Pedofil Mariusz T. skazany na sześć lat więzienia za posiadanie pornografii z udziałem dzieci

Jak poinformowała Polska Agencja Prasowa, Mariusz T. został we wtorek skazany na sześć lat pozbawienia wolności za posiadanie pornografii dziecięcej. Mężczyzna popełnił przestępstwo w trakcie pobytu w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. W 2014 r. Mariusz T., po odbyciu kary 25 lat więzienia za zabójstwo czterech chłopców z Piotrkowa Trybunalskiego, trafił do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.

Dwa lata później, w trakcie jednego z przeszukań, znaleziono u niego nośniki cyfrowe z dziecięcą pornografią. Akt oskarżenia przeciwko Mariuszowi T. oraz Mirosławowi S. – ówczesnemu współlokatorowi T. – prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego w Gostyninie w 2018 r., a proces rozpoczął się w kwietniu 2019 r.

We wtorek Sąd Rejonowy w Gostyninie skazał Mariusza T. na sześć lat pozbawienia wolności. Wobec Mirosława S. wymierzono karę roku więzienia. Sędzia Iwona Wiśniewska-Bartoszewska, rzeczniczka płockiego Sądu Okręgowego, któremu podlega gostyniński Sąd Rejonowy, poinformowała w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że wyrok nie jest prawomocny.

– Za posiadanie treści pornograficznych z udziałem dzieci oraz posiadanie wytworzonego wizerunku osoby małoletniej sąd wymierzył Mariuszowi T. karę łączną sześciu lat pozbawienia wolności, natomiast wobec drugiego oskarżonego, który stanął pod zarzutem posiadania wytworzonego wizerunku osoby małoletniej, sąd orzekł rok pozbawienia wolności – przekazała sędzia Wiśniewska-Bartoszewska.

Od września 2019 r. T. przebywa w jednym z zakładów karnych, gdzie odbywa karę pięciu lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności za posiadanie pornografii dziecięcej w latach 2006-14 (w tym czasie przebywał w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich).
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Lizbona: Mafijny boss zatrzymany w szpitalu zakaźnym

– W 2019 roku uciekł z Mediolanu po tym, jak skazano go na dożywocie. Od tamtej pory był nieuchwytny – relacjonuje Marco Guerrini, komendant karabinierów z Kalabrii. Mowa o Francescu P., winnym zlecenia zabójstwa, handlu narkotykami i kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. W marcu przestępca zakaził się koronawirusem i trafił na oddział szpitala w Lizbonie. To tam w poniedziałek zatrzymali go uzbrojeni funkcjonariusze.

W kręgach przestępczych znany jako „Ciccio Pakistan” (w języku włoskim „ciccio” to potoczne określenie pulchnej lub otyłej osoby) Francesco P. był jednym z „mózgów” narkotykowego biznesu mafii z południa Włoch, ‚Ndranghety. Odpowiadał też za kontakty z organizacjami przestępczymi z sąsiednich krajów.

Zniknął w czerwcu, dwa lata temu. – W 2019 uciekł z Mediolanu po tym, jak uprawomocnił się wyrok sądu skazującego go na dożywocie. Sędzia uznał, że to on zlecił zamach, który miał miejsce 24 grudnia 2006 roku. Zmarła wtedy żona jego przeciwnika, który kierował odrębnym gangiem – informuje Marco Guerrini, komendant karabinierów z Kalabrii.

W ubiegłym roku włoska policja wdrożyła projekt ‚I Can” skupiający się szczególnie na wyłapywaniu przestępców związanych z ‚Ndranghetą. Listę poszukiwanych przekazano do Interpolu, zapoznali się z nią również śledczy z Portugalii. I to właśnie dzięki alarmowi ze strony Portugalczyków udało się ustalić, że Francesco P. najprawdopodobniej znajduje się w sercu Lizbony.

Uzbrojeni funkcjonariusze wkroczyli w poniedziałek do jednej z sal szpitala São José i zatrzymali Francesca P. Przebywał tam od kilku dni ze względu na kiepski stan zdrowia – był zakażony koronawirusem. Wobec 44-latka rozpoczęła się już procedura ekstradycji do Włoch. Obecnie cierpi z powodu powikłań po COVID-19, dlatego pozostaje w placówce. Jest pilnowany przez całą dobę.

Odwet za strzał w plecy

Jak informuje komendant kalabryjskich karabinierów, Francesco P. figurował na liście 30 najniebezpieczniejszych włoskich uciekinierów, w tym ośmiu przedstawicieli ‚Ndranghety uznawanych za najgroźniejszych, mimo że od 2006 roku porusza się na wózku inwalidzkim.

31 czerwca tamtego roku ktoś postrzelił go, kiedy siedział na tarasie swojego domu. Trzymał w rękach swojego nowo narodzonego synka. Dziecko przeżyło, ale kula trafiła P. w plecy i uszkodziła kręgosłup – od tamtej pory jest niepełnosprawny. Niespełna pół roku później postanowił się zemścić. 24 grudnia 2006 roku zlecił zamach na przywódcę lokalnego wrogiego gangu Giovanniego Lukę Nirtę. Temu udało się przeżyć, ale zmarła wtedy jego żona Maria Strangio. Dodatkowo podczas wymiany ognia zraniono cztery przypadkowe osoby. To właśnie za ten zamach P. został skazany na dożywocie.

Zemsta za wigilijny atak nadeszła ze strony brata zmarłej Marii, który zainicjował strzelaninę w sierpniu 2007 roku w niemieckim Duisburgu. Zmarło wtedy sześciu bliskich współpracowników Francesca P. Brat Marii, Giovanni S. trafił za to do więzienia, odsiaduje wyrok dożywocia – podaje włoska agencja prasowa ANSA.

Źródło dochodów: kokaina
‚Ndrangheta jest uważana za jedną z najpotężniejszych organizacji przestępczych na świecie. Według włoskiej policji kontroluje około 80 procent międzynarodowego handlu kokainą. ‚Ndrangheta ma kupować narkotyki bezpośrednio w Kolumbii i sprowadzać je do Europy zarówno poprzez pośredników w Afryce, jak i przez holenderskie porty.

Obok sycylijskiej Cosa Nostry oraz działającej w Neapolu Camorry ‚Ndrangheta to największa włoska mafia. Zyski, jakie mafijna organizacja czerpie z handlu kokainą, szacuje się na 40 miliardów euro rocznie.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Sprawa Nawalnego. Zmarł kolejny lekarz ze szpitala, w którym leczony był opozycjonista

Zmarł kolejny lekarz ze szpitala w Omsku na Syberii, w którym latem 2020 roku leczony był Aleksiej Nawalny – poinformowało Radio Swoboda. Brak informacji, by lekarz ten, Rustam Agiszew, zajmował się leczeniem opozycjonisty. 63-letni Rustam Agiszew kierował oddziałem chirurgii urazowej i ortopedii w Szpitalu nr 1 Pogotowia Ratunkowego w Omsku. Pracował w tej placówce przez 30 lat. Przyczyną śmierci był udar.

Na początku lutego zmarł na atak serca Siergiej Maksimyszyn, zastępca lekarza naczelnego omskiego szpitala. Współpracownik Nawalnego Leonid Wołkow mówił wówczas, że lekarz ten najlepiej znał stan Nawalnego.

Awans lekarza

Wcześniej inny zastępca lekarza naczelnego Anatolij Kalininczenko odszedł z pracy i zatrudnił się w klinice prywatnej. W czasie, gdy Nawalny znajdował się w Szpitalu nr 1, Kalininczenko zajmował się jego leczeniem i kontaktował się z lekarzami z Niemiec, którzy potem zabrali opozycjonistę do Berlina.

Tuż po hospitalizacji Nawalnego Kalininczenko również rozmawiał z prasą. Potem kontakty z mediami przejął szef szpitala Aleksandr Murachowski. Według Radia Swoboda to właśnie Murachowski przez dwie doby nie zezwalał na transport Nawalnego do Niemiec. W następnych miesiącach Murachowski awansował – został mianowany szefem regionalnego resortu zdrowia w obwodzie omskim.

Próba otrucia

Nawalny w sierpniu 2020 roku stracił przytomność na pokładzie samolotu lecącego z Tomska na Syberii do Moskwy. Po awaryjnym lądowaniu w Omsku trafił do tamtejszego szpitala. Na prośbę rodziny został przetransportowany lotniczą karetką pogotowia do Niemiec. Przeszedł tam leczenie i rehabilitację. Władze niemieckie uznały, że opozycjonistę próbowano w Rosji otruć bojowym środkiem chemicznym z grupy nowiczok. Władze Rosji temu zaprzeczają.
Źródło info i foto: interia.pl

Wielka Brytania: 36-letni Polak skazany. Upozorował własne porwanie

36-letni Polak został skazany przez brytyjski sąd na karę więzienia za sfingowanie własnego porwania. Jak się okazało mężczyzna cały czas był bezpieczny we własnym domu. Informacja o rzekomym porwaniu postawiła na nogi miejscowe służby. Mariusz K. – „utalentowany kucharz z Trowbridge” – jak określają go brytyjskie media, zaalarmował SMS-em swojego szefa, że został porwany i wywieziony w bagażniku samochodu za miasto. 

Według jego relacji, porywacze chcieli odzyskać pieniądze, które był im winny – chodziło o kilka tysięcy funtów. O zdarzeniu poinformował również swoją polską przyjaciółkę, którą poprosił o pomoc. 

Po kilku godzinach mężczyzna przesłał wiadomość, że udało mu się uciec porywaczom. Spotkał się ze swoją przyjaciółką twierdząc, że jego rodzina ciągle jest w niebezpieczeństwie, a on musi przekazać porywaczom 1600 funtów. Kobieta wzięła w banku pożyczkę i przekazała całą kwotę Polakowi. 

Kłopoty finansowe

Sprawą porwania zajęła się policja. Nad rozwikłaniem zagadki pracowało 22 funkcjonariuszy. W końcu cała prawda wyszła na jaw. Okazało się, że historia z porwaniem została zmyślona przez 36-letniego Polaka. Mężczyzna miał sfingować swoje porwanie z powodu problemów finansowych. W czasie rzekomego porwania cały czas przebywał w swoim mieszkaniu. 

36-latek został oskarżony o składanie fałszywych zeznań i wprowadzenie służb w błąd. Obrońca Polaka wnioskował o łagodny wyrok, który nie skutkowałby ograniczeniem wolności. Argumentował to faktem, że 36-latek „nie chciał wpędzić innych w kłopoty”.

W lutym sąd w Salisbury uznał naszego rodaka winnym. 22 marca Polak usłyszał wyrok – 16 miesięcy pozbawienia wolności. – To niezwykły, dziwny i raczej smutny przypadek – stwierdził sędzia ogłaszający wyrok. 

36-latek musi również zwrócić wraz z nawiązką pieniądze, które wyłudził od swojej przyjaciółki.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Jest wyrok za napaść na policjantów w czasie Marszu Równości

Na rok więzienia w zawieszeniu i konieczność zapłaty na cel społeczny 3 tys. zł świadczenia pieniężnego skazał w poniedziałek Sąd Rejonowy w Białymstoku młodego mężczyznę oskarżonego m.in. o czynną napaść na policjantów w czasie Marszu Równości. Skazany był uczestnikiem kontrmanifestacji. Wyrok nie jest prawomocny.

Marsz Równości z lipca 2019 roku odbywał się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”; był legalny, ale towarzyszyło mu kilka kontrmanifestacji, których uczestnicy kilkakrotnie próbowali go zablokować. W stronę uczestników marszu rzucano kamieniami, petardami, jajkami i butelkami, wykrzykiwano też obraźliwe słowa, policja musiała użyć gazu.

Rzucanie kostką brukową

Ostatecznie ustaliła ponad 140 osób, które popełniły różne wykroczenia, w kilku przypadkach były też zarzuty karne, m.in. dotyczące pobić. Białostockie sądy wciąż zajmują się tymi sprawami.

Oskarżonemu, którego sprawą sąd rejonowy zajmował się w poniedziałek, prokuratura zarzuciła udział w zbiegowisku, którego celem było zablokowanie przejścia uczestników Marszu Równości oraz czynną napaść na kilku policjantów zabezpieczających to zgromadzenie, w stronę których miał rzucać kostką brukową.

Proces zakończył się w ciągu jednego dnia, oskarżony złożył wniosek o wyrok bez konieczności przeprowadzania postępowania dowodowego. W śledztwie przyznał się do udziału w blokowaniu marszu, ale nie do czynnej napaści na funkcjonariuszy. „Rzucałem, ale nie w stronę policji tylko w zupełnie inną stronę. To było pod presją tłumu” – mówił wtedy. Przed sądem zapewniał, że żałuje tego co zrobił i powtórzył, że był pod presją tłumu. Prosił o łagodną karę.

– Wszystko, co było w aktach sprawy, za wyjątkiem części wyjaśnień, ewidentnie świadczyło o tym, że pan popełnił zarzucane mu przestępstwo – mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Piotr Markowski. Zwracając się do skazanego powiedział, że oznacza to, iż nie toleruje on „innych osób”. – A nasza przestrzeń jest dla każdego, należy się i tym, co inaczej myślą i tym, co po pana myśli myślą – mówił podkreślając, że chodzi o to, by nie naruszało to wolności innych obywateli.

Sędzia mówił, że dowody na to, iż skazany rzucał w policjantów kostką brukową „są ewidentne”. – To, co działo się w tamtym miejscu niestety z tolerancją nie ma nic wspólnego – dodał.

Jaka kara?

Sędzia Markowski wyjaśnił, że wpływ na zawieszenie wykonania kary (na trzy lata) miała dotychczasowa niekaralność sprawcy oraz to, że wyraził żal.

Świadczenie pieniężne (wpłata na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym i Pomocy Postpenitencjarnej) ma być finansową dolegliwością pokazującą, że „nie opłaca się w ten sposób postępować”. – Warunkowe zawieszenie wykonania kary ma nie oznaczać, że pan bezrefleksyjnie wyjdzie z tej sali i pomyśli sobie, że udało się. Tylko że będzie nadzór kuratora, będzie długi okres próby i ta wpłata w kwocie 3 tys. zł, która – gdy pan będzie ją uiszczał – z pewnością spowoduje myślenie, że nie opłacało się – powiedział sędzia.

Skazany ma też zapłacić 1,4 tys. zł kosztów sądowych. Sędzia powtórzył, że to również powinno dać do myślenia i świadczyć o tym, że „chyba jednak się nie opłaca”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Ksiądz gwałcił 12-letnią Mariannę i ją okaleczał. Wciąż nie został skazany

Ksiądz gwałcił 12-letnią Mariannę i ją okaleczał. Działo się to regularnie przez półtora roku. Kapłan pozostaje na wolności i dziewczyna boi się, że może krzywdzić kolejne dziecko.

Wszystko zaczęło się w 2013 roku – podają „Fakty TVN”. – Ja miałam wtedy 12 lat, jak poszłam na kółko biblijne – tak swoją historię rozpoczyna Marianna, ofiara księdza pedofila. Po pewnym czasie prowadzący zajęcia w małopolskiej parafii ksiądz prosił, by dziewczynka zostawała, przepisywała mu kazania, a potem – żeby się rozbierała.

Musiałam się rozebrać, tak jak już wcześniej bywało, i po prostu wziął mnie i posadził jakby na sobie – opowiada Marianna. I tak co piątek, przez półtora roku, ksiądz gwałcił dziewczynkę. Mówił, że tylko do tego ona się nadaje, i groził, że ją zabije. Bała się i wstydziła powiedzieć komukolwiek, także o tym, że ciął ją po plecach i w okolicach miejsc intymnych.

Brał taki nożyk, po prostu kazał mi się położyć. I tak jeździł po ciele, dopóki nie przeciął. (…) Już wolałam ten nóż, bo to przynajmniej nie sprawiało, że czułam się taka okropnie brudna po prostu, tak strasznie się wstydziłam – wyznaje Marianna.

Sprawa umorzona

Choć dziewczyna wskazała księdza jako sprawcę jednego gwałtu, prokuratura w Miechowie umorzyła sprawę. Pełnomocnik składał skargi na prokurator Wiolettę Jędrychowską-Jaros, która prowadzi śledztwo. Kilka lat temu podpisała się pod umorzeniem. – Ja się pierwszy raz spotykam z taką przewlekłością. (…) Dla mnie to jest odwrócenie po prostu pewnych ról, dlatego że prokurator powinien stać przy pokrzywdzonym – mówi pełnomocnik.

W oświadczeniu Prokuratury Okręgowej w Krakowie napisano, że konieczne było przedłużenie śledztwa do 23 maja 2021 roku. Co do agresywnego sposobu przesłuchania dziewczyny – że prokurator ma prawo zadawać pytania „niezależnie od tego, czy udzielenie na nie odpowiedzi jest dla świadka wygodne czy też nie”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Proboszcz z Tarnobrzega skazany za molestowanie seksualne

Prokuratura w Tarnobrzegu oskarżyła, obecnie 58-letniego księdza, b. proboszcza parafii Miłosierdzia Bożego w Tarnobrzegu, o dopuszczenie się wobec małoletniego poniżej 15. roku życia tzw. innych czynności seksualnych. Kodeks karny przewiduje za to karę od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Ponadto ks. Józef G. odpowiadał za nakłanianie pokrzywdzonego groźbą do złożenia korzystnych dla księdza zeznań.

Sąd wymierzył mu karę trzech lat pozbawienia wolności. Skazał go też na ośmioletni zakaz pracy z dziećmi. Ponadto księdzu przez osiem lat nie wolno w żaden sposób kontaktować z pokrzywdzonym i zbliżać się do niego na odległość mniejszą niż 100 metrów. Ma mu również zapłacić 20 tys. zł nawiązki oraz pokryć koszty zastępstwa procesowego 10 tys. zł dla pełnomocnika pokrzywdzonego.

Przeniesiony do innej parafii

Do molestowania 12-letniego chłopca (później kleryka jednego z seminariów duchownych) miało dojść w latach 2005-2006. Pokrzywdzony – jak podają lokalne media – zawiadomił wówczas o tym kurię w Sandomierzu (woj. świętokrzyskie), ale zawiadomienie wraz z nagraniem, które miało być dowodem przestępstwa, „zaginęło” w kurii. Niedługo później ówczesny biskup sandomierski Andrzej Dzięga przeniósł ks. Józefa G. do innej parafii w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie duchowny pełnił posługę przez wiele lat; nadal pracował z dziećmi, został wykładowcą akademickim.

Arcybiskup Dzięga, obecnie metropolita diecezji szczecińsko–kamieńskiej, był świadkiem w sprawie.

Ksiądz zmuszał do fałszywych zeznań

W 2019 roku pokrzywdzony poinformował ks. Tadeusza Isakowicza–Zaleskiego, że był molestowany. Ksiądz Isakowicz-Zaleski zawiadomił o tym prymasa Polski, a także sandomierską kurię.

W reakcji na zawiadomienie pełnomocnik biskupa sandomierskiego do spraw molestowania seksualnego nieletnich powiadomił prokuraturę. Jednak śledztwo kilka miesięcy później zakończyło się umorzeniem, ponieważ ofiara nie potwierdziła swoich oskarżeń.

Tymczasem w równolegle prowadzonym śledztwie kościelnym wyszło na jaw, że pokrzywdzony był w 2019 r. zastraszany przez ks. Józefa G. i zmuszany do składania fałszywych, korzystnych dla duchownego zeznań. Kuria przekazała te informacje do prokuratury. W efekcie śledztwo zostało we wrześniu 2020 roku ponownie wszczęte. Wówczas też ksiądz został zatrzymany i trafił do aresztu.

Prokuratura postawiła mu zarzut zmuszania ministranta do tzw. innych czynności seksualnych oraz zarzut bezprawnego wpływania na pokrzywdzonego, aby ten złożył korzystne dla duchownego zeznania.

Ksiądz w toku śledztwa nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Ale – jak informował wówczas rzecznik tarnobrzeskiej prokuratury prok. Andrzej Dubiel – zeznania podejrzanego były sprzeczne z zebranym w śledztwie materiałem dowodowym.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Włochy: Sąd skrócił wyrok Michałowi H. skazanemu za porwanie modelki Chloe Ayling

Włoski sąd apelacyjny skrócił wyrok Michałowi H. skazanemu za porwanie brytyjskiej modelki Chloe Ayling. Uznano, że choć mężczyzna pomógł swojemu bratu uprowadzić kobietę, to nie zrobił tego w celu otrzymania korzyści majątkowych. Wyrok skrócono z blisko 17 lat pozbawienia wolności do… 5 lat i 8 miesięcy.

Chloe Ayling, była gwiazda programu Big Brother, na początku lipca 2017 r. miała zostać zwabiona do Mediolanu pod pretekstem sesji zdjęciowej. Według jej relacji, na miejscu została zaatakowana przez braci z Polski – Łukasza i Michała H. Z ustaleń śledczych wynikało, że kobieta została odurzona ketaminą, a następnie wywieziona w walizce na farmę w pobliżu Turynu.

Zmiana zeznań przez brak tłumacza?

Bracia mieli twierdzić, że są członkami organizacji przestępczej – Grupy Czarna Śmierć, zajmującej się handlem żywym towarem. Menadżer modelki twierdził, że otrzymał maila od Łukasza H. z żądaniem zapłaty 300 tys. euro w bitcoinach. Polak groził, że w przypadku nieotrzymania pieniędzy wystawi modelkę „na licytację” w darkwebie.

Po blisko tygodniu od porwania Łukasz H. zawiózł modelkę do brytyjskiego konsulatu w Mediolanie. Mężczyzna został zatrzymany na miejscu. Modelka zapewniała, że mężczyzna zlitował się nad nią, gdy dowiedział się, że ma małe dziecko. Choć początkowo H. przyznawał się do porwania, to potem zmieniał swoje zeznania. Jego adwokat tłumaczyła, że wynikało to z braku tłumacza. O współudział w przestępstwie został oskarżony starszy brat Łukasza H. – Michał. Polak mieszkający w Wielkiej Brytanii został poddany ekstradycji do Włoch w 2018 r.

Skrócone wyroki

Brytyjskie media podejrzewały, że całe porwanie mogło być tak naprawdę upozorowane, by modelka „zdobyła popularność i sławę”. Taką wersję podtrzymywali oskarżeni Polacy. Ofiara nie potrafiła wyjaśnić dlaczego spacerowała ze swoim oprawcą za rękę, robiła z nim zakupy i nie uciekała, kiedy miała do tego okazje.

Sąd pierwszej instancji dał wiarę jej szczegółowym zeznaniom i opinii prokuratora, w ocenie którego Łukasz H. był niebezpiecznym fanatykiem, który porwaniem „starał się zmusić kobietę do miłości”. Śledczy zabezpieczyli też korespondencję mailową między braćmi, w której naradzali się jakiej wielkości torba byłaby odpowiednia do przewiezienia Ayling.

W 2018 r. Łukasz H. został skazany na 16 lat i 9 miesięcy więzienia. Mężczyzna odwołał się od wyroku, a sąd apelacyjny w 2020 r. uznał, że Polak „dokonał przestępstwa z miłości”. Wzięto pod uwagę okoliczności łagodzące – ostateczny wyrok to 12 lat i miesiąc więzienia.

Identyczny wyrok – 16 lat i 9 miesięcy więzienia – usłyszał początkowo Michał H. W jego przypadku sąd apelacyjny również złagodził karę. Choć oddalił argumentację obrony, że modelka sama zażyła ketaminę, to stwierdził, że mężczyzna nie porwał jej dla „osiągnięcia korzyści majątkowych”. W efekcie, za porwanie modelki, został skazany na 5 lat i 8 miesięcy więzienia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Włoska policja zatrzymała Algierczyka podejrzanego o udział w przygotowaniu zamachu w stolicy Francji

Włoska policja poinformowała o zidentyfikowaniu i aresztowaniu 36-letniego Algierczyka podejrzanego o udział w zamachach terrorystycznych w Paryżu w listopadzie 2015 roku. Z rąk terrorystów zginęło wtedy 130 osób, z czego 90 to ofiary rzezi w teatrze Bataclan.

Athmane Touami, alias Tomi Mahraz zdaniem policji miał wspierać terrorystów, którzy byli wykonawcami ataków z listopada 2015 roku w paryskim teatrze Bataclan, na stadionie Stade de France oraz w restauracjach i ulicznych ogródkach Paryża. Zdaniem śledczych podejrzany miał między innymi zapewniać im fałszywe dokumenty.

Drugim zarzutem jest przynależność mężczyzny do tzw. Państwa Islamskiego. Podejrzany przebywał w więzieniu w Bari w związku z wyrokiem dwóch lat więzienia za posługiwanie się sfałszowanymi dokumentami.

Poszukiwany za zamachy był w więzieniu

Poszukiwany miał być zwolniony w czerwcu 2021 roku. Nowy nakaz zatrzymania, połączony z decyzją o aresztowaniu oznacza, że mężczyzna nie wyjdzie na wolność. Śledczy we wniosku o zatrzymanie napisali, że gdyby został zwolniony, najprawdopodobniej natychmiast by zniknął. Policja zapowiedziała na poniedziałek konferencję prasową w tej sprawie.

Jedyny żyjący bezpośredni sprawca sprawca zamachów w Paryżu Salah Abdeslam został skazany w kwietniu 2018 roku przez belgijski sąd na 20 lat więzienia za usiłowanie zabójstwa policjantów w Brukseli. Wyrok dotyczył strzelaniny, do której doszło podczas policyjnej obławy po zamachach w Paryżu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Jest wyrok ws. zabójstwa noworodka. Alicja B. skazana na 12 lat więzienia

Sąd Apelacyjny w Poznaniu wydał prawomocny wyrok skazujący w sprawie 32-letniej Alicji B. Kobieta zabiła swojego nowo narodzonego syna, a jego zwłoki ukryła w szafie. Noworodek żył kilkanaście minut. Jego zgon nastąpił w wyniku obrażeń głowy zadanych przez matkę.

Do zdarzenia doszło w lipcu 2019 r. 30-letnia wówczas mieszkanka Miejskiej Górki w Wielkopolsce trafiła do szpitala w Rawiczu, gdzie lekarze stwierdzili, że niedawno urodziła dziecko. Zawiadomieni o sprawie funkcjonariusze policji pojechali do miejsca zamieszkania kobiety. Ciało noworodka znaleźli ukryte w szafie.

Według ustaleń śledczych dziecko urodziło się żywe. Żyło co najmniej kilkanaście minut. Śmierć chłopczyka spowodowały obrażenia głowy. Alicji B. przedstawiono zarzut zabójstwa. Trafiła do aresztu.

We wrześniu ubiegłego roku Sąd Okręgowy w Poznaniu skazał kobietę na 12 lat więzienia. Nakazał jej także wypłacenie 10 tys. zł tytułem zadośćuczynienia ojcu dziecka. Mężczyzna o tym, że Alicja B. była w ciąży i urodziła jego dziecko, dowiedział się od prokuratora podczas przesłuchania.

Apelację od tego wyroku złożył obrońca oskarżonej oraz pełnomocnicy oskarżyciela posiłkowego – biologicznego ojca dziecka – który domagał się 150 tys. zł tytułem zadośćuczynienia. Prokuratura natomiast chciała utrzymania wyroku w mocy.

Kwalifikacja czynu

W środę Sąd Apelacyjny w Poznaniu wydał prawomocny wyrok w tej sprawie i wymierzył Alicji B. karę ośmiu lat więzienia. Uchylił także w całości zasądzone przez sąd pierwszej instancji zadośćuczynienie dla biologicznego ojca dziecka.

W uzasadnieniu wyroku sędzia Marek Kordowiecki odniósł się m.in. do kwestii przyjętej kwalifikacji prawnej czynu. Jak wskazał, kobieta odpowiadała za zbrodnię zabójstwa, a nie za dzieciobójstwo, czyli zabicie dziecka w okresie porodu pod wpływem jego przebiegu. Według kodeksu karnego art. 149 kk, czyli dzieciobójstwo, zagrożone jest karą pozbawienia wolności do lat pięciu.

Sędzia zaznaczył, że co prawda nie ulega wątpliwości, że Alicja B. zabiła dziecko „w okresie porodu”, ale – jak mówił – zabójstwo to nie nastąpiło pod wpływem jego przebiegu. Sędzia wskazał w tym miejscu m.in. na opinie biegłych oraz na wyjaśnienia oskarżonej, która „drobiazgowo opisała cały przebieg akcji porodowej, poczynając już od skurczów, jakie pojawiły się w godzinach nocnych, a kończąc na ‚wywiezieniu’ jej do szpitala”.

– Ona dokładnie wszystko wyjaśniła – co robiła, jaka była skala bólu i jak szybko trwała akcja porodowa mówiąc: jeszcze ból był do wytrzymania i wszystko odbyło się dosyć szybko i sprawnie. Nota bene, oskarżona w czasie akcji porodowej posługiwała się w tym pokoju w trakcie akcji porodowej lusterkiem oraz nożyczkami – co również dokładnie opisywała – mówił sędzia.

„Niewspółmiernie wysoka kara”

Zdaniem Sądu Apelacyjnego kara wymierzona przez sąd pierwszej instancji była jednak niewspółmiernie wysoka. Jak zaznaczył sędzia, „to, że zostało brutalnie zamordowane dziecko, człowiek, nie oznacza, że kara musi być szczególnie surowa”.

– Należy zauważyć, że każde przestępstwo zabójstwo jest okrutne z uwagi na to, że pozbawia się człowieka życia, jednakże ustawodawca w tych okolicznościach przewidział karę nie 12, 25 lat do dożywocia, ale przewidział „widełki”, w jakich należy orzekać tę karę, a więc „widełki” od ośmiu do 15 lat pozbawienia wolności, plus kary nadzwyczajne, czyli 25 lat pozbawienia wolności i dożywotniego pozbawienia wolności – tłumaczył.

Sędzia podkreślił, że w realiach tej sprawy sąd pierwszej instancji „zbyt mało wniknął w stan rozumowania Alicji B., co bez wątpienia doprowadziło do wymierzenia bardzo surowej kary pozbawienia wolności”. Dodał, że w wyroku nie wskazano też na żadne szczególnie obciążające oskarżoną okoliczności, które przemawiałyby za tak surową karą.

– Nie można bowiem zapominać, że oskarżona znalazła się w wyjątkowo krytycznej sytuacji życiowej. Ta okoliczność wynika wprost właśnie z opinii biegłych psychiatrów, a zwłaszcza biegłego psychologa, który zbadał osobowość oskarżonej i doszedł do jednoznacznego wniosku, że oskarżona z uwagi na swoją niedojrzałość emocjonalną, cechy osobowościowe nie była w stanie – w pewnym sensie – wyjść z tej „matni”, w jakiej się znalazła – wskazał sędzia. Dodał, że według biegłych oskarżona była introwertyczką, nikomu nie zwierzała się ze swoich problemów, „tłumiąc wszystko w sobie”, a na jej stan wpływ miała także sytuacja rodzinna i fakt, że ciąża była wynikiem romansu.

Nie będzie wypłaty zadośćuczynienia

Odnosząc się do uchylenia kwoty 10 tys. zł zadośćuczynienia dla biologicznego ojca dziecka, sędzia przypomniał, że takowe zadośćuczynienie może być zasądzone na rzecz najbliższych członków rodziny, za których uznaje się nie tylko osoby spokrewnione, ale także związane silną więzią emocjonalną.

Sędzia podkreślił, że biologiczny ojciec dziecka – zanim jeszcze doszło do zabójstwa – nie wykazywał żadnej chęci utrzymywania kontaktu z Alicją B., a mając podstawy do podejrzeń, że może ona być z nim w ciąży – ani razu z nią na ten temat nawet nie porozmawiał.

– Jak w toku już postępowania karnego dowiedział się, że jest biologicznym ojcem zamordowanego dziecka, to również – do protokołu przesłuchania wprost wyjaśnił – że on nie będzie, w ogóle nie ma zamiaru angażować się w tę sprawę. Nawet się nie interesował, gdzie dziecko zostało pochowane (…) Dopiero jak przyszło już do rozprawy sądowej, to nagle pojawia się i poprzez swoich pełnomocników żąda zasądzenia od Alicji B. 150 tys. zł – mówił.

– W tej konkretnej sytuacji – jaką rodziną dla zmarłego był „pokrzywdzony”? Poza tym, że był biologicznym ojcem, nie był żadną rodziną. Nie interesował się wcześniej ani Alicją B., ani tym, czy jest w ciąży, czy nie, nawet po śmierci nie interesował się, gdzie dziecko jest pochowane – ale zainteresował się pieniędzmi. Taka postawa zasługuje na pełne potępienie – dodał sędzia.
Źródło info i foto: interia.pl