Bydgoszcz: 8-miesięczny Kubuś miał powykręcane rączki i nóżki. Sąsiadka uratowała mu życie

W Walentynkowy wieczór do szpitala w Bydgoszczy (woj. kujawsko-pomorskie) z ciężkimi obrażeniami trafił malutki chłopiec. 8-miesięczny Kubuś miał powykręcane rączki i nóżki. Lekarze doszli do wniosku, że tak rozległe obrażenia nie powstały na skutek wypadku. Dziecko zostało dotkliwie pobite. W sprawie zatrzymano matkę i jej partnera. Jak się okazuje, Kubusia uratowała sąsiadka.

W walentynkowy wieczór do Szpitala Dziecięcego w Bydgoszczy trafił 8-miesięczny Kubuś. Chłopca przywieziono z Mroczy, gdzie mieszka z matką, jej partnerem i 4-letnią siostrzyczką Wiktorią. U chłopca stwierdzono złamanie obu kości podudzia prawej nogi, zwichnięty prawy staw łokciowy, podejrzenie złamania lewej kości promieniowej łokciowej oraz liczne obrzęki.

Matka twierdzi, że Kubuś wypadł z łóżeczka

W nocy z piątku na sobotę lekarze poinformowali policjantów, że nad chłopcem ktoś mógł się znęcać. W związku z tym 15 lutego, funkcjonariusze zatrzymali matkę dziecka. Stało się to, gdy przyjechała ponownie do szpitala. Do wyjaśnienia zatrzymano także 28-letniego Radosława, partnera kobiety.

25-letnia Katarzyna O. twierdzi, że syn wypadł z łóżeczka. Sąsiedzi kobiety uważają, że to niemożliwe. Opisują również awantury i bijatyki w mieszkaniu pary, które były codziennością.

Awantury, wizyty policji i płacz dzieci po nocach

– Policja często tam bywała, dzieciak płakał po nocach, były awantury, kłótnie. Nie ma takiej opcji, żeby ten chłopiec wypadł z łóżeczka. Ten jej konkubent bił ją i dziecko. W piątek słyszałam trzaskanie drzwiami i łomot. Mój mąż myślał że ktoś rąbie drzewo. A to się później okazało, że to tego Kubusia bili – relacjonowała sąsiadka Katarzyna O., pani Sabina.

Katarzyna O. była notowana

Inna prawdopodobnie ocaliła dziecku życie. – Jak zobaczyłam chłopca to powiedziałam, że jak nie pojedzie z nim do szpitala, to zgłoszę to na policję i do opieki społecznej – wyjawiła pani Magdalena. Nie potrafiła znieść widoku nienaturalnie wykręconej rączki dziecka, która jak się potem okazało była złamana.

Sąsiedzi twierdzą, że w tej rodzinie już wcześniej dochodziło do znęcania się nad dziećmi. Katarzyna O. miała ich czworo, ale dwoje z nich została odebrana. Miała krzywdzić własne pociechy przypalając je papierosami.

Życie Kubusia nie jest zagrożone. Jego matka jest znana policji. Była notowana za przestępczość przeciwko mieniu, a także narkotykową.

Matka i jej partner trafili do aresztu

– Matce dziecka został postawiony zarzut znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad ośmiomiesięcznym synkiem Jakubem i 4 letnią córką Wiktorią. Kodeks karny przewiduje za to karę do 10 lat więzienia – powiedział prokurator Piotr Glanc, szef prokuratury rejonowej w Nakle, Piotr Glanc.

Partnerowi Karoliny O. także został postawiony zarzut znęcania się nad dziećmi. Kodeks Karny przewiduje za to karę do 8 lat więzienia. – Zastanawiamy się czy nie wystąpić do sądu o zastosowanie wobec podejrzanych środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztu – dodał prokurator Glanc.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Jest wniosek o areszt poszukiwawczy dla podejrzanego o śmiertelne pobicie zapaśnika Dominika Sikory

Policjanci z Poznania wciąż poszukują Olgierda Michalskiego (42 l.) podejrzanego o pobicie zapaśnika Dominika Sikory († 29 l.) ze skutkiem śmiertelnym. Cały czas trwa procedura uzyskania listu gończego za mężczyzną. Jednym z jej etapów jest wniosek o areszt poszukiwawczy, który właśnie został złożony w poznańskim sądzie.

Wniosek o areszt poszukiwawczy 42-letniego Olgierda Michalskiego trafił w środę 12 lutego do Sądu Rejonowego Poznań-Stare Miasto – informuje portal TVN24. Decyzja w tej sprawie ma zapaść w czwartek i jest niezbędna do wydania listu gończego. Ten jest w tym przypadku niezbędny. Z informacji śledczych wynika, że Olgierd Michalski może przebywać w Szwajcarii, gdzie mieszka jego dziewczyna. Wydanie listu gończego za mężczyzną umożliwi poznańskim policjantom poszukiwania 42-latka za granicą.

– Podstawą wniosku są zarzuty spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, którego następstwem jest śmierć Dominika Sikory. Za ten czyn może mu grozić nawet dożywocie – przekazuje tvn24.pl.

Przypomnijmy, że Olgierd Michalski jest podejrzewany o pobicie zapaśnika Dominika Sikory ze skutkiem śmiertelnym. Do tych tragicznych wydarzeń doszło w nocy z 25 na 26 stycznia. 29-latek bawił się wówczas w jednym z klubów na Starym Rynku w Poznaniu. Gdy wyszedł z lokalu, został zaatakowany i nieprzytomny trafił do szpitala z ciężkimi obrażeniami głowy. Zmarł 31 stycznia.

Zdarzenie zarejestrowały kamery monitoringu. Na nagrani widać, jak Sikora stoi przed klubem z grupką ludzi. W pewnym momencie większy od niego mężczyzna zadaje mu jeden cios w twarz. Dominik upadł na ziemię, uderzając głową w brukowany chodnik. Nikt nie udzielił mu pomocy, gdy leżał nieprzytomny.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zlecił porwanie zza więziennych murów

Do Sądu Okręgowego we Wrocławiu trafił akt oskarżenia w sprawie usiłowania porwania dla okupu – poinformowała we wtorek Prokuratura Krajowa. Uprowadzenie dwóch zakładników zlecić miał przebywający w więzieniu Marcin M. Dolnośląski Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu skierował do Sądu Okręgowego we Wrocławiu akt oskarżenia przeciwko Marcinowi M., Ryszardowi Ł., Andrzejowi W. i Stanisławowi W.

Prokurator zarzucił im popełnienie dwóch zbrodni polegających na usiłowaniu wymuszeń rozbójniczych oraz usiłowaniu wzięcia i przetrzymywania dwojga zakładników, w celu zmuszenia ich do zapłaty okupu w zamian za uwolnienie. Podstawą wszczęcia śledztwa były uzyskane przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji Zarządu w Wrocławiu informacje o planowanym uprowadzeniu mieszkanki Wrocławia. Pomysł miał się zrodzić w jednym z Zakładów Karnych.

Wszyscy oskarżeni byli wielokrotnie karani

– Przesłuchania świadków, liczne przeszukania, zatrzymania rzeczy oraz kontrole operacyjne polegające na utrwalaniu treści rozmów telefonicznych prowadzonych przez osoby planujące porwania, pozwoliły na ustalenie zarówno zleceniodawcy, jak i sprawcy kierowniczego planowanych uprowadzeń. Był nim przebywający w jednym z wrocławskich zakładów karnych 39-letni Marcin M. Trzej pozostali sprawcy przez niego zwerbowani mieli bezpośrednio zająć się porwaniami oraz stosowaniem przemocy wobec zakładników – przekazała we wtorek rzeczniczka prasowa Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.

Jak podała, Marcinowi M. przypisano działanie w ramach tzw. sprawstwa kierowniczego. – Wszyscy oskarżeni byli dotychczas wielokrotnie karani sądownie, a Marcin M. i Ryszard Ł. będą odpowiadać w tej sprawie w warunkach recydywy – poinformowała Ewa Bialik.

„Mieli zastosować wobec ofiar drastyczną przemoc”

Według śledczych, oskarżeni przygotowując się do uprowadzenia pozyskali m.in. lornetki, paralizator, pałkę teleskopową, taśmy, kastet i sekator. – Zgodnie z ustalonym podziałem ról i zadań sprawcy mieli zastosować wobec ofiar drastyczną przemoc polegającą m.in. na przetrzymywaniu, związywaniu i skrępowaniu ofiar, pobiciu ich, spowodowaniu poważnych obrażeń ciała, w tym także poprzez obcięcie im palców przy pomocy sekatora – poinformowała Ewa Bialik.

Dodała, że w ten sposób chcieli zmusić pokrzywdzonych do wydania luksusowych samochodów osobowych, a także pieniędzy, kart płatniczych i złota.

Mężczyźni zostali zatrzymani zanim dokonali przestępstwa. – Ryszard Ł., Andrzej W. i Stanisław W. 1 września 2019 roku przystąpili do realizacji uzgodnionych planów, jednakże działania podjęte przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji skutecznie zapobiegły wymuszeniom rozbójniczym i wzięciu zakładników – przekazała Ewa Bialik.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wnuk Lecha Wałęsy skazany

Dwa lata i osiem miesięcy więzienia – tyle czasu w więzieniu spędzi wnuk Lecha Wałęsy Dominik W. Powód: brawurowa jazda pod wpływem alkoholu. W środę 22-latek może usłyszeć kolejny wyrok. Gdański sąd podtrzymał wyrok sądu pierwszej instancji w sprawie szaleńczego rajdu Dominika W. – donosi „Fakt”. 22-latek spędzi w więzieniu dwa lata i osiem miesięcy. Ma też zapłacić nawiązkę na rzecz jednego poszkodowanych (właściciela zniszczonego auta) w wysokości 2 tys. zł. Wyrok jest prawomocny.

Sprawa sięga 2018 r. Wtedy Dominik W. bez prawa jazdy i po alkoholu wsiadł prowadził auto, przekraczając dozwoloną prędkość. Po drodze zniszczył trzy zaparkowane auta. Podczas zatrzymania szarpał się z policjantami. Grożąc funkcjonariuszom podkreślał, ze jego dziadkiem jest Lech Wałęsa.

Prokuratura odwołując się od tego wyroku, wnioskowała o karę pięciu lat pozbawienia wolności dla Dominika W. oraz nawiązki po 10 tysięcy złotych na rzecz dwóch pokrzywdzonych.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe fakty w sprawie podejrzanych o zabójstwo 20-letniego dostawcy pizzy z Płocka

To wyglądało jak egzekucja z zemsty. Szczegóły morderstwa 20-letniego dostawcy z restauracji w Płocku są szokujące, choć śledczy na razie nie ujawniają szczegółów. – To tylko bydło tak robi. Chociaż chyba nawet bydło by swoich młodych nie zostawiło. Oni się znali. To najgorsze – powiedział reporterce „Wydarzeń” Ryszard, jeden z mieszkańców Płocka.

Mieszkańcy płockiego osiedla Borowiczki są w szoku. To tu trzej koledzy najpierw zwabili 20-letniego Rafała pracującego jako dostawca w pizzerii. Gdy już zjedli pizzę, którą im przywiózł, związali go, wrzucili do bagażnika i wywieźli prawie sto kilometrów na północ. Niedaleko Rypina (woj. kujawsko-pomorskie) został zamordowany. Ciało pogrzebali w lesie koło Okalewa.

– Zakopali go niedaleko przy pomniku i odjechali po łopatę, wapno. Nie wiem, jak tak można zrobić człowiekowi – podkreśliła pracownica lokalnego sklepu.

„Zaplanowali poszczególne etapy”

Sprawcy najprawdopodobniej udusili Rafała przy użyciu linki. Ciało ukryli we wcześniej wykopanym dole. Zasypali ziemią i wapnem.

– Oni się ze sobą umówili i zaplanowali poszczególne etapy. Później realizowali je – poinformowała Iwona Śmigielska-Kowalska z Prokuratury Okręgowej w Płocku.

O zaginięciu brata policję powiadomiła siostra. Zaniepokoił ją fakt, że nie wrócił na noc do domu. Po kilkunastu godzinach podejrzanych zatrzymano.

– 18, 19 i 24-latek usłyszeli zarzut pozbawienia wolności i zabójstwa 20-latka – przekazała mł. asp. Krystyna Kowalska z Komendy Miejskiej Policji w Płocku.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Są nowe ustalenia ws. zaginięcia Iwony Wieczorek

Reporterka TVP Info dotarła do nowych ustaleń w sprawie głośnego zaginięcia Iwony Wieczorek sprzed dziesięciu lat. W programie „Alarm” przedstawiono relację sąsiadów, którzy twierdzą, że w nocy z 16 na 17 lipca 2010 r. słyszeli kłótnię nastolatki ze znajomymi.

Iwona Wieczorek zaginęła w nocy z 16 na 17 stycznia 2010 r. 19-letnia wówczas dziewczyna wyszła z jednego z sopockich klubów, ale nie dotarła do domu. Śledztwo prowadziła Komenda Wojewódzka Policji i Prokuratura Okręgowa w Gdańsku. W trakcie śledztwa przesłuchano 300 świadków i sprawdzano kilkanaście hipotez. W sprawę zaangażowało się też krakowskie „Archiwum X”.

Mimo upływu dziesięciu lat, nadal jednak nie ustalono, co stało się z nastolatką.

Sąsiedzi mieli słyszeć kłótnię

Reporterka TVP dotarła do sąsiadów, którzy twierdzą, że w noc zaginięcia słyszeli kłótnię Iwony Wieczorek ze znajomymi. Policja zgłosiła się po nagranie z monitoringu dopiero po dwóch tygodniach, gdy nagrał się już nowszy materiał.

Dziennikarka rozmawiała też z wychowawczynią nastolatki, która do tej pory nie została przesłuchana. Śledczy zjawili się w szkole dwa lata po zaginięciu Wieczorek.

„Myślę, że Iwona nie mogłaby uciec. Nie miała powodu, by to robić” – powiedziała nauczycielka w rozmowie z TVP.

„Reporterce programu ‚Alarm’ bez problemów udało się dotrzeć do ludzi, do których z opóźnieniem lub wcale nie dotarli śledczy. Być może dlatego nie udało im się wyjaśnić tej sprawy. Do dziś nikt nie rozmawiał z sąsiadami, którzy twierdzą, że słyszeli kłótnię Iwony ze znajomymi” – czytamy na stronie TVP Info.

Matka zaginionej: To potwierdza moją wersję

„Jak policja robiła rozeznania, to nikt nic nie wiedział. Być może rozmawiali z innymi osobami, albo wówczas ludzie bali się o tym mówić. Te ustalenia potwierdzają jednak moją wersję, że Iwona była pod domem i to właśnie tutaj wydarzyła się tragedia. Pozostaje tylko pytanie, co się później z nią stało” -komentuje ustalenia TVP w rozmowie z „Faktem” Iwona Kinda, matka Iwony zaginionej.

Kobieta zarzuca policji, że popełniono wiele błędów w śledztwie. „Mam wielkie zastrzeżenia do pracy policji” – mówi.
Źródło info i foto: interia.pl

Policjanci skazani ws. śmierci Igora Stachowiaka oskarżają swojego kolegę o niezgodne z regulaminem wykorzystanie paralizatora

Byli funkcjonariusze oskarżają swojego kolegę o niezgodne z regulaminem wykorzystanie paralizatora wobec zatrzymanego Igora Stachowiaka. 25-letni mężczyzna po przesłuchaniu zmarł na komisariacie we Wrocławiu. Policjanci, którzy byli obecni podczas jego przesłuchania, zostali skazani na kary pozbawienia wolności. Dziennikarz Polsat News Piotr Kaszuwara dotarł do trzech z czterech byłych policjantów skazanych w procesie dotyczącym śmierci Igora Stachowiaka. Jest to pierwsza rozmowa z oskarżonymi w tej sprawie.

Trzech byłych policjantów oskarża swojego kolegę w sprawie śmierci Igora Stachowiaka

Trzech z czterech skazanych w sprawie mężczyzn zgodziło się opowiedzieć o okolicznościach przesłuchania Igora Stachowiaka. Dodatkowo byli policjanci oskarżyli swojego kolegę Łukasza R. o przekroczenie uprawnień, a zwłaszcza o nieregulaminowe wykorzystanie paralizatora.

Oskarżony Paweł P. przyznał, że po wydarzeniach na wrocławskim komisariacie musiał korzystać z pomocy psychiatry, wyprowadził się z rodzinnej miejscowości, a później nie wychodził z domu. – Nagonka na mnie zaczęła się jeszcze tego samego dnia, kiedy zmarł Igor Stachowiak. Z zawodu jestem ratownikiem medycznym, więc ze śmiercią ludzi często spotykałem się w poprzedniej pracy. W tym przypadku było inaczej, ponieważ usiłowałem ratować ludzkie życie, a społeczeństwo uznało mnie za mordercę – powiedział były policjant. Paweł P. był tym funkcjonariuszem, który po przesłuchaniu przystąpił do reanimacji Igora Stachowiaka.

– Boję się tego więzienia. Tak samo uważam, że to jest niezasadne. Na pewno stała się tragedia, bo zginął człowiek i sam to do dziś przeżywam. Pamiętam do dziś jego reanimację. (…) Dalej się zastanawiam, dlaczego ten mężczyzna stracił przytomność i później jej nie odzyskał – mówił drugi z osadzonych w rozmowie z Polsat News.

W najbliższych dniach w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu ma odbyć się pierwsza sprawa odwoławcza od wyroku w sprawie śmierci Igora Stachowiaka. W ubiegłym roku czterej policjanci zostali uznani za winnych przekroczenia uprawień, niezgodne z zasadami użycie paralizatora oraz torturowanie 25-letniego mężczyzny. Zostali skazani na kary od 2 do 2,5 lat bezwzględnego więzienia.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Okaleczone zwłoki odnalezione w Miłosławiu. Syn zamordował ojca?

W poniedziałek w Miłosławiu (Wielkopolskie) ujawniono zwłoki mężczyzny. Według nieoficjalnych informacji, mężczyzna został zamordowany. Lokalne media podają, że 60-latek zginął od ciosu nożem, który miał mu zadać syn. Zwłoki mężczyzny zostały znaleziono w poniedziałek w jednym z domów w Miłosławiu (wielkopolskie). Na miejscu prowadzone były czynności śledcze.

Prokuratura ze względu na dobro postępowania bliższe informacje o sprawie przekaże najwcześniej w środę.

„W tej chwili mogę powiedzieć jedynie, że w poniedziałek w godzinach rannych w Miłosławiu zostały ujawnione zwłoki, które miały obrażenia zadane narzędziem ostrym, prawdopodobnie nożem. Obrażenia znajdowały się na szyi i klatce piersiowej. W tej sprawie została zatrzymana jedna osoba, która na razie ma status podejrzewanego” – RZECZNIK PRASOWY PROKURATURY OKRĘGOWEJ W POZNANIU MICHAŁ SMĘTKOWSKI

Dopiero po przeprowadzonej sekcji zwłok, prokurator prowadzący sprawę podejmie decyzję o ewentualnym przedstawieniu zarzutów zatrzymanej osobie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Słowacja: Ruszył proces zabójców Jana Kuciaka

W Pezinoku koło Bratysławy rozpoczęła się główna rozprawa w sprawie zabójstwa dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej. Na ławie oskarżonych zasiadają cztery osoby. Zaplanowano 9 dni procesowych, ale zdaniem mediów proces będzie trwał dłużej. Na początku odczytany zostanie akt oskarżenia czwórki oskarżonych. Jeżeli sąd uzna, że prokuratura przedstawiła wystarczające dowody winy, oskarżonym grożą kary 25 lat więzienia lub dożywocie.

Wśród oskarżonych jest przedsiębiorca Marian Koczner, który według prokuratury zlecił zabójstwo Kuciaka. Zastrzelona została również jego narzeczona Martina Kusznirova. Kuciak w swoich artykułach zajmował się m.in. działaniami biznesowymi Kocznera.

Zlecenie zamordowanie dziennikarza miała przekazać innemu pośrednikowi, Zoltanowi Andrusko, znajoma Kocznera – oskarżona Alena Zsuzsova. Według prokuratury Andrusko wynajął byłego policjanta Tomasza Szabo, który już wcześniej współpracował z byłym wojskowym Miroslavem Marczekiem. Początkowo śledczy twierdzili, że zabójcą Kuciaka i Kusznirovej jest Szabo, ale ostatecznie do morderstwa przyznał się Marczek, wcześniej uznawany za kierowcę byłego policjanta. Pod koniec 2019 r. sąd zatwierdził umowę prokuratury z Andruską, który ma spędzić w więzieniu 15 lat. Początkowo prokuratura ustaliła z nim karę 10 lat więzienia, ale sąd uznał ją za niesprawiedliwą.

Rozprawa, której towarzyszą nadzwyczajne środki bezpieczeństwa, toczy się przed sądem zajmującym się najważniejszymi przypadkami kryminalnymi, korupcji, przestępczości zorganizowanej, a także ewentualnymi przestępstwami najwyższych przedstawicieli państwa.

Jan Kuciak i jego narzeczona zginęli w lutym 2018 roku w miejscowości Velka Macza, w pobliżu Trnawy na zachodzie Słowacji. Zbrodnia wywołała w kraju falę demonstracji i doprowadziła do kryzysu politycznego, w wyniku którego upadł rząd premiera Roberta Fico. Na stanowisku premiera zastąpił go należący do tego samego ugrupowania SMER-Socjaldemokracja (SMER-SD) Peter Pellegrini.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Afera dotycząca molestowania seksualnego. Policja w mieszkaniu dyrektora Teatru Bagatela

Dyrektor krakowskiego Teatru Bagatela Henryk Jacek Schoen został zatrzymany. Materiał dowodowy ma obejmować molestowanie, mobbing i przekroczenie uprawnień – podaje RMF FM. Jak informuje rozgłośnia, ta decyzja może oznaczać przełom w sprawie.

Pod koniec października pracownice Teatru Bagatela poinformowały prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego o tym, że dyrektor placówki miał się wobec nich zachowywać niestosownie. Majchrowski złożył wówczas zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa nadużycia zależności służbowej. Prezydent złożył też wniosek o zawieszenie dyrektora.

Z czasem coraz więcej kobiet oskarżało dyrektora Teatru Bagatela o molestowanie seksualne i zastraszanie. – To był język w uchu, przyciskanie, dotykanie, telefony, mówienie, co będzie ze mną robił – zdradziła reporterce Polsat News Alina Kamińska, aktorka Teatru Bagatela.

Dyrektor wszystkiemu zaprzeczał, ale ostatecznie zdecydował się pójść na urlop.
Źródło info i foto: polsatnews.pl