Francja: Strzelanina w sądzie w Nimes

W hallu sądu apelacyjnego w Nimes w Oksytanii w piątek zastrzelił się mężczyzna – poinformowały lokalne media. Trwa ewakuacja budynku, w którym znajduje się sąd – podała Agence France Presse. Policja zablokowała dostęp do budynku – przekazuje na swym portalu France Bleu. Według informacji tej sieci lokalnych i regionalnych stacji radiowych we Francji, działającej w ramach grupy Radio France, mężczyzna miał popełnić samobójstwo. Wtargnął do budynku z bronią w ręku ok. godz. 8:30.

Odgłosy strzałów były słyszalne w najbliższej okolicy – podaje AFP, nie precyzując, ile było wystrzałów.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

31-latek nakaszlał na kobietę i straszył, że ma koronawirusa. Stanie przed sądem

To było skrajnie nieodpowiedzialne, a wręcz głupie zachowanie. I będzie miało swój finał w sądzie. 31-letniego mieszkańca Świnoujścia czekają poważne kłopoty. Mężczyzna najpierw nakaszlał na kobietę, a następnie dodał, że ma koronawirusa. Swoje zachowanie tłumaczył, że był to żart primaaprilisowy.

Świnoujscy policjanci, po otrzymaniu niepokojącego zgłoszenia o zachowaniu mężczyzny, błyskawicznie ustalili sprawcę ponurego żartu. 31-letni mieszkaniec Świnoujścia nie miał objawów świadczących o zakażeniu koronawirusem, ponadto przyznał, że jest zdrowy, a jego zachowanie miało być jedynie formą żartu z okazji prima aprilis.

Ze względu na skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie mężczyzny, funkcjonariusze policji postanowili skierować wobec 31-latka wniosek o ukaranie do Sądu Rejonowego w Świnoujściu.
Źródło info i foto: se.pl

25-latek będąc na kwarantannie zorganizował rodzinną imprezę

25-latek z Wąbrzeźna, odbywający kwarantannę domową po powrocie z Holandii, zorganizował w swoim mieszkaniu imprezę. Jej wynik jest taki, że cztery kolejne osoby objęto zakazem opuszczania domu przez 14 dni, a sprawa znajdzie finał w sądzie.

Oficer prasowy KPP w Wąbrzeźnie mł. asp. Krzysztof Świerczyński poinformował w poniedziałek, że funkcjonariusze otrzymali w sobotni wieczór informację o imprezie odbywającej się w mieszkaniu 25-latka, który wrócił kilka dni temu z Holandii. Na miejsce natychmiast pojechał specjalnie wyposażony i zabezpieczony patrol policji.

Funkcjonariusze niestety potwierdzili treść zgłoszenia. Jak ustalili, 25-latek dzień wcześniej przekroczył granicę naszego kraju, gdzie przez Straż Graniczną poinformowany został o konieczności powrotu do miejsca zamieszkania w ciągu najbliższych 24 godzin. W mieszkaniu miał odbyć dwutygodniową kwarantannę” – poinformował oficer prasowy KPP w Wąbrzeźnie.

Mężczyzna postanowił jednak nic sobie nie robić z zakazu opuszczania domu przez dwa tygodnie i już na drugi dzień zorganizował rodzinne spotkanie. W efekcie tego kolejne cztery osoby zostały objęte kwarantanną. Ponadto wszyscy muszą liczyć się z odpowiedzialnością za popełnione wykroczenie. Grozi im wysoka grzywna. O jej wymiarze zadecyduje sąd”– wskazał mł. asp. Świerczyński. Jak ustaliła PAP, obowiązkową kwarantanną objęci zostali krewni narzeczonej 25-latka.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Marek F. doprowadzony do sądu

Marek F. znowu trafił przed oblicze sądu. Tym razem nie był oskarżonym, lecz świadkiem w sprawie karnej. Trzeba przyznać, że prezentował się bardzo korzystnie – schudł i zapuścił włosy oraz brodę. Marek F. to bohater jednej z najgłośniejszych afer politycznych w historii Polski, czyli tzw. afery podsłuchowej. Ze względu na swoje postępki, wielokrotnie pojawiał się przed sądem. Z tego powodu kolejna wizyta w sądzie nie powinna być niczym wyjątkowym, a jednak była. Jak dowiedział się Fakt, Marek F. pojawił się w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa, by zeznawać w sprawie karnej.

Zapytaliśmy sądu, w jakiej sprawie zeznawał F., jednak do czasu publikacji tego artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Wiemy jednak, iż stronami w sprawie było trzech mężczyzn, a Marek F. miał zeznawać w samo południe. Uwagę zwracał wygląd bohatera głośnej afery: schudł, miał dłuższe włosy i zapuścił brodę. Zdaniem niektórych wyglądał dużo korzystniej, niż podczas ostatnich wizyt w sądzie.

F. był bohaterem tzw. afery podsłuchowej. Ujawnione w mediach nagrania wywołały w 2014 r. kryzys w rządzie Donalda Tuska. Sprawa dotyczyła nagrywania w dwóch restauracjach w latach 2013-2014 r. osób z kręgów polityki i biznesu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Elbląg: Ruszył proces Dawida S. 29-latek oskarżony jest o usiłowanie zabójstwa trzymiesięcznego syna

Ruszył proces 29-letniego Dawida S., oskarżonego o usiłowanie zabójstwa syna. Kiedy trzymiesięczny chłopiec trafił do szpitala, miał tak dużo złamań, że – jak mówili lekarze – nie miał już nawet siły płakać. – Sprawca działał ze szczególnym okrucieństwem – przekazała Iwona Piotrowska z elbląskiej prokuratury. Mężczyzna oskarżony został także między innymi o znęcanie się nad matką dziecka i ich psem.

Proces ruszył po godzinie 9 przed Sądem Okręgowym w Elblągu. Wyłączona została jawność.

– Ojcu dziecka zarzucono popełnienie przestępstwa usiłowania pozbawienia życia dziecka poprzez wielokrotne używanie wobec niego przemocy fizycznej, skutkującej licznymi różnoczasowymi złamaniami kończyn, żuchwy, żeber, stłuczeniem okolicy nerki, czym naraził dziecko na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia – mówiła w grudniu 2019 roku Iwona Piotrowska z Prokuratury Okręgowej w Elblągu. – Działał ze szczególnym okrucieństwem z uwagi na wiek pokrzywdzonego i wynikającą z tego jego nieporadność, doznawany ból i cierpienie – dodała.

To jednak nie wszystkie zarzuty, jakie usłyszał 29-latek.

– Oskarżonemu zarzucono również popełnienie przestępstwa znęcania się nad matką dziecka, znęcanie się nad posiadanym psem oraz popełnienie przestępstwa udzielania innej osobie substancji psychotropowych w postaci amfetaminy – dodała Piotrowska.

Łącznie usłyszał więc cztery zarzuty, z czego za najcięższy, jakim jest „usiłowanie zabójstwa człowieka ze szczególnym okrucieństwem” grozi mu dożywocie.

Dawid S. nie przyznał się do żadnego z zarzucanych mu czynów. Grozi mu dożywocie.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Jest wniosek o areszt poszukiwawczy dla podejrzanego o śmiertelne pobicie zapaśnika Dominika Sikory

Policjanci z Poznania wciąż poszukują Olgierda Michalskiego (42 l.) podejrzanego o pobicie zapaśnika Dominika Sikory († 29 l.) ze skutkiem śmiertelnym. Cały czas trwa procedura uzyskania listu gończego za mężczyzną. Jednym z jej etapów jest wniosek o areszt poszukiwawczy, który właśnie został złożony w poznańskim sądzie.

Wniosek o areszt poszukiwawczy 42-letniego Olgierda Michalskiego trafił w środę 12 lutego do Sądu Rejonowego Poznań-Stare Miasto – informuje portal TVN24. Decyzja w tej sprawie ma zapaść w czwartek i jest niezbędna do wydania listu gończego. Ten jest w tym przypadku niezbędny. Z informacji śledczych wynika, że Olgierd Michalski może przebywać w Szwajcarii, gdzie mieszka jego dziewczyna. Wydanie listu gończego za mężczyzną umożliwi poznańskim policjantom poszukiwania 42-latka za granicą.

– Podstawą wniosku są zarzuty spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, którego następstwem jest śmierć Dominika Sikory. Za ten czyn może mu grozić nawet dożywocie – przekazuje tvn24.pl.

Przypomnijmy, że Olgierd Michalski jest podejrzewany o pobicie zapaśnika Dominika Sikory ze skutkiem śmiertelnym. Do tych tragicznych wydarzeń doszło w nocy z 25 na 26 stycznia. 29-latek bawił się wówczas w jednym z klubów na Starym Rynku w Poznaniu. Gdy wyszedł z lokalu, został zaatakowany i nieprzytomny trafił do szpitala z ciężkimi obrażeniami głowy. Zmarł 31 stycznia.

Zdarzenie zarejestrowały kamery monitoringu. Na nagrani widać, jak Sikora stoi przed klubem z grupką ludzi. W pewnym momencie większy od niego mężczyzna zadaje mu jeden cios w twarz. Dominik upadł na ziemię, uderzając głową w brukowany chodnik. Nikt nie udzielił mu pomocy, gdy leżał nieprzytomny.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Jelena Baturina, najbogatsza Rosjanka, poszukiwana listem gończym

Jelena Baturina, wdowa po byłym merze Moskwy i najbogatsza Rosjanka, nie stawiła się w sądzie pięć razy i teraz jest poszukiwana listem gończym. „Forbes” szacuje jej majątek na 1,2 mld dolarów. Jak podaje serwis informacyjny RBC, sąd w Kałmucji uznał Baturinę za uciekinierkę i dlatego wysłał za nią list gończy. Powód? Kobieta notorycznie unikała pojawiania się na procesie, który ma dotyczyć zniesławienia menedżera jej brata. W tle mają być również rozliczenia finansowe.

Sąd podjął taką decyzję po tym, jak najbogatsza Rosjanka nie stawiła się na piąty wyznaczony termin. Sędzia Oksana Sewostianowa uznała, że Baturina „nie wykazała należytej staranności w egzekwowaniu swoich praw”.

RBC informuje również, że rosyjskie prawo pozwala na to, aby oskarżeni byli reprezentowani na rozprawach przez osoby trzecie, ale sędzia orzekła tym razem, że 56-latka nie wyjaśniła, dlaczego sama nie mogła pojawić się w sądzie.

Baturina to wdowa po zmarłym niedawno Juriju Łużkowie, który był bardzo wpływowym merem Moskwy w latach 1992-2010. Ona sama dorobiła się pokaźnego majątku dzięki spółce Inteko (założonej z bratem Viktorem; dostarczali m.in. krzesełka na modernizowany stadion Łużniki). Sporo zarobiła też na inwestycjach w nieruchomości.
Źródło info i foto: interia.pl

Sąd skazał gang porywaczy

Mieszkał obok rodziny M., obserwował ich. Oni nigdy nie widzieli jego twarzy. Uznał, że są majętni. Przebrał się za policjanta, uprowadził żonę prezesa, a od niego zażądał ponad miliona euro. – To miało być najbardziej kulturalne porwanie w historii – mówił w sądzie. Było ostatnie, ale nie pierwsze. On i jego wspólnicy właśnie zostali skazani.

Marta M. została porwana przez grupę Grzegorza P. Za dnia, z ulicy przed własnym domem w małej miejscowości pod Bielskiem-Białą. To miasto i okolice były terenem działania gangu, a ona była jego czwartą ofiarą. Zatrzymała się swoim samochodem, bo wyglądali jak brygada antyterrorystyczna, w czarnych mundurach kupionych w sklepie z militariami, z naszywkami „policja” z internetu, atrapami karabinów. Za każdym razem się tak przebierali, by – jak wyjaśniał potem w sądzie P. – „porwanie wyglądało łagodnie”.

– To będzie najbardziej kulturalne porwanie w historii – zapowiedział swoim wspólnikom (powtórzył te słowa przed sądem).

Założyli Marcie czarny worek na głowę, rzucili na podłogę samochodu, wywieźli do wcześniej wynajętego domu w Bielsku i zamknęli w piwnicy z łóżkiem polowym, przenośną toaletą i zabitym blachą oknem. W podobnych warunkach przetrzymywali wszystkie ofiary.

– Nasłuchiwałam. Wymyślałam, czym się tu bronić, jak wkroczą. Miałam tylko plastikową butelkę po wodzie. Byli pod drzwiami, mieli włączone radio, raz po raz słyszałam otwieranie puszek. Co to za ludzie, co im może strzelić do głowy po tym piwie? Czy mi czegoś nie dosypią do wody, nie zgwałcą? – opowiadała reporterce tvn24.pl Marta M.

P. uspokajał ją, że nic jej się nie stanie, że chodzi tylko o kasę. Zażądał od jej męża Dariusza M. miliona euro, a potem jeszcze dwustu tysięcy euro za to, że powiadomił policję o zaginięciu żony. To był największy okup w historii polskiej policji. Dariusz M. był prezesem giełdowej spółki, ale nie miał takich pieniędzy w gotówce. Na szczęście miał przyjaciół. Pożyczył od nich część i przekazał porywaczom we współpracy z policją. Wcześniej, nocami, spisywał z funkcjonariuszami numery seryjne banknotów, a potem zapakował do plecaka i sam wyniósł je w miejsce wyznaczone w górach. Plecak był tak ciężki, a on tak się spieszył, że pozrywał sobie ścięgna. Nie wszystkie ofiary gangu P. zawiadomiły policję. Dariusz M. też bał się to zrobić. Jak mówił, P. groził mu, że wtedy nie zobaczy już swojej żony.

– Inne ofiary pewnie słyszały od P. to samo, co Marta: ja tu jestem tylko wykonawcą, zrobiłem co do mnie należało, ale moi szefowie wszystko obserwują, mają kontakty w policji. „Jeden dziki ruch i twój synek znika” – opowiadał reporterce tvn24.pl Dariusz M.

Jego żona została uwolniona po czterech dniach od porwania, a tydzień później zatrzymano P. i jego wspólników. 5 listopada 2019 roku, dwa lata od porwania Marty M., w Sądzie Okręgowym w Bielsku-Białej zapadł wyrok.

Odzyskali trzy miliony złotych

Informację o wyroku kilka dni temu podała Prokuratura Krajowa, ponieważ to jej Śląski Wydział Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Katowicach prowadził śledztwo.

Akt oskarżenia dotyczył nie tylko porwań czterech ludzi w celu wymuszenia okupu, dokonanych w latach 2015 – 2017. Obejmował w sumie 48 przestępstw. Zarzuty postawiono czterem osobom. Wszyscy dostali kary bezwzględnego więzienia. Grzegorz P., uznany przez sąd za organizatora przestępczego procederu, został skazany na łączną karę 12 lat pozbawienia wolności. Jego wspólnicy: Janusz C. 5 lat i 6 miesięcy, Jacek S. na 4 lata, Sławomir G. na 2 lata i 11 miesięcy. Jak informuje Prokuratura Krajowa, oprócz kar pozbawienia wolności, „z uwagi na wyjątkowo bulwersujący charakter przestępstw oraz okoliczności ich popełnienia”, sprawcy dostali wysokie kary grzywny, mają także obowiązek naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia dla każdego pokrzywdzonego.

Sąd ustalił, że członkowie gangu za każdym działali podobnie: typowali osobę do porwania – głównym kryterium był stan majątkowy ofiary, obserwowali ją, rozpoznając jej codzienne zwyczaje i w dogodnym momencie, przebrani za policjantów, z atrapami broni palnej, porywali i więzili we wcześniej przygotowanej kryjówce. Następnie od członków rodzin żądali zapłaty okupu w kwotach od 50 tysięcy do 4 milionów złotych. Po otrzymaniu pieniędzy ofiary były wypuszczane. Policja odzyskała trzy miliony złotych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Agent ICE odpowie za gwałty i grożenie deportacją

Imigranci cierpią nie tylko na granicy. Żyjąca w Connecticut nieudokumentowana imigrantka z Hondurasu złożyła pozew przeciwko agentowi ICE. Jak donosi Fox News, stwierdza w nim, że funkcjonariusz federalnej agencji imigracyjnej gwałcił ją przez lata i groził jej deportacją, jeżeli komuś o tym powie.

Imigrantka domaga się odszkodowania w wysokości $10 mln. Pozew został wniesiony w sądzie w Connecticut. Powódka widnieje w nim jako Jane Doe. Oskarżony to Wilfredo Rodriguez, agent U.S. Immigration and Customs Enforcement (ICE), który został już zwolniony z pracy. Z dokumentów sądowych wynika, że molestowanie zaczęło się w 2006 roku, kiedy agent aresztował brata kobiety za nielegalne wkroczenie na teren USA. Potem odkrył, że kobieta też przebywa w Stanach nielegalnie. I postanowił to wykorzystać. Imigrantka najpierw miała być informatorką, a następnie była przez niego wykorzystywana seksualnie. Wszystko to odbywało się pod groźbą: jeżeli coś powiesz, zostaniesz deportowana albo zginiesz.
Źródło info i foto: se.pl

Szwedzka prokuratura żąda pół roku więzienia dla rapera ASAP Rocky

Szwedzka prokuratura zażądała w piątek kary sześciu miesięcy więzienia dla amerykańskiego rapera Rakima Mayersa, znanego jako A$AP Rocky, a także jego dwóch kolegów. Są oni oskarżeni o to, że w czerwcu na ulicy w Sztokholmie pobili 19-latka.

Wszyscy trzej oskarżeni nie przyznają się do winy. A$AP Rocky przyznał w sądzie, że wraz z kolegami dopuścili się przemocy, ale – w jego przekonaniu – była to samoobrona po tym, jak nastolatek miał zaatakować jednego z ochroniarzy muzyka. W piątkowej mowie końcowej prokurator Daniel Suneson ocenił jednak, że wydarzenie, do którego doszło 30 czerwca, nie ma znamion samoobrony. – Mamy tu trzy osoby, które okładały pięściami i kopały leżącego – dodał. Zwrócił uwagę, że szwedzkie prawo przewiduje za taki czyn karę od sześciu do dziesięciu miesięcy więzienia.

Odwołane koncerty

A$AP Rocky został zatrzymany przez policję 3 lipca po występie na festiwalu w Sztokholmie. Według prokuratury, raper wraz z dwoma kolegami brutalnie napadli w centrum szwedzkiej stolicy na 19-latka, atakując go między innymi szklaną butelką. Jeśli ASAP Rocky zostanie uniewinniony, będzie mógł domagać się odszkodowania, m.in. w związku z przerwaną trasą koncertową po Europie. Amerykanin po koncercie w Sztokholmie miał przyjechać na festiwal muzyczny do Polski, ale jego występ został odwołany Pochodzący z Nowego Jorku A$AP Rocky zasłynął w 2011 roku mixtape’em „Live. Love. ASAP”. Dwa lata później wydał swój pierwszy album „Long. Live. ASAP”.
Źródło info i foto: tvn24.pl