Zatrzymano kolejne osoby z gangu, który odpowiedzialny jest za napady na placówki bankowe

Policjanci wydziału kryminalnego częstochowskiej komendy zatrzymali kolejne trzy osoby podejrzewane o związek ze sprawą napadów na placówki bankowe. Grupa działała od kilku lat i poza samymi napadami zajmowała się również kradzieżami bankomatów. Jak dotąd, w tej sprawie sąd zastosował cztery areszty oraz dwa dozory policyjne.

O sprawie zatrzymania trzech sprawców, którzy usiłowali skraść pieniądze z jednej z placówek bankowych w Częstochowie informowaliśmy kilka dni temu. Zdarzenie miało miejsce w miniony piątek 26 czerwca br. około godz.14.00 w jednej z placówek bankowych w dzielnicy Północ. Dwaj zamaskowani mężczyźni weszli do banku i przedmiotem przypominającym broń oraz siekierą sterroryzowali kasjera, żądając wydania pieniędzy. Swojego celu nie osiągnęli z uwagi na zdecydowaną postawę pracownika. Uciekli samochodem osobowym, którym kierował trzeci ze sprawców. Policjanci już kilka minut po zdarzeniu zatrzymali sprawców. To mieszkańcy Częstochowy w wieku 32, 34 i 43 lat.

Jak się okazało, to nie jedyne przewinienia zatrzymanych. Policjanci ustalili, że dwóch z nich na początku kwietnia napadło również na inną częstochowską placówkę bankową oraz pocztową. Tam także skradziona została gotówka.

Prokurator przedstawił zatrzymanym zarzuty, a sąd podjął decyzję o tymczasowym aresztowaniu sprawców.

Policjanci z wydziału kryminalnego w toku prowadzonego postępowania ustalili kolejnych mężczyzn związanych ze sprawą. Na wniosek prokuratora, w poniedziałek rano stróże prawa zatrzymali 40-latka z Częstochowy, 30-latka z okolicy tego miasta oraz 30-letniego mieszkańca powiatu kłobuckiego. Zatrzymani usłyszeli zarzut kradzieży i usiłowania kradzieży bankomatu. Dwóch z nich zostało objętych policyjnym dozorem oraz zastosowano poręczenie majątkowe, trzeci natomiast został tymczasowo aresztowany.
Źródło info i foto: Policja.pl

Niemcy: Arabskie klany przestępcze zasłonią się prawem?

– Członkowie klanów przestępczych odruchowo podniosą zarzut dyskryminacji – komentuje wprowadzone niedawno w Berlinie prawo antydyskryminacyjne szefowa tamtejszej policji Barbara Slowik. Jak twierdzi korespondent TVP w Niemczech, prawo „wyrwie zęby” niemieckiej policji.

Zdaniem szefowej berlińskiej policji Barbary Slowik, nowe prawo jest zbyteczne. – Nie sądzę, byśmy go potrzebowali – powiedziała w rozmowie z magazynem „Spiegel”. Jak mówi, policjanci traktują sprawę jako dowód braku zaufania do nich. Ich praca może też stać się znacznie bardzie złożona.

– W każdym razie będzie więcej dyskusji w codziennych w trakcie sytuacji kontrolnych. W przyszłości będziemy musieli udokumentować każdą operację bardziej szczegółowo – powiedziała Slowik.

– Członkowie klanów przestępczych przetestują również prawo i odruchowo podniosą zarzut dyskryminacji – dodała szefowa berlińskiej policji.

„Władze Berlina chcą tutejszej policji wyrwać zęby poprzez wprowadzenie tzw. prawa antydyskryminacyjnego” – skomentował sprawę korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz.

Władze Berlina chcą tutejszej policji wyrwać zęby poprzez wprowadzenie tzw. prawa antydyskryminacyjnego. Szefowa policji przestrzega, że da to przede wszystkim narzędzie do ręki arabskim klanom przestępczym do zwalczania policji pod pozorem dyskryminacji.
Źródło info i foto: TVP.info

Sprawa zaginięcia Madeleine McCann. Przyjaciel podejrzanego, jest przekonany o jego winie

Przyjaciel pedofila przerywa milczenie! Michael Tatschl, który przez osiem miesięcy siedział w więzieniu z głównym podejrzanym w sprawie zaginięcia Madeleine McCann, potwierdza podejrzenia policjantów. – Wiem, że on to zrobił, powinien się przyznać – wyznaje Tatschl w wywiadzie dla „The Telegraph”.

Siedzili razem w więzieniu przez długich osiem miesięcy, a kiedy wyszli na wolność, mieszkali w jednym domu. Przez ten czas Michael Tatschl zdążył doskonale poznać swojego kumpla z więziennej celi, Christiana Bruecknera. Dziś opowiada, że już rok temu był przesłuchiwany przez policję, a teraz udzielił wywiadu „The Telegraph”. – Wiem, że on to zrobił – wyznaje dziś kryminalista, skazywany zresztą za kradzieże, nie za pedofilię. – Mówił o porywaniu dzieci i sprzedawaniu ich do Maroka. Najpierw myślałem, że to żart – dodaje.

– Wszyscy wiedzieli, że to zboczeniec. Cały czas siedział na dark webie. Widziałem też jego kampera, to była droga rzecz, Myślałem najpierw, że kupił go za pieniądze z umowy narkotykowej, ale potem doszedłem do wniosku, że to pieniądze ze Maddie. Powinien się przyznać policji i zamknąć tę całą sprawę – podsumowuje dawny przyjaciel niemieckiego pedofila. Brueckner siedzi teraz w więzieniu w związku z innymi przestępstwami. Utrzymuje, że nie ma nic wspólnego ze zniknięciem Maddie. 4-latka zniknęła z pokoju hotelowego w portugalskim kurorcie w 2007 roku.
Źródło info i foto: se.pl

25 nowych spraw dotyczących molestowania seksualnego w polskim Kościele

25 nowych spraw dotyczących molestowania seksualnego w polskim Kościele skierowali do prawników członkowie inicjatywy „Zranieni w Kościele”. Od roku prowadzą oni telefon zaufania, w którym terapeuci pomagają osobom wykorzystanym seksualnie w pokonaniu przeżywanej traumy. Relacje najprawdopodobniej zaowocują pozwami sądowymi o zadośćuczynienie czy zgłoszeniami do prokuratury.

– Jest jeszcze wiele osób skrzywdzonych, które do dziś z trudem żyją z tą tajemnicą. Dwie najstarsze osoby, które się z nami skontaktowały, miały ponad 80 lat. Jedna z nich, 82-letnia kobieta, opowiedziała o swoich przeżyciach, gdy była nastolatką. Pierwszy raz zdecydowała się powiedzieć komuś o swojej krzywdzie – mówi Wirtualnej Polsce Zbigniew Nosowski, rzecznik Inicjatywy „Zranieni w Kościele” i katolicki publicysta magazynu „Więź”.

Uruchomiony w ubiegłym roku telefon wsparcia dla osób wykorzystanych seksualnie obsłużył ponad 150 połączeń. – Część pokrzywdzonych potrzebuje rady i wsparcia, wskazówek, gdzie uzyskać pomoc psychologa. Dopiero przy kolejnej rozmowie albo nawet po przejściu terapii psychologicznej dochodzą do wniosku, że chcą zgłosić przestępstwo do właściwych instytucji państwowych i kościelnych – dodaje Nosowski.

Efektem działania infolinii było skierowanie 25 spraw do konsultacji z prawnikami. Najprawdopodobniej zakończą się przygotowaniem pozwów sądowych o zadośćuczynienie ofiarom i doniesień do prokuratury.

Właśnie działalność telefonu zaufania była jednym z wątków ostrego sporu pomiędzy biskupem kaliskim Edwardem Janiakiem a prymasem Polski abp. Wojciechem Polakiem. Po skandalu wywołanym przez film „Zabawa w Chowanego” zagrożony odwołaniem biskup Janiak napisał list do innych biskupów. Pisał m.in. o wielkim zamieszaniu i zgorszeniu, jakie wywołały plakaty informujące o działaniu infolinii.

„Abp. Wojciech Polak (…) wydał pieniądze na plakaty, które w odbiorze społecznym zostały źle przyjęte przez wiernych, a na małych parafiach były zgorszeniem” – pisał bp. Edward Janiak.

Jak dowiaduje się WP, w maju plakaty trafiły do wszystkich parafii w Polsce. Jednocześnie abp Polak (jest delegatem Konferencji Episkopatu Polski ds. ochrony dzieci i młodzieży) w liście skierowanym do proboszczów zachęcał do wywieszenia ich w kościołach i poinformowaniu o infolinii w ogłoszeniach duszpasterskich. Plakaty nie zawierały kontrowersyjnych grafik. Na purpurowym tle znajdował się numer 800 280 900 wraz z dopiskiem „telefon wsparcia dla osób dotkniętych przemocą seksualną”.

Jednak Radio Maryja przekonywało: „taka akcja sugeruje, że w każdej polskiej parafii mamy przestępcę”. Jest „uderzeniem w autorytet kapłanów, a ostatecznie ma ludzi zniechęcić do Pana Boga”.

Nowe przypadki przestępstw seksualnych

Jak twierdzą przedstawiciele inicjatywy „Zranieni w Kościele”, uruchomienie telefonu zaufania okazało się niezwykle potrzebne. Około trzech czwartych zgłoszonych przypadków to nowe relacje. Przypomnijmy, że w marcu 2019 roku Episkopat poinformował o 382 duchownych, którzy wykorzystali 625 dzieci. Były to wszystkie zgłoszone od 1 stycznia 1990 r. przypadki wykorzystywania seksualnego małoletnich.

Zdaje się, że to nie koniec sprawy. Chociaż telefon czynny jest tylko we wtorki wieczorem, przez cały rok nie było dyżuru, podczas którego nikt nie zadzwonił.
Źródło info i foto: wp.pl

Czeczeni skazany za terroryzm. Sąd Najwyższy uchylił wyrok

Sąd Najwyższy uchylił w środę wyrok skazujący trójkę Czeczenów za m.in. wspierania terroryzmu i sprawę przekazał do ponownego rozpoznania Sądowi Apelacyjnemu w Białymstoku. Chodzi o głośną sprawę, w której prokuratura zarzuciła Czeczenom działalność w zorganizowanej grupie przestępczej. W jej ramach mieli m.im. gromadzić pieniądze na potrzeby Państwa Islamskiego.

Zarzuty, które usłyszeli Czeczeni, dotyczyły też organizowania i kupowania sprzętu paramilitarnego oraz rekrutowania bojowników na tzw. dżihad w rejonach konfliktu zbrojnego. W akcie oskarżenia pojawił się również wątek leczenia w Polsce Czeczena rannego w walkach w Syrii. Okres, gdy miało się to dziać, to 2014 r.

Czeczeni twierdzili, że pieniądze szły do Iczkerii

Oskarżeni, przez całe postępowanie przygotowawcze, a potem przed sądami pierwszej i drugiej instancji, nie przyznali się. Argumentowali, że co prawda pieniądze były zbierane i zostały przekazane, ale nie na potrzeby IS, lecz na działalność niepodległościową bojowników czeczeńskich walczących o Czeczeńską Republikę Iczkerii.

W sierpniu 2017 roku Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał nieprawomocnie trójkę Czeczenów na kary po dwa lata i miesiąc więzienia; czwartego z oskarżonych uniewinnił. Skazanych uznał za winnych wspierania jednak działań nie IS, lecz tzw. Emiratu Kaukaskiego – prowadzącego działalność o charakterze terrorystycznym na terytorium Rosji – jak zaznaczył sąd w wyroku – „ukierunkowaną na utworzenie na Kaukazie Północnym fundamentalistycznego państwa islamistycznego, opartego na prawie szariatu”.

Apelacje od tego wyroku złożyły obie strony. Prokuratura chciała surowszych kar i skazania zgodnie z aktem oskarżenia, obrona – uniewinnienia całej czwórki Czeczenów. W czerwcu 2018 roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku odwołania wszystkich stron uznał za bezzasadne i utrzymał zarówno wyroki skazujące, jak i uniewinniający.

Sąd Najwyższy przyznał rację obronie

Jesienią 2018 roku kasacje wobec wyroków skazujących złożyła obrona; do SN wpłynęły one na początku lutego 2019 roku. W ocenie adwokatów, sąd odwoławczy w ogóle nie odniósł się do zarzutów apelacyjnych; podnosili też zarzut wyjścia przez sąd poza granice oskarżenia, czyli skazanie trzech Czeczenów za czyny, które nie były objęte zarzutami prokuratury.

W środę SN uwzględnił kasacje w tym zakresie. Uchylił swoim wyrokiem zaskarżone orzeczenie i sprawę przekazał Sądowi Apelacyjnemu w Białymstoku do ponownego rozpoznania w postępowaniu odwoławczym.

Jak poinformował Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego, w ustnych motywach rozstrzygnięcia SN wskazał, że powodem uchylenia był pierwszy z zarzutów kasacyjnych, w którym podniesiono, iż sąd odwoławczy (apelacyjny w Białymstoku) nie dochował obowiązków, które na nim spoczywają, czyli odniesienia się do wszystkich zarzutów, które były podniesione w apelacji.

„To nie jest w 100 proc. satysfakcjonujące rozstrzygnięcie”

SN zwrócił też uwagę, że sprawa badana w postępowaniu odwoławczym była bardzo poważna i skomplikowana, zarówno ze względu na wagę zarzutów, ale też skomplikowaną sytuację na Kaukazie, wymagającą szczególnej wiedzy. Ocenił więc, że w tej sytuacji, wymagała szczególnej staranności nie tylko od sądu pierwszej instancji, ale także, a może nawet przede wszystkim, od sądu odwoławczego.

A ten – jak uzasadniał Sąd Najwyższy – nie odniósł się do bardzo konkretnych tez stawianych w apelacjach przez obrońców, opartych na konkretnych dowodach. Dlatego uchylając wyrok drugiej instancji SN zaznaczył, że w postępowaniu odwoławczym należy rozpoznać wszystkie zarzuty, które w tej sprawie pojawiły się i dopiero wtedy sformułować ostateczną ocenę.

– To nie jest w stu procentach satysfakcjonujące rozstrzygnięcie, bo chcieliśmy pełnego uniewinnienia, ale argumenty SN są przekonujące i uchylenie wyroku jest jak najbardziej słusznym rozwiązaniem – mec. Piotr Iwaniuk, powiedział obrońca w procesie Czeczenów, który był na rozprawie w Sądzie Najwyższym.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Sprawa zaginięcia Maddie McCann. Kim jest Christian Brückner, pedofil z Niemiec?

Według niemieckiej prokuratury to Christian Brückner (43 l.) stoi za porwaniem i zabójstwem 3-letniej Brytyjki Madeleine McCann. Niemieccy śledczy wiedzą już, co zrobił dziewczynce recydywista, gwałciciel i pedofil, ale nie ujawnili na razie tych informacji. Brückner od dawna cieszył się złą sławą. Sąsiedzi bali się go, bo urządzał awantury. Przed znajomymi nie krył, że kierują nim chore żądze, które karzą mu krzywdzić dzieci. Nie szanował kobiet. Co Brückner robił przed i po zniknięciu małej Maddie? Co skłoniło go do tak okrutnych czynów?

Christian Brückner (43 l.), którego prokuratura wskazuje dziś jako podejrzanego o uprowadzenie i zabójstwo Madeleine McCann, przyszedł na świat pod innym nazwiskiem. Urodził się w 1976 roku w Würzburgu. Oddano go do adopcji rodzinie Brücknerów. Nie miał łatwego dzieciństwa. Przybrani rodzice regularnie go bili. W 1992 roku trafił do ośrodka dla trudnej młodzieży. Krótko potem zaczął popełniać pierwsze przestępstwa.

Napadł na sześciolatkę na placu zabaw

Na początku 1993 roku, jako szesnastolatek, Brückner był karany za kradzież i jazdę samochodem bez prawa jazdy. We wrześniu tego samego roku wykorzystał seksualnie 6-latkę na placu zabaw w gminie Würzburg. Kiedy bezbronna dziewczynka zaczęła głośno krzyczeć, napastnik uciekł. Później jednak go namierzono.

W 1994 roku, kiedy Christian Brückner miał 17 lat, po raz pierwszy stanął przed niemieckim sądem za pedofilię. Został uznany za winnego i skazany na dwa lata więzienia. Trzy dni przed procesem obnażał się przed 9-latką. Zanim wyrok się uprawomocnił, Christian wpadł na chytry plan ucieczki z kraju.

17-latek rzucił szkołę, gdzie kształcił się w zawodzie mechanika i razem z ówczesną partnerką postanowił uciec przed odsiadką do Lagos w Portugalii. Wyjazd zakończył się aresztowaniem i ekstradycją do Niemiec w 1999 roku. Po tym, jak częściowo odsiedział wyrok wrócił do Portugalii, gdzie chciał wyemigrować na stałe.

Od przeprowadzki do Praia da Luz do zniknięcia Maddie

Niemieccy śledczy poszukują szczegółowych informacji z okresu pomiędzy 1995 i 2007 rokiem, kiedy Brückner przebywał w Portugalii. Liczą, że nowe informacje od jego dawnych współpracowników, sąsiadów i znajomych pozwolą połączyć poszlaki w jedną całość i skazać go za uprowadzenie i zabójstwo Madeleine McCann.

Wiadomo, że w 1995 roku, po przeprowadzce do portugalskiego kurortu Praia da Luz, Christian Brückner podejmował liczne prace dorywcze, m.in. jako monter i kelner. Szybko rozstał się z kobietą i zaczął wchodzić w kolejne związki. Jak informuje niemiecki dziennik „Bild”, w Portugalii handlował samochodami, które ukradł, a nawet piłkami do golfa, które kradł z pól golfowych. Włamywał się do hoteli i wynosił z nich wartościowe przedmioty.

Zaginięcie Madeleine McCann

2 września 2005 roku Brückner zgwałcił i okradł 72-letnią Amerykańską turystkę w Praia da Luz (za co odsiaduje obecnie wyrok w Kilonii). Niecałe dwa lata później, 3 maja 2007 roku z hotelu w Praia da Luz zniknęła 3-letnia Madeleine, córka Kate i Gerry’ego McCannów. W dniu jej zniknięcia rodzice wyszli na kolację z przyjaciółmi i umówili się, że na zmianę będą wracać do hotelu i sprawdzać, czy u dzieci wszystko w porządku.

W pewnym momencie, kiedy Kate McCann weszła do pokoju, dziecka nie było. Łóżko było puste, a okno otwarte. Niemieccy śledczy są prawie pewni, że Christian Brückner stoi za zniknięciem Maddie. Krótko po tym zdarzeniu przeprowadził się z Portugalii do Niemiec.

Sprawa Maddie McCann. Partnerka znalazła u niego dziecięcą pornografię

W 2008 roku Brückner zamieszkał w Augsburgu. Handlował narkotykami. W celach „biznesowych” podróżował na wyspę Sylt i do Monachium. W 2011 został skazany na 21 miesięcy więzienia za przemyt narkotyków.

Po zakończeniu odsiadki postanowił osiedlić się w Brunszwiku, gdzie zaczął prowadzić kiosk. Poznał tam śliczną i szczupłą 17-letnią Nakscije M. – dziewczynę o albańsko-kosowskim pochodzeniu i urodzie dziecka. To ona w 2013 roku znalazła w jego komputerze dziecięcą pornografię. Kiedy zażądała wyjaśnień, dotkliwie ją pobił. Choć związek zakończył się, dziewczyna regularnie utrzymywała z nim kontakt. Policja podejrzewa, że Christian mówił powiedzieć 25-letniej dziś Nakscije M., co zrobił z Madeleine Mc Cann.

Kolejne przestępstwa

Christian B. nie miał ręki do interesów. Wpadł w długi. Urządzał w kiosku pijackie burdy. Sąsiedzi mieli go dość. W końcu stracił swój biznes w Brunszwiku.

W 2017 roku po raz kolejny został skazany w Niemczech za posiadanie dziecięcej pornografii i wykorzystanie seksualne dziecka. Rok później miał zdradzić znajomemu, że wie, co się stało z Maddie. Krótko potem, prawdopodobnie żeby uniknąć kary za handel narkotykami, uciekł do Włoch. W 2018 roku aresztowano go w Mediolanie. Otrzymał karę więzienia za przestępstwa narkotykowe i gwałt na 72-letniej Amerykance. Obecnie ma 43 lata i odsiaduje wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Dwulatek wypadł z ciągnika i wpadł pod koła. Prokuratura bada, czy nie doszło do nieumyślnego spowodowania śmierci

Policja wyjaśnia okoliczności tragicznej śmierci dwuletniego chłopca, który wypadł z ciągnika podczas prac rolnych na Kaszubach. Prokuratura sprawdza, czy nie doszło do nieumyślnego spowodowania śmierci. Do zdarzenia doszło w Łyśniewie Sierakowickim (powiat kartuski). Szczegółowe okoliczności będą jeszcze wyjaśniane, ale według wstępnych ustaleń funkcjonariuszy, był to nieszczęśliwy wypadek.

Jak wynika z opisu sytuacji przekazanej przez policję, dziecko jeździło z ojcem ciągnikiem po polu. W pewnym momencie drzwi pojazdu uchyliły się i chłopiec wypadł wprost pod koła. Ojciec natychmiast wezwał służby ratunkowe i podjął reanimację. Strażakom i ratownikom medycznym udało się przywrócić czynności życiowe dwulatka, mimo jego bardzo złego stanu.

Dziecko do szpitala wojewódzkiego w Gdańsku zabrał helikopter Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Lekarze walczyli o jego życie, ale niestety w poniedziałek po godz. 13 chłopiec zmarł. Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Kartuzach. Na razie zakwalifikowano sprawę jako nieumyślne spowodowanie śmierci.
Źródło info i foto: tvn24.pl

34-letni Wietnamczyk wyprowadził z naszego kraju 116 mln złotych

„Wielki transfer lewych zysków z Wólki Kosowskiej” – tak „Rzeczpospolita” zatytułowała artykuł o wyprowadzeniu z Polski ponad stu milionów złotych. Mieszkający w Polsce 34-letni Wietnamczyk z polskim obywatelstwem wytransferował głównie do Azji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich 116 mln zł – donosi „Rzeczpospolita”. Według informacji dziennika, były to brudne pieniądze z handlu w podwarszawskim centrum w Wólce Kosowskiej. Do wyprowadzania milionów wykorzystał założoną specjalnie w tym celu firmę.

„Rzeczpospolita” poznała kulisy procederu, który odkryła warszawska prokuratura i CBA.

34-latek odpowiadał za dystrybucję środków, jakie przekazywali mu właściciele trzech wietnamskich spółek. Gotówkę (dolary, euro) partiami transferował z Polski, wykorzystując swoje Biuro Usług Płatniczych. Robił to tak, by ukryć prawdziwego zleceniodawcę i odbiorcę środków.

Wietnamczyk transferował lewe 116 mln zł zaledwie przez kilka miesięcy – gdyby nie wpadł, zapewne robiłby to dalej. Kto za nim stał – o tym powiedzieć śledczym nie chce.
Źródło info i foto: interia.pl

USA: Na policjanta, który udusił George’a Floyda wcześniej było 18 skarg. Opublikowano transkrypcję zgłoszenia

Na policjanta, który w poniedziałek udusił kolanem 46-letniego George’a Floyda składane były skargi. Z 18 tylko dwie zostały rozpatrzone i zakończyły się upomnieniem funkcjonariusza. W czwartek wieczorem policja opublikowała transkrypcję zgłoszenia od obsługi sklepu spożywczego, w którym Floyd miał użyć sfałszowanego czeku. Wynika z niej, że mężczyzna był pijany i nie miał nad sobą kontroli.

W poniedziałek policja z Minneapolis otrzymała zgłoszenie od obsługi sklepu spożywczego, która podejrzewała, że jeden z klientów użył sfałszowanego czeku, aby zapłacić za zakupy. Kiedy funkcjonariusze przyjechali na miejsce zdarzenia, zobaczyli mężczyznę pasującego do opisu podejrzanego i kazali mu wysiąść z samochodu. Według policji stawiał on „fizyczny opór”. Idąc do radiowozu, mężczyzna upadł na ziemię, a jeden z policjantów przygniótł kolanem jego szyję. 46-letni George Floyd przestał oddychać.

Jak podaje CNN, na oficera policji, który udusił Floyda, wcześniej złożono 18 skarg. Na razie nie wiadomo czego dotyczyły, ale jedynie dwie z nich zostały rozpatrzone i skończyły się upomnieniem. Derek Chauvin wraz z trzema towarzyszącymi mu podczas interwencji funkcjonariuszami został zwolniony z pracy.

W czwartek wieczorem policja opublikowała transkrypcję zgłoszenia na numer alarmowy, które doprowadziło do przyjazdu funkcjonariuszy do sklepu spożywczego. Zamieściło ją m.in. CBS News. W czasie rozmowy z dyspozytorem padły słowa o „czarnym, wysokim facecie”, który miał być „strasznie pijany” i „nie mieć nad sobą kontroli”.

Zamieszki po śmierci Floyda

Śmierć George’a Floyda wywołała zamieszki w całym kraju. W Minneapolis setki ludzi zgromadziły się pod posterunkami policji. Niektórzy protestujący przynieśli banery, inni rzucali kamieniami. Policja odpowiedziała m.in. gazem łzawiącym, a gubernator stanu Minnesota, Tim Walz skierował do pomocy oddziały Gwardii Narodowej.

Wcześniej prokurator okręgowy Michael Freeman informując dziennikarzy o tej sprawie, powiedział, że musi zapoznać się ze wszystkimi dowodami przed wniesieniem zarzutów i zaapelował do protestujących, aby byli cierpliwi, bo śledztwo wymaga czasu.

„Błagam ludzi, aby zachowali spokój i pozwolili nam przeprowadzić to dochodzenie. Naszym najwyższym priorytetem jest sprawiedliwość” – powiedziała prokuratorka generalna Erica MacDonald.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Białystok: Prokuratura wyjaśni okoliczności śmierci 5-miesięcznego niemowlęcia

We wtorek rano policjanci otrzymali zgłoszenie o śmierci 5-miesięcznego niemowlęcia w jednym z mieszkań w Białymstoku. Sprawę bada prokuratura. O zdarzeniu policjanci zostali poinformowani we wtorek ok. 9:00 rano. W jednym z mieszkań na osiedlu Zielone Wzgórza w Białymstoku zmarło 5-miesięczne niemowlę. Funkcjonariusze zabezpieczyli materiał dowodowy. Na miejscu pracował także prokurator. Sprawa zostanie przekazana do prokuratury.

Policja nie udziela szczegółowych informacji.
Źródło info i foto: polsatnews.pl