Szwecja: Eurodeputowany odchodzi z polityki z powodu partnera pedofila

Eurodeputowany z Partii Centrum (frakcja Sojusz Liberałów i Demokratów) Fredrick Federley ogłosił odejście z polityki. Media ujawniły, że jego partnerem jest mężczyzna skazany za pedofilię. O kim dokładnie mowa? Na niektórych stronach internetowych jest napisane, że osoba która była mi bliska została skazana za niezwykle poważne przestępstwa. To niestety prawda. Popełnione przez niego zbrodnie są straszne (…). Teraz rozeszliśmy się – napisał Federley na Facebooku.

Według portalu Stoppapressarna.se eurodeputowany związał się z 42-letnim mężczyzną, który w styczniu tego roku po 6-latach wyszedł z więzienia. Został on skazany na 9 lat pozbawienia wolności za wielokrotne wykorzystywanie seksualne dzieci oraz poważne przestępstwo związane z pornografią dziecięcą. Ofiarami pedofila były dziewczynki w wieku 6 i 9 lat.

Federley, który jest otwartym homoseksualistą i działaczem na rzecz praw osób LGBT, poinformował, że załamał się, jest pod opieką psychologa oraz przebywa na zwolnieniu lekarskim. Jednocześnie wyraził on nadzieję, że będzie mógł powrócić do polityki.

Fredrick Federley zasiada w PE od 2014 roku. Wcześniej był parlamentarzystą szwedzkiej Partii Centrum.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Dane funkcjonariuszy policji w sieci. „To skandal”

Kwestia publikacja wizerunku oraz danych osobowych policjantów, którzy mieli osłaniać strajk kobiet budzi wielkie emocje. Komenda Główna Policji uznała to za „skandaliczne”, a kierownictwo zastanawia się nad podjęciem kroków prawnych wobec osób ujawniających dane wrażliwe.

Wizerunki kilku funkcjonariuszy krążą po internecie od czwartku – wtedy doszło też do interwencji policji podczas kolejnego strajku kobiet. Wśród osób, które publicznie domagały się interwencji w tej sprawie, były posłanki opozycji.

– To bardzo nieodpowiedzialne, skandaliczne wręcz zachowanie osób, które to robią, zwłaszcza jeżeli mówimy o parlamentarzystach, którzy dobrze powinni wiedzieć, jakie może to mieć konsekwencje włącznie z możliwością ataków na policjantów i ich rodziny – ocenia w rozmowie z PAP rzecznik Komendy Głównej Policji.

Mariusz Ciarka przekazał, że zdjęcia są nieprecyzyjne a występujące na nich osoby są pokazane „raz w maseczce, inne obok bez”. – Podawane i powielane są dalej nieprawdziwe informacje godzące w dobre imię konkretnych osób. Niektórzy z tych policjantów, których nazwiska zostały wskazane już otrzymują groźby, a przerażające jest to, że groźby kierowane są nie tylko do nich, ale również wobec ich rodzin, małżonków i dzieci – dodał policjant.

Rzecznik KGP przekonuje, że niektórzy funkcjonariusze (mylnie zidentyfikowani – red.) otrzymują pogróżki. – To są przeważnie policjanci, którzy nie uczestniczyli w żadnych czynnościach na miejscu protestu (…). „Kierownictwo polskiej policji na pewno nie pozostawi policjantów samych sobie i zapewni im pełne wsparcie prawne, a także jak będzie trzeba zapewni i ochronę ich rodzin – zapewnia Mariusz Ciarka.

Komenda Główna nie wyklucza, że może podjąć kroki prawne, obecnie trwa analiza podjęcia takiej czynności. – Wzywamy do zachowania zgodnego z prawem, nie naruszania dobrego imienia Policji i policjantów, uszanowanie prawa do prywatności policjantów i ich rodzin i niepowielania fałszywych informacji, nieprzedstawiania niezweryfikowanych zdjęć, czy nazwisk – dodaje Ciarka.
Źródło info i foto: wp.pl

Ogromna afera na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Gnębienie, seksizm i molestowanie seksualne

Kilka dni temu na facebookowej grupie „ŚUMemes” pojawiły się historie rzekomych przypadków seksizmu i mobbingu na uniwersytecie. Uczelnia wydała oświadczenie w tej sprawie. Studenci latami bali się mówić, o tym co dzieje się na zajęciach, ale teraz tama pękła.

– Na pierwszym roku był problem z profesorem od anatomii. Teksty i notatki, które wysyłał do studentek, były nacechowane mocno seksualnie i wręcz niesmaczne. Zdanie, które do tej pory pamiętam, to: „W jamie otrzewnowej znajduje się tylko płyn surowiczy i plemniki u niegrzecznych dziewczynek.” A tego było o wiele więcej – mówi Asia Matuła, na dowód wysyłając screeny notatek od profesora. Na ŚUM-ie studiowała pielęgniarstwo. Dziś kończy studia gdzie indziej. Zgadza się na podanie jej imienia i nazwiska w tekście.

Dostawanie po pośladkach

– Na ŚUM-ie naruszenie prywatności i cielesności osób, to nie tylko molestowanie. Ja się z takowym nie spotkałam, natomiast prowadząca podstawy pielęgniarstwa krzyczała na studentki i biła po plecach czy pośladkach za złą, nieergonomiczną pozycję ciała. Nachylałyśmy się nad koleżanką, żeby wykonać iniekcję i dostawałyśmy ręką za to, że nie mamy prostych pleców – pamiętam to do dziś – wspomina Asia.

Największa trauma? Prowadząca wybierała ją do wszystkich pokazowych zastrzyków, choć wiedziała, że Asia się ich boi. – Trzymała mnie ze studentkami na szpitalnym łóżku, nie dając nawet wziąć oddechu, żeby się uspokoić. Do tej pory przed każdą iniekcją wykonaną przez pracownika ochrony zdrowia, muszę zrobić trzy spokojne wdechy – opowiada.

Matuła pamięta jeszcze jedną sytuację z czasów, gdy uczyła się na ŚUM-ie. – Szpital nr 2 w Bytomiu. Wykładowczyni nie potrafiła zgłębnikować (zbadać głębokość rany lub pobierać próbki do badania – przypis redakcji) pacjenta więc, zamiast próbować inaczej lub poprosić pielęgniarkę, to cisnęła mu ten zgłębnik na siłę tak, że przez 15 minut wymiotował, smarkał i płakał, żeby przestała – relacjonuje. – Pielęgniarka ze szpitala zapytała: „ona chciała, żeby to odbytem wyszło?”. Gdy byłyśmy same, delikatnie zwróciłam jej uwagę, że to był przykry widok. Usłyszałam, że jeszcze jeden taki tekst, to mogę się pożegnać z zaliczeniem egzaminu – dodaje.

Od tego wszystko się zaczęło

Z Joanną skontaktował mnie administrator grupy „ŚUMemes”, gdzie od kilku dni pojawiają się historie mobbingu, seksizmu i molestowania. Razem z kolegami dostał prawie 2 tysiące wiadomości od osób, które czują się pokrzywdzone przez kadrę Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. W ankiecie, którą prowadzą na Facebooku, udział wzięło przeszło 800 osób. Kontaktujemy się przez Zooma. Chłopak nie włącza kamerki, chce pozostać anonimowy. Nadal studiuje na ŚUM-ie. Nazwijmy go Adamem.

– Gnębienie studentów trwa od zawsze. Ale panuje zmowa milczenia. Studenci mają osobisty kod związany z numerem indeksu. Wypełniając ankiety oceniające online, mają pewność, że dziekan dobrze wie, kto się wypowiada, więc panuje strach – mówi wyraźnie zdenerwowany. Kiedy pytam, czy kiedykolwiek poszedł na skargę, odpowiada, że po co, skoro wie, że nikt z tym nic nie zrobi. – Nie oszukujmy się, wszyscy jesteśmy zastraszani. W mniej lub bardziej czytelny sposób jest nam pokazywane, że jesteśmy niczym, jesteśmy śmieciami, nic nie znaczymy i to jak się czujemy, nikogo nie obchodzi – twierdzi Adam. – Fakt, że w ogóle zwraca się na nas uwagę, to jest prestiż.

Chłopak nie wierzy, że cokolwiek może się zmienić. Przekonuje mnie, że nawet samorząd studentów nie kiwnie palcem. – Samorząd jest słaby. Fajnie zajmuje się tylko organizowaniem imprez czy ustaleniem terminów egzaminów – ocenia kolegów. Dlatego on i jeszcze kilku innych studentów wzięło sprawy w swoje ręce. – Wyższa kadra jest straszna – mówi wprost. – W pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy znamy choć jednego profesora, który jest miły albo po prostu normalny. Wychodziło na to, że dziekani, profesorowie i docenci w naszym otoczeniu zwyczajnie gardzą nami.

Po chwili ciszy Adam wymienia wszystkie książkowe objawy psychosomatyczne stresu, którego doświadczył on i znajomi z uczelni. – Wymioty z powodu stresu, lekooporne migreny, wrzody żołądka, dwunastnicy, zespół jelita drażliwego były i są normą. Ludzie zażywali psychotropy, brali antydepresanty. Chodzenie do psychiatrów było na porządku dziennym – opowiada. Pamięta 21-letnią dziewczynę, która odkąd przyszła na uczelnię, zaczęła siwieć. – Byliśmy przerażeni – kwituje.

Poczucie osamotnienia, bezsilność, złość. To wszystko popycha Adama i pozostałych do działania. Zwłaszcza gdy co chwilę pojawiają się kolejne historie mobbingu, molestowania i seksizmu.

Założyciele fanpage’a postanowili przeprowadzić anonimową ankietę dotyczącą odczuć studentów związanych z nauką na uczelni. Do tej pory wypełniło ją tysiąc osób i ta liczba rośnie. Okazało się, że w połowie ankiet była mowa o nagannych zachowaniach pracowników uczelni. 45 proc. przypadków, czyli 190 zgłoszeń, dotyczyło mobbingu, 133 zgłoszenia zachowań seksistowskich, 25 to przypadki molestowania. Z ankiety wynika też, że aż 200 osób zgłosiło problem celowego „uwalania”, czyli oblewania na egzaminach. Około 150 studentów wyznało, że musiało skorzystać z pomocy psychologa lub psychiatry. 78 osób przez sytuację na uczelni przyjmuje leki psychotropowe. Nazwiska siedmiu pracowników ŚUM często pojawiają się w negatywnym kontekście.

Studenci zwracają uwagę na problem poniżania przez wykładowców. Niektórzy z nich słyszeli podczas egzaminów: „jak tego nie wiesz, to idź się powieś”, „jesteś ruda, nie lubię rudych” czy „mój pies by lepiej to umiał”.

„Od profesora nie da się uciec”

– Ludzie piszą do nas, potem proszą o skasowanie wiadomości, bo boją się, że ktoś ich rozpozna. Dostajemy skargi z fałszywych kont i adresów e-mail. Większość autorów nie chce rozmawiać z mediami. Ale są osoby, które nie mają nic przeciwko – dodaje.

Magda (imię zmienione – przyp. red) boi się zabrać głos publicznie, nadal studiuje. Gdy jednak lawina ruszyła, uznała, że to jedyna szansa, by patologia na uczelni ujrzała światło dzienne.

– Nie chciałam zabierać głosu, pomimo anonimowości dalej się boję, że ktoś mnie rozpozna i będę mieć problemy. Ale patrząc na niektóre komentarze pod postami o molestowaniu, stwierdziłam, że muszę to napisać. Dlaczego tego nie zgłaszamy? Zawsze myślałam, że gdybym była w tej sytuacji od razu bym się postawiła i wszystko zgłosiła. Ale to nie jest takie proste. Molestowanie to proces, w którym oprawca obniża twoją samoocenę, alienuje cię od innych. Poczytajcie najpierw o tym, zanim zaczniecie wydawać osądy. Ja poczytałam i teraz wiem, jak się zachować i rozpoznać sygnały, że coś zaczyna się dziać w tym kierunku – mówi zdenerwowana dziewczyna.

– Poza tym, molestowanie strasznie trudno udowodnić. Kogo wziąć na świadka? Zastraszanych studentów bojących się o swoją przyszłość? A jeśli ja nie mam odwagi sama się przeciwstawić, to dlaczego oni mieliby to robić w moim imieniu? Czy może na świadków mam wziąć pracowników katedry, którzy dokładnie wiedzą co się dzieje, ale udają nieświadomych? – pyta retorycznie.

Dlatego Magda postanowiła podzielić się swoją historią na tej uczelni. Oczywiście pomija wszystkie fragmenty, które mogłyby pomóc profesorowi ją rozpoznać. – Wiadomo, seksizm na naszej uczelni jest gigantycznym problemem, spotkałam się z nim na chirurgii, anatomii i wielu innych katedrach. Ale chciałabym przedstawić historię, która najbardziej na mnie wpłynęła. Słynny profesor na drugim roku studiów, każdy z naszej uczelni wie, o kim mówię. Jak już ktoś napisał, na początku sprawia wrażenie „rubasznego Janusza”. Opowiada nieprzyzwoite żarty, trochę bezpośrednio zwraca się do wszystkich. Na początku nie widziałam w tym nic złego, przecież mogę się sztucznie zaśmiać z jakiegoś żartu, co mi szkodzi. Jednak z zajęć na zajęcia profesor przekraczał kolejne granice – opowiada studentka.

Z jej opowieści wynika, że profesor podchodził i stawał bardzo blisko. Przechodząc obok niechcący dotykał ręką pleców, następnie łapał za włosy czy obejmował ramieniem tak, abym nie mogła się odwrócić do kolegów, co zmuszało ją do bycia z nim bardzo blisko twarzą w twarz.

– W końcu zdarzyła się sytuacja, że przy takim objęciu zjechał ręką w okolice biustu i zaproponował poprawę wejściówki u niego w gabinecie o dziwnej porze. Wtedy nie wytrzymałam i zawołałam kolegę, niby do konsultacji, podszedł od razu i zorientował się, o co chodzi. Od tego czasu mogłam liczyć na pomoc kolegów i koleżanki z grupy, zawsze siadał między nimi, pilnowali mnie i zwracali na mnie uwagę, żeby dać do zrozumienia profesorowi, że jestem obserwowana. Dlatego profesor wymyślił metodę alienacji, niezależnie od tego, że ktoś rozmawiał cztery rzędy za mną, za karę przesadzał mnie do pierwszego rzędu – wyjaśnia Magda.

Wymyśliła z przyjaciółmi odwet, siadali od razu w pierwszym rzędzie, także nie było jej gdzie przesadzić. Więc pojawił się pomysł, że będę sadzana na fotelu prowadzącego, na środku sali. Wtedy już nic nie mogła zrobić, ale on też nie, bo była na widoku, za to mógł podchodzić i mówić jej okropne rzeczy.

– Po każdych zajęciach wracałam do mieszkania, brałam prysznic i płakałam. Cały rok zajęć na wiadomej katedrze był dla mnie piekłem. Cieszyłam się, jak kobieta została u nas dziekanem. Myślałam, że to coś zmieni, że w końcu się poprawi, że będzie większy szacunek do kobiet. Niestety myliłam się. Pani dziekan, apeluję do pani jak kobieta do kobiety: prosimy o pomoc!

Co dalej?

Po rozmowie z Joanną i Magdą poprosiłam o komentarz rzeczniczkę prasową uczelni. Okazało się, że jest na urlopie. Dowiedziałam się za to, że w związku z Dniem Rektorskim na ŚUM-ie, odpowiedź otrzymam w poniedziałek. Uczelnia wystosowała już jedno oświadczenie:

„Nawiązując do licznych komentarzy zamieszczonych na fanpagu ŚUMemes, Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach wywołany do odpowiedzi stanowczo podkreśla, że nie popiera zachowań nagannych i nieetycznych nauczycieli akademickich.

Niemniej wobec braku zgłaszanych skarg rektorowi i jego zastępcom niemożliwym jest przeprowadzenie szczegółowych postępowań wyjaśniających, a wnioski płynące z komentarzy mogą jedynie stanowić źródło informacji o charakterze opiniodawczym. Będą one podlegały omówieniu na poszczególnych wydziałach z udziałem przedstawicieli samorządu studenckiego. Powinnością każdego członka wspólnoty akademickiej jest podejmowanie działań dla zapewnienia jak najlepszego funkcjonowania uczelni, w tym poprzez zgłaszanie wszelkich zdarzeń, które wymagają wyjaśnienia i w efekcie wdrożenia odpowiednich zmian. Ponadto wnioski i skargi mogą być składane poprzez organy samorządu studenckiego, które co do zasady są wyłącznym reprezentantem ogółu studentów, a ich uwagi zawsze podlegają rozpatrzeniu.

Informujemy zarazem, że do rektora nie wpłynęła indywidualna skarga, jak i inne niepokojące sygnały, w tym od przedstawicieli samorządu studenckiego w zakresie organizowanych do 2016 i w latach wcześniejszych obozów, przewidzianych standardami na kierunku ratownictwa medycznego”.
Źródło info i foto: wp.pl

Malta: Parlament Europejski wysłał pilną misję ws. zabójstwa dziennikarki śledczej

Parlament Europejski wysyła na Maltę pilną misję, której obserwatorzy mają monitorować śledztwo w sprawie śmierci dziennikarki śledczej Daphne Caruany Galizii. Z ostatnich doniesień wynika, że w jej zabójstwo mogą być zamieszani przedstawiciele rządu. Kobieta pisała o korupcji na najwyższych szczeblach władzy i o powiązaniach czołowych polityków w związku z Panama Papers. Jej samochód został wysadzony w powietrze, wcześniej dostawała groźby.

W czwartek Parlament Europejski podjął decyzję o wysłaniu na Maltę specjalnej misji w związku z morderstwem znanej dziennikarki śledczej, Daphne Caruany Galizii, do którego doszło w październiku 2017 roku. 51-letnia kobieta zginęła w wyniku wybuchu bomby, którą podłożono pod jej samochód. Niedługo wcześniej ujawniła skandal korupcyjny związany z Panama Papers, w który zamieszane były najwyższe władze Malty. Jej ustalenia przyczyniły się do przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Ponownie wygrała je partia rządząca.

PE wysyła na Maltę pilną misję. Chodzi o śmierć znanej dziennikarki

W ubiegłym tygodniu w związku ze śmiercią dziennikarki zatrzymano Yorgena Fenecha, jednego z czołowych maltańskich biznesmenów. Ten w toku śledztwa wskazał, że za kierowaniem zamachu na dziennikarkę stał Keith Schrembi, były już szef gabinetu premiera Josepha Muscata, a prywatnie jego bliski przyjaciel. Polityk został aresztowany we wtorek i zrezygnował ze stanowiska. Po złożeniu wyjaśnień opuścił areszt.

Obserwatorzy wysłani przez Parlament Europejski mają zająć się badaniem niezależności maltańskiego sądownictwa i oskarżeń o korupcję na najwyższych szczeblach władzy. – Pytania dotyczące niezależności sądownictwa, a poważne zarzuty dotyczące korupcji na najwyższych szczeblach władzy sprawiają, że wysłanie misji Parlamentu Europejskiego na Maltę jest niezbędne – mówił na konferencji prasowej polityk Zielonych, Sven Giegold, podkreślając, że głównymi podejrzanymi w tej sprawie są „najbliżsi sojusznicy premiera”.

„Musimy wysłać jasny sygnał do dziennikarzy: ich praca w Europie jest bezpieczna. Jeśli dziennikarze są uciszani, to nie ma demokracji. Wolność mediów, pluralizm i ochrona dziennikarzy to podstawy wolnego i demokratycznego państwa” – mówił rzecznik komisji PE, cytowany przez „The Guardian”.

W wyniku skandalu, z pełnienia urzędu zrezygnował dotychczas minister turystyki, a minister gospodarki zawiesił wykonywanie obowiązków. Premier Joseph Muscat ogłosił z kolei, że poda się do dymisji, jeśli śledztwo wykaże jego związki z zabójstwem. Rodzina zamordowanej twierdzi, że śledztwo nie jest prowadzone należycie, a szef rządu chroni skorumpowanych polityków, przez co – jej zdaniem – „ma krew na rękach”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Atak na synagogę w Niemczech. Oskarżenia o brak policyjnej ochrony przed synagogą

Dwie osoby zginęły w środę w zamachu przed synagogą w niemieckim Halle. Przewodniczący Centralnej Rady Żydów (ZdJ) w Niemczech Josef Schuster powiedział, że synagoga w święto Jom Kipur powinna być chroniona przez policję, a nie była. – To niedbalstwo właśnie się gorzko zemściło – podkreślił.

– To skandal, że synagoga w takie święto jak Jom Kipur [8-9 października – przyp. red.] nie była chroniona przez policję – powiedział w środę wieczorem przewodniczący Centralnej Rady Żydów Josef Schuster.

– To niedbalstwo właśnie się gorzko zemściło – orzekł, dodając, że brutalność ataku z Halle przebija wszystkie dotychczasowe i pozostawia Żydów w Niemczech w głębokim szoku.

Atak pod synagogą

Uzbrojony napastnik – 27-letni Stephan B. – próbował wedrzeć się w środę do synagogi w Halle w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. Po nieudanej próbie sforsowania drzwi świątyni otworzył ogień do ludzi na ulicy. Dwie osoby nie żyją, dwie zostały ranne. W czasie ataku w synagodze znajdowało się od 80 do 100 osób. Gdyby napastnikowi udało się dostać do środka budynku, najprawdopodobniej ofiar byłoby znacznie więcej. Atak miał najprawdopodobniej podłoże antysemickie i skrajnie prawicowe. 27-letni Stephan B. transmitował zamach na żywo za pośrednictwem platformy gier wideo Twitch. Na nagraniu widać między innymi moment, w którym jest oddawany strzał do jednej z ofiar ataku oraz ujęcia z samochodu, na których młody człowiek w mundurze taktycznym wygłasza po angielsku antysemickie slogany.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Francja: Nożownik z Paryża mógł być wtyczką Państwa Islamskiego w specsłużbach?

Coraz większy skandal we francuskim resorcie spraw wewnętrznych jest pokłosiem ataku nożownika w komendzie głównej policji w Paryżu.

W czwartek uzbrojony w nóż mężczyzna wtargnął na komendę główną policji w Paryżu. W wyniku ataku zginęło czterech funkcjonariuszy. Napastnik został zastrzelony przez jednego z policjantów. Już w kilka godzin po zamachu media podały informację, że napastnik był wcześniej pracownikiem komendy – zajmował się sprawami administracyjnymi. Kolejne medialne doniesienia, a także ustalenia francuskiej prokuratury wskazują na istnienie gigantycznej luki w kontroli funkcjonowania służb specjalnych w tym kraju. Powołania komisji śledczej w tej sprawie domagają się posłowie opozycji. Chcą ustalić, jak doszło do tego, że islamski terrorysta pracował we francuskich służbach i kto jest za to odpowiedzialny.

Wielu obserwatorów uważa bowiem, że sprawca ataku na komendę policji – 45-letni Michael Harpon – mógł być „wtyczką” Państwa Islamskiego w biurze służb specjalnych paryskiej prefektury policji. Mężczyzna był tam przez 16 lat zatrudniony jako informatyk. Dzięki tej pracy dysponował informacjami dotyczącymi planów działań wymierzonych w islamskich terrorystów we Francji.

Jak zeznały osoby z bliskiego otoczenia napastnika, mężczyzna ten osiem lat temu przeszedł na islam. W prywatnych rozmowach miał pochwalać dokonywane przez dzihadystów zamachy terrorystyczne. Francuska prokuratura potwierdziła też to, o czym wcześniej donosiły media: że Michael Harpon w ostatnim czasie przestał podawać rękę koleżankom z pracy. Co więcej, w weekendy miał ubierać się w tradycyjne islamskie stroje.

Na chwilę przed czwartkowym zamachem mężczyzna wysłał do żony SMS, w którym napisał, że „Allah jest wielki”. Na wiadomość tę otrzymał odpowiedź: „Tylko Allach może sądzić twoje czyny! Pozostań wierny Koranowi!”.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl

Indie: Skradziono część prochów Gandhiego

W 150. rocznicę urodzin Mahatmy Gandhiego, nazywanego w Indiach Ojcem Narodu, skradziono jego prochy z poświęconego mu muzeum w okręgu Rewa. W sprawie określonej jako wymierzona w narodową integrację wszczęto dochodzenie – podała indyjska prasa. Prochy Gandhiego po tradycyjnej kremacji w Delhi nad Jamuną w 1948 roku nie zostały wrzucone zgodnie z hinduskim zwyczajem do rzeki, tylko podzielone i rozesłane po różnych miejscach w Indiach; trafiły m.in. do Rewy w stanie Madhya Pradeś.

Kradzież prochów uznano również za potencjalne naruszenie pokoju, gdyż w upamiętniającym Mahatmę miejscu złodzieje zostawili po sobie napis „zdrajca” na jego zdjęciu na plakacie.

Część nacjonalistycznie nastawionych hinduistów uważa Gandhiego, mimo że był on pobożnym hinduistą, za zdrajcę narodu. Winią go za podział Indii i rozlew krwi, do którego doszło po uzyskaniu niepodległości. W latach 1946–1947 w rezultacie zamieszek o charakterze religijnym zginęło kilka tysięcy ludzi, m.in. doszło do rzezi Hindusów w Kalkucie. Sam Gandhi, który był przeciwny podziałowi kraju i nie chciał godzić się na udział muzułmanów we władzy, zaakceptował jednak utworzenie muzułmańskiego Pakistanu. Przekonywano go, że inaczej dojdzie do wojny domowej.

Mohandas Karamćand Gandhi urodził się 2 października 1869 roku. Zamordował go w styczniu 1948 roku fundamentalista należący do skrajnie prawicowych organizacji hinduistycznych.
Źródło info i foto: onet.pl

Największy skandal pedofilski w Niemczech

Sąd w Niemczech skazał dwóch mężczyzn na karę więzienia w związku ze skandalem pedofilskim uważanym za największy w powojennej historii kraju. Sprawcy w latach 1998-2018 wykorzystali seksualnie 34 dzieci w wieku od 3 do 14 lat.

56-letni Andreas V. i 34-letni Mario S. spędzą za kratami odpowiednio 13 i 12 lat. Po odbyciu kary więzienia mężczyźni zostaną osadzeni w zakładzie zamkniętym. Faktycznie będą więc odizolowani od społeczeństwa przez resztę życia.

Mężczyźni wykorzystali w sumie 34 dziewczynek i chłopców. Do gwałtów dochodziło na kempingu w Lügde w środkowych Niemczech. Zamieszany w sprawę był także Heiko V., którego w lipcu oskarżono o pomaganie i współudział w przestępczym procederze.

Starszy ze sprawców jest winny zgwałcenia dzieci ponad 200 razy, młodszy – blisko 50 razy. Miejscem, gdzie dzieci przeżywały koszmar, była zwykle przyczepa Andreasa V. zaparkowana na placu kempingowym Eichwald w Lügde w Nadrenii Północnej-Westfalii.

Ofiarą V. padła między innymi jego 6-letnia przybrana córka, którą mężczyzna miał wykorzystywać jako „przynętę” do wabienia pozostałych dzieci. To właśnie 56-latek stał przywódcą pedofilskiego gangu, który trudnił się nagrywaniem przestępstw i sprzedażą filmów w darknecie. W sumie takich produkcji powstało około 450 – podaje CNN.

Służby miały zabezpieczyć 10 komputerów, 9 telefonów komórkowych, ponad 40 dysków twardych i 400 innych nośników danych. Sędzia Anke Grudda powiedziała podczas rozprawy, że „trudno jest wyrazić słowami, co się stało” i dodała, że określenia „odrażający, potworny, wstrętny” wydają się niewystarczające.

Oburzenie opinii publicznej wzbudziły też rażące zaniedbania służb i urzędów. Mimo podejrzeń o wykorzystywanie seksualne dzieci w 2016 roku Andreasowi V. przyznano opiekę nad przybraną córką. Ostatnio policja przyznała, że w toku postępowania „zniknęła” część dowodów. W sprawie zaniedbań prowadzone jest osobne dochodzenie.
Źródło info i foto: o2.pl

Kulisy afery hejterskiej

Kiedy cała Polska dowiedziała się o tym jak sędziowie zatrudnieni w resorcie sprawiedliwości szczuli na swoich kolegów, wybuchł skandal. Za przekazywanie poufnych dokumentów i hejt w sieci, głową zapłacił wiceminister Łukasz Piebiak (43 l.). Tymczasem w szczerej rozmowie z „Super Expressem” Emilia Sz., współpracownica sędziego, zdradza jak wyglądał cały proceder. – Ukrywali, że dają mi kasę. W sumie dostałam 3 – 4 tysiące złotych. Nie miałam kontaktów ze Zbigniewem Ziobrą – wyznaje nam kobieta.

Na celowniku resortowych hejterów znaleźli się m.in. prof. Krystian Markiewicz (43 l.), szef Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia czy prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf (67 l.). To Emilia Sz. kontaktowała się z wybranymi dziennikarzami i nakręcała w mediach społecznościowych znajomych przeciwko krytycznym wobec reform PiS sędziom. Jak nam opowiada, zaczęła działać z ludźmi Zbigniewa Ziobry (49 l.) pod koniec 2016 r..

Pieniądze miał jej przekazywać sędzia Arkadiusz Cichocki (42 l.), który zapewniał, że może finansować akcję, bo „bardzo dobrze zarabia”. To on należał do WhatsApp’owej grupy „Kasta” i przekazał zapisy rozmów z kolegami Emilii. – Z czatu wynikało, że sędziowie zrobią zrzutkę. Najpierw miała być po 100 zł od każdego sędziego, który był na tym wspólnym czacie, potem pisali o 150 zł po podwyżce – mówi nam Emilia Sz., która jest przekonana, że nie dostała pieniędzy od wszystkich, a kasę przelewał jej sam Cichocki.

– W sumie mogło to być 3-4 tysiące złotych. Wysyłał przelewy na moje konto pod dziwnymi tytułami. Że to zwrot kosztów pomocy medycznej albo jakieś składki – zdrada nam kobieta. – Wpłaty były w wysokościach 300 zł, 400 zł, czy 1200 zł – opowiada słynna „Emi” i dodaje, że pieniądze były przeznaczone na kosmetyki czy ubrania.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że sędziowie spotykali się z Emilią. Czy przekazywali jej wówczas dokumenty lub prezenty? – Dostałam figurkę z dedykacją. I kwiaty od sędziego Cichockiego. Ale te kwiaty niekoniecznie były związane z tym, co robiłam – ujawnia hejterka. Cichocki przesyłał bowiem Emilii swoje nagie zdjęcia, przekazał też treść korespondencji z kolegami.

Czy szef resortu sprawiedliwości wiedział o sprawie? – Nie miałam kontaktów ze Zbigniewem Ziobrą, nie wiem, o czym wiedział – usłyszeliśmy na koniec od Emilii Sz.
Źródło info i foto: se.pl

Kraków: Ksiądz zgwałcił 9-letnią dziewczynkę?

Kolejny pedofilski skandal w Kościele. W Krakowie policjanci zatrzymali księdza podejrzanego o molestowanie 9-letniej dziewczynki. Miał skrzywdzić dziecko na wycieczce, na którą zabrał kilka dziewczynek. Zatrzymano 47-letniego księdza ze Skawy, który jest podejrzany o molestowanie seksualne kilkuletniej dziewczynki. Do tych drastycznych wydarzeń doszło w okolicach Zakopanego – ustaliło radio RMF FM.

Dramat rozegrał się w ubiegły weekend. Ksiądz zabrał dzieci na wycieczkę do Kościeliska. Miał się nimi opiekować, ale – według śledczych – okrutnie skrzywdził jedno z dzieci. Zakradł się nocą do pokoju, w którym nocowało pięć dziewczynek. Przynajmniej jedną z nich – 9-latkę miał molestować seksualnie.

Gdy przerażona dziewczynka wróciła do rodzinnej Skawy wszystko opowiedziała matce. Zrozpaczona kobieta pobiegła na policję. Jak podaje RMF FM gdy tylko funkcjonariusze zaczęli interesować się sprawą, władze zakonu salezjanów zadecydowały o przeniesieniu duchownego. Trafił do Krakowa. Tam zatrzymała go policja.
Źródło info i foto: Fakt.pl