Dwóch fikarów z Morskiego Oka skazani za znęcanie się nad końmi

Sąd Rejonowy w Zakopanem uznał dwóch furmanów, którzy w 2016 roku prowadzili przewóz osób wozami konnymi na trasie do Morskiego Oka, winnymi znęcania się nad końmi – informuje „Rzeczpospolita”. W ramach kary maja oni zapłacić grzywny i nawiązki na rzecz Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami. Jak informuje „Rz”, oskarżycielami w tej sprawie była Fundacja Viva! oraz Tatrzańskie Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Według Katarzyny Topczewskiej, pełnomocnik Fundacji Viva!, „kara jest niewspółmierna do stwierdzonej przez sąd winy”. Rozważają oni wniesienie apelacji.

Dwóch fiakrów skazanych za znęcanie się nad końmi

W sprawie skazanych zostało dwóch mężczyzn, którzy przewozili turystów wozami konnymi (fasiągami) do Morskiego Oka w Tatrach. Według wyroku sądu w 2016 r. furman Jan W. zmuszał konia do pracy pomimo pękniętego kopyta, które sprawiało mu ogromny ból. Po incydencie Tatrzański Park Narodowy zawiesił woźnicy licencję na wykonywanie transportu na okres pół roku.

Kolejny furman, Wojciech Ch., w 2016 r. zmuszał dwa konie do pracy ponad ich siły. W dzienniku pracy wpisywał fałszywe dane, by móc zmuszać jedną parę koni do wykonywania trasy do Morskiego Oka trzy razy dziennie, chociaż nawet jednokrotny przejazd może być dla zwierząt zbyt wyczerpujący. Furman łamał również inne przepisy związane z dbaniem o stan koni, aż jeden z nich upadł i nie był w stanie wstać. Tatrzański Park Narodowy chciał zawiesić licencję Wojciecha Ch., jednak zanim do tego doszło mężczyzna zrezygnował z dalszego wykonywania przewozów.

Tatrzańskie Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami apeluje od lat o zmianę regulaminu Tatrzańskiego Parku Narodowego, dotyczącego norm przejazdów. Dotychczasowy ma być oparty na błędnych wyliczeniach hipologa i prowadzi do przeciążania zwierząt.

Dalsze losy koni, które były wykorzystywane przez skazanych, nie są znane.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Ilu skazanych ułaskawił obecny prezydent?

Jeszcze żaden prezydent nie korzystał z prawa łaski tak ostrożnie, jak obecny. Zrobił to tylko 83 razy – pisze piątkowa „Rzeczpospolita”. Lech Wałęsa ułaskawił 3454 osoby, Aleksander Kwaśniewski w ciągu obu kadencji – 4288, Lech Kaczyński 201 osób, a Bronisław Komorowski 360 – podaje gazeta.

„Jan Śpiewak, który przyczynił się do ujawnienia afery reprywatyzacyjnej w stolicy, został skazany za zniesławienie jednej z jej rzekomych bohaterek. Stara się o ułaskawienie u Andrzeja Dudy, w Kancelarii Prezydenta trwają procedury w tej sprawie. Jeśli dojdzie do ułaskawienia, będzie to jeden z najgłośniejszych przypadków podczas prezydentury Dudy, jednak statystyk to znacząco nie zmieni. Kadencja Dudy powoli się skończy i już wiadomo, że będzie najmniej łaskawym z dotychczasowych prezydentów. Po prawo łaski sięgnął tylko 83 razy” – czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Jak pisze dziennik, takie wnioski płyną z przeprowadzonej przez „Rzeczpospolitą” analizy komunikatów w sprawie ułaskawień, które zamieszcza w sieci Kancelaria Prezydenta. „Obliczyliśmy nie tylko liczbę przypadków prawa łaski, ale również jego odmów. Było ich 482. To, jak surowym prezydentem jest Duda, widać, zestawiając go z poprzednikami. Lech Wałęsa ułaskawił 3454 osoby, a Aleksander Kwaśniewski w ciągu obu kadencji – 4288. O wiele wstrzemięźliwiej z prawa łaski korzystali kolejni prezydenci: Lech Kaczyński (201 przypadków) i Bronisław Komorowski (360)” – napisano.

„Rz” pisze, że z komunikatów na stronie prezydenta wynika, iż korzystając z prawa łaski, prezydent kieruje się najczęściej względami humanitarnymi, przykładowo pogorszeniem stanu zdrowia skazanego. „Nie zawsze ułaskawienie jest darowaniem kary w całości, lecz może przykładowo mieć postać jej warunkowego zawieszenia” – czytamy.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Indie: Molestowanie w domu dziecka. Sąd skazał 19 osób. Lekarz jednym ze skazanych

Nastoletnie ofiary z domu dziecka Balika Grih w Indiach były torturowane, odurzane i gwałcone przez pięć lat istnienia placówki. Wśród oskarżonych znalazł się szef organizacji pozarządowej, która prowadziła dom dziecka oraz urzędnicy kontrolujący ten ośrodek. Wymiary kar zostaną ogłoszone pod koniec stycznia.

Skandal wybuchł pod koniec maja 2018 r., gdy badacze Instytutu Nauk Społecznych TATA z Bombaju, wysłali do władz stanu Bihar raport z audytu domów dziecka i ochronek. Raport ujawnił molestowanie 34 dziewczynek w ośrodku Balika Grih. Policyjni śledczy wykryli później, że w sumie 42 dziewczynki padły ofiarą przemocy.

Dziewczynki zeznały, że były bite, więzione, odurzane narkotykami, a następnie gwałcone przez osoby z ośrodka oraz z zewnątrz. W siatce pedofilskiej działało 12 mężczyzn i 8 kobiet. Jedna osoba wciąż się ukrywa. Wszystkim kierował właściciel domu dziecka Brajesh Thakur. W procederze brał udział lekarz, który odurzał dziewczynki i brał udział w gwałtach. Wśród winnych są również urzędnicy komórek stanowych mających czuwać nad dziećmi w regionie.

Panowała zmowa milczenia

Przez lata wokół ośrodka Balika Grih panowała zmowa milczenia.

– Mam rodzinę. Nie jestem supermenem. Wiadomo jak potężny jest system – powiedział dziennikowi „Hindustan Times” Divesh Sharma, asystent dyrektora departamentu spraw socjalnych w Muzaffarpur.

– Każdy był tam z inspekcją: komisja kobiet, UNICEF, sądowy komitet monitorowania nieletnich, stanowy i okręgowy komitet ochrony dzieci – bronił się Sharma. Przez 5 lat funkcjonowania ośrodka było tam ponad 60 inspekcji.

Brajesh Thakur posiada legitymację dziennikarską, jest działaczem jednej z lokalnych partii oraz prowadzi miejscowy hotel. Oprócz tego kierował przynajmniej 10 organizacjami pozarządowymi. Kilka z nich było fikcyjnych, lecz regularnie otrzymywało pomoc prywatną i rządową. W sumie od stanu Bihar wyłudził ponad 350 tys. dol. Dom dziecka Balika Grih na swoją działalność dostała od miejscowych władz ponad 56 tys. dol.

Sąsiedzi słyszeli krzyki

– Słyszeliśmy krzyki dziewczynek w nocy. Tak jakby były torturowane – powiedział „Hindustani Times” jeden z sąsiadów ośrodka, który tłumaczył, że nikt nie ośmielił się spytać co się tam działo.

– Ten człowiek jest wpływowy. Wszystkim wydawało się, że cokolwiek działo się w Balika Grih, było pod ochroną władzy – twierdził Anand Patel, miejscowy działacz społeczny zajmujący się edukacją. Przez kilka pierwszych dni po rajdzie policyjnym na ośrodek, miejscowe gazety nie informowały o aresztowaniu Thakura.

Świadkowie rozpoznali m.in. obecnego posła

Podczas śledztwa świadkowie zeznali, że widzieli osoby spoza personelu odwiedzające ośrodek. Kilku świadków rozpoznało m.in. obecnego posła izby wyższej indyjskiego parlamentu oraz byłego członka rządu stanu Bihar. Te zeznania zostały jednak pominięte przez śledczych Centralnego Biura Śledczego (CBI), które przejęło śledztwo od lokalnej policji.

Ofiary z Balika Ghir mówiły również o znikających dzieciach, sugerując 11 morderstw. Sąd Najwyższy na wniosek miejscowej dziennikarki Nivedity Jhy, nakazał zbadanie tych wątków oraz powiazań Thakura z miejscowymi politykami.

Zdaniem reporterów opiniotwórczego miesięcznika The Caravan, którzy dotarli do utajnionych akt śledztwa, śledczy CBI nie zastosowali się do poleceń Sadu Najwyższego. W efekcie akt oskarżenia dotyczył tylko Thakura, jego pracowników oraz urzędników niskiego szczebla.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

W Pakistanie skazano 87 islamistów

Pakistański sąd skazał w piątek na kary po 25 lat więzienia 87 członków partii islamistycznej, którzy w 2018 r. wzięli udział w gwałtownych protestach przeciwko oczyszczeniu chrześcijanki Asi Bibi od zarzutu obrazy islamu, za co była pierwotnie skazana na śmierć. Sąd w Rawalpindi uzasadnił wyrok udziałem oskarżonych w wywołaniu zamieszek ulicznych, atakach na policję oraz niszczeniu dobra publicznego i prywatnego w proteście przeciwko zatrzymaniu ich przywódcy, Khadima Hissaina Rizviego, z powodu udziału w rozruchach po uniewinnieniem Asi Bibi.

Najwyższy wymiar kary pozbawienia wolności w Pakistanie to 25 lat. Skazani będą ponadto musieli zapłacić po 50 000 rupii pakistańskich (290 euro) grzywny.

„To śmierć wymiaru sprawiedliwości. Zostaliśmy skazani za to, że broniliśmy sprawy proroka” – oświadczył Ejaz Asharfi, jeden z liderów partii islamistycznej Tehreek-e-Labbaik Pakistan (TLP).

Partia zamierza odwołać się od wyroków do sądu wyższej instancji.

Asia Bibi, a właściwie Asia Noreen, matka pięciorga dzieci, była oskarżona o rzekomą obrazę proroka Mahometa. Sąd skazał ją w 2010 roku na karę śmierci przez powieszenie, a cztery lata później przegrała proces apelacyjny przed sądem wyższej instancji w Lahore.

Pod koniec 2018 roku pakistański Sąd Najwyższy anulował jednak karę śmierci przeciwko chrześcijance. Kilka dni później została zwolniona z więzienia i przewieziona decyzją pakistańskiego rządu w „bezpieczne miejsce”.

Uniewinnienie Asi Bibi wywołało protesty organizacji islamskich zorganizowane przez TLP, które praktycznie sparaliżowały kraj przez trzy dni i doprowadziły do ponownego aresztowania Rizviego, co z kolei zakończyło się nowymi protestami ulicznymi.

W maju 2019 roku Asia Bibi schroniła się w Kanadzie.
Źródło info i foto: interia.pl

Dwóch księży i ogrodnik skazani za wykorzystywanie uczniów szkoły dla niesłyszących

Sąd w Argentynie skazał na wieloletnie kary więzienia dwóch księży i ogrodnika, którzy pracowali w katolickiej szkole dla niesłyszących w mieście Mendoza na zachodzie kraju. Akt oskarżenia obejmował 28 przypadków molestowania seksualnego oraz przekupywania osób niepełnoletnich. Księża otrzymali kary ponad 40 lat pozbawienia wolności.

Zarzuty wobec mężczyzn opierały się na zeznaniach ponad 20 uczniów Instytutu imienia Antonia Provolo dla Głuchych w Mendozie, założonego i prowadzonego przez Kościół rzymsko-katolicki. Księża Nicola Corradi i Horacio Corbacho zostali skazani na 42 i 45 lat więzienia, a ogrodnik Armando Gomez – na 18 lat. Wyrok jest prawomocny. Jego ogłaszanie było transmitowane w Internecie. W poniedziałek minęły 3 lata od ogłoszenia pierwszych zarzutów w tej sprawie.

Wstrząsające zeznania

Zeznania ofiar księży są wstrząsające. Prokurator prowadzący sprawę opowiedział agencji AP, że w ośrodku znajdowała się „niewielka kaplica z obrazem Maryi Dziewicy i kilkoma krzesłami”. Dzieci chodziły się tam spowiadać i przyjmować komunię św. Tam też miało dojść do części przestępstw seksualnych.

Częściej jednak dochodziło do nich w damskiej toalecie. – Zawsze mówili o tym, jak o zabawie. „Zagrajmy” mówili. I zabierali nas do łazienki – opowiada jedna z ofiar. Inna kobieta opowiada, że widziała, jak jeden ksiądz gwałcił dziewczynkę, podczas gdy drugi zmuszał inną uczennicę do seksu oralnego.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Sąd skazał gang porywaczy

Mieszkał obok rodziny M., obserwował ich. Oni nigdy nie widzieli jego twarzy. Uznał, że są majętni. Przebrał się za policjanta, uprowadził żonę prezesa, a od niego zażądał ponad miliona euro. – To miało być najbardziej kulturalne porwanie w historii – mówił w sądzie. Było ostatnie, ale nie pierwsze. On i jego wspólnicy właśnie zostali skazani.

Marta M. została porwana przez grupę Grzegorza P. Za dnia, z ulicy przed własnym domem w małej miejscowości pod Bielskiem-Białą. To miasto i okolice były terenem działania gangu, a ona była jego czwartą ofiarą. Zatrzymała się swoim samochodem, bo wyglądali jak brygada antyterrorystyczna, w czarnych mundurach kupionych w sklepie z militariami, z naszywkami „policja” z internetu, atrapami karabinów. Za każdym razem się tak przebierali, by – jak wyjaśniał potem w sądzie P. – „porwanie wyglądało łagodnie”.

– To będzie najbardziej kulturalne porwanie w historii – zapowiedział swoim wspólnikom (powtórzył te słowa przed sądem).

Założyli Marcie czarny worek na głowę, rzucili na podłogę samochodu, wywieźli do wcześniej wynajętego domu w Bielsku i zamknęli w piwnicy z łóżkiem polowym, przenośną toaletą i zabitym blachą oknem. W podobnych warunkach przetrzymywali wszystkie ofiary.

– Nasłuchiwałam. Wymyślałam, czym się tu bronić, jak wkroczą. Miałam tylko plastikową butelkę po wodzie. Byli pod drzwiami, mieli włączone radio, raz po raz słyszałam otwieranie puszek. Co to za ludzie, co im może strzelić do głowy po tym piwie? Czy mi czegoś nie dosypią do wody, nie zgwałcą? – opowiadała reporterce tvn24.pl Marta M.

P. uspokajał ją, że nic jej się nie stanie, że chodzi tylko o kasę. Zażądał od jej męża Dariusza M. miliona euro, a potem jeszcze dwustu tysięcy euro za to, że powiadomił policję o zaginięciu żony. To był największy okup w historii polskiej policji. Dariusz M. był prezesem giełdowej spółki, ale nie miał takich pieniędzy w gotówce. Na szczęście miał przyjaciół. Pożyczył od nich część i przekazał porywaczom we współpracy z policją. Wcześniej, nocami, spisywał z funkcjonariuszami numery seryjne banknotów, a potem zapakował do plecaka i sam wyniósł je w miejsce wyznaczone w górach. Plecak był tak ciężki, a on tak się spieszył, że pozrywał sobie ścięgna. Nie wszystkie ofiary gangu P. zawiadomiły policję. Dariusz M. też bał się to zrobić. Jak mówił, P. groził mu, że wtedy nie zobaczy już swojej żony.

– Inne ofiary pewnie słyszały od P. to samo, co Marta: ja tu jestem tylko wykonawcą, zrobiłem co do mnie należało, ale moi szefowie wszystko obserwują, mają kontakty w policji. „Jeden dziki ruch i twój synek znika” – opowiadał reporterce tvn24.pl Dariusz M.

Jego żona została uwolniona po czterech dniach od porwania, a tydzień później zatrzymano P. i jego wspólników. 5 listopada 2019 roku, dwa lata od porwania Marty M., w Sądzie Okręgowym w Bielsku-Białej zapadł wyrok.

Odzyskali trzy miliony złotych

Informację o wyroku kilka dni temu podała Prokuratura Krajowa, ponieważ to jej Śląski Wydział Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Katowicach prowadził śledztwo.

Akt oskarżenia dotyczył nie tylko porwań czterech ludzi w celu wymuszenia okupu, dokonanych w latach 2015 – 2017. Obejmował w sumie 48 przestępstw. Zarzuty postawiono czterem osobom. Wszyscy dostali kary bezwzględnego więzienia. Grzegorz P., uznany przez sąd za organizatora przestępczego procederu, został skazany na łączną karę 12 lat pozbawienia wolności. Jego wspólnicy: Janusz C. 5 lat i 6 miesięcy, Jacek S. na 4 lata, Sławomir G. na 2 lata i 11 miesięcy. Jak informuje Prokuratura Krajowa, oprócz kar pozbawienia wolności, „z uwagi na wyjątkowo bulwersujący charakter przestępstw oraz okoliczności ich popełnienia”, sprawcy dostali wysokie kary grzywny, mają także obowiązek naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia dla każdego pokrzywdzonego.

Sąd ustalił, że członkowie gangu za każdym działali podobnie: typowali osobę do porwania – głównym kryterium był stan majątkowy ofiary, obserwowali ją, rozpoznając jej codzienne zwyczaje i w dogodnym momencie, przebrani za policjantów, z atrapami broni palnej, porywali i więzili we wcześniej przygotowanej kryjówce. Następnie od członków rodzin żądali zapłaty okupu w kwotach od 50 tysięcy do 4 milionów złotych. Po otrzymaniu pieniędzy ofiary były wypuszczane. Policja odzyskała trzy miliony złotych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Zbigniew Ziobro interweniuje ws. brutalnego zabójstwo 50-latki w Częstochowie

„Prokuratura Krajowa oceni, czy w sprawie skatowania przez nastolatków 50-letniej kobiety w Częstochowie nie powinno się przedstawić zarzutu zabójstwa z zamiarem ewentualnym, a nie pobicia ze skutkiem śmiertelnym, jak wstępnie przyjęli śledczy” – zapowiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. „Jeżeli relacje medialne potwierdzą się w śledztwie, istnieją podstawy do zmiany zarzutu” – ocenił szef resortu sprawiedliwości i prokurator generalny.

Byli pijani

W nocy ze środy na czwartek 50-letnia kobieta przyszła do pracy swojego 41-letniego znajomego. Oboje byli pod wpływem alkoholu. Później pojawili się tam również 15-letni syn mężczyzny z 18-letnim kolegą. Oni również byli nietrzeźwi. Z niewyjaśnionych dotąd powodów nastolatkowie zaczęli bić kobietę, na co miał nie reagować ojciec 15-latka. Zajście to nagrywali za pomocą telefonu komórkowego.

Kiedy kobieta straciła przytomność, mężczyźni – rzekomo szukając dla niej pomocy – włożyli ją do bagażnika i udali się do jej krewnego. Gdy zdali sobie sprawę, że 50-latka nie żyje, porzucili zwłoki przy ul. Konwaliowej.

Komentarz ministra sprawiedliwości
Pytany o tę sprawę minister Ziobro, który w poniedziałek przyjechał do Częstochowy, określił tę sprawę jako „straszną”, „demoniczną”. „Bez powodu młodzi mężczyźni maltretują i mordują de facto kobietę” – wskazał.

Jak mówił, kiedy dowiedział się, że prokuratura przyjęła kwalifikację pobicia ze skutkiem śmiertelnym, zwrócił się do zastępcy prokuratora generalnego Krzysztofa Sieraka, by jeszcze w poniedziałek ściągnął akta sprawy do Prokuratury Krajowej i ocenił czy ta kwalifikacja jest właściwa.

„Z mojej praktyki wynika, że w wielu wypadkach, kiedy są podstawy do tego, by postawić zarzut zabójstwa w zamiarze ewentualnym, prokuratura idzie po takiej prostszej linii – by nie powiedzieć najniższej linii oporu – i stosuje kwalifikację prawną czy ocenę prawną, że mamy do czynienia z pobiciem ze skutkiem śmiertelnym” – powiedział Ziobro.

Minister zaznaczył, że nie przesądza o kwalifikacji, bo na razie nie są znane wszystkie okoliczności tej sprawy, zna tylko relacje prasowe. „Ale jeżeli te relacje medialne odpowiadałyby ustaleniom śledztwa, to w moim przekonaniu istnieją tutaj silne podstawy do tego, by dokonać zmiany takiej kwalifikacji prawnej z pobicia ze skutkiem śmiertelnym na zabójstwo z zamiarem ewentualnym” – wskazał.

Jak przypomniał, taki zarzut jest stawiany sprawcy, który godzi się z tym, że skutkiem jego działania może być śmierć człowieka. Ziobro zaznaczył, że zawsze interweniuje w sytuacjach, kiedy dochodzą do niego informacje na temat podobnych bulwersujących wydarzeń. „Jestem zwolennikiem twardej, zdecydowanej walki z brutalną przestępczością i poinformujemy państwa o wynikach tej oceny prawnej tego strasznego zdarzenia” – oświadczył Ziobro.

Zarzuty

18-latek w śledztwie prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową Częstochowa-Południe usłyszał zarzut pobicia ze skutkiem śmiertelnym, za co grozi do 10 lat więzienia, w sobotę sąd go aresztował. 41-latkowi postawiono zarzut nieudzielenia pomocy, a obaj odpowiedzą za pozbawienie kobiety wolności w związku z umieszczeniem jej w bagażniku samochodu.

W sprawie 15-latka, który nie podlega odpowiedzialności karnej, prokuratura – na mocy Ustawy o postępowaniu w sprawach nieletnich – zwróciła się do sądu rodzinnego o umieszczenie go w schronisku dla nieletnich. Sąd nie uwzględnił tego wniosku – powiedział w poniedziałek prokurator Piotr Wróblewski z Prokuratury Okręgowej w Częstochowie.

Co do zasady, odpowiedzialności karnej podlega osoba, która ukończyła 17 lat, jednak Kodeks karny wymienia katalog przestępstw, za które może odpowiadać sprawca po ukończeniu 15. roku życia. Nie ma wśród nich pobicia za skutkiem śmiertelnym, ale zabójstwo już tak. Jeżeli więc zarzut zostałby zmieniony na zabójstwo, 15-latek mógłby być sądzony jak dorosły. Musiałby się na to zgodzić sąd rodzinny, uwzględniając m.in. stopień rozwoju sprawcy.

Wstępne wyniki sekcji zwłok wskazują, że przyczyną śmierci 50-latki były obrażenia odniesione w wyniku pobicia. Prokuratura zabezpieczyła rzeczy należące do uczestników zajścia, w tym telefon z nagraniem.
Źródło info i foto: interia.pl

32-letni Polak uciekł z więzienia w Neapolu. Pierwszy przypadek ucieczki od 100 lat

32-letni Polak uciekł w niedzielę z więzienia Poggioreale w Neapolu – podały włoskie media. Więzień zbiegł zjeżdżając na prześcieradle, gdy skazani udawali się na mszę do kaplicy. To pierwsza ucieczka z tego zakładu karnego od 100 lat.

Neapolitańskie Poggioreale ma ponurą sławę jako więzienie najbardziej przepełnione w Europie, w którym panują ciężkie warunki, a kary odbywają tam między innymi mafiozi. Media podały, że Polak Robert L., oczekujący w areszcie śledczym na proces za zabójstwo murarza z Ukrainy, zrobił sznur z prześcieradła i przeskoczył na drugą stronę muru. W więzieniu przebywał od grudnia zeszłego roku.

To pierwsza udana ucieczka z tego więzienia od stulecia – odnotowano w relacjach telewizyjnych. Przed kilkoma laty, gdy jeden z więźniów próbował uciec, odniósł ciężkie obrażenia.

Szef związku zawodowego pracowników straży więziennej z Neapolu Luigi Castaldo stwierdził, że przyczyną niedzielnego zdarzenia są braki w personelu w więzieniu, w którym około 200 funkcjonariuszy pilnuje 2500 osadzonych. Więźniów jest tam, jak przypomniał, o 800 więcej niż jest tam miejsc.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Kubańska Rada Państwa ogłosiła amnestię dla ponad 2,6 tys. więźniów

Kubańska Rada Państwa ogłosiła amnestię dla 2604 osób odbywających kary więzienia, przede wszystkim kobiet, osób młodych i więźniów w podeszłym wieku – ogłosił w piątek rząd kubański.

Kryteriami branymi pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o zmniejszeniu kary są zachowanie więźniów w trakcie odbywania kary, czas pobytu w więzieniu oraz stopień szkodliwości czynów, za które zostali skazani, wyjaśnia wydany w tej sprawie komunikat kubańskiej Rady Państwa. Wzięto pod uwagę również wiek penitencjariuszy i stan ich zdrowia.

Przypadki, w których nie zmniejszono kary

Zmniejszenia kary nie zastosowano w przypadku osób skazanych za morderstwa, gwałty, korumpowanie nieletnich oraz nadużycia seksualne wobec nieletnich, a także wielokrotnych recydywistów. Rada Państwa nie zastosowała skrócenia kary również wobec osób skazanych za nielegalny ubój bydła, kradzież paliw i handel narkotykami. Są to rodzaje przestępstw ścigane na Kubie z wyjątkową surowością.

Druga duża amnestia

To już kolejna duża amnestia na Kubie w ostatnich latach. Poprzednio, w 2015 roku, z okazji wizyty papieża Franciszka na Kubie skrócono kary pozbawienia wolności 3522 osobom. Z okazji wizyty papieża Jana Pawła II na Kubie w 1998 roku ze skrócenia wyroków skorzystało na wyspie 200 skazanych, a w marcu 2012 roku, kiedy odwiedził wyspę papież Benedykt XVI – 2900 skazanych.

Kościół katolicki nawiązał w 2010 roku bezprecedensowy dialog z administracją ówczesnego prezydenta Kuby, Raula Castro, aby mediować w kwestii uwolnienia 126 więźniów politycznych. Rozmowy w tej sprawie zakończyły się w 2011 roku zwolnieniem ostatnich 52 osób z „Grupy 75” – dysydentów uwięzionych w 2003 roku.

W niedawno ogłoszonym raporcie złożona z opozycjonistów Kubańska Komisja Praw Człowieka i Pojednania Narodowego, jedyna organizacja opozycyjna systematycznie analizująca represje na wyspie, wskazuje, że aktualnie z powodów politycznych represjonowanych jest ponad stu więźniów.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wielka Brytania: Handlarze niewolników z Polski skazani

Brytyjski sąd w dwóch procesach skazał osiem osób na kary więzienia za handel ludźmi, zmuszanie do pracy oraz pranie brudnych pieniędzy. Według policji, to członkowie i wspólnicy dwóch polskich rodzin przestępczych. Jak podkreśliła sędzia, skazani stworzyli największą sieć współczesnego niewolnictwa, jaką kiedykolwiek odkryto na Wyspach. Do tej pory zidentyfikowano 92 ofiary gangu, w wieku od 17 do 60 lat, ale policja podejrzewa, że mogło być ich ponad 400. Możliwe, że niektóre z nich opuściły Wielką Brytanię lub boją się złożyć zeznania.

Niewolnicy z Polski

Grupa obierała sobie za cel zdesperowanych Polaków, dla których wyjazd z kraju jawił się jako ostatnia deska ratunku. W ich pułapkę wpadali bezdomni, recydywiści i alkoholicy. Przestępcy zwodzili ich obietnicą pracy i lepszego życia na Wyspach. Rzeczywistość okazywała się jednak dramatycznie inna. Polacy byli transportowani autokarami do zachodniej Anglii, w okolice miast West Bromwich, Smethwick i Walsall. Tam mieszkali stłoczeni w małych, zagraconych i często zaszczurzonych pomieszczeniach. Jeden z nich relacjonował, że musiał kąpać się w kanale, bo nie miał dostępu do bieżącej wody.

Według relacji BBC, niewolnicy z Polski byli zmuszani do pracy na farmach, w fabrykach i przy recyklingu odpadów. Pracowali po kilkanaście godzin na dobę za 20 funtów (niespełna 100 zł) tygodniowo. Pieniędzmi tymi i tak nie mogli jednak dysponować. Członkowie gangu zmuszali swoje ofiary do otwierania kont bankowych, nad którymi przejmowali pełną kontrolę. Gdy jeden z przetrzymywanych mężczyzn zmarł, gang pozbył się wszystkich jego rzeczy osobistych i dokumentów tożsamości, aby zatrzeć ślady. Szacuje się, że między czerwcem 2012 roku a październikiem 2017 roku na nielegalnym procederze grupa zarobiła dwa miliony funtów (9,5 miliona złotych).

Początek końca i procesy

W 2015 roku z niewoli zbiegły dwie ofiary gangu. O swym losie opowiedziały brytyjskiej organizacji pozarządowej Hope for Justice, pomagającej ofiarom handlu ludźmi i współczesnego niewolnictwa. Po czterech latach śledztwa gang ostatecznie rozbito. W sprawie toczyły się dwa odrębne procesy. W pierwszym wyrok zapadł w lutym, w drugim zaś w czerwcu, ale dopiero teraz informację o nich podano do publicznej wiadomości. W lutym 30-letni Marek Ch. z Walsall został skazany na 11 lat więzienia, 50-letni Marek B. z Tipton w West Midlands na dziewięć lat pozbawienia wolności, 48-letnia Justyna P. z West Bromwich na osiem lat więzienia, 24-letnia Julianna Ch. z Evesham w Worcestershire na siedem lat, a 29-letnia Natalia Z. z Walsall usłyszała wyrok czterech i pół roku więzienia. W procesie zakończonym w czerwcu 52-letniego Ignacego B. z West Bromwich skazano na karę 11 lat pozbawienia wolności, ale mężczyzna nie został jeszcze schwytany i jego wyrok zapadł in absentia. W tym samym procesie skazani zostali też 26-letni Jan S. z West Bromwich i 41-letni Wojciech N. z Winson Green, odpowiednio na trzy lata oraz sześć i pół roku więzienia.

„To, co zrobili, było odrażające”

– To był handel ludźmi i wykorzystywanie na masową skalę. Ten gang traktował tych ludzi, swoich rodaków, jak towar – powiedział w rozmowie z BBC inspektor Nick Dale, policjant prowadzący śledztwo w tej sprawie.

Jak dodał, „to, co zrobili, było odrażające”. – Zgotowali swoim ofiarom nieludzkie warunki i nędzę. Zmuszali ich do pracy, a jeśli się sprzeciwiali, byli bici lub grozili im przemocą wobec członków ich rodzin – relacjonował inspektor. – Niektórym powiedziano, że zostaną zabrani do lasu, aby kopali własne groby. Jeden mężczyzna, który miał wypadek przy pracy, musiał wrócić do fabryki, odmówiono mu leczenia, co spowodowało u niego trwałe uszkodzenie ramienia – dodał.
Źródło info i foto: tvn24.pl