Zakopał ofiarę w lesie. 34-latek zatrzymany

Ofiara zginęła najprawdopodobniej w noc sylwestrową od ciosu nożem, a zwinięte w dywan zwłoki zakopano w lesie w Aninie. Mężczyzna przez kilka tygodni uznawany był za zaginionego. Policjanci ze stołecznego „terroru” zatrzymali 34-latka. Jest podejrzany o zabójstwo.

„Nasz drogi Daro zaginął 31 grudnia. Od tego czasu nie kontaktował się z nikim, jego telefon i wszystkie komunikatory milczą” – poinformowała rodzina Dariusza K. na początku stycznia w mediach społecznościowych. Utworzono zbiórkę pieniędzy na opłacenie usług prywatnego detektywa. Ustalono, że ostatniego dnia grudnia około godz. 6 rano 34-letni Dariusz widziany był na ulicy Marymonckiej

W odwecie dźgnął go w szyję

Wieczór przed zaginięciem Dariusz K. spędził w towarzystwie swojej przyjaciółki Moniki w jej mieszkaniu przy ul. Marymonckiej. W spotkaniu brał udział także 34-letni Tomasz B. i 38-letni Paweł Z. Kobieta wyprosiła gości około północy, skąd mężczyźni skierowali się do mieszkania Pawła Z., przy tej samej ulicy i tam pili alkohol. O tym, co działo się dalej, śledczy wiedzą z relacji B. i Z., zatrzymanych w połowie lutego przez funkcjonariuszy Wydziału Terroru Kryminalnego i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji. Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Okręgowa w Warszawie.

Z materiałów, do których dotarła PAP, wynika, że nad ranem Paweł Z. zasnął. Wtedy między Dariuszem K. i Tomaszem B. doszło do sprzeczki na tle obyczajowym, w wyniku której Tomasz B. zaczął okładać pięściami kolegę. Z relacji B. wynika, że podczas awantury Dariusz K. miał rzucić się na niego z nożem w dłoni, jednak silniejszy od rywala B. wyrwał mu ostre narzędzie i w odwecie dźgnął go w szyję. Cios okazał się być śmiertelny.

34-latkowi pomagał Paweł Z.

Odgłosy awantury zbudziły gospodarza, który zastał leżące w kałuży krwi zwłoki Dariusza K. i Tomasza B. siedzącego obok. Mężczyźni – jak twierdzą – byli w szoku i dalej spożywali alkohol. Nie wiadomo dokładnie, którego dnia po zabójstwie postanowili zawinąć zwłoki w dywan, który szczelnie owinęli folią malarską. Paweł Z. miał wszystko w domu, bo planował remont.

Śledczym udało się potwierdzić, że 4 stycznia 2021 roku Tomasz B. kupił samochód kombi volvo V70. Pożyczył też od znajomego łopatę, wyjaśniając, że planuje zakopać zwłoki psa. Kupionym na potrzeby przestępstwa autem wywiózł Pawłem Z. zwłoki w okolice Międzylesia. Zakopali je w dole o głębokości około 80 cm.

Volvo zostało natychmiast sprzedane na złom, pod pretekstem nieodwracalnych uszkodzeń. Ale tego dowodu nie pochłonął żar hutniczego pieca. Kupujący volvo uznał, że usterka została spowodowana celowo, naprawił pojazd i sprzedał. Auto zostało zabezpieczone na potrzeby prokuratorskiego śledztwa, poddano je oględzinom i pobrano próbki do badań.

Sprzedał mieszkanie i planował wyjazd

O podejrzeniu, że poszukiwany od grudnia Dawid K. nie żyje, poinformował policję i prokuraturę prywatny detektyw, wynajęty przez krewnych ofiary.

Śledztwo zostało wszczęte 9 lutego. Policjanci z „terroru”, których od razu zaangażowano w sprawę, ustalili, że Tomasz B. sprzedał swoje mieszkanie za 210 tysięcy złotych i planuje wyjechać za granicę. 34-latek został zatrzymany 12 lutego, gdy wychodził od notariusza. Pieniądze, które otrzymał za sprzedaż mieszkania, zostały zabezpieczone na potrzeby śledztwa. Pawła Z. policjanci zatrzymali następnego dnia.

– Prokurator przedstawił Tomaszowi B. zarzut zabójstwa, a Pawłowi Z. zarzuty pomocnictwa w zacieraniu śladów przestępstwa i w ukryciu zwłok oraz niepowiadomienia organów ścigania o zbrodni zabójstwa. Mężczyźni przyznali się do zarzucanych im czynów i złożyli wyjaśnienia, których treść będzie weryfikowana w dalszym toku śledztwa. Obaj podejrzani na wniosek prokuratora zostali tymczasowo aresztowani przez sąd na okres trzech miesięcy – podała prok. Aleksandra Skrzyniarz z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

„Sprawdził się najgorszy scenariusz”

Jak podaje KSP, miejsce ukrycia zwłok wskazał B. W trakcie tzw. wizji lokalnej to samo miejsce pokazał także Paweł Z. Obok zakopanego ciała Dariusza K. był także jego plecak z rzeczami osobistymi oraz nóż, prawdopodobne narzędzie zbrodni.

„Z przykrością informujemy iż najgorszy scenariusz się sprawdził i Darka już nie ma z nami. Doszło do zbrodni. Sprawcy tego okropnego czynu są już w rękach policji i poniosą za to karę” – napisali w połowie lutego bliscy ofiary na stronie internetowej, na której można było wpłacać pieniądze potrzebne na opłacenie prywatnego detektywa.

Podejrzanym grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: interia.pl

Kulisy działania Państwowej Komisji do spraw Pedofilii

Siedziba w 30-piętrowym biurowcu w centrum Warszawy, podwyższone przez prezydenta zarobki, status na równi z wiceministrami – w takich warunkach, według ustaleń „Gazety Wyborczej”, mają pracować członkowie Państwowej Komisji do spraw Pedofilii. Informatorzy dziennika twierdzą, że „instytucja jest sparaliżowana”, a osobą, która „faktycznie rządzi” w komisji jest zastępczyni przewodniczącego Barbara Chrobak, która ma wprowadzać tam „atmosferę terroru”.

Komisja do spraw pedofilii utworzona została na mocy ustawy, która weszła w życie we wrześniu 2019 roku. Jej powstanie zapowiadał wcześniej premier Mateusz Morawiecki po emisji filmu braci Tomasza i Marka Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Członkowie komisji złożyli ślubowanie w lipcu 2020 roku. W skład komisji wchodzi siedmiu członków reprezentujących: Sejm, Senat, prezydenta, premiera i Rzecznika Praw Dziecka. W grudniu przewodniczący Błażej Kmieciak informował, że do tamtego czasu komisja skierowała do prokuratury 20 spraw dotyczących przestępstw pedofilii.

W ostatnim czasie komisja prowadziła postępowanie w sprawie księdza Andrzeja Dymera. Jednak 17 lutego je zakończyła w związku ze śmiercią kapłana. Był on oskarżany o wykorzystywanie seksualne nieletnich. Szczecińscy biskupi mieli wiedzieć o jego czynach już w połowie lat 90. ubiegłego wieku.

Podwyższenie zarobków członkom komisji

Wtorkowa „Gazeta Wyborcza” pisze o warunkach pracy, a także o zarobkach członków tej komisji. Donosi, że 3 grudnia 2020 roku Błażej Kmieciak zwrócił się do prezydenta, by ten „uwzględnił członków komisji w zmianach ustawy dotyczącej wynagrodzeń osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe”. Miał to tłumaczyć tym, że, „członkom komisji został przypisany status osób na równi z sekretarzami stanu”, czyli wiceministrami.

„30 grudnia Duda wydał rozporządzenie włączające komisję do grupy płac przysługujących sekretarzom stanu. Teraz każdy z nich zarabia 12 650 zł. Plus dodatki funkcyjne. Jak wysokie? Tego nie wiadomo. Do tego dochodzą mieszkania służbowe (dla osób spoza Warszawy) oraz służbowe samochody – jeden z nich każdego dnia dowozi przewodniczącego do domu, 110 km od Warszawy. Drugi jest do wyłącznej dyspozycji „minister Chrobak”, która – jak podają nasze źródła – specjalnie w tym celu zmieniła wewnętrzny regulamin” – informuje dalej dziennik. Wspomniana Barbara Chrobak to zastępczyni Kmieciaka na stanowisku przewodniczącego komisji. „Wyborcza” zauważa, że Chrobak w minionej kadencji Sejmu była posłanką Kukiz’15, a w 2020 roku przystąpiła do Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

„Koszt wynajmu luksusowej siedziby może więc sięgać 1,5 mln zł rocznie”

Gazeta opisuje również szczegółowo warunki, w jakich pracuje komisja. „Siedziba komisji zajmuje 12. piętro w Spektrum Tower przy ul. Twardej 18. To 30-piętrowy biurowiec w centrum stolicy z panoramicznymi windami i pięciokondygnacyjnym garażem podziemnym. Miesięczny czynsz wynosi tu ok. 25 euro za metr kwadratowy” – czytamy.

„Powierzchnia piętra to ok. 850 m kw., więc czynsz może dochodzić do 80 tys. zł miesięcznie. Za garaż płaci się 185 euro od stanowiska. Koszt wynajmu luksusowej siedziby może więc sięgać 1,5 mln zł rocznie” – wylicza dalej dziennik.

W komentarzu pisze o „Bizancjum w komisji do spraw pedofilii”.

Posłowie niewpuszczeni na kontrolę

W piątek posłowie Koalicji Obywatelskiej Kamila Gasiuk-Pihowicz, Katarzyna Piekarska i Dariusz Joński nie zostali wpuszczeni do siedziby komisji do spraw pedofilii, gdzie mieli zamiar przeprowadzić kontrolę poselską. Nie została udostępniona im dokumentacja.

„Ta komisja ma budżet rzędu 12 milionów złotych rocznie. Chcieliśmy wiedzieć, co robi za te pieniądze. Usłyszeliśmy, że komisja jest niezależna i nie możemy wejść. Tłumaczyliśmy, że jest niezależna w działaniach i decyzjach, ale jako urząd powołany przez Sejm musi podlegać kontroli” – mówił cytowany przez „Wyborczą” poseł Joński.

„Jeśli chcą zobaczyć dokumenty, to ja się nie zgadzam”

Do sprawy przewodniczący Błażej Kmieciak odniósł się w piątek w programie „Sprawdzam” w TVN24. Jak podkreślił, komisja nie jest „instytucją rządową”. – Nie jesteśmy ministerstwem do spraw pedofilii, nie jesteśmy też organizacją samorządową ani spółką Skarbu Państwa. Jesteśmy niezależnym od innych organów organem państwowym, który w sprawach postępowań wyjaśniających jest de facto quasi-sądem – mówił.

Kmieciak zapewnił jednocześnie, że „jeżeli jakikolwiek poseł i senator, bez względu na barwy polityczne, chce porozmawiać na temat wsparcia ofiar albo tego, jak pomagamy osobom skrzywdzonym, to nie ma najmniejszego problemu”.

Przewodniczący komisji odniósł się też do zapowiedzi posłów, że we wtorek ponownie będą próbowali przeprowadzić kontrolę poselską.

– Jeśli chcą zobaczyć dokumenty, to ja się na to nie zgadzam. Nie dlatego, że jestem taki zły, niedobry, (…) chcę chronić ludzi, którzy nam zaufali. Te ponad 100 spraw, które prowadzimy, dotyczy najbardziej intymnych kwestii i show polityczny, który chce zrobić taki czy inny polityk, nie robi na mnie wrażenia, bo nie jesteśmy powołani dla polityków, tylko dla tych, którzy cierpią – mówił dalej Kmieciak.

Instytucja „sparaliżowana”
W dalszej części artykułu „Wyborcza” informuje, że „kilka dni temu” do jej redakcji zgłosiły się osoby, które pracują w komisji.

„Ich zdaniem ‚instytucja jest sparaliżowana’, a osobą, która w komisji ‚naprawdę rządzi’, jest Barbara Chrobak. Nazywana ‚panią minister’ była posłanka Kukiz’15 jest jedną z bardziej znaczących postaci w układzie, który stworzył w prokuraturze duet Ziobro & Święczkowski” – pisze gazeta, powołując się na swoich rozmówców z komisji.

„Atmosfera terroru”

Następnie dziennik przytacza jej zawodowy życiorys.

„Karierę zaczynała jako urzędniczka w strukturach katowickiej prokuratury apelacyjnej, gdzie poznała Święczkowskiego. Jest wiceszefową Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury Rzeczypospolitej Polskiej, organizacji zrzeszającej prokuratorów oddanych obecnej władzy. Należący do tego związku prowadzą najważniejsze dla władzy śledztwa. Mogą liczyć na awanse i nagrody. Według naszych rozmówców z komisji Barbara Chrobak wprowadziła na Twardej ‚atmosferę terroru” – relacjonuje dalej „Wyborcza”.

Gazeta, prezentując te informacje, powołuje się na anonimową notatkę złożoną w redakcji przez informatorów.

Twierdzą, że „w tej chwili nie ma 80 proc. Biura Administracyjno-Finansowego (są na zwolnieniach lub złożyli wypowiedzenia)”.

„Pracownicy urzędu są mobbingowani, nie mogą rozmawiać między sobą, muszą ubierać się, jak Komisja sobie życzy, nie można razem jeść, śmiać się. Zakaz komunikowania się podczas posiłków nawet w pomieszczeniach do tego przeznaczonych” – przytacza dalej treść notatki.

„Osobiście ingeruje w zakupy sprzętu”

W innym miejscu informatorzy opisują, że „Pani Chrobak odesłała do domu pracownicę sekretariatu, żądając, by ta przebrała się w inne ubranie”. Pracownicy zrobiono zdjęcia pokazujące, jak jest ubrana.

„Wyborcza” pisze, że „zdaniem rozmówców z komisji ‚pani minister’ osobiście ingeruje w zakupy sprzętu, domagając się lepszych mebli oraz telefonów Apple’a zamiast samsungów dostarczonych przez administrację rządową”. „Ma też nadużywać samochodu komisji” – czytamy.

„Pani Barbara Chrobak użytkuje samochód służbowy do celów prywatnych. Przebieg 2 tys. km tygodniowo. Pani Chrobak kazała wozić się do domu pod Wrocławiem i z powrotem, mimo że ma w Warszawie mieszkanie służbowe zapewnione przez KPRM. W celu dowolnego korzystania z samochodu służbowego zmieniła par. 8 pkt. 3 regulaminu Komisji” – piszą informatorzy, dodając kopię zmienionego regulaminu.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Zatrzymano podejrzanego o zabójstwo w Ząbkach

– Mężczyznę podejrzanego o dokonanie zabójstwa w Ząbkach zatrzymali w piątek policjanci z Wydziału Terroru Kryminalnego i Zabójstw KSP. Był on wcześniej karany za przestępstwa przeciwko zdrowiu i życiu. Jego ofiarą – zdaniem śledczych – padł 67-letni właściciel warzywniaka.

Do ataku na właściciela sklepu doszło 10 stycznia przy ul. Powstańców w podwarszawskich Ząbkach. Brutalnie pobity 67-latek w wyniku odniesionych obrażeń zmarł w szpitalu. Przesłuchanie zatrzymanego rozpoczęło się w piątek po godz. 17. Z ustaleń PAP wynika, że prokurator z Prokuratury Rejonowej w Wołominie zarzucił mężczyźnie dokonanie zabójstwa poprzez „zadanie ciosów nieustalonym przedmiotem”.

Wchodził w konflikt z prawem

Mężczyzna ten wchodził wcześniej w konflikt z prawem, był wielokrotnie karany m.in. za przestępstwa przeciwko zdrowiu i życiu. Do wytypowania sprawcy miały przyczynić się nagrania z monitoringu w pobliżu miejsca zbrodni, a także materiał biologiczny, jaki zostawił podejrzany.

Portal wyborcza.pl podał, że „poszukiwanie podejrzanego o zabójstwo w warzywniaku w Ząbkach trwało 12 dni”. „Jeden ze świadków, który przejeżdżał obok sklepu autem, widział, jak do warzywniaka przy ul. Powstańców w Ząbkach wchodzi mężczyzna, a po chwili między nim a właścicielem dochodzi do szarpaniny. Świadek zatrzymał auto, wysiadł i podszedł do drzwi sklepu, w ten sposób spłoszył napastnika, który uciekł tylnymi drzwiami”. Według ustaleń portalu, lokalna społeczność zarzuca policji błędy w zabezpieczaniu śladów na miejscu zbrodni.

Nie przyznał się do winy

Podejrzany o dokonanie zabójstwa w Ząbkach, nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Prokuratura Rejonowa w Wołominie będzie wnioskowała do sądu o zastosowanie wobec sprawcy tymczasowego aresztu – dowiedziała się PAP. Za zabójstwo grozi mu dożywotnie pozbawienie wolności.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Tadeusz Rydzyk mówił o bp. Janiaku. Teraz tłumaczy

Media, dziennikarze, jeżeli chcą rzeczywiście służyć człowiekowi, muszą głosić prawdę – prawdę w miłości i miłość w prawdzie; prawda bez miłości jest terrorem – mówi we wtorkowej rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dyrektor Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk.

O. Rydzyk w wywiadzie dla „ND” odniósł się do swoich słów wypowiedzianych w weekend podczas uroczystości 29. rocznicy powstania Radia Maryja. Redemptorysta mówiąc o byłym biskupie diecezji kaliskiej Edwardzie Janiaku, pod którego adresem wysuwane są zarzuty dot. ukrywania przestępstw seksualnych podległych mu księży, powiedział: „to jest współczesny męczennik. Media to zrobiły”. Natomiast sprawę nadużyć ze strony kapłanów skomentował: – To, że ksiądz zgrzeszył? No zgrzeszył. A kto nie ma pokus?.

Pytany o tę wypowiedź o. Rydzyk stwierdził, że „media, dziennikarze, jeżeli chcą rzeczywiście służyć człowiekowi, muszą głosić prawdę – prawdę w miłości i miłość w prawdzie”. – Prawda bez miłości jest terrorem. Miłość bez prawdy może być sentymentalizmem i naiwnością – powiedział.

 Zaznaczył, że „w takich wystąpieniach spontanicznych, można czegoś nie dopowiedzieć”. – Nie wolno wyrywać niczego z kontekstu nawet z kontekstu sytuacji, atmosfery – dodał.

„Zawsze był życzliwy dla Radia Maryja”

Pytany, czy impulsem do słów o męczeństwie ks. bp Edwarda Janiaka była wiadomość, jaką od niego otrzymał, odparł, że „ksiądz biskup napisał SMS-a, że jest z nami duchowo”. „Zawsze był życzliwy dla Radia Maryja. Wiem, że ksiądz biskup zmaga się z rakiem, tym bardziej trzeba mieć życzliwość dla człowieka w tym stanie. Żal mi każdego człowieka, który cierpi” – powiedział redemptorysta.

I dodał: „ksiądz biskup Janiak jest męczennikiem mediów”. – Zobaczyłem, co media, te filmidła z nim zrobiły. Obrazem, słowem można podnieść człowieka na duchu, ale można i zabić. Pamiętam, jak zabito ks. Mirosława Drozdka, gdy w prasie lokalnej posądzili go o współpracę z siłami komunistycznymi. Jak on to strasznie przeżył, jak szybko z tych stresów chwycił go rak. Jeżeli oszczerstwa padają w małym gronie, one bardzo bolą, a co dopiero, jeżeli to na świat. I dlatego mówiłem o męczeństwie – tłumaczył o. Rydzyk.

Jak mówił, „ludzie mediów nie są od ferowania wyroków, od wyroków są sądy, jest prawo, które musi być zgodne z prawem naturalnym, z prawem Bożym”. – Widzę, że nawet katolicy idą do mediów, wygadują na ludzi Kościoła, często widać nienawiść. To jest nieludzkie – ocenił duchowny.

„Grzech jest wszędzie”

Stwierdził też, że „trzeba widzieć grzech, błąd, ale tego, który upadł, nie zabijać”. – Trzeba go podnieść. Grzech jest wszędzie, również wśród ludzi Kościoła – przyznał.

Zdaniem o. Rydzyka „nie tylko ks. bp Edward Janiak jest męczennikiem, ale bardzo wielu biskupów, kapłanów, ludzi świeckich, ludzi zatroskanych o drugiego człowieka, o Ojczyznę”. – Jaki jest u nas dialog między partiami, między politykami? Wykorzystuje się media, zwłaszcza telewizję, internet, do szerzenia nienawiści. Nie ma merytorycznej rozmowy, suaviter in modo, fortiter in re – delikatnie w formie, stanowczo w rzeczy – mówił o. Rydzyk.

– Ma być siła argumentu, argument dobra, prawdy, a nie argument siły, przemocy: ja mam władzę, mam media, mogę cię zmiażdżyć, zrobię o tobie film, zmontuje i rzucę na świat. Tak zabija się człowieka, zabija się dobro, zabija się całe wspólnoty, zabija się ojczyznę. Tak chce się zabić Kościół – uważa redemptorysta.

„Trzeba pokazać, ile dobra czyni Kościół”

W wywiadzie z dziennikiem o. Rydzyk zaznaczył jednocześnie, że „jeśli ktoś popełni przestępstwo, musi ponieść konsekwencje, zwłaszcza jeżeli wyrządził krzywdę dziecku”. – Ale trzeba też powiedzieć, że te grzechy są nie tylko w Kościele. Jeżeli byśmy porównywali, to wśród skazanych w sądach powszechnych w Polsce za nadużycia wobec nieletnich ludzie Kościoła stanowią 0,3 proc. Ale to nie znaczy, że stosujemy wobec siebie taryfę ulgową – podkreślił.

– Te rzeczy trzeba szybko załatwić, winni muszą ponieść konsekwencje, przestępstwo jest przestępstwem. Ale równocześnie trzeba pokazać, ile dobra czyni Kościół – dodał dyrektor Radia Maryja.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nowe informacje dotyczące ataku nożownika w Londynie

W Londynie w dzielnicy Streatham doszło do ataku nożownika. Napastnik ranił dwie osoby – podaje londyńska policja. Trzecia osoba doznała lekkich obrażeń, które prawdopodobnie zostały spowodowane przez szkło. Mężczyzna został zastrzelony przez funkcjonariuszy. W Londynie policjanci zastrzelili mężczyznę, który zaatakował nożem ludzi w dzielnicy Streatham na południu miasta. Do wydarzenia doszło po godzinie 14 lokalnego czasu (czyli godzinę później czasu polskiego).

Atak nożownika w Londynie. Policja: zdarzenie powiązane z terrorem

Napastnik zranił dwie osoby – podała policja w oficjalnym oświadczeniu. Służby poinformowały także, że incydent został uznany za „związany z terroryzmem”. Wcześniej na Twitterze policja poinformowała, że jedna osoba jest w szpitalu w stanie zagrażającym życiu. – Jesteśmy w trakcie informowania jej rodziny – podawali funkcjonariusze.

Druga poszkodowana osoba została opatrzona z powodu niewielkich obrażeń na miejscu zdarzenia, a następnie przetransportowana do szpitala. Trzecia osoba poszkodowana także trafiła do szpitala. – Ich stan nie zagraża życiu – informowała policja kilka godzin po wydarzeniu.

Miejsce wydarzenia, jak wcześniej informowała londyńska policja, zostało w pełni zabezpieczone. Policja poinformowała także, że znaleziono urządzenie przywiązane do ciała podejrzanego. Po dokładnym sprawdzeniu przez specjalistów okazało się, że było to oszustwo.

„Incydent ten został szybko ogłoszony incydentem terrorystycznym i uważamy, że ma on związek z islamizmem” – czytamy w oświadczeniu londyńskiej policji. Funkcjonariusze apelują do osób i przedstawicieli mediów, którzy byli świadkami zdarzenia o wysyłanie zdjęć i nagrań z ataku.

Premier Wielkiej Brytanii, Boris Johnson, na Twitterze podziękował służbom za sprawną akcję i zapewnił, że „jest myślami z poszkodowanymi i dotkniętymi” atakiem.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Mali: W ataku na patrol wojskowy zginęło 24 żołnierzy

W ataku dżihadystów na patrol wojskowy we wschodniej części kraju zginęło 24 żołnierzy a 29 odniosło rany – podał rzecznik malijskiej armii, Diarran Kone. Do ataku doszło na drodze w pobliżu wzgórza Tabankort w graniczącej z Nigrem prowincji Gao. Napastnikom udało się zniszczyć sprzęt militarny pozostający w dyspozycji patrolu, w tym pojazdy wojskowe.

W starciach zginęło też 17 bojowców, którzy napadli na malijski patrol – zaznaczył rzecznik. Ponadto, jak poinformowały malijskie czynniki wojskowe za pośrednictwem serwisów społecznościowych: do niewoli dostała się ponad setka podejrzanych o udział i organizację zamachu.

Władze Mali nie podały na razie, kto w ich ocenie mógł stać za atakiem. Żadna z organizacji militarnych działających na tym obszarze nie przypisała go jeszcze sobie. Wojska malijskie prowadziły na pograniczu Nigru i Mali wspólną operację z udziałem armii Nigru.

Niezależnie od tych działań, swoją operację na południu kraju prowadzą też od kilku tygodni siły francuskie w ramach odwetu za atak na francuski konwój wojskowy, w którym zginął francuski oficer. Agencja AFP podaje, że Francuzom udało się zlikwidować ponad trzydziestkę islamskich bojowników. Do niewoli miało trafić 24 dżihadystów.

Poniedziałkowy zamach to kolejny krwawy akt terroru, do jakiego doszło w Mali. W zamachu przeprowadzonym 3 listopada, za którym stało Państwo Islamskie, zginęło 54 osoby. We wrześniu doszło z kolei do ataku na dwie malijskie jednostki wojskowe. Napastnikom udało się niepostrzeżenie przeniknąć w głąb prowincji graniczącej z Burkiną Faso mimo obecności francuskiej misji interwencyjnej w tym regionie. Zginęło wtedy 38 żołnierzy.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Jacek T. skazany na Wyspach. Posiadał materiały mogące służyć do przeprowadzenia zamachów terrorystycznych

Pochodzący z Polski i mieszkający w High Wycombe pod Londynem 18-letni Jacek T. usłyszał w piątek wyrok czterech lat więzienia. Został skazany za posiadanie materiałów mogących służyć do przeprowadzenia zamachów terrorystycznych. W trakcie procesu cytowano przed sądem jego notatki, w których określał siebie jako „najbardziej radykalnego nazistę”.

„Wypełnijmy nasze serca terrorem, a ulice Londynu zalejmy krwią” – pisał Jacek T. Jacek T. przyznał się do 10 zarzutów zbierania informacji o charakterze terrorystycznym. Podczas jego aresztowania w lutym na lotnisku w Luton znaleziono przy nim „ogromne ilości” dokumentów, w tym instrukcje, jak samodzielnie skonstruować ładunki wybuchowe i broń palną, a także teksty wychwalające Adolfa Hitlera i treści satanistyczne. W swoim telefonie Polak miał także zdjęcia z innym Polakiem mieszkającym w Wielkiej Brytanii, 18-letnim Oskarem D.-K., który w czerwcu został skazany na 18 miesięcy więzienia za wzywanie do zabicia księcia Harry’ego.

„Przestępca szczególnie niebezpieczny”

– Obsesja T. na punkcie neonazizmu, terroryzmu i uzbrojenia nie była niewinną ciekawością. Instrukcje zebrane przez T. mogły zapewnić każdemu, kto by miał odpowiednie materiały, wystarczające wskazówki do zrobienia materiałów wybuchowych i broni palnej mogącej spowodować śmierć bądź poważne obrażenia – oświadczył Richard Smith, szef wydziału antyterrorystycznego londyńskiej policji. Sędzia Anuja Dhir określiła T. jako osobę mającą „skrajnie prawicowe, ekstremistyczne poglądy” i „przestępcę szczególnie niebezpiecznego”. Podkreśliła także jego szczególne zainteresowanie bronią palną i materiałami wybuchowymi. W trakcie procesu przytoczono treść notatek, które oskarżony robił w areszcie. Napisał on między innymi:

„Wypełnijmy nasze serca terrorem, a ulice Londynu zalejmy krwią”. W innym dokumencie określił siebie jako „najbardziej radykalnego nazistę”, a na nagraniu na poczcie głosowej mówił, że jego „marzeniem” jest przeprowadzenie ataku terrorystycznego.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Nowy Jork: Kościoły pod ochroną policji

Dla NYPD bezpieczeństwo nowojorczyków to sprawa priorytetowa. Zaraz po krwawych zamachach na Sri Lance nowojorska policja zwiększyła ochronę pod kościołami. Pod świątyniami pojawili się uzbrojeni po zęby policjanci.

W zamachach na Sri Lance – trzech kościołach i hotelach – zginęło blisko trzysta osób, ponad pół tysiąca zostało rannych. Po tym szefostwo nowojorskiej policji natychmiast podjęło decyzję o wysłaniu pod kościoły uzbrojonych policjantów. Ochronę zwiększono przy hotelach i w całym mieście.

– Chociaż nie ma sygnałów, że Nowy Jork znalazł się na elowniku terrorystów, to jednak zawsze lepiej być bezpiecznym i czujnym aniżeli później żałować – powiedział szef NYPD James P. O’Neill. Uzbrojeni po zęby policjanci pojawili się między innymi pod katedrą św. Patryka, w której zaraz po zapaleniu się Notre-Dame w Paryżu pojawił się z wypełnionymi benzyną kanistrami podpalacz. Na szczęście nie udało mu się zrealizować planu. Ochrona pojawiła się także pod innymi świątyniami. Ataki zostały bardzo mocno skrytykowane przez władze Nowego Jorku. Między innymi przez kardynała Timothy’ego Dolana oraz gubernatora Andrew Cuomo.

– Nie możemy się godzić na zastraszenie i bezczeszczenie naszych tradycji. Akty przemocy, a już skierowane przeciw ludziom modlącym się, to jeden z najgorszych aktów terroru – powiedział gubernator Cuomo, ogłaszając decyzję o odesłaniu do patroli również stanowych policjantów.
Źródło info i foto: se.pl

Prokuratura i policjanci CBŚP badają sprawę uprowadzenia i śmierci 71-letniego biznesmena z Kobyłki

Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga potwierdziła, że od ponad miesiąca wspólnie z Centralnym Biurem Śledczym Policji prowadzi śledztwo ws. porwania i śmierci 71-letniego mieszkańca Kobyłki. Według ustaleń Polskiej Agencji Prasowej, biznesmen mógł zostać zamordowany.

Do porwania 71-latka doszło 19 grudnia: wszystko wskazywało na to, że mężczyznę uprowadzono dla okupu. W sprawę zostali zaangażowani funkcjonariusze Wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji, CBŚP i Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga.

71-latek nie wrócił do domu: jego ciało zostało odnalezione pod koniec grudnia.

Wtedy też odbyła się sekcja zwłok. Śledczy nie informują, jaka była przyczyna zgonu uprowadzonego, ale według nieoficjalnych doniesień, na które powołuje się PAP, śmierć 71-latka nie była wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Miał zostać zamordowany.

Prok. Marcin Saduś potwierdził jedynie, że z ustaleń śledztwa wynika, że „71-latek zmarł bezpośrednio po uprowadzeniu”.

Jak dodał, „trwają intensywne czynności operacyjne i procesowe”.

Do sprawy krótko po zdarzeniu zatrzymano kilka osób, które usłyszały zarzuty. Jedna z nich przebywa obecnie w areszcie śledczym, ale prokuratura nie informuje, jakiej treści zarzuty przedstawiono mężczyźnie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

USA: FBI zatrzymało mężczyznę, który rozsyłał podejrzane paczki. Grozi mu 58 lat więzienia

Amerykańskie służby przejęły dotychczas kilkanaście podejrzanych przesyłek adresowanych do prominentnych polityków Partii Demokratycznej i krytyków polityki Donalda Trumpa. W piątek FBI zatrzymało podejrzanego o rozsyłanie „urządzeń wybuchowych”. Prezydent USA skomentował akcję słowami: niesamowita robota. Prokurator generalny Jeff Sessions przekazał, że Cesarowi Sayocowi postawiono pięć zarzutów. Grozi mu kara 58 lat więzienia.

W piątek wieczorem polskiego czasu CNN poinformowała o kolejnej przesyłce, która miała trafić do miliardera, filantropa i ważnego sponsora Partii Demokratycznej Tom Steyera. Wcześniej przechwycono 12 pakunków. Komisarz nowojorskiej policji James O’Neill podkreślił, że wysyłane paczkami mechanizmy traktowane są przez śledczych jako „podejrzane urządzenia wybuchowe”.

FBI zatrzymało podejrzanego

W piątek amerykańskie media doniosły o zatrzymaniu i osadzeniu w areszcie w Miami mężczyzny podejrzanego o rozsyłanie paczek. Informację tę potwierdziła wkrótce potem na Twitterze rzeczniczka Departamentu Sprawiedliwości Sarah Isgur Flores.

Media szybko zidentyfikowały zatrzymanego mężczyznę jako Cesara Sayoca. Jak podaje Reuters, to 56-letni zarejestrowany wyborca republikanów z długą kartoteką kryminalną. Karany był wielokrotnie za przemoc domową, kradzieże i inne przestępstwa, w tym za grożenie bombą.

Miał zostać zatrzymany w sklepie z częściami samochodowymi w mieście Plantation w pobliżu Fort Lauderdale na Florydzie. Agenci federalni przykryli plandeką i usunęli z miejsca, gdzie aresztowano podejrzanego, należącego do Sayoca białego vana, oklejonego nalepkami chwalącymi Partię Republikańską i potępiającymi przeciwników prezydenta Donalda Trumpa.

Pięć zarzutów dla podejrzanego

Prokurator generalny Jeff Sessions na konferencji prasowej w piątek powiedział, że Cesar Sayoc jest podejrzany o przesłanie co najmniej 13 pakunków, między innymi do prominentnych polityków Partii Demokratycznej. Na jednej z paczek, do kongresmenki Maxine Waters, znaleziono odcisk palca podejrzanego – powiedział obecny na konferencji prasowej dyrektor FBI Christopher Wray. Sayoc przebywa w areszcie FBI i usłyszał pięć zarzutów federalnych.

– Nie będziemy tolerować takiego bezprawia, zwłaszcza przemocy politycznej – ostrzegł Sessions. Poinformował, że podejrzanemu grozi kara 58 lat więzienia.
Źródło info i foto: tvn24.pl