Fiakrzy z Morskiego Oka z wyrokami

Zakopiańscy fiakrzy skazani za znęcanie nad zwierzętami. To pierwszy taki wyrok w sprawie koni z Morskiego Oka. Sąd Okręgowy w Nowym Sączu argumentował, że głównym celem dwóch mężczyzn był zysk, ale ich działania były nieodłącznie związane z bólem i cierpieniem u koni.

Sprawa Wojciecha Ch. i Jana W. trafiła na wokandę Sądu Rejonowego w Zakopanem niejako przez przypadek, bo Tatrzański Park Narodowy zimą 2016 roku nie powiadomił organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania nad końmi, choć przypadki te wykryła Straż Parku. – Opinia publiczna, ani organa ścigania w 2016 roku nie dowiedziały się o tych sprawach, bo Tatrzański Park Narodowy o nich nie informował – mówi mecenas Katarzyna Topczewska – Nikt też nie powiadomił organizacji ochrony zwierząt, nie było żadnych zdjęć czy filmów, wykonanych przez turystów. Ale do akt jednego z postepowań prokuratury w sprawie systemowego znęcania się nad końmi trafiły zestawienia kontroli Straży Parku na trasie do Morskiego Oka, zawierające opis zdarzeń, wykonanych czynności i fotografie, również z monitoringu wizyjnego. Biegła sądowa lekarz weterynarii, analizując akta uznała, że w przypadku koni Max, Shann i Okaz doszło do złamania przepisów ustawy o ochronie zwierząt. To właśnie w ten sposób Fundacja Viva! dowiedziała się o tych sprawach – tłumaczy.

W ten sposób niemal dwa lata od czynu Prokuratura Rejonowa w Zakopanem wszczęła odrębne śledztwo, dotyczące znęcania nad końmi. Postawione mężczyznom zarzuty dotyczyły wykorzystywania do pracy chorego konia z pękniętym kopytem oraz trzykrotnego pokonania trasy przez tę samą parę koni, Shanna i Okaza, bez zapewnienia im odpoczynku oraz kłusem na odcinku objętym zakazem kłusowania. W wyniku tego jeden z koni przewrócił się na trasie i nie był w stanie wstać i samodzielnie wrócić na dolny parking.

Sąd Rejonowy w Zakopanem uznał obu mężczyzn za winnych znęcania się nad Maxem, Shannem i Okazem, a w wyniku apelacji sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Nowym Sączu. – Sąd utrzymał wyrok w mocy w całości – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – W uzasadnieniu ustnym sąd przyznał rację oskarżycielowi posiłkowemu, którym była Viva! i argumentował, że wiodącym zamiarem skazanych mężczyzn był zarobek, a wynikające z tego zachowania były bezsprzecznie związane z bólem i cierpieniem u wykorzystywanych do pracy koni – tłumaczy.

„Ten wyrok jest przełomowy”

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu podnosił, że jeżeli zachowanie wyczerpuje opis któregoś z punktów art. 6 ust. 2 ustawy o ochronie zwierząt, to nie trzeba już udowadniać, że spowodowało ono ból lub cierpienie, gdyż to sam ustawodawca przesądził, że zachowania w tych punktach wymienione są znęcaniem się, czyli ból lub cierpienie powodują. W tym konkretnym przypadku do pracy wykorzystano chore zwierzę z pękniętym kopytem, dwa inne konie zostały zmuszone do pracy ponad siły, w dodatku bez przerw na odpoczynek i w zbyt szybkim tempie.

– Mieliśmy tu do czynienia z ewidentnym złamaniem przepisów ustawy, a wszystkie dowody zgromadzone w aktach postępowania, w tym zeznania pracowników parku narodowego, to potwierdzały – mówi mecenas Katarzyna Topczewska, reprezentująca Vivę! w tej sprawie – Ten wyrok jest przełomowy i jest swojego rodzaju wyłomem w murze obojętności, bo Tatrzański Park Narodowy nie miał w zwyczaju zawiadamiania prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad końmi w wykrytych przez siebie sprawach, a w konsekwencji zwierzęta pracujące ponad siły na trasie przez lata były pozbawione ochrony prawnej, wynikającej z ustawy o ochronie zwierząt. Liczę na to, że po tym wyroku urzędnicy parku narodowego będą informowali organa ścigania o wszystkich podobnych wykrytych przez siebie przypadkach łamania przepisów – dodaje.

Konie same biegły kłusem, by uniknąć bicia

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu nie dał wiary argumentacji obrońcy Jana W., że ten nie wiedział o pękniętym kopycie i o bólu, jakie to pęknięcie może powodować. W tym zakresie również przyznał rację oskarżycielom posiłkowym, Fundacji Viva! i Tatrzańskiemu Towarzystwu Opieki nad Zwierzętami, że osoby wykonujące transport konny do Morskiego Oka od lat kreują się na znawców koni, ich hodowli i pracy z nimi, a więc powinny posiadać podstawową wiedzę o ich chorobach i użytkowaniu. – W toku postępowania Wojciech Ch. twierdził, że konie samodzielnie zmieniły tempo pracy ze stępa na kłus na stromym odcinku trasy i że nie było w tym jego winy – mówi Beata Czerska, prezeska Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami – Tymczasem to powożący powinien zareagować i uspokoić tempo jazdy. W wyniku takiej zmiany tempa ze stępa do kłusa przeciążenia, jakim poddawane są konie, wzrastają wielokrotnie.

A ustawa o ochronie zwierząt zabrania nie tylko przeciążania koni, ale również zmuszania ich do zbyt szybkiego biegu. Trzeba tu też podkreślić, że to przyspieszenie mogło wynikać z tak zwanego warunkowania instrumentalnego, czyli takiego, w którym konie wielokrotnie na tym odcinku byłyby poddawane działaniu bodźca karzącego, na przykład popędzania batem i w wyniku świadomości nieuniknionej kary nauczyłyby się, że muszą biec kłusem, żeby jej uniknąć – tłumaczy.

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu utrzymał w mocy również wymiar kary, zasądzony w pierwszej instancji. Zgodnie z prawomocnym już wyrokiem każdy ze skazanych musi zapłacić 1600 zł grzywny oraz 1500 zł nawiązki. Viva! w swojej apelacji argumentowała, że kara ta jest zbyt niska, bo każdy z przedsiębiorców wykonujących transport konny do Morskiego Oka może karę o takiej wysokości odpracować w ciągu 1-2 dni pracy na trasie. Sąd stwierdził jednak, że kara, jaką ponieśli skazani jest adekwatna, bo wcześniej w wyniku działań administracyjnych Tatrzańskiego Parku Narodowego utracili też możliwość zarabiania na tym transporcie, a dziś żaden z nich nie świadczy już tych usług. – Choć domagaliśmy się wyższej kary i tak jesteśmy zadowoleni, że do skazania doszło – mówi Anna Plaszczyk

– To pierwszy w historii prawomocny wyrok skazujący za znęcanie się nad końmi z Morskiego Oka. Mam nadzieję, że nie ostatni, bo w toku jest śledztwo Prokuratury Okręgowej w Kielcach w sprawie systemowego znęcania się nad końmi na trasie. I to właśnie ta sprawa może doprowadzić do ostatecznej likwidacji tej anachronicznej „rozrywki” dla turystów – dodaje.

Ogromny ból i cierpienie zwierzęcia

Jan W. został skazany za znęcanie się nad koniem poprzez wykorzystywanie do pracy chorego zwierzęcia. Koń Maks pracował na trasie od 2013 roku. Zimą 2016 roku miał 7 lat. 27 stycznia jedna z turystek zgłosiła do Tatrzańskiego Parku Narodowego, że na trasie do Morskiego Oka pracuje koń z pękniętym kopytem. Furman Jan W. kazał mu pracować, choć uraz ten powodował ogromny ból i cierpienie zwierzęcia. Później tłumaczył, że nie wiedział, że taki uraz jest dla konia bolesny.

Tatrzański Park Narodowy jeszcze tego samego dnia potwierdził uraz u konia i nakazał wycofać go z pracy oraz rozpocząć leczenie. Dwa dni później w stajni pojawili się funkcjonariusze Straży Parku TPN i lekarz weterynarii. Okazało się, że koń nie był leczony. Kopyto nie było opatrzone, a zwierzę cierpiało. Tatrzański Park Narodowy jedynie zawiesił licencję Janowi W. na wykonywanie transportu na 6 miesięcy i odsunął konia od pracy na pół roku, ale nie powiadomił organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad zwierzętami. Furman sprzedał Maksa w maju lub czerwcu 2016 roku. Koń nigdy nie wrócił na trasę do Morskiego Oka. Jego dalsze losy pozostają nieznane.

Drugi ze skazanych to Wojciech Ch. 5 lutego 2016 roku zaprzągł on do sań konie Shanna i Okaza. Shann miał 9 lat i na trasie pracował od mniej więcej roku. Po południu Shann przewrócił się na trasie i nie był w stanie samodzielnie wstać. Został zabrany z trasy autem do przewozu koni, a sanie na dół zwiózł sam Okaz. Wojciech Ch. nie wymienił koni po kursie i nie zapewnił im dwóch godzin odpoczynku, powoził zaprzęgiem ciągniętym przez konie biegnące kłusem na odcinku objętym zakazem kłusowania, nie zapewnił koniom 20-minutowego odpoczynku na górnym postoju na Włosienicy. Kiedy koń się przewrócił – wjechał na teren parku autem i zabrał nim konia. Wojciech Ch. w dzienniku pracy koni w tym dniu wpisał tylko dwa kursy dół-góra-dół i dla każdego kursu wpisał inną parę koni.

Tymczasem z zapisu monitoringu wynikało, że trasę pokonał w tym dniu trzy razy – za każdym razem tą samą parą koni. Mężczyzna nie zgłosił TPN faktu upadku konia Shann na trasie, a wręcz usiłował ten fakt zataić, wjechał na teren TPN samochodem do tego nieuprawnionym i zwiózł nim konia na dolny parking. Tatrzański Park Narodowy chciał zawiesić licencję Wojciecha Ch. do czasu wyjaśnienia sytuacji. Jednak zanim do tego doszło mężczyzna zrezygnował z dalszego wykonywania przewozów turystów na trasie do Morskiego Oka. Ani Okaz ani Shann po wypadku nie wróciły na trasę do Morskiego Oka. Ich los pozostaje nieznany.
Źródło info i foto: interia.pl

Ateny: Wyroki dla członków skrajnie prawicowej partii Złoty Świt

Sąd w Atenach skazał w środę (14 października) szefa skrajnie prawicowej partii Złoty Świt Nikosa Michaloliakosa i siedmiu innych członków władz partii na 13 lat więzienia za kierowanie grupą przestępczą. Kary wymierzono też 60 innym osobom związanym z ugrupowaniem. Oprócz Michaloliakosa i członków władz – w tym obecnego europosła Janisa Lagosa – wyroki od 5 do 7 lat więzienia otrzymało także 10 byłych posłów ugrupowania.

Sąd skazał również sympatyków i członków partii odpowiedzialnych za głośne zabójstwo lewicowego rapera Pawlosa Fyssasa, pakistańskiego imigranta Sahzata Luckmana oraz szeregu napaści na imigrantów oraz lewicowych działaczy i aktywistów.

Morderca Fyssasa Jorgos Rupakias dostał wyrok dożywocia, a jego wspólnicy od 6 do 8 lat więzienia. Pozostali sprawcy ataków otrzymali wyroki od 2 do 8 lat więzienia.

Środowy wyrok to ukoronowanie trwającego od pięciu lat procesu, łączącego cztery oddzielne sprawy przeciwko członkom partii odwołującej się do neonazistowskiej symboliki i korzeni. Sąd badał, czy przywódcy partii mieli udział w serii krwawych napaści, w tym morderstwie Fyssasa, oraz czy partia funkcjonowała jako organizacja przestępcza.

W ubiegłym tygodniu sąd uznał winę 68 oskarżonych. W środę nastąpiło ogłoszenie wymiaru kary. W większości przypadków sąd zastosował kary, o które wnioskowała prokuratura. Obrońcy polityków zapowiedzieli odwołanie się od wyroków.

Złoty Świt (gr. Chrisi Awgi) to skrajnie prawicowa partia, która po raz pierwszy weszła do greckiego parlamentu w 2012 r., a w swoim szczytowym okresie była w nim trzecią siłą. W wyborach w 2019 r. ugrupowanie nie przekroczyło progu wyborczego i straciło wszystkie mandaty.
Źródło info i foto: interia.pl

Jest wyrok ws. zgwałcenia i zabicia 15-latki z Miłoszyc. Ireneusz M. oraz Norbert B. skazani

Sąd Okręgowy we Wrocławiu wydał wyrok w sprawie głośnej zbrodni w Miłoszycach. Oskarżeni o gwałt i zabójstwo 15-latki Ireneusz M. oraz Norbert B. zostali skazani na 25 lat więzienia i pozbawieni praw publicznych na 10 lat. Wyrok nie jest prawomocny. W sprawie wcześniej niesłusznie skazano Tomasza Komendę, który w więzieniu spędził 18 lat. Mężczyzna został uniewinniony.

Prokuratura za brutalny gwałt i zabójstwo 15-letniej dziewczyny żądała dla Ireneusza M. kary dożywocia. Drugiemu z oskarżonych mężczyzn – Norbertowi B. groził natomiast wyrok w wysokości 25 lat pozbawienia wolości.

Sąd okręgowy we Wrocławiu skazał obu mężczyzn na 25 lat więzienia, a także pozbawił ich praw publicznych na 10 lat. Wyrok nie jest prawomocny. Wrocławski sąd uznał, że obaj oskarżeni są winni gwałtu ze szczególnym okrucieństwem, w wyniku którego 15-letnia Małgosia zamarła.

„Wina i okoliczności popełnienia czynu przez oskarżonych nie budzą wątpliwości” – powiedział przewodniczący składu sędziowskiego sędzia Marek Poteralski.

Sędzia uznał ze za skazaniem, oprócz zeznań świadków, bezwzględnie przemawia materiał DNA znaleziony na ubraniu i ciele zgwałconej dziewczyny. Przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości podkreślił, że w tej sprawie udział brały także inne niezidentyfikowane do tej pory osoby.

Podczas odczytywania wyroku, rodzice Małgosi stali z wyciągniętymi rękami. Zaciśnięte pięści kierowali na skazanych. Zaraz po wyroku na sali sądowej od razu zatrzymany został Norbert B., który do tej pory odpowiadał z tzw. wolnej stopy. Mężczyzna nie stawiał oporu.

Ogłoszeniu wyroku przysłuchiwał się także brat Tomasza Komendy.

Do zbrodni doszło w 1996 roku, podczas sylwestrowej zabawy w wiejskiej świetlicy w Miłoszycach koło Wrocławia w województwie dolnośląskim. Według opinii śledczych mężczyźni mieli podać 15-latce środki odurzające, upić ją, a później zgwałcić. Po dokonanej zbrodni sprawcy zostawili dziewczynę na mrozie. Nastolatka zmarła na skutek wyziębienia organizmu i odniesionych ran.

Tomasz Komenda niewinny

W sprawie niesłusznie skazano Tomasza Komendę na 25 lat więzienia. Mężczyzna odsiadywał wyrok w Zakładzie Karnym w Strzelinie. W 2018 roku został przez sąd penitencjarny przy Sądzie Okręgowym we Wrocławiu warunkowo zwolniony z odbywania kar. Komenda wyszedł na wolność po 18 latach.

Prokuratura, na podstawie nowych materiałów dowodowych w sprawie, uznała, że mężczyzna nie popełnił zbrodni, za którą został skazany. Ostatecznie Sąd Najwyższy uniewinnił Tomasza Komendę, uchylając wcześniejszy prawomocny wyrok 25 lat więzienia za zabójstwo i zgwałcenie 15-latki.

Sędzia wskazał, że w krótkim czasie po popełnieniu zbrodni, pojawiły się wskazówki dotyczące potencjalnego sprawcy zbrodni, ale „czynności podjęte wówczas nie doprowadziły do postawienia mu zarzutów”.

Po latach okazało się, że ta wskazana już na początku stycznia 1997 r. osoba, wedle wniosku o wznowienie postępowania, jest w tej chwili osobą podejrzana w tej sprawie – zaznaczył sędzia Andrzej Tomczyk.

Już wówczas było duże prawdopodobieństwo oskarżenia o tę zbrodnię osoby, która niedawno stała się podejrzana. Tak jednak się w tej sprawie nie stało – dodał przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości. Wskazał ponadto, że ekspertyzy śladów z miejsca zbrodni, a także badania DNA włosów znalezionych w pozostawionej na miejscu przestępstwa czapce, wykluczyły Tomasza Komendę.

Decyzję Sądu Najwyższego skomentował w 2018 roku minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro.

„Choć tych utraconych lat życia panu Komendzie nikt nie zwróci, to przynajmniej to orzeczenie przywraca mu poczucie godności jako człowiekowi niewinnemu, człowiekowi niesłusznie skazanemu za okrutną zbrodnię – zabójstwo, gwałt na dziewczynce – którą popełnił inny sprawca” – przyznał Zbigniew Ziobro

Komenda walczy o odszkodowanie

Tomasz Komenda razem ze swoim pełnomocnikiem prof. Zbigniewem Ćwiąkalskim w 2019 roku złożyli do wrocławskiego sądu pozew o zadośćuczynienie i odszkodowanie w wysokości ponad 18 mln zł za niesłuszne skazanie na 25 lat więzienia.

„Nie da się porównać krzywdy Tomasza Komendy z tymi sprawami, w których do tej pory przyznawane było zadośćuczynienie. Ktoś, kto jest skazany za zabójstwo dziecka, w więzieniach jest traktowany drastycznie” – przyznał mecenas Ćwiąkalski. Sprawa nadal jest w toku.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Argentyna: Księża pedofile skazani za molestowanie niepełnosprawnych dzieci

To jeden z najcięższych przypadków przestępstw Kościoła katolickiego. Dwóch księży, którzy prowadzili w Argentynie szkołę z internatem dla dzieci niesłyszących, zostało skazanych w poniedziałek za molestowanie seksualne 25 dzieci i nastolatków znajdujących się pod ich opieką. Skazano również szkolnego ogrodnika, a dwie zakonnice, które wiedziały o koszmarze dzieci, czekają na proces.

Gdy w końcu zapadł długo oczekiwany wyrok, wśród krewnych ofiar i działaczy społecznych zapanowała nieopisana radość. Wszyscy ściskali się nie mogąc powstrzymać łez. Odpowiedzialni za piekło na ziemi, jakie stworzyli niewinnym, bezbronnym dzieciom, w końcu zostali ukarani! I to bardzo surowo. To jeden z najwyższych (jeśli wręcz nie najwyższy) wyroków za pedofilię w Kościele.

Dwóch księży, którzy prowadzili szkołę z internatem dla niesłyszących w Argentynie, zostało w poniedziałek skazanych za wykorzystywanie seksualne 25 dzieci i nastolatków pozostających pod ich opieką. Nicola Corradi (83 l.), szef Instytutu Antonio Provolo dla Głuchoniemych w środkowo-zachodniej prowincji Mendoza, został skazany na 42 lata więzienia. Horacio Corbacho (59 l.) spędzi za kratami 45 lat.

Wyrok usłyszał również ogrodnik instytutu, Armando Gómez. Dostał 18 lat więzienia za znęcanie się nad dwoma nieletnimi. Aresztowano też dwie zakonnice, które są oskarżone o uczestnictwo w nadużyciach. Jedna z nich miała sama molestować dzieci i bić je, przez co była nazywana „złą zakonnicą”. Testowała je w ten sposób, a najbardziej uległe przekazywała księżom pedofilom. Jedna z ofiar wspomina, że zakonnica założyła jej pieluchę, gdy krwawiła po zgwałceniu w wieku 5 lat. Kobiety będą sądzone w odrębnym procesie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zaginięcie Madeleine McCann. Świadek przerywa milczenie

48-letni Helge Busching jest przekonany, że Christian B. stoi za porwaniem Madeleine McCann. Mężczyźni znali się z portugalskiego Praia da Luz, gdzie w 2007 r. ostatni raz była widziana dziewczynka. „Mam nadzieję, że zostanie w więzieniu na długie lata” – powiedział Busching, do którego dotarła redakcja brytyjskiego dziennika „The Sun”.

Z informacji ujawnionych przez „The Sun” wynika, że to Helge Busching był pierwszą osobą, która wskazała policjantom możliwy związek Christiana B. ze sprawą zaginięcia Maddie. Bushing, Christian B. oraz ich wspólny znajomy Manfred Seyferth mieszkali razem w Praia da Luz. Według relacji mediów, mężczyźni mieli regularnie włamywać się do domów i apartamentów zamieszkiwanych przez turystów.

Pierwszy powiedział o Christianie B.

Christian B. miał przyznać się znajomym do porwania Maddie w 2008 r. – rok po jej zaginięciu. Z raportu z policyjnego przesłuchania Buschinga wynika, że B. miał ze „szczegółami opowiadać o jej uprowadzeniu”. W pewnym momencie drogi obu mężczyzn rozeszły się. W 2011 r. Busching został skazany za napaść na bezdomną kobietę we włoskim Brindisi. A kilka lat później wpadł w Atenach, gdy próbował przemycać migrantów z Grecji do Włoch.

W więzieniu Busching postanowił wyjawić prawdę o Christianie B. W 2017 r. przedstawiciele brytyjskiej policji prowadzącej poszukiwania dziewczynki przylecieli do Aten na przesłuchanie mężczyzny. To wtedy po raz pierwszy usłyszeli o Christianie B. Za głównego podejrzanego uznano go jednak dopiero w roku 2019. To wtedy znaleziono dwa samochody należące do mężczyzny, które były widziane w Praia da Luz, gdy porwano Maddie.

Świadek: „Jedno słowo: winny”

Busching wyszedł z więzienia w 2019 r. Do mieszkającego aktualnie na Korsyce mężczyzny dotarli dziennikarze „The Sun”. Zapytany, co sądzi o Christianie B. odpowiedział: „jedno słowo – winny”.

– Mam nadzieję, że zostanie w więzieniu na długo – zapewnił. Pytany, czy podejrzewany pokazywał mu zdjęcia Maddie odpowiedział, że „nie wolno mu wyjawiać takich szczegółów”.

Z informacji policji wynika, że Busching i Seyferth w znacznym stopniu przyczynili się do uznania Christana B. za winnego gwałtu na 73-letniej kobiecie w Praia da Luz w 2005 r. Mężczyźni mieli ukraść nagranie, na którym B. zarejestrował napaść i przekazać je policji.

– Sprawa mojego klienta badana jest w związku z twierdzeniami dwóch niewiarygodnych świadków. To skazani przestępcy mający problemy z alkoholem i narkotykami – skomentował obrońca Christiana B. Friedrich Fulscher.

Madeleine McCann zniknęła 3 maja 2007 roku z wakacyjnego apartamentu w Praia da Luz, gdy jej rodzice udali się do restauracji na kolację. Śledczy zakładali, że dziewczynkę porwano. Przez pewien czas nie wykluczano nawet, że sprawcami byli jej rodzice, którzy twierdzili, że co jakiś czas zaglądali do pokoju córki.

Przełom w sprawie tajemniczego zaginięcia

Przełom w sprawie nastąpił na początku czerwca tego roku. Niemieckie służby uważają, że uprowadzenia dziewczynki dokonał Christian B. Na trop mężczyzny śledczy wpadli po odnalezieniu dwóch należących do niego samochodów – osobowego oraz kampera. Oba auta były widziane w Praia da Luz w czasie, kiedy porwano Maddie. Mężczyzna mieszkał w okolicy przez 12 lat. Miał okradać domy wczasowe i handlować narkotykami. Aktualnie odbywa karę więzienia za gwałt i posiadanie narkotyków.

Prowadzący sprawę prokurator Hans Wolters z Brunszwiku w Niemczech przekazał w sierpniu, że w dniu zaginięcia Madeleine Christian B. wykonał połączenie w pobliżu pokoju hotelowego jej rodziców w Praia da Luz. Dodatkowo, w 2013 r., sześć lat po zaginięciu dziewczynki, B. miał udzielać się na czatach dla pedofilów. Pisał o tym, że chce odbyć stosunek seksualny z małą dziewczynką.

W 2016 r. roku niemieccy policjanci przeszukali teren opuszczonej fabryki skrzynek należącej do Christiana B. Śledczy odnaleźli zakopane kości psa, a pod nimi nośniki danych USB z dziecięcą pornografią. Przechwycono łącznie 8 tys. zdjęć i nagrań. Śledczy nie wykluczają, że autorem części z nich jest sam B.

Prokuratura twierdzi, że dziewczynka nie żyje. Wolters osobiście napisał list do rodziców Maddie, jednak nie ujawniał jego treści. Państwo McCann przekazali w oświadczeniu, że czekają na namacalne dowody w sprawie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Holandia: Sąd ogłosił, że tymczasowo wstrzymuje wysyłanie do Polski podejrzanych lub skazanych

Sąd Okręgowy w Amsterdamie ogłosił, że tymczasowo wstrzymuje wysyłanie do Polski podejrzanych lub skazanych w Holandii obywateli RP. Swoją decyzję sąd motywuje obawami o niezawisłość polskiego wymiaru sprawiedliwości. Komunikat wydała Międzynarodowa Izba Pomocy Prawnej (IRK) Sądu Okręgowego w Amsterdamie. W lipcu sąd zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) z pytaniem, czy może wysłać do Polski jednego podejrzanego.

Unia Europejska. Podobna sprawa miała już miejsce

Choć sprawa dotyczyła narkotyków, holenderski sąd uznał, że polskie sądy mogą nie być w pełni niezależne od rządu i zadecydował o zatrzymaniu mężczyzny. To nie pierwsza taka sytuacja. Z podobną sprawą mieliśmy do czynienia w 2018 roku. Wówczas, to sąd irlandzki, z tych samych przyczyn, nie zdecydował się przekazać Polsce podejrzanego.

Ostatecznie TSUE wydało orzeczenie, z którego wynikało, że wstrzymanie ekstradycji może odbywać się tylko w wyjątkowych przypadkach. A sprawy kryminalne do takich się nie zaliczają. Pod wpływem orzeczenia irlandzki sąd zmienił decyzję i postanowił przekazać mężczyznę polskiemu wymiarowi sprawiedliwości.
Źródło info i foto: wp.pl

Porwali, gwałcili i torturowali 18-latka. Oprawcy usłyszeli skandalicznie niskie wyroki

Ta sprawa wstrząsnęła mieszkańcami Pomorza. W 2016 roku trzej mężczyźni i kobieta uprowadzili, torturowali i zbiorowo zgwałcili 18-latka z Gdańska. Dla oprawców sąd był wyjątkowo łagodny. Bandyci zostali skazani na kary: od 4 do 6 lat więzienia. Wygląda jednak na to, że za swe haniebne czyny zostaną osądzeni jeszcze raz. We wtorek Sąd Najwyższy uwzględnił kasację złożoną przez Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro.

„Rzadko w sprawach przeciwko zdrowiu człowieka zdarza się takie nagromadzenie okoliczności drastycznych, agresywnych i mogących zaostrzająco wpłynąć na wymiar kary” – wskazał w uzasadnieniu wtorkowego wyroku sędzia Andrzej Stępka.

Sąd Najwyższy podkreślał, że sprawcy byli bardzo brutalni i traktowali pokrzywdzonego nieludzko, wielokrotnie wykorzystując seksualnie swoją ofiarę.

„Kiedy pokrzywdzony próbował się bronić przed wykonaniem tych czynności to m.in oskarżona Patrycja S. zaczęła strzelać do niego z pistoletu pneumatycznego” – wskazał sąd.

Zbiorowy gwałt, strzelanie z wiatrówki i przypalanie papierosami

Przypomnijmy. Do porwania 18-latka doszło 4 października 2016 roku. Jak ustalili śledczy, młody chłopak został uwięziony przez cztery osoby. Oprawcy mieli się nad nim bestialsko znęcać. Swoją ofiarę wywieźli do lasu, tam strzelali do niego z wiatrówki w genitalia, przypalali papierosami i zbiorowo gwałcili. 18-letni gdańszczanin został uwolniony przez porywaczy 5 października i od razu zgłosił się na policję.

Kilka godzin później śledczy zatrzymali trzech mężczyzn w wieku 23-24 lat. Następnego dnia rano zatrzymana została 18-letnia kobieta. Podejrzanym postawiono zarzuty pozbawienia człowieka wolności ze szczególnym udręczeniem oraz doprowadzenia do obcowania płciowego. Według prokuratury, młodzi ludzie nie mieli żadnego motywu, by w ten sposób potraktować swoją ofiarę.

Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami. W styczniu 2018 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał wyrok w tej bulwersującej sprawie. Cała czwórka została uznana za winnych zarzucanych im czynów. Daniel K. został skazany na 6 lat więzienia, Patrycja S. na 5 lat więzienia, Marcin D. oraz Dawid B. na 4 lata więzienia. Skazani mieli też zapłacić 10 tys. zł na rzecz pokrzywdzonego.

Jak przekazała nam wówczas Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, prokurator wnosił o wymierzenie wszystkim oskarżonym znacznie surowszej kary, to jest 10 lat pozbawienia wolności, dlatego prokuratura złożyła apelację. Sąd apelacyjny utrzymał jednak w mocy ten skandalicznie niski wyrok.

Sprawą zajął się Prokurator Generalny, który złożył kasację do Sądu Najwyższego. Jego zdaniem wymiar kary jest rażąco niewspółmierny. We wtorek Sąd Najwyższy uwzględnił tę kasację, uchylił wyrok sądu apelacyjnego w zakresie wymiaru kar i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Utrzymano wyroki za zgwałcenie i zabicie 27-latki z Sokółki

To dopiero brak sumienia i bezczelność! Gwałcicielom i mordercom Agnieszki Michniewicz (†27 l.) z Sokółki zamarzyła się wolność. Po sześciu latach za kratami dwaj zwyrodnialcy walczą o uniewinnienie! Już po raz trzeci Sąd Najwyższy kieruje sprawę do apelacji. Do okrutnej zbrodni doszło w 2009 roku. Artur K. (26 l.), Mariusz P. (26 l.) i Piotr N. (27 l.) byli kolegami z klasy. Pewnego dnia poszli na wagary, kupili alkohol i wypili go w parku. Wtedy jeden z nich przypomniał sobie o dziewczynie, którą niedawno poznał. Miała akurat imieniny i zaprosiła go na kawę. Swoim gościom Agnieszka otworzyła drzwi, będąc jeszcze w piżamie. Kiedy parzyła kawę, mężczyźni zaatakowali. Bili ją po głowie, dusili, grozili widelcem, którym pokiereszowali jej twarz. Potem na zmianę gwałcili, a na końcu poderżnęli jej gardło.

Zwyrodnialców udało się złapać dopiero cztery lata po zbrodni. Nie przyznali się do winy. Sąd skazał wówczas Piotra N. na 25 lat więzienia, Artura K. na 15 lat i Mariusza P. na 12 lat.

Bandyci odwołali się, ale w apelacji utrzymano wyroki, więc złożyli kasację do Sądu Najwyższego. Ze względu na braki formalne została uznana i powróciła do apelacji, a tam po raz drugi wymierzono bandytom takie same kary. Ale i ten wyrok został uchylony. Sąd Najwyższy bowiem stwierdził, że zabrakło wyjaśnień jednego z bandytów. Dlatego Sąd Apelacyjny w Białymstoku zajął się sprawą po raz trzeci.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Czeczeni skazany za terroryzm. Sąd Najwyższy uchylił wyrok

Sąd Najwyższy uchylił w środę wyrok skazujący trójkę Czeczenów za m.in. wspierania terroryzmu i sprawę przekazał do ponownego rozpoznania Sądowi Apelacyjnemu w Białymstoku. Chodzi o głośną sprawę, w której prokuratura zarzuciła Czeczenom działalność w zorganizowanej grupie przestępczej. W jej ramach mieli m.im. gromadzić pieniądze na potrzeby Państwa Islamskiego.

Zarzuty, które usłyszeli Czeczeni, dotyczyły też organizowania i kupowania sprzętu paramilitarnego oraz rekrutowania bojowników na tzw. dżihad w rejonach konfliktu zbrojnego. W akcie oskarżenia pojawił się również wątek leczenia w Polsce Czeczena rannego w walkach w Syrii. Okres, gdy miało się to dziać, to 2014 r.

Czeczeni twierdzili, że pieniądze szły do Iczkerii

Oskarżeni, przez całe postępowanie przygotowawcze, a potem przed sądami pierwszej i drugiej instancji, nie przyznali się. Argumentowali, że co prawda pieniądze były zbierane i zostały przekazane, ale nie na potrzeby IS, lecz na działalność niepodległościową bojowników czeczeńskich walczących o Czeczeńską Republikę Iczkerii.

W sierpniu 2017 roku Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał nieprawomocnie trójkę Czeczenów na kary po dwa lata i miesiąc więzienia; czwartego z oskarżonych uniewinnił. Skazanych uznał za winnych wspierania jednak działań nie IS, lecz tzw. Emiratu Kaukaskiego – prowadzącego działalność o charakterze terrorystycznym na terytorium Rosji – jak zaznaczył sąd w wyroku – „ukierunkowaną na utworzenie na Kaukazie Północnym fundamentalistycznego państwa islamistycznego, opartego na prawie szariatu”.

Apelacje od tego wyroku złożyły obie strony. Prokuratura chciała surowszych kar i skazania zgodnie z aktem oskarżenia, obrona – uniewinnienia całej czwórki Czeczenów. W czerwcu 2018 roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku odwołania wszystkich stron uznał za bezzasadne i utrzymał zarówno wyroki skazujące, jak i uniewinniający.

Sąd Najwyższy przyznał rację obronie

Jesienią 2018 roku kasacje wobec wyroków skazujących złożyła obrona; do SN wpłynęły one na początku lutego 2019 roku. W ocenie adwokatów, sąd odwoławczy w ogóle nie odniósł się do zarzutów apelacyjnych; podnosili też zarzut wyjścia przez sąd poza granice oskarżenia, czyli skazanie trzech Czeczenów za czyny, które nie były objęte zarzutami prokuratury.

W środę SN uwzględnił kasacje w tym zakresie. Uchylił swoim wyrokiem zaskarżone orzeczenie i sprawę przekazał Sądowi Apelacyjnemu w Białymstoku do ponownego rozpoznania w postępowaniu odwoławczym.

Jak poinformował Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego, w ustnych motywach rozstrzygnięcia SN wskazał, że powodem uchylenia był pierwszy z zarzutów kasacyjnych, w którym podniesiono, iż sąd odwoławczy (apelacyjny w Białymstoku) nie dochował obowiązków, które na nim spoczywają, czyli odniesienia się do wszystkich zarzutów, które były podniesione w apelacji.

„To nie jest w 100 proc. satysfakcjonujące rozstrzygnięcie”

SN zwrócił też uwagę, że sprawa badana w postępowaniu odwoławczym była bardzo poważna i skomplikowana, zarówno ze względu na wagę zarzutów, ale też skomplikowaną sytuację na Kaukazie, wymagającą szczególnej wiedzy. Ocenił więc, że w tej sytuacji, wymagała szczególnej staranności nie tylko od sądu pierwszej instancji, ale także, a może nawet przede wszystkim, od sądu odwoławczego.

A ten – jak uzasadniał Sąd Najwyższy – nie odniósł się do bardzo konkretnych tez stawianych w apelacjach przez obrońców, opartych na konkretnych dowodach. Dlatego uchylając wyrok drugiej instancji SN zaznaczył, że w postępowaniu odwoławczym należy rozpoznać wszystkie zarzuty, które w tej sprawie pojawiły się i dopiero wtedy sformułować ostateczną ocenę.

– To nie jest w stu procentach satysfakcjonujące rozstrzygnięcie, bo chcieliśmy pełnego uniewinnienia, ale argumenty SN są przekonujące i uchylenie wyroku jest jak najbardziej słusznym rozwiązaniem – mec. Piotr Iwaniuk, powiedział obrońca w procesie Czeczenów, który był na rozprawie w Sądzie Najwyższym.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Włochy: Przejęto mafijny majątek o wartości 20 milionów euro

Majątek wartości 20 milionów euro skonfiskowała we wtorek policja w ramach operacji przeciwko działającemu w Rzymie klanowi mafijnemu. Gang wielkiego i znanego wymiarowi sprawiedliwości klanu rodzinnego Casamonica praktycznie opanował część miasta.

Policyjna akcja z udziałem około 150 funkcjonariuszy odbyła się o świcie pod kryptonimem „Chronimy Rzym”. Wymierzona była w członków potężnego gangu, którego członkom zarzuca się działalność mafijną, wymuszenia i lichwę. Operacja jest ważna nie tylko ze względu na jej represyjny charakter, ale przede wszystkim dlatego, że uderzyliśmy w mafijną, znaną w Rzymie grupę Casamonica, która jakiś czas temu skolonizowała południowo-wschodnią część stolicy, a także jej okolice – powiedział szef policyjnego wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną w komendzie w Wiecznym Mieście Francesco Messina.

Wielu przedstawicieli tego lokalnego gangu zostało wcześniej aresztowanych i skazanych. Zwracano też uwagę na bezkarność klanu, który w 2015 roku urządził w kościele w Rzymie spektakularny i przyjęty z oburzeniem pogrzeb jednego ze swych sędziwych członków. W 2018 roku na polecenie władz miejskich zburzono nielegalnie zbudowane przez ten klan, pełne przepychu wille na peryferiach.
Źródło info i foto: Dziennik.pl