Sprawa brutalnego gwałtu na chłopcu pod Grudziądzem. Przemysław G. skazany na 7,5 roku więzienia

Wracamy do sprawy brutalnego gwałtu, który miał miejsce w 2019 roku w Łasinie pod Grudziądzem (województwo kujawsko-pomorskie). 18 lutego br. Przemysław G. (35-l) został skazany za swój paskudny czyn na 7,5 roku więzienia. Na szczęście prokurator złożył apelację i sąd zdecydował się na zaostrzenie kary dla bestii.

Brutalny gwałt pod Grudziądzem. Koszmar w 2019 roku

Dla Mariusza K. to koszmar, o którym z pewnością nigdy nie zapomni. W 2019 roku przyjechał on do jednej z miejscowości pod Grudziądzem (kujawsko-pomorskie). Miał przyjemnie spędzić ferie u swojej babci. Kobieta poprosiła, aby odebrał obiad w miejscowej restauracji. Chłopiec czekając na niego wszedł do toalety. Za nim wszedł Przemysław G. (35-l), a potem wydarzył się dramat.

Zgwałcił chłopca pod Grudziądzem. Sąd wydał wyrok, ale prokuratura się nie poddała

We wtorek (18 lutego) Sąd Rejonowy w Grudziądzu uznał Przemysława G. za winnego i postanowił, że najbliższe siedem i pół roku mężczyzna spędzi za kratkami. To jednak nie była jedyna kara. Gwałciciel miał zapłacić chłopcu 40 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia za wyrządzoną mu krzywdę. Skazany dostał również zakaz zbliżania się do placówek szkolno-wychowawczych.

Już wtedy przedstawiciele prokuratury zapowiadali, że złożą apelację.

– Skuteczna apelacja prokuratora doprowadziła do zaostrzenia kary wobec sprawcy zgwałcenia nieletniego. Sąd pierwszej instancji za wyjątkowo brutalny gwałt orzekł wobec oskarżonego karę 7 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności. Z wyrokiem nie zgodził się Prokurator Rejonowy w Grudziądzu i złożył apelację. Podniósł zarzuty, iż orzeczona kara jest rażąco niewspółmierna w stosunku do popełnionego przestępstwa – informuje biuro prasowy Prokuratury Krajowej.

– Sąd Okręgowy w Toruniu podzielił argumentację prokuratora i skazał sprawcę na karę 10 lat pozbawienia wolności. Ponadto podwyższył okres odbywania kary po jakim skazany będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie z zakładu karnego – z pierwotnie orzeczonych 5 lat i 6 miesięcy do lat 8. Wyrok jest prawomocny – czytamy w komunikacie prokuratury.
Źródło info i foto: se.pl

Były szef sztabu wyborczego prezydenta USA Paul Manafort wyszedł z więzienia. Ale nie na wolność

Były szef sztabu wyborczego prezydenta USA Donalda Trumpa Paul Manafort, skazany w marcu zeszłego roku na 7,5 roku pozbawienia wolności, został wypuszczony z więzienia i resztę kary odbędzie w areszcie domowym. 71-letni Manafort został zwolniony z więzienia na wniosek jego prawników, którzy argumentowali, iż podeszły wiek osadzonego i jego wcześniejsze schorzenia stwarzają podwyższone ryzyko zakażenia koronawirusem i niebezpiecznych komplikacji mogących z tego wyniknąć. Przypomnieli, że ich podopieczny w grudniu zeszłego roku był hospitalizowany z powodu problemów z sercem.

Manafort obywał karę w FCI Loretto w Pensylwanii, więzieniu o niskim poziomie bezpieczeństwa, które powstało w 1985 roku. Większość tam osadzonych odsiaduje wyroki związane z handlem narkotykami.

Agencja AP zauważa, że zwolnienie Manaforta było poprzedzone wystąpieniami niektórych kongresmenów, którzy od tygodni żądają od ministerstwa sprawiedliwości USA uwolnienia więźniów, zagrożonych zakażeniem koronawirusem. Podkreślany jest fakt, że wytyczne dotyczące zdrowia publicznego, zawierające nakaz społecznego dystansu, są niemożliwe do realizacji w więzieniach.

Według oficjalnych danych w USA 2 818 więźniów i 262 członków personelu więziennego miało do tej pory pozytywne wyniki testów na obecność koronawirusa w więzieniach federalnych w całym kraju. Zmarło 50 więźniów. 2 600 osadzonych zostało przeniesionych do aresztu domowego, a kolejnych 1 200 oczekuje na taką decyzję.

8 marca 2019 roku sąd w Alexandrii w stanie Wirginia skazał Manaforta na prawie cztery lata więzienia za przestępstwa finansowe, oszustwa podatkowe i bankowe związane z jego pracą na Ukrainie. Jeszcze w tym samym miesiącu sąd w Waszyngtonie skazał go na dodatkowe 43 miesiące pozbawienia wolności m.in. za utrudnianie działania wymiaru sprawiedliwości.

Proces w Waszyngtonie był w znacznej mierze skoncentrowany na działalności Manaforta w latach 2010-2014, kiedy był on politycznym konsultantem Partii Regionów ówczesnego prorosyjskiego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Manafort był też oskarżony o próbę wpływania na zeznania świadków, udostępnianie danych pochodzących ze sztabu wyborczego Trumpa powiązanemu z rosyjskim wywiadem Konstantinowi Kilimnikowi, który był partnerem biznesowym Manaforta.

Postępowanie wobec byłego szefa sztabu Trumpa, który był wpływowym działaczem Partii Republikańskiej, wszczęto z rekomendacji specjalnego prokuratora Roberta Muellera, prowadzącego śledztwo w sprawie Russiagate.

We wrześniu 2018 roku Manafort przyznał się do zarzutu udziału w spisku przeciw USA oraz spisku mającym utrudnić działanie wymiaru sprawiedliwości w ramach układu z zespołem Muellera, który zawarł w nadziei na złagodzenie wyroku. Wkrótce jednak prokurator specjalny oskarżył go o składanie fałszywych zeznań.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Jerzy F. rok temu zamordował sąsiada. Skazano go na 25 lat więzienia. Mężczyzna złożył apelację

Dla Andrzeja M. (†65 l.) to była ostatnia Wielkanoc w życiu. Rok temu zginął straszną śmiercią z rąk swojego sąsiada Jerzego F. (67 l.). Sam otworzył drzwi mordercy, który z zimną krwią zmasakrował go siekierą. Za co? Bo ponoć ukradł mu dokumenty!

W Niedzielę Wielkanocną ubiegłego roku Jerzy F. z Gronowa (woj. warmińsko-mazurskie) ubrał się odświętnie, za pazuchę schował siekierę i wyszedł z domu. Zapukał do drzwi Andrzeja M., który otworzył mu nieświadomy zagrożenia. Morderca najpierw uderzył go obuchem w tył głowy. Gdy Andrzej M. upadł, zabójca silnymi ciosami siekiery połamał mu żebra i mostek, roztrzaskał oczodół i niemal odrąbał pół twarzy.

Jerzy F. pracował we wsi jako robotnik sezonowy. – Spotykał się z Andrzejem towarzysko, a potem oskarżył go o kradzież dokumentów. Odgrażał się we wsi, że mu odpłaci. Ale żeby w tak straszny sposób?! Szkoda chłopa. Był zapalonym gołębiarzem. Cieszył się, bo miał właśnie dostać pierwszą emeryturę. Niestety, nie doczekał – opowiada jeden z mieszkańców.

Po dokonaniu zbrodni Jerzy F. umył się, przebrał i jak gdyby nigdy nic zabrał się do pracy przy krowach. Gospodarstwo miało jednak monitoring i kamera zarejestrowała, jak po zabójstwie myje ręce z krwi w stawie. Nagrało się też, jak idzie przez łąki i chowa narzędzie zbrodni w stogu siana.

Bandyta do końca nie przyznawał się do winy. Siedział na ławie oskarżonych jakby nieobecny, a nawet poprosił, żeby nie przywozili go z aresztu na ogłoszenie wyroku. Sąd skazał go na 25 lat więzienia. Wyrok nie jest prawomocny. Jerzy F. już złożył apelację.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Słowacja: Sąd skazał zabójcę Jana Kuciaka

Sąd w Pezinoku koło Bratysławy w poniedziałek skazał na 23 lata pozbawienia wolności Miroslava Marczeka, który przyznał się do zastrzelenia w lutym 2018 roku słowackiego dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej Martiny Kusznirovej. Marczek przyznał się też do zabicia w grudniu 2016 r. przedsiębiorcy Petra Molnara.

Prokuratur Ladislav Novocky i oskarżyciel posiłkowy Daniel Lipszyc wnioskowali o karę 25 lat więzienia. Zwracali uwagę na fakt, że zabójstwa dziennikarza i jego narzeczonej dokonano z zimną krwią, zbrodnia została zaplanowana, a sprawca nie rokuje szans na resocjalizację. Kary dożywocia domagał się przedstawiciel prawny Zlaticy Kusznirovej, matki zamordowanej kobiety.

Marczek na własną prośbę nie uczestniczył w poniedziałkowej rozprawie. Wyrok nie jest prawomocny. Prokurator powiedział dziennikarzom, że odwoła się do Sądu Najwyższego. Przewodnicząca składu sędziowskiego Rużena Sabova uznała, że oskarżony miał znaczny udział w wyjaśnieniu zbrodni, ale dokonał zabójstw z zimną krwią. Zwróciła uwagę, że chociaż skazany współpracował z wymiarem sprawiedliwości, to na współpracę zdecydował się dopiero wtedy, gdy ujawniane przed sądem fakty zaczęły świadczyć na jego niekorzyść.

Sabova szczególną uwagę zwróciła na zamordowanie narzeczonej Kuciaka, której nie obejmowało zlecenie zabójstwa. Podkreśliła, że morderca chciał pozbyć się świadka. Sędzia podkreśliła, że ofiary zabójstwa łączyły z ich rodzinami bardzo bliskie stosunki, i w związku z tym wymierzyła dodatkową karę finansowego odszkodowania.

Marczek, 37-letni były żołnierz, przyznał się do zabójstwa Kuciaka i jego narzeczonej w styczniu br. Jego relacji o tym, jak strzelał do dziennikarza i Kusznirovej wysłuchali obecni na sali sądowej rodzice Kuciaka i matka zamordowanej. Wyraził skruchę z powodu dokonanych zbrodni, co zaznaczali w poniedziałek jego obrońcy.

Marczek jest drugą osobą skazaną w sprawie o zamordowanie Kuciaka i jego narzeczonej, w grudniu 2019 r. karę 15 lat więzienia wymierzono Zoltanowi Andrusce, który przyznał się do udziału w przekazaniu zlecenia zabójstwa bezpośredniemu wykonawcy.

Po przyznaniu się Marczeka do winy postępowanie w jego sprawie wyłączono z głównego procesu, w którym oskarżonym o zlecenie zabójstwa Kuciaka pozostaje przedsiębiorca Marian Koczner, opisywany przez Kuciaka w jego artykułach.

Na ławie oskarżonych zasiadają także współpracownica Kocznera Alena Zsuzsova, która miała przekazać zlecenie morderstwa, oraz kuzyn Marczeka, Tomasz Szabo, również oskarżony o zabójstwo Kuciaka i jego narzeczonej. Najbliższa rozprawa zaplanowana jest na przyszły tydzień.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Pakistan: Złagodzono wyrok ws. morderstwa dziennikarza

Pakistański sąd zdecydował o złagodzeniu wyroku śmierci, jaki ciążył na głównym oskarżonym w sprawie porwania i morderstwa dziennikarza Wall Street Journal Daniela Pearla, do którego doszło w 2002 roku – informuje Reuters. Sąd zadecydował także o uwolnieniu trzech innych współoskarżonych. O tych zmianach poinformował Reutersa Khawaja Naveeda, adwokat obrony zaangażowany w sprawę.

W sprawie Pearla w 2002 roku skazane zostały cztery osoby, w tym urodzony w Wielkiej Brytanii Ahmed Omar Said Szejk, który za kierowanie morderstwem dostał wyrok śmierci. Jak informuje Reuters, 18 lat czekał on na wynik apelacji. Sąd Apelacyjny uznał, że zarzut morderstwa nie został udowodniony i skazał go tylko za porwanie, zasądzając karę siedmiu lat więzienia. Mężczyzna, który spędził w celi blisko 20 lat wyjdzie na wolność w najbliższych dniach – poinformował Naveed w czwartek.

Daniel Pearl został uprowadzony 23 stycznia 2002 roku w Pakistanie. Dziennikarz prowadził w Karaczi śledztwo związane z islamskimi bojownikami, po atakach z 11 września 2001 roku. Terroryści z Al-Kaidy wyciągnęli go z jego samochodu. 1 lutego pomysłodawca ataków na World Trade Center Chalid Szejk Muhammad ogłuszył dziennikarza, a następnie ściął mu głowę. Brutalne morderstwo zostało nagrane przez kamerę. Następnego dnia morderca pokazał głowę Pearla w programie telewizyjnym.

3 lutego pakistańska policja znalazła bezgłowe ciało, porzucone w pobliżu autostrady Karaczi. Zostało ono zidentyfikowane jako zwłoki Daniela Pearla. Kilka tygodni później pojawiło się nagranie przedstawiające moment jego morderstwa.
Źródło info i foto: interia.pl

Sąd Najwyższy oddalił skargi Towarzystwa Chrystusowego. Utrzymano precedensowy wyrok ws. ofiary księdza pedofila

Sąd Najwyższy nie uwzględnił skarg kasacyjnych złożonych przez Towarzystwo Chrystusowe i utrzymał w mocy wyrok, na mocy którego ofiara byłego księdza Romana B. otrzymała milion złotych odszkodowania i dożywotnią rentę. B., który należał do Towarzystwa Chrystusowego, został wcześniej skazany na cztery lata pozbawienia wolności.

Katarzyna, ofiara księdza Romana B., który więził i gwałcił ją już jako 13-letnią dziewczynkę, uzyskała najwyższe w historii Polski odszkodowanie w sprawie dot. molestowania przez duchownego: 1 milion złotych oraz 800 złotych renty wypłacanej co miesiąc. Taki wyrok wydał w ubiegłym roku Sąd Okręgowy w Poznaniu, a w mocy utrzymał go poznański sąd apelacyjny.

Co istotne, zadośćuczynienie miało zostać wypłacone nie przez sprawcę, a przez Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej, do którego należał B. Wymiar sprawiedliwości uznał bowiem, że organizacja kościelna ponosi odpowiedzialność cywilną za czyny księdza – jej „pracownika”. Przedstawiciele Towarzystwa Chrystusowego do ostatniej chwili twierdzili natomiast, że jako instytucja nie poczuwają się do odpowiedzialności za czyny ks. Romana B. W medialnych wypowiedziach przedstawiciele Towarzystwa podkreślali też, że kwotę potrzebną na wypłatę odszkodowanie pokrzywdzonej kobiecie musieli pożyczyć i liczyli na jej zwrot w całości.

Sąd Najwyższy oddalił skargi kasacyjne złożone przez Towarzystwo Chrystusowe

We wrześniu 2019 roku Chrystusowcy zwrócili się do Sądu Najwyższego z wnioskiem o kasację precedensowego wyroku. Sędziowie mieli pochylić się nad sprawą w grudniu, jednak decyzja zapadła ostatecznie we wtorek 31 marca na posiedzeniu niejawnym.

„Sąd Najwyższy rozpoznał na posiedzeniu niejawnym w Izbie Cywilnej skargi kasacyjne pozwanych od wyroku Sądu Apelacyjnego w Poznaniu z 2 października 2018 r. zasądzającego odszkodowanie od Towarzystwa Chrystusowego. Dzisiejszym wyrokiem Sąd Najwyższy oddalił (częściowo odrzucił) obie skargi kasacyjne, co oznacza, że nie zostały one uwzględnione, a w mocy pozostają konsekwencje wynikające z wyroków Sądu Okręgowego w Poznaniu i Sądu Apelacyjnego w Poznaniu” – czytamy na stronie Sądu Najwyższego.

Katarzyna odniosła w mediach społecznościowych do wtorkowej decyzji Sądu Najwyższego. Na prowadzonym przez siebie profilu na Facebooku „Skrzywdzona przez Kościół Katolicki” napisała: „Koniec!! Wygrałam! Kasacja w części oddalona, a w części odrzucona”.

Z kolei dzień przed posiedzeniem SN Katarzyna zamieściła następujący post: „Mam nadzieję, że jutro nastanie historyczny dzień, który nie tylko otworzy furtkę do walki o sprawiedliwość innym ofiarom ale również skończy się bezkarność tych, którzy pod płaszczykiem Boga i dobra niszczą dziecięce życia”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Mateusz K. ma trafić za kratki na 25 lat za udział w podwójnym zabójstwie. Nie wiadomo gdzie przebywa

Mateusz K. pomagał w podpaleniu kasyna, w pożarze zginęły dwie osoby. Najpierw sąd skazał go na dwa lata więzienia za groźby, jednak prokuratura dążyła do skazania mężczyzny za udział w podwójnym zabójstwie. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu do wniosku oskarżyciela publicznego się przychylił i skazał K. na 25 lat pozbawienia wolności. Wyrok jest prawomocny, ale skazany na razie i tak nie trafi do więzienia. Jego miejsce pobytu nie jest znane.

W kwietniu 2015 roku w jednym z kasyn na terenie Zgorzelca doszło do pożaru. – Piotr G. i Mateusz K. po oblaniu dwóch znajdujących się w nim mężczyzn benzyną, podpalili ją i doprowadzili do ich śmierci – informuje Tomasz Czułowski z Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze. I dodaje, że ustalenia prokuratury wskazywały, że sprawcy najpierw wspólnie przyjechali do kasyna, później K. wręczył kanister z benzyną G., a ten po wylaniu jego zawartości na dwóch mężczyzn podpalił ją.

Płonący mężczyźni wybiegli na ulicę. Świadkowie relacjonowali: „Jeden biegał, drugi leżał, obaj płonęli”. Ranni trafili do szpitala. Tam zmarli po kilku dniach.

Najpierw sąd skazał go za groźbę w celu wymuszenia pieniędzy

W tej sprawie już wcześniej na dożywocie skazano Piotra G. Na początku 2019 roku Sąd Najwyższy oddalił kasację obrońcy Piotra G. A decyzja ta oznaczała, że wcześniej wymierzone – przez sądy dwóch instancji – dożywocie jest karą ostateczną.

– O współudział w zabójstwie oskarżono również Mateusza K., a w jego sprawie toczyło się odrębne postępowanie – przekazuje Czułowski. Jednak Sąd Okręgowy w Jeleniej Górze uznał, że K. nie dopuścił się zabójstwa, a jedynie groźby, by wymusić należne mu pieniądze. Miało chodzić – jak wcześniej informowali śledczy – o 150 złotych z zaległej wygranej należącej do jego kolegi.

I za to skazał go na dwa lata więzienia. Taki wyrok nie spodobał się oskarżycielowi publicznemu i rodzinom zmarłych mężczyzn. Od rozstrzygnięcia się odwołano. W apelacji domagano się, by K. uznać za winnego udziału w zabójstwie. Wnioskowano też o wymierzenie mu kary dożywocia.

Wyrok jest, nie ma skazanego

Sprawa trafiła na wokandę Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu. A ten skazał Mateusza K. na 25 lat pozbawienia wolności. Tym samym uwzględnił wnioski prokuratury i oskarżyciela posiłkowego. Wyrok jest prawomocny, choć na razie nie można go wykonać. Jak przekazuje prokuratura aktualne miejsce pobytu mężczyzny nie jest znane. Prawdopodobnie przebywa on za granicą.
Źródło info i foto: tvn24.pl

USA: Ze względu na pandemię koronawirusa przesunięto egzekucję Johna Hummela

W środę miała odbyć się egzekucja Johna Hummela, który zamordował członków swojej rodziny, w tym ciężarną żonę. Sąd w Teksasie w obawie przed koronawirusem przesunął wymierzenie kary o 60 dni. John Hummel, obecnie 44-latek, został skazany w 2011 roku za zabicie żony, córki i teścia. W 2009 roku zaatakował ciężarną żonę nożem, teścia i córkę – kijem bejsbolowym, a po zamordowaniu ich – podpalił dom. Został skazany jednak tylko za zabicie żony i teścia – dowody wskazywały na to, że on odpowiada za śmierć 5-letniej córki, ale nie udało się mu tego ostatecznie udowodnić.

Prokuratura stwierdziła, że Hummel dokonał mordu, by móc spotykać się z zapoznaną przez siebie kobietą. 18 marca miała odbyć się egzekucja mordercy, ale jego adwokat zwrócił się do sądu z wnioskiem, by ją przełożono. Michael Mowla reprezentujący Hummela stwierdził, że przygotowanie egzekucji jego klienta „może przyczynić się do rozprzestrzeniania koronawirusa”.

Agencja AP opisuje, że do wykonania wyroku śmierci potrzebna jest obecność mnóstwa osób, w tym lekarzy czy prokuratury – i właśnie na takich podstawach Mowla oparł wniosek o przesunięcie egzekucji. – „Zebranie tych ludzi w jednym miejscu rodzi zagrożenie przenoszenia koronawirusa, jeśli będzie tam ktoś zakażony” – padło w jego piśmie.

Z tym wnioskiem zgodził się sąd w Teksasie, który przesunął egzekucję o 60 dni.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Toruń: Ofiara księdza pedofila domaga się od diecezji 1 mln złotych

W czwartek ruszył w Sądzie Okręgowym w Toruniu proces cywilny ws. zadośćuczynienia dla ofiary księdza pedofila. Mariusz Milewski domaga się od diecezji toruńskiej 1 mln zł, gdyż był ofiarą molestowania przez ks. Jarosława P. Duchowny został prawomocnie skazany w 2016 r.

W 2016 r. Sąd Rejonowy w Nowym Mieście Lubawskim skazał Jarosława P. za molestowanie małoletniego Milewskiego (zgadza się na podanie swojego nazwiska – red.) w latach 2000-2009 na trzy lata więzienia. Według Milewskiego, wyrok uprawomocnił się w 2107 r., a od 2018 r. ks. Jarosław P. odbywa wyrok. W zeszłym roku Sąd Najwyższy nie uwzględnił kasacji wniesionej przez skazanego.

Proces jest niejawny i toczy się za zamkniętymi drzwiami.

– Mogę potwierdzić rozpoczęcie procesu – powiedział po wyjściu z sali rozpraw pełnomocnik Milewskiego adwokat Laszlo Schlesinger.

Sam Milewski powiedział, że postępowanie zostało odroczone do 5 maja ze względów formalnych.

– Kuria umywa ręce, tak jak to było do tej pory. Jest to dla mnie bardzo stresujące. Myślałem, że Kościół, tak jak to głosi wszem i wobec, będzie kierował się miłosierdziem, ale widać, iż staje on po drugiej stronie chcąc, aby mój stan psychiczny był jeszcze gorszy – podkreślił Milewski.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Były ksiądz prawomocnie skazany za wykorzystywanie seksualne ministranta

2,5 roku w więzieniu ma spędzić były ksiądz z Opolszczyzny. Mężczyzna był oskarżony o to, że przed laty wykorzystał seksualnie jednego z ministrantów. Wyrok jest prawomocny. W maju 2019 roku Mariusz K., były ksiądz z parafii w Jemielnicy na Opolszczyźnie, został skazany na 2,5 roku więzienia. Mężczyzna był oskarżony o molestowanie 13-letniego ministranta, dziś dorosłego już mężczyzny. Do winy się przyznał, ale wyjaśnień składać nie chciał.

Wtedy sąd pierwszej instancji byłemu duchownemu dożywotnio zakazał zajmowania stanowisk i zawodów związanych z edukacją małoletnich. Oprócz tego mężczyzna otrzymał także 10-letni zakaz kontaktowania się z pokrzywdzonym i zakaz zbliżania się do niego na odległość mniejszą niż 150 metrów. Decyzją Sądu Rejonowego w Strzelcach Opolskich miał też zapłacić 50 tysięcy złotych zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonego przez siebie byłego ministranta. Wyrok nie był prawomocny.

„Zaczął się do mnie dobierać”

Ofiara duchownego, 22-letni obecnie Dariusz Kołodziej (jego adwokat Tomasz Płachtej informuje, że jego klient zgadza się na podawanie pełnego imienia i nazwiska), tak relacjonował zachowania ekskapłana: – Przed moimi urodzinami ksiądz Mariusz powiedział, że ma dla mnie niespodziankę, że mnie zabierze gdzieś. Zabrał mnie do spa w Głuchołazach, rozebrał się w środku tam już do naga, nakłaniał mnie, żebym też się rozebrał.

To jednak, jak wynikało z słów mężczyzny, nie był koniec niewłaściwych zachowań K. W trakcie drogi powrotnej ksiądz miał zatrzymać samochód „gdzieś w środku pola”. – Nie minęło 15 minut, a on się zaczął do mnie dobierać – wspominał po latach Kołodziej.

Od wyroku sądu pierwszej instancji odwołały się wszystkie strony. Pełnomocnik Dariusza Kołodzieja kwestionował wysokość zadośćuczynienia. Z kolei oskarżyciel publiczny i obrońca oskarżonego odwoływali się od wysokości kary.

W czwartek sprawą zajął się Sąd Okręgowy w Opolu. Poprzednie rozstrzygnięcie utrzymano w mocy.

„Oskarżony wykazał pełną premedytację”

– Przy działaniu oskarżony wykazał pełną premedytację. To było działanie przemyślane i misterna intryga w celu doprowadzenia tego młodego człowieka do tych czynów. Te osoby dodatkowo były sobie bliskie, ponieważ oskarżony nadużył bardzo zaufania ministranta, jakim poszkodowany darzył księdza – podkreślał, w ustnym uzasadnieniu wyroku, sędzia.

Rozstrzygnięcie komentowała matka ofiary byłego duchownego. – Od dzisiaj może będę spokojniejsza o syna, że będzie mógł spokojniej funkcjonować, spać. Żadna kara nie jest adekwatna do czynu, który popełniono Chciałam mu podziękować za walkę, którą stoczył. Był na każdym procesie. Dzisiaj akurat nie mógł, bo jest na pogrzebie swojego przyjaciela, aby go pożegnać – przyznała Irena Kołodziej.

Mecenas Tomasz Płachtej poinformował, że wystosował wezwanie do zapłaty do kurii. Jednak ta miała odmówić zapłaty. – Wywalczona kwota nie jest kwotą wysoką wobec przestępstwa, jakiego dopuścił się ksiądz, który był odpowiedzialny za opiekę nad ministrantami. Odpowiedzialność spada nie tylko na samego oskarżonego, ale również na instytucję w której pracował, bo to ona była odpowiedzialna za opiekę nad ministrantami, a opieka dobra nie była – stwierdził Płachtej.
Źródło info i foto: tvn24.pl