Donald Trump potwierdził, że syn Osamy bin Ladena zginął w operacji antyterrorystycznej

Prezydent Donald Trump potwierdził w sobotę wcześniejsze doniesienia medialne, że Hamza bin Laden, syn nieżyjącego szefa Al-Kaidy Osamy bin Laden, zginął w operacji antyterrorystycznej sił USA na granicy Afganistanu i Pakistanu.

„Strata Hamzy bin Ladena nie tylko pozbawia Al-Kaidę ważnych umiejętności przywódczych i symbolicznego związku z ojcem, ale podważa ważną działalność operacyjną tej organizacji” – brzmi oświadczenie Białego Domu.

Nie podano jednak więcej żadnych szczegółów, w tym np. daty zabicia młodego bin Ladena. Na początku sierpnia amerykańskie media podały informacje o śmierci Hamzy, powołując się na anonimowe źródła.

Mający około 30 lat Hamza był razem z ojcem w Afganistanie przed atakami terrorystycznymi z 11 września 2001 r. w USA – podaje agencja Reutera. Według waszyngtońskiego think tanku Brookings Institution Hamza był także z ojcem w Pakistanie po inwazji prowadzonej przez USA w Afganistanie, w wyniku której znaczną część wyższego kierownictwa Al-Kaidy wypchnięto właśnie do sąsiedniego Pakistanu.

Nagroda opiewająca na ok. 1 mln USD

W 2017 r. Departament Stanu USA określił Hamzę jako międzynarodowego terrorystę, gdy ten wezwał do przeprowadzenia ataków w zachodnich stolicach i zagroził, że zemści się na Stanach Zjednoczonych za zabicie ojca. W lutym br. amerykańskie władze wyznaczyły nagrodę opiewającą na ok. 1 mln USD za informacje na temat miejsca pobytu Hamzy. W marcu pozbawiono go saudyjskiego obywatelstwa.

Od kilku lat liderem Al-Kaidy jest Egipcjanin Ajman al-Zawahiri, niegdyś lekarz i działacz Bractwa Muzułmańskiego; przez wiele lat był zastępcą Osamy. Zastąpił Saudyjczyka, gdy ten został zabity w 2011 r. podczas obławy amerykańskich komandosów w pakistańskim Abbottabadzie. Uważa się, że ukrywa się gdzieś w rejonach na granicy Afganistanu i Pakistanu. ONZ przekazało w swoim lipcowym raporcie, że Zawahiri jest „w złym stanie zdrowia”, ale więcej szczegółów nie podano

„Hamza bin Laden współpracował z różnymi organizacjami terrorystycznymi” – dodano w oświadczeniu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

18. rocznica ataków na World Trade Center

Cztery porwane samoloty, 19 gotowych na śmierć terrorystów, dwa zrównane z ziemią wieżowce WTC – symbole Nowego Jorku i potęgi gospodarczej USA – tyle było trzeba, aby 11 września 2001 r. pogrążyć Amerykę w chaosie. W środę mija 18. rocznica zamachów. Osiem miesięcy po dojściu do władzy ówczesnego prezydenta USA George’a W. Busha, rankiem 11 września 2001 roku, wraz z 110-piętrowymi nowojorskimi drapaczami chmur legło w gruzach przekonanie Amerykanów o niezwyciężonej potędze ich kraju, a także bezpieczeństwie i nietykalności terytorium USA.

Najpierw, o godz. 8:46 (godz. 14:46 w Polsce) Boeing 767 uderzył w północną wieżę World Trade Center. Na jego pokładzie były wraz z porywaczami 92 osoby. Po siedemnastu minutach w południową wieżę trafił drugi boeing 767, którym leciało 65 osób.

O godz. 9:43 w Waszyngtonie na Pentagon spadł Boeing 757 z 64 osobami na pokładzie. Pół godziny później na polach pod Pittsburghiem w Pensylwanii roztrzaskała się kolejna taka maszyna. Zginęły 44 osoby, w tym czwórka terrorystów.

Zamknięto wszystkie lotniska, ewakuowano tysiące osób

Na chwilę przed katastrofą na pokładzie wybuchła walka między porywaczami a pasażerami próbującymi odbić samolot. Prawdopodobnie tylko dzięki ich odwadze ocalał Biały Dom albo Kapitol – któryś z tych waszyngtońskich gmachów miał być czwartym celem zamachów.

Prezydenta Busha poinformowano o tragedii podczas wizyty w jednej ze szkół na Florydzie. – Najwyraźniej chodzi o zamach terrorystyczny – oświadczył dwa kwadranse po tym, gdy w WTC uderzył pierwszy samolot.

Gdy telewidzowie z przerażeniem oglądali relację na żywo z miejsc tragedii, władze szybko podjęły stanowcze działania. Zamknęły przestrzeń powietrzną nad USA i wszystkie porty lotnicze. W Waszyngtonie i Nowym Jorku, a także w innych amerykańskich miastach zarządziły ewakuację ludzi z gmachów publicznych.

Jednym z ewakuowanych gmachów był Biały Dom. Żonę i córkę prezydenta – jak zapewniały władze – przewieziono w „bezpieczne” i trzymane w tajemnicy miejsce. Wiceprezydent Dick Cheney przeniósł się do schronu.

Chaotyczna akcja ratunkowa, dramat w walących się wieżowcach

Prezydent Bush podróżował wtedy nad Stanami Zjednoczonymi samolotem Air Force One wyposażonym w doskonałe środki łączności i dowodzenia. Z Florydy poleciał do bazy wojskowej w Luizjanie, a potem do Nebraski. Dopiero wieczorem wrócił do Białego Domu.

Tymczasem wokół World Trade Center trwała akcja ratownicza. Rozmiary tragedii przerosły jednak strażaków i były momenty, kiedy akcją nikt nie dowodził. Wskutek fatalnej łączności i panującego chaosu setki strażaków zginęły, gdy obie wieże – w odstępie dwudziestu trzech minut – runęły.

Zanim do tego doszło, na górnych piętrach potężnych budowli rozegrał się dramat. Powyżej miejsc, gdzie uderzyły samoloty, zostały uwięzione setki pracowników mieszczących się tam biur. Tylko kilkunastu ocaliło życie, odnajdując w porę schody ewakuacyjne.

Inni szukali nadziei i wychodzili na dach licząc, że na ratunek przylecą helikoptery. Z powodu dymu i wysokiej temperatury nie było to jednak możliwe. Widząc swoje beznadziejne położenie, niektórzy rzucali się z okien w kilkusetmetrową przepaść.

Burmistrz Nowego Jorku zachował zimną krew

Po zawaleniu się wież na Manhattan spadł deszcz gruzu, szkła i metalu, a w powietrzu długo jeszcze unosiła się chmura pyłu. Mimo to na ulicach było mnóstwo ludzi – wokół zgliszczy WTC kłębił się tłum rannych, ale szczęśliwych, że udało im się ujść z życiem. Przybiegali nowojorczycy, którzy chcieli dowiedzieć się o los swoich bliskich pracujących w biurowcach.

Ogromna ludzka fala w panice kierowała się na północ miasta, uciekając jak najdalej od miejsca, gdzie wcześniej wznosiły się szklano-metalowe wieże. Ulicami wszędzie mknęły karetki na sygnale, a także samochody straży pożarnej z tych oddalonych od Manhattanu oddziałów, których wcześniej nie włączono do akcji.

Burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani uspokajał nowojorczyków, prosząc ich o pozostanie w domach, a mieszkającym i zatrudnionym na południowym Manhattanie, każąc czekać na zorganizowaną ewakuację. W najgorszych chwilach zachował zimną krew i zdolność do podejmowania szybkich decyzji.

Chaos panował także 300 kilometrów na południe od Nowego Jorku, w Waszyngtonie. Media informowały o pożarze, który rzekomo wybuchł w pobliżu Białego Domu, o eksplozji samochodu pułapki gdzieś koło Departamentu Stanu, a nawet o zaatakowaniu letniej rezydencji szefa państwa w Camp David. Wszystkie te doniesienia szybko zdementowano.

Zginęło niemal 2,8 tys. osób

Ewakuacja gmachów rządowych spowodowała w stolicy gigantyczne korki. Wszędzie było pełno urzędników, którzy wyszli z biur. Dopiero po południu ruch się uspokoił, a miasto, z zamkniętymi sklepami i urzędami oraz wyludnionymi ulicami, sprawiało wrażenie wymarłego.

Pod wieczór w miastach amerykańskich, a także w wielu krajach w pobliżu amerykańskich ambasad poruszeni tragedią ludzie spontanicznie zapalali świeczki i składali kwiaty w hołdzie ofiarom zamachów. W Nowym Jorku czuć było swąd spalonych szczątków WTC. Obłok popiołów i dymu, unoszący się nad miastem, widać było z odległości 50 kilometrów.

Liczba ofiar zamachów na WTC – łącznie z tymi, którzy zmarli później w wyniku chorób i obrażeń – jest oficjalnie szacowana na 2753. Zwłok niektórych ofiar nie udało się odnaleźć, więc 26 osób uważa się za zaginione. Śmiertelnych ofiar wszystkich zamachów było blisko 3 tys., a rannych – ponad dwukrotnie więcej.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Polski dżihadysta zostanie skazany za terroryzm

Czy Dawid Ł. należał do organizacji islamskich terrorystów? W tej sprawie przed Sądem Okręgowym w Łodzi już czwarty rok toczy się bezprecedensowy proces. Kolejna rozprawa odbędzie się 10 września.

– To test dla naszego wymiaru sprawiedliwości – mówi dr hab. Ryszard Machnikowski, profesor UŁ, biegły sądowy w tej sprawie, wykładowca Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego, zajmujący się tematyką terroryzmu.

Dlaczego proces Dawida Ł., Polaka podejrzewanego o terroryzm, tak długo trwa? To już czwarty rok.

Na to pytanie powinien odpowiedzieć Sąd Okręgowy w Łodzi, który prowadzi postępowanie. A jest ono wyjątkowo trudne. Oskarżenia częściowo opierają się na przesłankach o charakterze poszlakowym. Dawidowi postawiono zarzut posiadania materiałów propagandowych Państwa Islamskiego oraz przynależności do nielegalnej organizacji o charakterze zbrojnym.

Przypomnijmy. W 2013 roku Dawid Ł., pochodzący z Radomia, a mieszkający z rodzicami w Norwegii, poznaje przez Internet Małgorzatę B. z Piotrkowa Trybunalskiego. On ma lat 21, ona 18. Biorą ślub w obrządku muzułmańskim. Wspólnie wyjeżdżają na front turecko-syryjski. Tam spędzają półtora roku. Dawid – jako członek Muzułmańskiego Ruch Świt Syrii, Małgosia czeka na niego w Turcji. Wracają w 2015 roku. Opisałam ich historię w reportażu w „Dużym Formacie”. W procesie Dawida jedno z pytań brzmi, czy Ruch Świt Syrii, do którego należał, rzeczywiście ma charakter zbrojny. Bo jeśli ma, to Dawid jest terrorystą. Pana ekspertyza w tej sprawie jest istotna.

Ruch Świt Syrii jest relatywnie niewielką, lokalną grupą działającą w okolicach Aleppo, a także w miastach Idlib, Homs i Hama, czyli w północno-zachodniej i zachodniej części Syrii. Jej liczebność szacowana jest na około 1500-2000 członków. Bezpośrednio nie podlega innemu dowództwu, ale w latach 2013-2014 wchodziła w skład sojuszu zwanego Koalicją Islamską. W połowie 2014 roku dołączyła do Frontu Zwolenników Religii. Ściśle też współpracowała z organizacją dżihadystyczną o nazwie Front Al-Nusra, która kiedyś podporządkowana była bezpośrednio Al-Kaidzie i stanowi największą konkurencję wobec najbardziej znanej dziś grupy dżihadystycznej zwanej  Państwem Islamskim czy – przez jej przeciwników – Daesh.

Tego typu niewielkich grup – jak Świt – było bardzo dużo na terenie konfliktu. Jednego dnia ze sobą współpracowały, innym razem walczyły. Tam była i jest bardzo skomplikowana sytuacja. Nam się wydaje, że jest tylko jedna organizacja radykałów –  Państwo Islamskie, podczas gdy w konflikt w Syrii zaangażowane są ich dziesiątki.

Świt Syrii ma profil jednoznacznie salaficki, czyli nawołujący do organizowania porządku społecznego tak, jak to się działo w czasach Proroka. Nie ulega także wątpliwości, że grupa działa zbrojnie. Jej trzon stanowiły oddziały uczestniczące w walce z armią rządową i potyczkach ze swoimi konkurentami. Członkowie jej tzw. Biura Wojskowego organizowali aktywne działania zbrojne. Prowadzili także rekrutację, indoktrynację, zbieranie funduszy itp. Organizacja ta jest uważana za nielegalną przez rząd Assada, nie znajduje się jednak na międzynarodowych listach grup terrorystycznych.

Skąd wiadomo, że Dawid Ł. z nimi współpracował?

Służby norweskie znalazły przy Dawidzie „glejt” wystawiony przez Świt Syrii. Napisano w nim: to jest nasz brat Dawood. Miało mu to ułatwiać podróżowanie po terytorium Syrii i przekraczanie checkpointów.

Jego żonie nie postawiono żadnych zarzutów ze względu na diagnozę medyczną – jest leczona psychiatrycznie. A co, gdyby nie była chora?

Nie miała takiego zaświadczenia jak Dawid, nie walczyła w Syrii, nie zrobiono jej zdjęć z bronią ani z innymi bojownikami. Za co miałaby być sądzona? Polski obywatel ma prawo wyjechać w dowolne miejsce, nawet jeśli to jest teren wojenny. Prawo jest prawem.

Na świecie mamy jednak obecnie bardzo poważny problem z żonami bojowników działających w Syrii, które funkcjonują lub funkcjonowały w świecie Państwa Islamskiego, a zamierzają wrócić do krajów zachodnich. W Wielkiej Brytanii pozbawiono niedawno obywatelstwa Shamimy Begum, a ona nawet nie wypiera się swoich radykalnych poglądów. Uważa, że działanie ISIS jest równoprawne z działaniem bombardujących Syrię Stanów Zjednoczonych i innych krajów zachodnich. Takich dziewczyn do Syrii z Europy wyjechało co najmniej kilkaset. Wśród nich mogą być Polki, takie przynajmniej krążą pogłoski. Pytanie, co z nimi zrobić, jak traktować ich udział?

Wiemy cokolwiek na ich temat?

Spotkałem się z informacjami o co najmniej kilkunastu Polkach znajdujących się w Syrii na terenach należących niegdyś do Daesh, jednak brak jest szczegółów i ostatecznego potwierdzenia tej wiadomości.

Wiemy natomiast, że niezależnie od płci i narodowości w działalność terrorystyczną angażują się bardzo różni ludzie, również wykształceni.

Ha! Funkcjonuje mit terrorysty, mówiąc potocznie, „świra” i barbarzyńcy, któremu nie wiadomo, o co chodzi – poza zabijaniem. Takie stereotypy istnieją wśród ludzi, którzy na co dzień nie zajmują się tą tematyką. Od razu je dementuję.

Ciężkie zaburzenia psychiczne znacząco utrudniałyby prowadzenie działalności terrorystycznej, która opiera się przecież na konspiracji. Na przykład trzeba zdobyć broń lub materiały wybuchowe, ukrywać je, zaplanować ataki w warunkach, w których państwo dąży do wykrycia i ścigania takich działań. Człowiek mało inteligentny, słabo wykształcony czy wręcz poważnie zaburzony zwyczajnie sobie z tym wszystkim nie poradzi. Wpadnie.

Na czele Państwa Islamskiego stoją absolwenci uniwersytetów, byli żołnierze armii Saddama Husajna, klerycy i intelektualiści. Zwykle podobnie jest z innymi organizacjami terrorystycznymi czy tzw. samotnymi terrorystami. Nie wszyscy to ludzie, którym się w życiu nie powiodło albo nie wiedzą, co dalej ze swoim życiem zrobić.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Nie żyje syn Osamy Bin Ladena

Hamza Bin Laden, syn Osamy Bin Ladena, najprawdopodobniej nie żyje. O śmierci syna założyciela Al-Kaidy informuje wywiad USA. Szczegóły śmierci Hamzy Bin Ladena nie są znane. Syn założyciela Al-Kaidy miał około 30 lat. Jeszcze w lutym rząd USA oferował milion dolarów nagrody za informacje o jego miejscu pobytu.

Hamza Bin Laden wzywał do zemsty za śmierć swojego ojca. Apelował do innych dżihadystów, by pomścili zabicie Osamy Bin Ladena przez amerykański siły specjalne w Pakistanie w maju 2011 roku. Wzywał także do powstania mieszkańców Półwyspu Arabskiego. W marcu Arabia Saudyjska odebrała mu obywatelstwo.

To właśnie Hamza Bin Laden miał być następcą Osamy. Z dokumentów, które w 2011 roku skonfiskowano w domu jego ojca w pakistańskim mieście Abbottabad, wynika, że Hamza był przygotowywany do przejęcia przywództwa w Al-Kaidzie – informuje BBC.

Al-Kaida stała za atakami z 11 września 2001 roku. Terroryści zniszczyli wtedy World Trade Center w Nowym Jorku, zabijając ok. 3 tys. osób i ponad 6 tys. raniąc. Jeden z samolotów, nad którymi kontrolę przejęli zamachowcy, zniszczył też część Pentagonu. W ostatnich latach pozycja Al-Kaidy osłabła, do czego przyczynił się m.in. rozrost tzw. Państwa Islamskiego.
Źródło info i foto: o2.pl

Atak Boko Haram na wracających z pogrzebu. 23 osoby nie żyją

W sobotę w miejscowości Nganzai oddalonej o 90 km od Maiduguri, stolicy stanu Borno, doszło do ataku bojowników Boko Haram na grupę cywilów wracających z pogrzebu – poinformowały lokalne władze. Islamiści zastrzelili 23 osoby; ich ciała znaleziono przy drodze.

Ciała zamordowanych mężczyzn – mieszkańców Nganzai odnaleźli policjanci i grupa myśliwych, którzy wyruszyli na ratunek swym sąsiadom, gdy zaalarmowały ich osoby, którym udało się ujść z życiem. Pozwoliło to też pozostałym mieszkańcom wsi na znalezienie w porę schronienia – pisze AFP.

Bojowcy przybyli na miejsce zbrodni na trzech motocyklach; natknąwszy się na żałobników wracających po pogrzebie do domu, zaczęli do nich strzelać.

Sobotni atak Boko Haram na ludność cywilną w Nganzai został potwierdzony w rozmowie z agencją Agence France Presse przez przedstawiciela lokalnych milicji walczących z islamistami w targanym ciągłymi atakami stanie Borno.

To już kolejny atak Boko Haram w Nganzai – we wrześniu 2018 r. dżihadyści zamordowali tam 8 osób i uprowadzili bydło.

Nigeria od 2009 roku jest wstrząsana terrorystyczną działalnością dżihadystycznej organizacji Boko Haram, która doprowadziła do śmierci ponad 27 tys. osób, a prawie 2 mln ludzi zmusiła do opuszczenia miejsc zamieszkania.

Chociaż nigeryjski rząd twierdzi, że od końca 2015 roku Boko Haram zostało w większości pokonane, dżihadyści wciąż są w stanie atakować w mieście Maiduguri i wokół niego, a także na większości obszaru północno-wschodniej Nigerii.

W czwartek bojownicy z Boko Haram zaatakowali obóz uchodźców znajdujący się na przedmieściach Maiduguri; zabili dwie osoby i zabrali całe zapasy żywności. Zaatakowali też położoną w pobliżu bazę wojskową, wypierając stamtąd żołnierzy – pisze AFP.

Założone w 2002 roku ugrupowanie Boko Haram początkowo stawiało sobie za cel walkę z zachodnią edukacją i europejskim stylem życia. W 2009 roku organizacja rozpoczęła akcję zbrojną na rzecz przekształcenia Nigerii – lub przynajmniej jej części – w muzułmańskie państwo wyznaniowe, w którym obowiązywałoby prawo szariatu.
Źródło info i foto: TVP.info

Dwa zamachy terrorystyczne w Tunisie

W stolicy Tunezji Tunisie doszło dwóch zamachów terrorystycznych. Zginął policjant, a kilka osób zostało rannych. Pierwszy atak miał miejsce w centrum miasta, nieopodal ambasady Francji. W tym ataku zginął policjant, a jeden funkcjonariusz i trzech cywilów zostało rannych.

Drugi zamachowiec wysadził się w powietrze w pobliżu komisariatu policji na przedmieściach. Cztery osoby zostały ranne. Nie wiadomo, kto stoi za atakami. Rzecznik MSW Sofian Zaak poinformował, że sprawców jeszcze nie zidentyfikowano. Zaapelował też o zachowanie spokoju.

Reuters zwraca uwagę, że do zamachów doszło w szczycie sezonu turystycznego w Tunezji. Kraj ten liczy, że w tym sezonie odwiedzi go rekordowa liczba osób.

Tunezyjskie siły bezpieczeństwa są regularnym celem ugrupowań dżihadystycznych działających głównie w regionach górskich przy granicy z Algierią. W 2015 r. w zamachach terrorystycznych na muzeum Bardo w Tunisie oraz na plażę hotelową w kurorcie Susa (Sousse) zginęło kilkadziesiąt osób. Wprowadzony wtedy stan wyjątkowy był wielokrotnie przedłużany i nadal obowiązuje.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Nikaragua: Zatrzymano czterech mężczyzn podejrzanych o powiązania z Państwem Islamskim

Nikaraguańskie siły bezpieczeństwa aresztowały czterech mężczyzn podejrzanych o powiązania z grupą bojowników Państwa Islamskiego (IS) – poinformowała we wtorek nikaraguańska policja. Mężczyzn – dwóch obywateli Egiptu i dwóch Irakijczyków – aresztowano po nielegalnym przekroczeniu granicy z Kostaryką.

Jak poinformowała policja, po przesłuchaniu mają zostać deportowani do Kostaryki. Na razie nie jest jasne, na czym władze Nikaragui opierają swoje podejrzenia, że zatrzymani mężczyźni powiązani są Państwem Islamskim.

Według mediów już wcześniej amerykańskie służby ostrzegły meksykańską policję przed podejrzanymi mężczyznami. Chodziło jednak o trzy osoby, które były widziane najpierw w Panamie, a później w Kostaryce. Jak poinformowała meksykańska stacja Televisa, powołując się na policję, mężczyźni ci są terrorystami, którzy chcą przedostać się do Stanów Zjednoczonych.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wielka Brytania: 20 udaremnionych zamachów w przeciągu 2 lat. Rośnie zagrożenie terrorystyczne

Zagrożenie terrorystyczne na Wyspach Brytyjskich się zwiększa – ostrzegł minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Sajid Javid. Jak ujawnił, w ciągu ostatnich dwóch lat służby udaremniły niemal 20 zamachów w zaawansowanej fazie przygotowań.

Podczas przemowy w londyńskim Scotland Yard Sajid Javid ostrzegał, że zagrożenie terroryzmem na Wyspach wciąż jest poważne, a służby nadal mają ręce pełne roboty.

– Zapobiegły 19 poważnym atakom. Ale pod tą liczbą kryje się coś jeszcze: dzięki ciężkiej pracy tych ludzi dziesiątki wstępnych pomysłów nie zdołały się nawet rozwinąć – mówił szef brytyjskiego MSW.

Sajid Javid ujawnił, że 14 ataków przygotowywanych było przez ludzi motywowanych radykalną ideologią opartą na islamie, a pięć przez ludzi o, jak to określił, „poglądach skrajnie prawicowych”.

Sajid Javid ostrzegł też, że potrzebna jest reforma prawa służącego zapobieganiu terroryzmowi, szczególnie jeśli chodzi o zaangażowanie innych państw w działalność szpiegowską. Tu minister wymienił przykład Rosji, oskarżanej przez Londyn o próbę zamordowania Sergieja Skripala.
Źródło info i foto: TVP.info

Rząd Sri Lanki tłumaczy zamachy. „To odwet za atak na meczety w Nowej Zelandii”

Seria niedzielnych zamachów bombowych na kościoły i hotele na Sri Lance była odwetem za marcowy atak na meczety w nowozelandzkim Christchurch – powiedział wiceminister obrony Ruwan Wijewardene. Ataków dokonały dwie lokalne grupy islamistów.

Wstępne dochodzenie wykazało, że był to odwet za atak na meczety w Nowej Zelandii – powiedział Wijewardene podczas wystąpienia w parlamencie Sri Lanki. (Niedzielnych zamachów) dokonało National Thowheeth Jama’ath wraz z JMI – dodał, nie rozwijając ostatniego skrótu.

Wijewardene powiedział też, że liczba ofiar śmiertelnych zamachów wzrosła do 311 – z 310, o których wcześniej we wtorek informowała policja. Według policyjnych komunikatów w związku ze sprawą aresztowano dotąd 42 osoby, w tym obywatela Syrii.

Jak pisze dpa, na razie niewiele wiadomo na temat sprawców. Z wypowiedzi jednego z lankijskich ministrów wynika, że jeden z zamachowców kilka miesięcy temu został zatrzymany w związku z uszkodzeniem posągów Buddy, a dziewięć zatrzymanych osób to robotnicy z fabryki, należącej do innego ze sprawców.

Prezydent Sri Lanki Maithripala Sirisena powołał specjalny trzyosobowy zespół, który ma zbadać serię zamachów i za dwa tygodnie przedstawić pierwszy raport. Interpol zapowiedział, że wyśle do tego kraju ekspertów do spraw badania miejsca zbrodni, materiałów wybuchowych, walki z terroryzmem i identyfikacji ofiar.

15 marca w Christchurch pochodzący z Australii działacz skrajnej prawicy zastrzelił w dwóch meczetach 50 osób i ranił kilkadziesiąt. Był to najkrwawszy akt terrorystyczny w historii Nowej Zelandii.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Relacja Polaka z Sri Lanki. Krajobraz po krwawych zamachach

Ponad 200 osób zginęło, a około 500 zostało rannych w serii zamachów terrorystycznych, do których doszło na Sri Lance. Jak relacjonuje Polak przebywający na wyspie, sytuacja wygląda bardzo poważnie, a obraz malujący się wokół miejsc ataku jest przerażający. Przed kościołami leżą fragmenty ciał ofiar ataków.

– Co najmniej 207 osób zginęło, a 450 odniosło obrażenia w serii wybuchów, do których doszło w Niedzielę Wielkanocną w kościołach i hotelach na Sri Lance – poinformował rzecznik lankijskiej policji Ruwan Gunasekera. O makabrycznych scenach donoszą zarówno zachodnie media, jak i będący na miejscu turyści. Jeden z nich donosi w swojej relacji o powadze sytuacji.

– Władze wprowadziły tutaj stan wyjątkowy. Drogi są zablokowane. Ludzi poproszono o niewychodzenie z domów. Wyłączono media społecznościowe, nie działają popularne komunikatory. Informacje rozchodzą się poprzez linię telefoniczną, bo telewizja wprowadziła kontrolę informacji. Właśnie dowiedziałem się o ósmym wybuchu. Ofiar śmiertelnych jest już około 200, a liczba ta ciągle rośnie. Wokół kościołów leżą resztki rozczłonkowanych ciał. Sytuacja wygląda bardzo poważnie. Drogi są podobno zablokowane. Wyprowadzono na ulice wojsko – napisał w wiadomości przesłanej portalowi Wirtualna Polska David z Katunayake na Sri Lance. W podobnym tonie wypowiadają się inne osoby.

– To szok dla całego kraju. (…) Wiadomo, że, jak były działania wojenne, bombardowania to i budynki kościele były uszkodzone, ale nigdy nie zdarzyło się, przynajmniej w nowszej historii Sri Lanki, aby ktoś specjalnie podczas mszy świętej wysadzał bomby – mówił na antenie TVP Info polski misjonarz Mariusz Michalik.

W niedzielę Wielkanocną na Sri Lance miała miejsce seria zamachów terrorystycznych. Wiadomo o ośmiu eksplozjach, do których doszło w hotelach i kościołach wypełnionych przez obchodzących święto Wielkiej Nocy. W atakach zginęło co najmniej 207 osób, a blisko 500 zostało rannych. Lankijski rząd zdecydował o tymczasowym zablokowaniu wszystkich platform sieci społecznościowych. Ma to zapobiec rozprzestrzenianiu się nieprawdziwych i fałszywych informacji na temat ataków.
Źródło info i foto: Fakt.pl