Lubelskie: 15-latek nagrał bójkę dziewczyn, miał zostać wywieziony do lasu

Nastolatek z Kamienia pod Chełmem nagrał, jak 15-latka bije się z inną dziewczyną. To zachowanie nie spodobało się nastolatce. Nasłała na chłopaka zamaskowanych kolegów. Sprawa trafiła do sądu. Do zdarzenia doszło 4 lutego na posesji, gdzie znajduje się dom nastolatka.

Chełm. Nastolatka z najazdem pod dom

15-letni chłopak nagrał uliczną bójkę między dwiema dziewczynami. Filmu w sieci nie opublikował, jednak jego zachowanie spotkało się z konsekwencjami. Rówieśniczka chłopaka, która miała sprowokować bijatykę, w towarzystwie trzech 18-latków i 20-latka pojechała do domu nastolatka. Dziewczyna domagała się, aby przekazał jej nagranie ze swojego telefonu. Przebywający z nią mężczyźni mieli nastraszyć 15-latka. Pojawiła się nawet groźba wywiezienia go do lasu.

Szczęśliwie napastników przegonił ojciec chłopaka. Ci na jego widok mieli wskoczyć do auta i odjechać. Chełm. Sprawa w sądzie
Policjanci nie mieli problemów z namierzeniem i zatrzymaniem napastników. Teraz sprawa trafi do sądu. Czterech pełnoletnich mężczyzn usłyszało już zarzuty stosowania groźby bezprawnej. W czwartek mają zostać doprowadzeni do prokuratury. Grozi im do trzech lat więzienia.

Sprawą 15-latki zajmie się sąd rodzinny.
Źródło info i foto: wp.pl

W Mrowinach doszło do próby samosądu. Mężczyzna rzucił na posesję koktajl Mołotowa

Dwa dni po zabójstwie 10-letniej Kristiny mieszkaniec Mrowin rzucił koktajl Mołotowa na jedną z posesji, na której pojawiła się policja. Sądził bowiem, że wizyta funkcjonariuszy mogła mieć związek ze zbrodnią. Okazało się jednak, że powód wizyty policjantów był zupełnie inny. Za próbę samosądu mężczyźnie może grozić do 8 lat więzienia.

Pomimo początkowych zaprzeczeń policji, podpalenie na jednej z posesji w Mrowinach, do którego doszło 15 czerwca, dwa dni po zabójstwie 10-letniej Kristiny, miało związek ze śmiercią dziewczynki. Mieszkaniec Mrowin widząc, że na jednej z posesji w jego okolicy pojawiła się policja wysnuł wniosek, że dotyczy to sprawy zabójstwa dziecka, co okazało się pomyłką. Policja ujawniła tam narkotyki i zatrzymała mieszkańca posesji za ich posiadanie.

Mężczyzna ma córkę w wieku Kristiny

– Prokurator postawił 49-letniemu mężczyźnie zarzut sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa pożaru, czyli zdarzenia zagrażającego życiu i zdrowiu osób oraz mieniu wielkich rozmiarów – powiedział w rozmowie z polsatnews.pl Marek Rusin, prokurator rejonowy w Świdnicy.

Podejrzany tłumaczył, że dał się ponieść emocjom, które towarzyszyły mieszkańcom Mrowin i rzucił koktajl Mołotowa. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, ma również córkę w wieku Kristiny.

Mężczyzna otrzymał zakaz zbliżania się do osób zamieszkujących na posesji.

Zabójstwo 10-letniej Kristiny z Mrowin

10-letnia Kristina zaginęła 13 czerwca w drodze ze szkoły do domu. Jej ciało zostało znalezione tego samego dnia w lesie 6 km od Mrowin. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci dziewczynki były rany kłute klatki piersiowej i szyi.

W niedzielę 16 czerwca zatrzymany został podejrzany o zabójstwo Jakub A., związany z rodziną dziewczynki. Miał być zakochany w jej matce, a zbrodnię miał popełnić z zazdrości. Z ustaleń śledczych wynika, że planował ją od dłuższego czasu. Postawiono mu zarzuty zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz podżegania innej osoby do udziału w zbrodni. Mężczyzna przyznał się do obu zarzutów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Okrutny samosąd pod Sierakowem. Kto jest winny?

– Tomek wziął kij i zaczął uderzać w krtań. Uderzeń było pięć-sześć – przekonywał Piotr D., jeden z oskarżonych o zabójstwo 26-latka pod Sierakowem. – To nieprawda. Ja i mój brat go nie zabiliśmy – odpierał zarzuty Tomasz D., drugi z oskarżonych.

W środę miały odbyć się mowy końcowe w procesie w sprawie morderstwa 26-letniego Patryka R. z Sierakowa, który półtora roku temu przepadł bez wieści. Po kilku tygodniach policja odkopała w lesie jego zmasakrowane zwłoki.

O zabójstwo oskarżono trzech młodych mieszkańców Sierakowa, w tym dwóch braci – Tomasza i Mateusza D. Ich motywem miała być zemsta, bo zamordowany nie zapłacił za szyby, które wcześniej wybił w ich domu. Zeznający podczas procesu mieszkańcy Sierakowa potwierdzali, że bracia byli zastraszani przez Patryka R., który „był nieobliczalny”.
Źródło info i foto: Wyborcza.pl

Zabójstwo pod Sierakowem to samosąd

– Patryk wkurzył się, że stracił łup. Najpierw uszkodził mój samochód, wybił szyby w naszym domu. Groził, że mnie załatwi. Nie wytrzymałem psychicznie – opowiada jeden z oskarżonych o zabójstwo pod Sierakowem.

26-letni Patryk R. z Sierakowa w powiecie międzychodzkim przed rokiem przepadł bez wieści. Po kilku tygodniach policja w pobliskim lesie odkopała jego zwłoki. Został brutalnie skatowany, a jego krtań – zmiażdżona. O zabójstwo oskarżono trzech młodych mieszkańców Sierakowa, wśród nich dwóch braci Tomasza i Mateusza D. Ich motywem miała być zemsta, bo zamordowany nie zapłacił za szyby, które wcześniej wybił w ich domu.

Ale w poniedziałek, podczas drugiej rozprawy w poznańskim sądzie, wyszło na jaw, że spirala nienawiści w miejscowości pod Międzychodem?zaczęła się nakręcać już kilka miesięcy przed zbrodnią, wiedziało o niej wiele osób, ale nikt nie potrafił jej zatrzymać.
Źródło info i foto: Wyborcza.pl

Ofiary firmy Exeos Cars same postanowiły wymierzyć sprawiedliwość

Prokuratura oraz policja wyjątkowo ślamazarnie zajmowały się sprawą osób oszukanych przez Exeos Cars. Dlatego ofiary postanowiły same wymierzyć sprawiedliwość.

Koniec maja 2017 r., na zamkniętej grupie dyskusyjnej na Facebooku pojawiają się kolejne wpisy. „Bardzo mi się spodobał pomysł mocniejszego rozprawienia się z oszustami. Jestem chętny”. „Tylko musi nas być kilkanaście osób, żeby wszystkich wyłapać i do jednego worka”. „Ale nie można tylko lać w mordę. Trzeba przedstawić im zaświadczenia o zgłoszeniu na policji, o skierowaniu sprawy do sądu itd.”. „Od razu wszystkich trzeba spisać z dowodów, z każdego papierka, jaki mają przy sobie, bo nie wiadomo, jaki mają prawdziwy, a jaki podrobiony. Będzie potrzeba kilku chłopa, jakby w tym opór stawiali”. „Walić w łeb to tylko na osobności, bo zrobi się chryja, jak nie ma świadków”.

Trzy kominiarki i straszak

5 czerwca 2017 r., Warszawa. Kilkanaście osób pokrzywdzonych przez firmę Exeos Cars umawia się, by wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy ich oszukali. Na miejsce zbiórki przybywa tylko trzech mężczyzn. Pozostali się wykruszyli – jednemu podobnież zachorowało dziecko, inny spóźnił się na pociąg. Ta trójka jednak nie rezygnuje. Jadą – jak przyznają później – jedynie porozmawiać z ludźmi z Exeos. No, może trochę ich nastraszyć.

Zajeżdżają golfem pod siedzibę firmy przy ul. Smolnej. Dowiadują się od ochroniarza, że ten adres to lipa. Na grupie dyskusyjnej na FB padły jeszcze trzy inne lokalizacje. Jadą na ul. Przemysłową. Pudło. Ul. Ogrodowa. Kolejne pudło. Zrezygnowani sprawdzają ostatni adres. Sukces. Przy ul. Augustówka 22 mieści się lokal handlowy Exeos. Jest godz. 10.10.

Dalej wszystko wygląda jak w filmie akcji. W biurze są dwie osoby: mężczyzna, który rozmawia przez telefon z klientem, i kobieta. Trójka intruzów doskonale kojarzy pracownika. To on obiecywał im złote góry i to przez niego – ich zdaniem – stracili pieniądze. Mężczyzna ląduje szybko na podłodze. Jeden z napastników wyciąga pojemnik z gazem pieprzowym, drugi pistolet – dopiero później się okaże, że to atrapa – i przystawia go do głowy leżącego. Pracownicy zaczynają płakać, a klienci krzyczą o oszustwie. Zabierają karty z telefonów komórkowych oraz dyski twarde komputerów. I wychodzą.

Pracownik firmy Radosław Kozioł dzwoni na policję. Ta przyjeżdża o 10.50. Trzech napastników spokojnie czeka przed budynkiem. Cieszą się na widok funkcjonariuszy, chcą im przekazać nośniki danych. Ich radość staje się mniejsza, gdy zamiast otrzymać gratulacje zostają zatrzymani. Następne kilkadziesiąt godzin spędzają na komisariacie.

Protokoły przesłuchań i notatki urzędowe potwierdzające autentyczność historii znajdują się w komisariacie policji Warszawa-Wilanów.

666 złotych

Exeos Cars oferowała „innowacyjny” model współfinansowania zakupu auta na kredyt. Na czym polegał? Osoba poszukująca pojazdu natrafiała w internecie na ofertę Exeos lub w niektórych przypadkach na komis współpracujący z tą firmą. Cena pojazdu była zawyżona, widać to było zresztą na pierwszy rzut oka – np. skoda warta 50 tys. zł, była do nabycia za 70 tys. zł. Dlaczego znajdowali się chętni? Exeos proponował zawarcie umowy sponsorskiej – obiecywał, że będzie pokrywał 666 zł miesięcznie z raty kredytu. W zamian nabywca zobowiązywał się do przejechania autem co najmniej 400 km miesięcznie. Pojazd był też oklejany reklamami sponsorów, wśród nich dominowały firmy z listy Fortune 500. Exeos oferował również – przy pomocy zaprzyjaźnionego pośrednika – pośrednictwo kredytowe. Tak, by zainteresowany człowiek nie musiał sam załatwiać w banku pożyczki. Za zawarcie umowy firma pobierała opłatę w wysokości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.

Czy biznes nie wydawał się podejrzany?

– Nie. Pieniądze w zamian za oklejanie samochodów to nic nowego. A kilkutysięczną opłatę tłumaczono prosto: żeby ktoś się nie wycofał w ostatniej chwili. Uwierzyłam – mówi nam jedna z pokrzywdzonych osób.

– Oferta Exeos wyglądała bardzo ciekawie i sam model biznesowy prezentował się innowacyjnie. Mieszkałem przez pięć lat we Francji i tam tego typu rozwiązania to nic nowego. Ludzie z Exeosa byli dobrze przygotowani, bardzo podobały mi się ich zapewnienia – twierdzi Andrzej Nodzyński, jeden z uczestników napaści na siedzibę spółki.

– Nie podejrzewałem, że mam do czynienia z oszustami, bo zarejestrowano na mnie samochód. Pracownik firmy chętnie odpowiadał na moje wątpliwości, miał naprawdę świetne podejście do ludzi – mówi Dariusz Różański. To właśnie jego do podpisania umowy telefonicznie zachęcał Radosław Kozioł tuż przed przystawieniem mu broni do głowy.

Chęć do odpowiadania na pytania kończyła się jednak ponoć po podpisaniu umowy i wpłaceniu opłaty początkowej. W niektórych przypadkach Exeos wywiązywał się przez 2–3 miesiące z umowy, przez co przelał od 1200 do 1800 zł. I tak się opłacało, gdyż więcej zarobił z tytułu samej opłaty początkowej. W przypadku zakupu pojazdu w zaprzyjaźnionym komisie, zysk się zwiększał o różnicę pomiędzy realną wartością auta a tą ustaloną w umowie. W części spraw właściciele samochodów nie doczekali się ani jednego przelewu. Przez co zostali z oklejonym reklamami samochodem kupionym za znacznie więcej, niż jest warty. I kredytem do spłacenia.

– Do zakupu tego konkretnego samochodu przy pomocy Exeos skusiła mnie wyłącznie umowa sponsorska, którą firma oferowała na ten pojazd – twierdzi Dariusz Różański. A kilkoro innych pokrzywdzonych, z którymi rozmawialiśmy, przytakuje. Niemal każdy przyznaje: jedynym powodem, dla którego decydowali się na wejście w biznes z Exeos, były proponowane dopłaty w zamian za zrobienie ze swojego samochodu nośnika reklamowego. – Wiedziałem, że auto było przeszacowane, ale pomyślałem, że to nie ma znaczenia, skoro firma zobowiązała się dopłacać do kredytu – potwierdza pokrzywdzony Piotr Wenta.

Większość rozmówców przyznaje, że ich czujność uśpił wzór dokumentu, który otrzymali do podpisu. Część konsultowała go z prawnikami i każdy z nich przyznawał, że w umowie nie ma żadnych kruczków, jest ona bardzo korzystna dla nabywcy. – Rzeczywiście sama umowa była bardzo korzystna dla klienta i przewidywała nawet możliwość nałożenia kar umownych na Exeos. Już sam ten fakt wskazuje, że firma od początku wiedziała, że spółka będzie wkrótce goła i wesoła. Dlatego jej przedstawicielom było zupełnie obojętne, czy ktoś będzie mógł obciążyć spółkę karami – spostrzega Oskar Możdżyn, prawnik specjalizujący się w prawie motoryzacyjnym i założyciel strony Autoprawo.pl.

Exeos jest bowiem spółką z ograniczoną odpowiedzialnością – więc odpowiada jedynie do wysokości swojego kapitału. A ten wynosi 5 tys. zł. W praktyce jeśli tylko Exeos utracił płynność finansową, klienci wpadali w tarapaty. Zostawali z samochodem, którego nie byli w stanie spłacić. Choć i tak nie wszyscy. Dariusz Różański został z kredytem, za to bez auta. – Obejrzałem samochód i podpisałem umowę. Po czym oddałem auto i dowód rejestracyjny, żeby pracownik spółki mógł załatwić ubezpieczenie. Wpłaciłem też 10 tys. zł wadium. Potem nastała cisza ze strony Exeos. Poszedłem zgłosić sprawę na policję, ale do dziś nic się w tym temacie nie zadziało – ubolewa.

Odzyskać cokolwiek od tych, którzy wpędzili ludzi w tę kabałę – nie sposób. Pracownicy spółki powoływali się na przejściowe trudności finansowe, gdy ktoś żądał wypłaty należnych mu comiesięcznie 666 zł. Do klientów 28 kwietnia 2017 r. trafiło pismo, w którym spółka poinformowała, że „na chwilę obecną ze względu na zaistniałą sytuację jest zmuszona do wstrzymania płatności dla kontrahentów wynikających z umów sponsorskich”. Jako przyczynę wskazała to, że zablokowano jej rachunek bankowy wskutek zawiadomienia do prokuratury złożonego przez jednego z klientów. Zawierania dalszych umów, w których Exeos zobowiązywał się do płacenia po kilkaset złotych miesięcznie w ramach umów sponsorskich, mimo to nie zaprzestano.

Pokrzywdzeni twierdzą jednak, że nie może być mowy o żadnych tarapatach finansowych. Od początku było to perfidnie zaplanowane oszustwo. Dowody? – Moduł GPS zainstalowany w samochodzie, który powinien rejestrować, czy spełniony jest wymóg przejechania 400 km miesięcznie, jest pusty, więc nie można nic nim sprawdzić. A reklamodawcy, których logotypy znajdowały się na pojazdach, nie mieli o sprawie pojęcia – przekonuje Grzegorz Bednarski, inicjator siłowego wejścia do lokalu przy ul. Augustówka.

Sprawdziliśmy to ostatnie. – Nie współpracowaliśmy z firmą Exeos – zapewnia Katarzyna Pilarska-Wrona z Oracle. Logo technologicznego giganta widnieje na pojazdach pokazywanych na facebookowym profilu spółki. O współpracy z tą spółką nic nie wie również rzecznik prasowy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Krzysztof Dobies. – Akurat logo WOŚP wzbudziło moje wątpliwości. Po co orkiestra miałaby się odpłatnie reklamować na samochodach? Ale zainteresowało mnie to już po podpisaniu umowy i wzięciu kredytu, więc było za późno – mówi jeden z pokrzywdzonych.

Co na to wszystko Exeos? Spółka nie odpowiedziała na nasze pytania. Z kolei Radosław Kozioł podkreśla, że był jedynie pracownikiem spółki i w związku z tym nie może wypowiadać się w imieniu firmy. Przypomina też, że w postępowaniu prokuratorskim to on jest osobą pokrzywdzoną. – Nigdy też nie posługiwałem się innym nazwiskiem niż swoje własne, ponieważ jest to karalne – dodaje.

Tyt, tyk… odliczaj czas

Dlaczego trójka rozczarowanych klientów najechała biuro firmy? Mężczyźni przyznają, że ich trochę poniosło. Jeden zapewnia, że poszedł tylko rozmawiać i po prostu wydarzenia wymknęły się spod kontroli wskutek krewkości kolegów. – Byłem wściekły. Inne osoby, także te, których nie było wtedy z nami, również. Dlatego postanowiliśmy znaleźć oszustów. Chcieliśmy spróbować odzyskać od nich pieniądze na własną rękę – tłumaczy Grzegorz Bednarski. I dodaje, że gdy zobaczył Kozioła, który podpisywał większość umów (w niektórych przypadkach używając fikcyjnego nazwiska Rafalski, w innych Nafalski – jak przekonują poszkodowani), rozmawiającego z kolejnym klientem, coś w nim pękło. Tym bardziej że na tablicy były wypisane nazwiska osób, które dały się już nabrać na przekręt. – To dlatego położyłem go na ziemię i wyciągnąłem atrapę broni. Domagałem się informacji, kto stoi za przedsięwzięciem – przyznaje Bednarski.

Chodziło też – czego dowodem jest wcześniejsza dyskusja za pośrednictwem FB – o zabranie dokumentów i dysków twardych. Pokrzywdzeni od kilku miesięcy próbowali swoimi problemami zainteresować prokuraturę oraz policję. Często słyszeli jednak, że sprawa nie jest oczywista i że to słowo przeciwko słowu, sama niewypłacalność zaś nie jest jeszcze karalna. Jednemu z pokrzywdzonych policjant zaproponował wręcz wprost: „Idźcie do nich i pogadajcie z nimi po swojemu. Efekt będzie lepszy niż czekać, jak my coś zrobimy”.

To często powtarzający się motyw w przypadku oszustw finansowych i piramid. W tych przypadkach najważniejszy jest czas reakcji. Pokazała to sprawa Amber Gold, gdy organy państwa wiedziały o przekręcie, ale mieliły postępowania, podczas gdy kolejni konsumenci byli oszukiwani. – A proszę mi wierzyć, nie ma nic gorszego niż zostać oszukanym i widzieć, że kanciarze bezkarnie naciągają kolejne osoby – mówiła DGP w zeszłym roku ofiara Pay Trade International Club, piramidy finansowej, którą opisaliśmy w listopadzie 2016 r. (po naszym tekście zainteresowała się nią prokuratura, a piramida upadła).

Tymczasem pokrzywdzeni przez Exeos mówią nam, że po zajściu w siedzibie firmy doświadczyli gróźb ze strony oszustów. – Powiedziano mi, że zadarłem z niewłaściwymi ludźmi i przez to spotka mnie krzywda. Wystraszyłem się. Bałem się o siebie i żonę, bo oszuści mieli moje dane i wiedzieli, gdzie mieszkam. Sąsiedzi mówili mi nawet, że podejrzani ludzie kręcili się przy moim domu – opowiada Andrzej Nodzyński. Pokazuje nam SMS o treści: „Zadarliście z bardzo nieodpowiednimi ludźmi. Wiem o tobie wszystko. Kim jesteś, gdzie pracujesz, gdzie mieszkasz, czym i gdzie jeździsz. Zachciało się gangsterki? To teraz poznasz dużo ciekawych ludzi. See you soon…”. A także fragment wiadomości: „Tyk tyk tyk… odliczaj czas… ciesz się chwilą”.

Z poważniejszymi konsekwencjami musiał zmierzyć się zaś Grzegorz Bednarski. – Dostawałem wiadomości od oszustów, że zrobią wszystko, by mnie zniszczyć. Na seksportalu umieszczono fikcyjny anons z moim zdjęciem. Tam, gdzie mieszkam, rozpowszechniano plakaty mówiące, że jestem groźnym pedofilem, i za złapanie mnie wyznaczono nagrodę pieniężną – mówi Bednarski. On również pokazuje nam jedną z wiadomości od oszustów: „10 tys. zł wydam na kolportaż plakatów. Będzie ich 50 tys. sztuk. Na każdym drzewie, płocie, murku, przy każdym sklepie, stacji benzynowej, w pobliżu każdej szkoły, kościoła. Tam, gdzie jest najwięcej ludzi, będą wisieć te plakaty. Ludzie będą cię wytykać palcami, a mam nadzieję, że trafisz też na takich, którzy nie będą chcieli rozmawiać, tylko cię za***, ty śmieciu pedofilu”.

Nikt nic nie wie

W sprawie Exeos działania służb do czerwca 2016 r. były ślamazarne. Po napaści na lokal firmy nabrały rozpędu. Wszelkie zgłoszenia pokrzywdzonych są przekierowywane do warszawskiej prokuratury. Przemysław Paluch, zastępca prokuratora rejonowego w prokuraturze Warszawa-Wola, przyznaje, że w sprawie Exeos trwa postępowanie. Z ustaleń śledczych wynika, że w ramach realizacji umowy sponsorskiej pokrzywdzeni mieli otrzymywać wynagrodzenie, jednak nie było im ono wypłacane. Nie zwrócono również opłat wstępnych (traktowanych przez firmę jako wadium).

– W sprawie występuje 10 osób posiadających status pokrzywdzonych. Ze względu na fakt gromadzenia w dalszym ciągu materiału dowodowego przedwczesne jest wypowiadanie się przez tutejszą prokuraturę co do pozostałych poczynionych ustaleń w sprawie – ucina prokurator Paluch. Ponoć materiały przekazane przez pokrzywdzonych, wśród nich pełna korespondencja e-mailowa prowadzona przez pracowników spółki, się przydały.

Sprawą zainteresował się też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Agnieszka Majchrzak z UOKiK przyznaje, że dotychczasowe działania spółki mogą wyczerpywać znamiona czynów zabronionych, w tym przede wszystkim oszustwa z kodeksu karnego. – Zamierzamy wystąpić z zawiadomieniem do prokuratury w tej sprawie – zapewnia.

Witold Zembaczyński, poseł Nowoczesnej i członek komisji śledczej ds. wyjaśnienia przyczyn afery Amber Gold, jest jednak załamany dotychczasowymi działaniami państwowych służb. Przekonuje, że wszystko to powinno być zrobione o wiele wcześniej. I że służby powinny ze sobą współpracować. W sprawie Exeos prokuratura nie informowała ani UOKiK-u, ani Komisji Nadzoru Finansowego o prowadzonym postępowaniu. UOKiK zaś do dziś nie powiadomił o sprawie prokuratury. Każdy więc działa niezależnie od siebie. – A sprawa Amber Gold pokazuje, że państwowe organy muszą działać razem. W przeciwnym razie ucięcie oszustwa drastycznie się wydłuża – przekonuje Zembaczyński. – Wygląda na to, że od czasu tamtej afery podejście śledczych do spraw oszustw nie zmieniło się ani na jotę. I to wciąż dziennikarze działają dużo szybciej i skuteczniej niż organy śledcze. A przecież sprawa nie wydaje się być przesadnie skomplikowana jak w przypadku instrumentów parabankowych i nie potrzeba, by śledczy wspinali się na Himalaje swoich umiejętności – dodaje parlamentarzysta.

Na razie jednak główny pomysłodawca biznesu w Exeos chodzi wolno, nie ma nawet postawionych zarzutów. Exeos formalnie nadal działa, ale wszystko wskazuje na to, że działalność została zarzucona. A mózg operacji założył już kolejną firmę. Na Facebooku powstała już grupa pokrzywdzonych przez nią osób. Jej działalnością zaczyna interesować się zarówno UOKiK, jak i KNF. Choć na razie bez konkretów.

Jedyną osobą, która poniosła konsekwencje w sprawie Exeos, jest Grzegorz Bednarski. Został prawomocnie skazany przez sąd na grzywnę za najazd na lokal spółki i grożenie bronią pracownikowi. Nie żałuje.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Doszło do samosądu w więzieniu

19-letni Kamil K. został ofiarą więziennego samosądu. Gdy współosadzeni dowiedzieli się, że ten zgwałcił 22-latkę, zrobili mu to samo, a po wszystkim wycięli nożem na jego plecach napis „Gwałciciel”. O ranach na ciele policjantów poinformował dopiero więzienny lekarz podczas badania.

W czerwcu 2017 r. udało się zatrzymać 19-letniego Kamila K., który po juwenaliach w Rzeszowie zgwałcił 22-latkę wracającą z imprezy do domu. Więźniowie, z którymi oskarżony siedział w celi, dowiedzieli się o brutalnym przestępstwie na bezbronnej studentce i postanowili sami wymierzyć sprawiedliwość.

Młody mężczyzna został pobity i zgwałcony przez więźniów, a ci ponadto wycięli mu na plecach napis „Gwałciciel”. 19-latek nie powiedział o tym strażnikom, dopiero podczas badania rany na plecach zauważył lekarz. Okazało się, że K. ma również świeże rany odbytu.

Sprawą gwałtu i uszkodzenia ciała zajmują się teraz śledczy. – Sprawdzamy, czy materiał dowodowy pozwala na wszczęcie konkretnego postępowania. Każdy osadzony już w pierwszym dniu pobytu w więzieniu jest informowany o możliwości zetknięcia się z zachowaniami charakterystycznymi dla środowisk przestępczych i ma obowiązek zgłaszania przełożonym wszelkich zachowań zagrażających jego bezpieczeństwu – mówi Dominik Miś, prokurator rejonowy z Rzeszowa.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Policjanci zatrzymali 67-latka i jego 38-letniego syna. Rzucili w okno sąsiada butelką z łatwopalną cieczą

38-latek i jego ojciec rzucili koktajlem Mołotowa w okno domu sąsiada, które zaczęło się palić. Zniszczeniu uległ też fragment elewacji budynku. 67-latek staranował również samochodem bramę wjazdową sąsiada. Właściciel domu zdołał jednak samodzielnie ugasić ogień nim pożar rozprzestrzenił się dalej – podaje częstochowska policja. Do zdarzenia doszło w nocy z poniedziałku na wtorek.

Co spowodowało całe zajście? Według ustaleń śledczych konflikt między sąsiadami narastał od lat. Czarę goryczy przelała jednak brama, która stanęła na spornym odcinku drogi. Sprawcy zostali już zatrzymani. Na wniosek częstochowskich śledczych i prokuratory, sąd zastosował wobec starszego z podejrzanych tymczasowy areszt z możliwością zamiany na poręczenie majątkowe w wysokości 25 tys. zł.

Mężczyźni odpowiedzą za zniszczenia mienia, a także groźby karalne, które kierowali pod adresem sąsiada od prawie 2 lat. – Prokurator powoła teraz biegłego, który oceni czy realna była groźba pożaru. Wtedy zarzuty mogą zostać zmienione – zastrzegł w rozmowie z RMF FM Tomasz Ozimek z prokuratury w Częstochowie.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Niemcy: zasztyletowali gwałciciela

27-letni mężczyzna został brutalnie zaatakowany na parkingu w południowych Niemczech. Mimo natychmiastowej pomocy, zmarł w drodze do szpitala Samosąd w Niemczech! 27-letni mężczyzna został zaatakowany i skatowany przez kilku oprawców. Jak donosi sfora.pl na mężczyźnie został wykonany wyrok za gwałt. Kilka dni temu młoda dziewczyna z płaczem wyjawiła swoim bliskim, że została zgwałcona. Gwałciciela rozpoznała i podała jego nazwisko rodzicom. Na reakcję nie trzeba było długo czekać – 27-letni mężczyzna został zaatakowany na parkingu samochodowym przez grupę bliskich ofiary. – „To była zemsta. Zabili go bliscy kobiety, którą miał zgwałcić 12 czerwca w Müllheim” – twierdzą policjanci. Żródło info i foto: Fakt.pl

Polacy związani i pobici w niemieckiej wsi

Dwaj Polacy pobici w Niemczech. Policja w mieście Kremmen w Brandenbrugii wszczęła postępowanie przeciwko czterem mężczyznom, którzy pobili i uwięzili dwóch polskich pracowników sezonowych. Mieszkańcy miejscowości zaatakowali naszych rodaków, bo podejrzewali ich o włamanie do jednego z domów. Jak się okazało, niesłusznie. Trzej Polacy wracający z pracy przy zbiorze szparagów zostali zaatakowani przez grupę mieszkańców. Jeden z Polaków zdołał uciec. Pozostali zostali pobici i uwięzieni. Napastnicy podejrzewali, że Polacy stoją za włamaniem do jednego z domów, do którego doszło w miasteczku kilka godzin wcześniej. Okazało się jednak, że są niewinni. Żródło info i foto: Dziennik.pl

Strażnicy miejscy pod okiem prokuratury

Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Oliwa sprawdzi czy strażnicy miejscy kazali młodej kobiecie biegać wokół radiowozu – dowiedział się serwis tvp.info. Sprawę bada już komendant miejski straży miejskiej w Gdańsku.
– „Prokuratura rejonowa w Oliwie wystąpiła do komendanta straży miejskiej z prośba o udostępnienie materiałów postępowania wyjaśniającego. Jeżeli te wydarzania się potwierdzą i zgłosi się osoba, która została zmuszona do takich dziwnych praktyk, możemy mieć do czynienia z przekroczeniem uprawnień przez strażników” – powiedziała serwisowi Grażyna Wawryniuk, rzecznik prasowy gdańskiej prokuratury okręgowej. Żródło info i foto: TVP.info