał zarzuty usiłowania zabójstwa i spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. – Sąd Rejonowy w Muszynie zdecydował, że mężczyzna spędzi najbliższe trzy miesiące w policyjnym areszcie – informuje Monika Mordarska z Komendy Miejskiej Policji w Nowym Sączu.

Dramat w Piwnicznej-Zdroju

Tragedia wydarzyła się 13 sierpnia po godz. 21 w jednym z domów przy ul. Halnej w Piwnicznej-Zdroju. 30-latek mieszkał tam z matką i dziadkiem. Mężczyzna zaatakował 77-latka, po czym uciekł w nieznanym kierunku. Poszkodowany w ciężkim stanie trafił do szpitala.

Policjanci znaleźli napastnika po kilku godzinach poszukiwań. Mężczyzna nie chciał od razu się poddać. Podczas pościgu policjanci użyli gazu pieprzowego, a jeden z funkcjonariuszy oddał strzał ostrzegawczy. Po zatrzymaniu okazało się, że 30-latek był pod silnym wpływem narkotyków. Jak informowały lokalne media, mieszkańcy Piwnicznej już kilka godzin przed zdarzeniem widzieli, że 30-latek zachowywał się agresywnie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Odroczono proces Harveya Weinsteina

Proces byłego producenta hollywoodzkich filmów Harveya Weinsteina, oskarżonego o gwałty i nadużycia seksualne, odroczono do 6 stycznia z uwagi na pojawienie się nowych oskarżeń – podał w poniedziałek sąd na nowojorskim Manhattanie. Weinstein twierdzi, że jest niewinny. Nowy akt oskarżenia nie był dostępny – pisze agencja Reutera.

Donna Rotunno, jedna z prawniczek Weinsteina, powiedziała po przesłuchaniu, że Weinstein będzie próbował oddalić akt oskarżenia, nazywając sprawę „słabą”. Prokurator okręgu Manhattan Cyrus Vance oskarża Weinsteina o seksualne napaści na dwie kobiety w 2006 i 2013 roku.

Rotunno powiedziała, że nowy akt oskarżenia ma umożliwić trzeciej kobiecie zeznanie w sprawie.

Wcześniej prokuratorzy ujawnili w tym miesiącu w sądzie, że będą wnosić oskarżenie w sprawie trzeciej kobiety, aktorki Annabelli Sciorry, która twierdzi, że Weinstein zgwałcił ją w 1993 roku.

Prawniczka Gloria Allred podała w poniedziałek w oświadczeniu, że reprezentuje Sciorrę, znaną z roli w serialu HBO „Rodzina Soprano”. Aktorka jest gotowa odpowiadać pod przysięgą – powiedziała.

Weinstein utrzymuje, że jest niewinny

Weinstein, jeden z najpotężniejszych producentów Hollywood, nie przyznał się do pięciu zarzutów karnych z wcześniejszego aktu oskarżenia, w tym gwałtu i napaści na tle seksualnym. Jeżeli zostanie uznany za winnego, grozi mu dożywocie. Prawnicy Weinsteina wnieśli o przeniesienie procesu, być może do hrabstwa Suffolk na Long Island lub do hrabstwa Albany w stanie Nowy Jork, argumentując, że intensywna obserwacja ze strony mediów w Nowym Jorku uniemożliwiłaby mu uczciwy proces.

67-letni producent cały czas twierdzi, że stosunki odbywały się za zgodą drugiej strony. O gwałt oskarża go ponad 80 kobiet, w tym liczne celebrytki.

Oskarżenia, o których doniosły jako pierwsze „New York Times” i „New Yorker”, dały początek społecznemu ruchowi #MeToo skierowanemu przeciw sprawcom seksualnego wykorzystywania kobiet, w tym przede wszystkim osobom zajmującym eksponowane stanowiska w branży rozrywkowej oraz w świecie polityki i biznesu.
Źródło info i foto: interia.pl