24-latek porwał syna i byłą partnerkę. Gotowy akt oskarżenia

Prokuratura Rejonowa w Pruszczu Gdańskim skierowała do Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe kolejny akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie, który w maju porwał byłą partnerkę i syna. 24-latek na początku roku został skazany za porwanie kilkuletniego chłopca i miał zakaz zbliżania się do kobiety. Do zdarzenia doszło 14 maja 2020 roku w miejscowości Gołębiewko Wielkie. Jak informowała wówczas pomorska policja, dyżurny otrzymał informację o niebezpiecznym mężczyźnie, który porwał byłą partnerkę i ich wspólne dziecko.

Schował się w skrzyni na pościel

Gdy funkcjonariusze dotarli na miejsce, kobieta z chłopcem znajdowała się na ulicy, a samochód, do którego wcześniej zostali wepchnięci, odjeżdżał. Policja ruszyła w pościg za sprawcą, który porzucił auto pod lasem i dalej uciekł pieszo. Mężczyzna był poszukiwany przy wykorzystaniu policyjnego śmigłowca. Udał się go odnaleźć kilka dni później, w mieszkaniu. 24-latek ukrywał się w skrzyni na pościel.

W toku śledztwa ustalono, że przed tym zdarzeniem kilkukrotnie nawiązywał kontakt z byłą partnerką za pośrednictwem aplikacji Messenger i groził jej pozbawieniem życia.

Akt oskarżenia przeciwko Piotrowi L. obejmuje zarzuty bezprawnego pozbawienia wolności kobiety oraz syna, kierowania gróźb pozbawienia życia pod adresem byłej partnerki oraz nie wykonania polecenia i nie zatrzymania się do kontroli drogowej. – Mężczyźnie zarzucono również popełnienie przestępstwa nie zastosowania się do zakazu orzeczonego wyrokiem sądu – podał w piątek Dział Prasowy Prokuratury Krajowej.

Wcześniej skazany za uprowadzenie

W lutym 2020 roku gdański sąd skazał Piotra L. za uprowadzenie syna i znęcanie się nad partnerką. Mężczyzna porwał chłopca i ukrył się z nim w lesie, w samochodzie. Pomimo wezwań funkcjonariuszy, nie chciał go uwolnić. Dopiero gdy zasnął, policjanci otworzyli auto. Mężczyzna został zatrzymany. Znaleziono przy nim amfetaminę. Decyzją sądu Piotr L. miał orzeczony roczny zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 metrów, za wyjątkiem realizowania kontaktów z dziećmi, w przypadku ich orzeczenia przez sąd rodzinny. Orzekł również obowiązek zapłaty na rzecz kobiety 2 tys. zł zadośćuczynienia.

Mężczyzna przebywa w areszcie śledczym. Tym razem grozi mu do 12 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Niemcy: Opiekun z Polski skazany na dożywocie

W Monachium zapadł najwyższy z możliwych w Niemczech wyroków. Grzegorz W. został skazany m.in. za mordowanie podopiecznych. Sąd uznał, że mężczyzna zabił trzy osoby, podając im insulinę.

Monachijski sąd podkreślił szczególną wagę winy Grzegorza W. Polak został skazany za potrójne zabójstwo, próbę zabójstwa, a także inne czyny. Obok orzeczenia dożywocia, I Sąd Krajowy w Monachium nakazał umieszczenie sprawcy w szpitalu psychiatrycznym. Grzegorz W. początkowo był oskarżony o sześć zabójstw, a sąd uznał siódmy przypadek za kolejne ewentualne morderstwo. Ostatecznie mężczyzna został skazany za trzy zabójstwa, bo w pozostałych przypadkach dowody nie były wystarczające. W kolejnych dwóch przypadkach prokuratura zakładała próbę zabójstwa, a w innych trzech niebezpieczne uszkodzenie ciała.

Obrońca Polaka apelował o „właściwą karę”

W czterech przypadkach organ oskarżycielski żądał uniewinnienia mężczyzny, bo nie można było udowodnić, czy to insulina doprowadziła do śmierci pacjentów. Nie wyklucza to jednak odpowiedzialności Polaka za śmierć tych osób. Taka decyzja prokuratury spotkała się z ostrą krytyką ze strony oskarżycieli posiłkowych. Obrońca oskarżonego apelował o „właściwą karę”.

38-latek pracował w wielu domach w Niemczech. Wiadomo, że niejednokrotnie okradał swoich pacjentów i ich rodziny, dlatego też nie przebywał w jednej rodzinie dłużej niż kilka dni.

Przedawkowywał pacjentom insulinę

Prokuratura zarzucała mężczyźnie, że ten przedawkowywał swoim wymagającym opieki pacjentom insulinę. Takie działanie może prowadzić do śmierci. Mężczyzna miał posiadać insulinę, bo sam choruje na cukrzycę. Polak odmówił składania zeznań przed sądem, zwrócił się jednak do krewnych ofiar, przeprosił i powiedział, że głęboko żałuje tego, co zrobił: – To, co zrobiłem, jest niezwykle brutalne i brutalne pozostanie – powiedział.

Ze względu na to, że sąd uznał szczególnie ciężką winę skazanego, przedterminowe zwolnienie go z aresztu po 15 latach jest niemal wykluczone. Potem obowiązywał będzie nakaz umieszczenia sprawcy w szpitalu psychiatrycznym.
Źródło info i foto: interia.pl

Były policjant skazany za gwałt na 20-latce

Były policjant został skazany za gwałt na 20-letniej kobiecie. Piotr S. dostał też 10-letni zakaz jakiegokolwiek kontaktu z pokrzywdzoną, a także zakaz zbliżania się do niej. Sprawa dotyczyła wydarzeń z października 2018 r., gdy Piotr S. był policjantem w lubelskim oddziale prewencji. To właśnie wtedy miało dojść do gwałtu na 20-latce. Funkcjonariusz miał jej m.in. wykręcić ręce i uderzyć w twarz.

Po postawieniu zarzutów Piotr S. spędził rok w areszcie. Teraz usłyszał wyrok dwóch lat bezwzględnego więzienia. Mężczyzna nie przyznał się do winy i złożył obszerne wyjaśniania, jednak prokuratura ze względu na dobro sprawy ich nie ujawnia.

Orzeczenie jest nieprawomocne.

Piotr S. był znany wymiarowi sprawiedliwości już wcześniej. W 2009 r. usłyszał zarzuty dotyczące przekroczenia uprawnień i gróźb, gdy pełnił służbę w drogówce. Jak podaje „Dziennik Wschodni”, policjant miał wydzwaniać do kobiet i przesyłać im setki wiadomości z propozycjami seksualnymi. Jedna z pokrzywdzonych zgłosiła to organom ścigania.

Ostatecznie w 2012 r. sąd uniewinnił policjanta od zarzutów nękania. Został skazany tylko za groźby karalne: Piotr S. miał pokazywać jednej z kobiet przedmiot przypominający pistolet. Zdaniem śledczych mężczyzna groził jej śmiercią. Jednak również od tego zarzutu policjant został uniewinniony. Dzięki temu Piotr S. mógł wrócić do służby w mundurze.
Źródło info i foto: wp.pl

W USA wykonano siódmą federalną karę śmierci

W Terre Haute w stanie Indiana w czwartek wykonano kolejną federalną karę śmierci , siódmą odkąd w lipcu, po 17 latach przerwy, Sąd Najwyższy USA zezwolił władzom federalnym na wznowienie egzekucji. Po raz pierwszy stracony został czarnoskóry mężczyzna – Christopher Vialva, skazany za zabójstwo dwojga ludzi.

40-letni Vialva został uśmiercony w więzieniu federalnym w Terre Haute przez wstrzyknięcie trucizny. Była to druga w tym tygodniu federalna egzekucja, we wtorek stracony został 50-letni William LeCroy, skazany za gwałt i morderstwo.

Vialva w 1999 roku, jako 19-latek zastrzelił Todda i Stacie Bagley’ów i spalił ich ciała w bagażniku ich samochodu. Przed wykonaniem kary wyraził ubolewanie z powodu popełnionego czynu i powiedział, że teraz jest „innym człowiekiem”. Popełniłem ogromny błąd, gdy byłem zagubionym dzieckiem i odebrałem dwa cenne życia. Każdego dnia chciałbym móc naprawić to zło – mówił.

14 lipca Sąd Najwyższy USA zezwolił na wznowienie egzekucji, wykonywanych przez władze federalne po 17 latach przerwy, unieważniając odroczenie czterech egzekucji. Jeszcze tego samego dnia stracony został za pomocą śmiertelnego zastrzyku, także w Terre Haute, Daniel Lee, skazany za wielokrotne morderstwo.

Sądowe spory o dopuszczalność egzekucji za pomocą zastrzyku z trucizną sprawiły, że wykonywanie federalnych wyroków śmierci zostało wstrzymane w 2003 roku. W federalnych celach śmierci osadzonych jest obecnie 56 więźniów.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Norbert Basiura na ławie oskarżonych ws. zgwałcenia i zabójstwa Małgorzaty K. W tej sprawie uniewinniono Tomasza Komendę

Tomasz Komenda odsiedział 18 lat w więzieniu za zgwałcenie i zabójstwo 15-letniej Małgorzaty K. Sąd go jednak uniewinnił. Teraz na ławie oskarżonych zasiada Norbert Basiura. Zgodził się na rozmowę z Wirtualną Polską na kilka dni przed tym, jak sąd orzeknie, czy to on zabił nastolatkę.

Magda Mieśnik: Zabił pan 15-letnią Małgorzatę K.?

Norbert Basiura: Nie, nie zabiłem.

Ma pan cokolwiek wspólnego z gwałtem i jej śmiercią?

Nie, nie mam. Nie znałem tej dziewczyny. Nie odprowadzałem jej. Nigdy nie byłem na podwórku, gdzie została znaleziona. Nie zgwałciłem jej i jej nie zabiłem.

Skąd w takim razie pana DNA na miejscu zbrodni?

To pytanie nie powinno być do mnie skierowane. Przypominam, iż przed laty biegli wykluczyli moje DNA. Teraz inny biegły mówi coś innego. Nie rozumiem tego, zwłaszcza że dokumentacja, którą dostarczył biegły na żądanie obrońcy, wskazuje na wiele błędów i niejasności. To badanie jest nierzetelne. To, co przedstawia prokuratura, jest straszne i nie ma poparcia w materiale dowodowym.

Podobnie mówił przed laty Tomasz Komenda, gdy był oskarżany o to, za co pan teraz odpowiada przed sądem.

Nie chcę się porównywać do Tomasza Komendy. Współczuję mu. Ta sprawa i ten proces są dla mnie i osób mi bliskich bolesne. Jestem niewinny, co powtarzam od samego początku i szokiem jest dla mnie to, co się dzieje od kilku miesięcy. Chciałbym, aby znaleziono prawdziwych sprawców.

Prokuratura ma jednak mocne dowody na to, że był pan tam, gdzie znaleziono ciało Małgorzaty K. Jak pan to wytłumaczy?

To stanowisko prokuratury. Prawda jest inna. Nie było mnie na tym podwórku. Nie zgwałciłem ani nie zabiłem Małgorzaty K. Wiem, że oskarżenie mocno akcentowało znaczenie opinii biegłych z zakresu DNA. Jednakże z treści tych dokumentów nie wynika, abym brał udział w zabójstwie Małgorzaty K. Te opinie są nierzetelne, nieczytelne i zawierają wiele błędów. Nie można im przypisać waloru prawdziwości.

Chciałbym wskazać kilka anomalii i wątpliwości: raz ta sama próbka mogła być przebadana, a raz nie. Na rajstopach DNA ofiary zdegradowało, a znaleziono zbieżne z moim i to zachowane w czystej postaci. – jak to możliwe? Po 20 latach DNA jest lepsze niż to pobrane z policzka w 2018 roku? Zresztą sam biegły wykazał zdziwienie na rozprawie co do takiej czystej postaci zachowanego materiału. Od samego początku prosiłem, aby mnie poddać badaniu na wariografie. Nie chciała tego zrobić ani prokuratura, ani sąd.

Po 22 latach nagle w drodze do pracy został pan zatrzymany przez policję. Jak do tego doszło?

Jestem strażakiem. Po służbie jechałem autobusem, bo dorabiałem jako kierowca. Policja nas zatrzymała i chciała sprawdzić, czy jestem pod wpływem alkoholu. Nie podejrzewałem wtedy, że za tym kryje się coś więcej. Tyle że nagle założyli mi kajdanki. Zobaczyłem funkcjonariusza, który kilka tygodni wcześniej mnie przesłuchiwał w sprawie zabójstwa w Miłoszycach. Wtedy, gdy już wychodziłem z komisariatu, powiedział: „Dla nas najlepiej, jak to byś był ty”. Wtedy domyśliłem się, o co chodzi.

Kiedy dowiedział się pan, że chodzi o zarzut zabójstwa Małgorzaty K.?

Na samym końcu przesłuchania. Wcześniej, gdy zadawali mi pytania, myślałem, że za kilka godzin wrócę do domu. Wtedy zaczęli mnie straszyć, że już nigdy nie wyjdę na wolność i nigdy nie zobaczę rodziny. To był koszmar. Po pięciu minutach takiego przesłuchania człowiek nawet nie wie, jak się nazywa. Nakłaniali mnie do tego, żebym się przyznał. Sugerowali mi różne scenariusze odpowiedzi.

Jak zareagowali pana bliscy i znajomi, gdy dowiedzieli się o zarzutach?

Mam ogromne wsparcie rodziny i kolegów strażaków. Nigdy nikt z moich najbliższych nie zwątpił w moją niewinność.

Pamięta pan imprezę sylwestrową z przełomu 1996 i 1997 roku?

Pamiętam tę noc.

Był pan ochroniarzem na tej imprezie. Pamięta pan Małgorzatę K.?

Tam było tak dużo osób, że jej nie pamiętam. Moja praca polegała na sprzedawaniu biletów przy wejściu. Jeśli wchodziła na dyskotekę, to musiała mnie minąć. Kupiła bilet u mnie lub u mojego kolegi. Tam było jednak około 200 osób. Nie kojarzę jej.

W czasie imprezy zorientował się pan, że wydarzyło się coś złego?

Nie było żadnych sygnałów. Młodzież się bawiła. Był tłum, ale wszyscy zachowywali się raczej normalnie.

Kiedy dowiedział się pan, że nie żyje młoda dziewczyna, która była na ochranianej przez pana dyskotece?

Następnego dnia. To był szok. Ludzie mówili, że znaleziono ciało. Początkowo nie było wiadomo, że ta dziewczyna wcześniej była na imprezie, gdzie pracowałem. Znaleziono ją w innym miejscu.

Znał pan wcześniej Małgorzatę K.?

Nie, nie znałem.

Kilka razy zmieniał pan jednak zdanie w tej kwestii.

Nie zmieniłem zdania. Nie znałem jej. Policjant, który pisał notatkę, źle zinterpretował moje słowa. Mieszkałem na tym samym osiedlu, co Małgorzata K., ale nigdy nie miałem z nią do czynienia. Moja żona jest z jej rocznika i też jej nie kojarzyła.

Znał pan jednak jej ojca.

Odbywałem u niego szkolenie przy specjalistycznej maszynie. Trwało może dwa dni.

Na ławie oskarżonych w sprawie śmierci Małgorzaty K. obok pana siedzi Ireneusz M. Kiedy się poznaliście?

Poznałem go w sądzie, na ławie oskarżonych.

Nie pamięta go pan z imprezy sylwestrowej?

Tam było mnóstwo osób. Pamiętam moich kolegów ochroniarzy i kilka osób, które znałem. Większość to były obce mi osoby. Nie jestem w stanie ich pamiętać.

Ale jednak sprzedawał pan bilety, potem pracował w szatni i na sali. Miał pan kontakt z wieloma osobami.

To był bardzo krótki kontakt. Nie jestem w stanie pamiętać 200 osób. Gdyby ktoś mi pokazał zdjęcie i zapytał, czy ta osoba była na imprezie, odpowiedziałbym, że nie wiem. Tym bardziej, że część osób wchodziła bez biletów.

Rodzice Małgorzaty K. uważają, że Ireneusz M. jest trzecim sprawcą zbrodni w Miłoszycach. Jak pan to ocenia?

Nie chcę się wypowiadać na jego temat. Chłopak swoje w życiu przeszedł. Boję się, że podzielę jego los. Strach jest we mnie każdego dnia, od momentu zatrzymania przez policję. Wiem, że jestem niewinny i wierzę, że sąd wyda wyrok uniewinniający. Wierzę w prawdę.

A co będzie, gdy usłyszy pan wkrótce: „sąd uznaje Norberta Basiurę za winnego…”?

Boję się tak myśleć. Gdybym dopuszczał takie myśli, to znaczy, że zwątpiłbym w prawdę, a ja wierzę, że nie można skazać osoby niewinnej. Staram się być dobrych myśli. Liczę, że to się dobrze skończy dla mnie i moich bliskich. Przecież nawet głębokie przekonanie oskarżenia o mojej winie nie zastąpi dowodów, których w tej sprawie nie ma i nie może być.
Źródło info i foto: wp.pl

Sprawca masakry na wyspie Utoya chce szybciej wyjść z więzienia. „Odczuwa negatywne skutki izolacji”

Norweg Anders Breivik (po zmianie nazwiska – Fjotolf Hansen), który w 2012 roku został skazany na 21 lat więzienia za dokonanie ataku terrorystycznego, wystąpił o przedterminowe warunkowe zwolnienie z więzienia.

„Mój klient jest uprawniony do wystąpienia do sądu o ocenę, czy konieczny jest jego dalszy pobyt w więzieniu” – oświadczył obrońca Breivika, Oystein Storrvik.

Według Storvika sprawca masakry z 22 lipca 2011 roku w dzielnicy rządowej w Oslo oraz na wyspie Utoya, w której zginęło 77 osób, odczuwa negatywne skutki trwającej prawie 10 lat izolacji.

W 2015 roku Breivik podał do sądu państwo norweskie o łamanie praw człowieka, skarżąc się na złe warunki, w jakich odbywa karę. Twierdził wówczas, że ma zawroty głowy oraz depresję. Jego pozew został odrzucony najpierw przez sąd, a później wyrok został potwierdzony w instancjach odwoławczych. Skargę odrzucił również Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

Warunki, w jakich przebywa Breivik nie zmieniły się zbytnio od czasu złożenia skargi o złe traktowanie. Tak zwane środki wyrównawcze przy tak długiej izolacji nie są skuteczne – ocenił Storrvik.

Adwokat w rozmowie z norweską gazetą „VG” przyznał, że Breivik planuje ponownie pozwać państwo norweskie, powołując się na Europejską Konwencję Praw Człowieka. Jego klient rozważa także złożenie pozwu cywilnego.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Skazany na dożywocie szef włoskiej mafii odgryzł palec strażnikowi więziennemu

Podczas inspekcji celi Giuseppe Fanary, szefa sycylijskiej grupy Cosa Nostra doszło do bójki. W jej wyniku gangster odgryzł palec jednemu ze strażników. Włoskie media przekazały, że tamtejszy prokurator uznał, iż przestępca go połknął. 60-letni Giuseppe Fanara odbywa karę dożywotniego pozbawienia wolności w więzieniu Rebibbia w stolicy Włoch. W czerwcu miał on zaatakować siedmiu strażników, którzy przeprowadzali inspekcję jego celi. To właśnie wtedy miało dojść do bójki – podaje włoski dziennik „Il Messagero”.

Fanara został skazany na mocy surowego włoskiego kodeksu karnego, zarezerwowanego dla członków mafii. Reżim więzienny izoluje szefów grup przestępczych, aby uniemożliwić im prowadzenie działalności klanów zza krat.

Media opisały sytuację, do której miało dojść w czerwcu tego roku. – Podczas bójki Fanara odgryzł mały palec prawej dłoni strażnika. Palec zniknął, co doprowadziło rzymskiego prokuratora do wniosku, że został zjedzony – podaje włoski dziennik.

Następnie Fanara miał zaatakować pozostałych sześciu strażników, używając miotły jako swojej broni. Dodatkowo miał wykrzykiwać w ich stronę, że „poderżnie im gardła jak świniom”.

Szef mafii przeniesiony do innego więzienia

Po tej sytuacji służby bezpieczeństwa podjęły decyzję o przeniesieniu Fanary w inne miejsce. Obecnie szef sycylijskiej grupy Cosa Nostra przebywa w więzieniu o zaostrzonym rygorze w mieście Sassari na Sardynii. Na początku 2020 roku włoskie władze zdecydowały się uwolnić wielu starszych i niedomagających bossów mafii, w tym kilku należących do Cosa Nostra. Decyzja ta wywołała oburzenie, zmuszając ministerstwo sprawiedliwości do wycofania się i ponownego rozpatrzenia decyzji.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Skazany za zabicie młodej kobiety jest niewinny?

Pod dyskoteką Faraon w Lądku w męczarniach ginie młoda kobieta. W głośnym procesie na 25 lat więzienia zostaje skazany Jarosław Sosnowski; nie przyznał się do winy. Za kratami siedzi od listopada 2004 r. Wciąż stara się udowodnić swoją niewinność i może mieć rację. Zdaniem wielu świadków jest niewinny. Gdy w lipcu w programie „Alarm!” został wyemitowany reportaż o 37-latku, rozdzwoniły się telefony od kolejnych osób znających tę historię. Ktoś próbował zastraszać dziennikarzy piszących o zbrodni. Wiele wskazuje na to, że mordercy wciąż są na wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

Jest list gończy za ukrywającym się pedofilem. Poszukiwany to 47-letni Andrzej Ziębicki

Pedofil z Łodzi ukrywa się od czterech lat. Sąd wydał za nim list gończy. Skazany za pedofilię Andrzej Ziębicki nie stawił się w więzieniu. Szuka go policja w całej Europie. Andrzej Ziębicki (47 l.) z Łodzi od 2016 roku jest nieuchwytny, choć ściga go policja niemal na całym świecie. Sąd skazał go na 2,5 roku więzienia za pedofilię i posiadanie pornografii dziecięcej.

Andrzej Ziębicki został zatrzymany przez policję i aresztowany przez sąd w lipcu 2014 roku, a w marcu 2015 roku zwolnił z aresztu jeszcze przed ogłoszeniem wyroku. Ten zapadł 29 czerwca 2015 r. Sąd Rejonowy Łódź Śródmieście uznał oskarżonego winnym popełnienia zarzucanych przez prokuraturę czynów i za pedofilię oraz posiadanie pornografii dziecięcej skazał oskarżonego na dwa i pół roku więzienia i czteroletni zakaz kontaktowania się z pokrzywdzoną. Kiedy w grudniu 2015 roku po apelacji sąd okręgowy utrzymał wyrok skazujący, oskarżony powinien zgłosić się do więzienia, by odbyć co najmniej dziewięć miesięcy kary (sąd zaliczył mu na poczet kary 9–miesięczny pobyt w areszcie, a po 18 miesiącach mógłby ubiegać się o zwolnienie warunkowe).

Pedofil na wolności oczekiwał na prawomocny wyrok. Musiał tylko raz w tygodniu meldować się w komisariacie policji. On jednak nie zamierzał trafić do celi. Uciekł i od czterech lat się ukrywa. – Oskarżony nie stawił się w wyznaczonym terminie do właściwej jednostki penitencjarnej celem odbycia kary pozbawienia wolności – informuje nas sędzia Damian Krakowiak rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Łodzi. – Postanowieniem z dnia 23 czerwca 2016 r. zarządzono poszukiwania Andrzeja Z. listem gończym. Z uwagi na bezskuteczność poszukiwań oraz informację, że oskarżony przebywa poza granicami kraju Sąd Rejonowy dla Łodzi – Śródmieścia w Łodzi wystąpił o wydanie europejskiego nakazu aresztowania. Takie orzeczenie w listopadzie 2019 r. wydał Sąd Okręgowy w Łodzi.

Policja prosi o kontakt osoby, które wiedzą, gzie przebywa poszukiwany. Osobom, które pomogą w ujęciu groźnego pedofila policja zapewnia anonimowość.

List gończy na stronie łódzkiej policji

Na stronie internetowej łódzkiej policji czytamy: – Wszelkie informacje mogące mieć znaczenie w zatrzymaniu poszukiwanego proszę kierować do I Komisariatu Policji KMP w Łodzi ul. Sienkiewicza 28/30. Telefon 42 6651485 (Zespół Poszukiwań i Identyfikacji Osób I KP KMP w Łodzi), na telefon 42 6651401 (oficer dyżurny I KP KMP w Łodzi) albo całodobowo na numer alarmowy 112.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Szwecja: Nastolatkowie godzinami torturowani i pogrzebani żywcem

Sceny jak z filmu grozy rozegrały się na cmentarzu w miejscowości Solna w Szwecji. Dwaj nastolatkowie byli godzinami torturowani, a na koniec pogrzebani żywcem. Prawdopodobnie tak mieli zginąć. Życie uratował im przechodzień, który zaalarmował policję. Dwaj chłopcy, których nazwisk i wieku szwedzkie media nie ujawniają, zostali w sobotę późnym wieczorem zaczepieni na ulicy Solny przez 21- i 18-latka. Ci chcieli sprzedać im narkotyki.

Ponieważ chłopcy odmówili kupna, zostali zaciągnięci przez swoich oprawców na pobliski cmentarz. Tam zaczęła się ich gehenna, która została przerwana dopiero następnego dnia rano przez osobę odwiedzającą groby bliskich. Przechodzień zobaczył, co się dzieje i zawiadomił policję. 21- i 18-latek zostali zatrzymani. Jak pisze gazeta „Aftonbladet”, bandyci najpierw swoje ofiary zgwałcili. Ponadto chłopcy zostali poddani trwającym 10 godzin torturom. Byli bici i cięci po nogach nożami. Na koniec oprawcy kazali im się rozebrać do naga i położyć w wykopanym grobie, który zaczęli już zasypywać.

Na szczęście na cmentarzu pojawiła się przypadkowa osoba, która widząc, co się dzieje, zadzwoniła na numer alarmowy policji. Kiedy służby przyjechały na miejsce, chłopcy byli przytomni. Do dziś są w szpitalu. Bandyci zostali zatrzymani. Jak się okazało, są znani z policyjnych kartotek za kradzieże, posiadanie narkotyków i podpalenie.

Starszy z nich, 21-latek w lipcu został skazany z to, że w grudniu zeszłego roku rzucił koktajlem mołotowa w budynek pewnej firmy. Został zatrzymany i osadzony w areszcie, który opuścił po procesie. Miesiące spędzone w areszcie zaliczono mu bowiem na poczet kary, ponieważ w chwili popełnianie przestępstwa miał 20 lat. Zgodnie ze szwedzkim prawem dziś jako 21-latek trafiłby na dwa lata do więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl